Zgodnie z przedwyjazdowym planem pozostałe dni naszej wyprawy miały wyglądać następująco. Czwartek przejazd do Montpellier i obejrzenie „profich” w akcji na mecie dwunastego etapu Tour de France plus połączenie się z kolegami z Eurosportu w trakcie relacji i komentarz z miejsca wydarzeń. Piątek wspinaczka pod Mont Ventoux od strony Bedoin. Później jeszcze wizyta u przyjaciół Piotra mieszkających nieopodal Grenoble i przejażdżka po wzniesieniach Masywu Chartreuse. W regionie znanym do niedawna z wyścigu Classique des Alpes. W końcu począwszy od sobotniego popołudnia odwrót do Polski. Niemniej będąc świadomi naszych poważnych problemów z samochodem, acz wciąż nie pozbawieni cienia optymizmu, wprowadziliśmy do tego „programu” pewne korekty. Postanowiliśmy wyruszyć w nocy ze środy na czwartek by korzystając z umiarkowanej temperatury przejechać od razu blisko 450-kilometrowy odcinek do Crillon-le-Brave naszej bazy wypadowej pod Mont Ventoux. Z kolei w nocy z czwartku na piątek na podobnej zasadzie przedostać się z Crillon-le-Brave do Saint-Pierre-de-Chartreuse pokonując kolejne 250 kilometrów. W tym regionie chcieliśmy zrobić sobie około 70-kilometrową przejażdżkę z 18-kilometrowym podjazdem pod Col de Porte (1326 m. n.p.m.).
Niestety okazało się, że nasze plany były palcem na wodzie pisane. Wyruszyliśmy z L’Alpage w czwartek tuż po północy i jadąc przez Tarascon-sur-Ariege, Foix, Pamiers, Mirepoix i Fanjeux udało nam się dotrzeć do okolic Montreal zanim samochód odmówił posłuszeństwa i przyszło mi w środku nocy szukać wody w jakimś anonimowym miasteczku. Nad ranem udało nam się dotrzeć do Carcassonne, gdzie niestety nie mieliśmy czasu zwiedzać średniowiecznych zabytków tego miasta, będącego niegdyś jednym z centrów ruchu religijnego Katarów. Cały dzień spędziliśmy na rozmyślaniach i telefonach do kraju szukając sposobów na wyjście z „bagna”, w którym się znaleźliśmy. Natychmiastowa naprawa samochodu na miejscu okazała się nierealna. Początkowo zastanawialiśmy się nad szansą powrotu z samochodem. Kolega z Trójmiasta Piotrek Zakrzewski zobowiązał się nawet zorganizować weekendową ekipę ratunkową, lecz wkrótce uznaliśmy, iż hol przez ponad 2200 kilometrów jest opcją ostateczną. Z kolei Czarek Fabijański dał nam kilka namiarów na „laweciarzy”. Koszt takiej usługi był jeszcze z trudem bo z trudem do przełknięcia tzn. niespełna 4.000 PLN, lecz żaden z naszych rozmówców nie miał gotowego zmiennika do udania się w tak długą wyprawę. Ostatecznie pod koniec dnia Piotr nie bez oporów postanowił „porzucić” samochód we Francji. Wstępnie ustaliliśmy, iż spróbujemy wrócić autokarem z Tuluzy, który miał przejeżdżać przez Carcassonne po godzinie siódmej rano. Jadąc dalej przez Niceę, Włochy, Austrię i Kraków po upływie półtorej doby kończy on swój kurs w Warszawie. Gdyby zaś autokar okazał się być przepełniony to w rezerwie mieliśmy jeszcze pociąg do Lyonu po godzinie ósmej. Noc spędziliśmy w hoteliku położonym tuż obok pięknego średniowiecznego zamku, którego okazałe mury dorównują tym z hiszpańskiej Avili znanej kibicom śledzącym co roku wydarzenia na Vuelcie.
ZDJĘCIA




