Przejdź do treści
Start wyścigu szlakiem trzech krajów wyznaczono o nieludzko wczesnej porze czyli godzinie 6:30. Dzięki sobotniej wycieczce do doliny Mustair wiedzieliśmy, że potrzebujemy około pół godziny na dojechanie z Prutz do Nauders, które w ostatni weekend czerwca staje się prawdziwą stolicą austriackiego kolarstwa szosowego w amatorskim wydaniu. Poza tym przed opuszczeniem domu Państwa Sailer musieliśmy jeszcze zjeść szybkie śniadanie. Natomiast po dojechaniu do Nauders zakładałem, iż potrzebny będzie nam kwadrans na znalezienie parkingu, spokojne wypakowanie się i sam dojazd w rejon startu, gdzie mieliśmy się wtopić w nieprzebraną rzeszę gotowych do startu cyklistów. Dlatego też chcąc nie chcąc musieliśmy być „na nogach” już przed godziną 5:00. Główną atrakcją Dreilander Giro jest nie skala trudności, lecz specyfika tego wyścigu tj. okoliczność, iż poprowadzony jest on górskimi drogami aż trzech alpejskich państw: Austrii, Włoch i Szwajcarii. Nadaje mu to niemal unikalny charakter w skali europejskiej. Podczas wcześniejszych startów w tego typu zawodach zdarzyło mi się przekraczać granicę państwową jedynie w lipcu 2006 roku na słowacko-polskim maratonie Około Vysokich Tatier. Natomiast spośród innych znanych mi imprez Starego Kontynentu podobny trans-graniczny rys ma tylko trasa pirenejskiego maratonu Quebrantahuesos. Aczkolwiek i ona ogranicza się do terytoriów tylko dwóch krajów tzn. Hiszpanii i Francji. Co innego ultra-maratony takie jak wspominany przez mnie: Race Across the Alps czy lipcowy Le Tour du Mont Blanc, które ze względu na znacznie większy dystans mogą sobie łatwiej pozwolić na wizytę w aż trzech sąsiadujących z sobą państwach.
Natomiast jeśli chodzi o skalę trudności Dreilander Giro nie wyróżnia się spośród najbardziej prestiżowych imprez z kategorii Gran Fondo. Na tle tuzina przejechanych przeze mnie dotąd wyścigów tak pod względem dystansu jak i profilu musiałbym go zaliczyć do grona łatwiejszych. Niemniej zawsze wybierałem sobie imprezy możliwie najtrudniejsze, więc ma on pozycję niską, acz w doborowym gronie. W „menu” przygotowanym przez organizatorów z Nauders znajdują się dwie opcje trasy. Dłuższa o długości 168 kilometrów, zawiera trzy zasadnicze podjazdy tzn. Stelvio, Fuorn (niem. Ofen) oraz Norbertshohe o łącznym przewyższeniu 3300 metrów. Ze względu na główny punktu swego programu ochrzczono ją z niemiecka Stilfserjoch. Wersja krótsza liczy sobie 134 kilometrów o łącznej amplitudzie 2020 metrów, gdyż od północy omija przełęcz Stelvio. Zamiast tego przemierza jednak całą dolinę Mustair czyli oferuje pełny podjazd pod przełęcz Fuorn z początkiem w Glorenzy. Bez żadnych wahań wybraliśmy dłuższą wersję trasy, jako że z wyżej opisanych względów była ona jak najbardziej w zasięgu naszych możliwości. Dlatego też w przeddzień wyścigu „na odprawie” otrzymaliśmy białe numery startowe: ja 2176, zaś Darek znacznie niższy 704. Niemniej nie miało to najmniejszego znaczenia dla naszych pozycji startowych. Owszem faworyci wyścigu jak zawsze mieli zapewnione pozycje w pierwszych rzędach wielkiego peletonu. Niemniej za nimi nie było podziału na sektory, więc pozostali uczestnicy zajęli miejsca na starcie wedle kolejności przybycia w rejon startu, aczkolwiek bliżej czoła kilkutysięcznego mrowiska można się było nieco przepchać.
Wobec bardzo wczesnej pory na starcie było rześko, ale bynajmniej nie zimno tzn. 13 stopni Celsjusza. Niemniej niebo mimo wcześniejszych optymistycznych prognoz było jeszcze zachmurzone. Ubrałem się w krótkie spodenki, nogawki ¾, dwie koszulki z krótkimi rękawami, wiatrówkę i rękawki – strój w sam raz na start, lecz z biegiem czasu część tej odzieży przestała mi być przydatna i niepotrzebnie wiozłem ją na sobie, zamiast to i owo schować do kieszeni. Stanąłem mniej więcej w środku peletonu, więc na przekroczenie linii startu po strzale startera czekałem dobrą minutę. Zaraz po przejechaniu pod bramą startową należało skręcić w lewo na drogę nr 180 i przeciskać się do przodu na długiej prostej prowadzącej ku Reschenpass (1504 m. n.p.m.). Od startu do włoskiej granicy było ledwie 4,5 kilometra, lecz po wjechaniu do Italii jeszcze przez kilka minut trzeba było jechać po delikatnie wznoszącym się terenie. Ogółem na pierwszych siedmiu kilometrach do pierwszej włoskiej wsi o nazwie Resia musieliśmy pokonać 178 metrów przewyższenia. Z kolei kolejne siedem kilometrów prowadziło po płaskowyżu, wzdłuż sztucznego jeziora o tej samej co wieś nazwie. Minęliśmy wioskę Curon Venosta, zatopiony kościół i serię krótkich galerii na południowo-wschodnim brzegu Lago di Resia. Chwilę później przemknęliśmy przez San Valentino alla Muta i zostawiwszy za plecami kolejne jeziorko Lago di Muta tj. po przejechaniu 19 kilometrów rozpoczęliśmy na dobre szybki zjazd ku dolinie Venosta.
Niestety w moim przypadku tradycji stało się tu zadość. Zazwyczaj na pierwszym zjeździe w trakcie tego typu wyścigu czuję się niepewnie. Jadę bojaźliwie i popełniam błędy techniczne. Cóż, niczym Pan Zagłoba nie lubię tłoku w tego rodzaju sytuacjach. Później bywa już znacznie lepiej tzn. z biegiem kilometrów rozgrzany przebiegiem rywalizacji przy rozrzedzonej stawce uczestników potrafię lepiej oszacować ryzyko i wybierać właściwy tor jazdy. Tymczasem w porannym tłoku gdy ludzkie torpedy co chwilę wyskakują mi zza placów dbam tylko o to by bezpiecznie zjechać na sam dół. Tym razem rozpędziłem się tylko do prędkości 67 km/h i miałem wrażenie, że „biorą mnie” wszyscy, chciałoby się rzec: dzieci, starcy i kobiety. Zjazd nie był stromy, liczył sobie niespełna 10 kilometrów o średnim nachyleniu 5,4 %. Niemniej niemal na całej swej długości prowadził szeroką szosą z długimi prostymi i łagodnymi wirażami, więc można się było mocno rozpędzić i zarazem umiejętnie składając się w zakrętach niewiele stracić z nabranej prędkości. Moje obawy na tym zjeździe potęgowane były jeszcze dźwiękami dochodzącymi z tylnego koła. Po tygodniach spokoju odezwał się irytujący efekt uboczny usterki w moim kole Mavic Aksium. Na ile pojąłem fachowe wywody Czarka Fabijańskiego (szefa serwisu z MT Bike w Gdyni) wewnątrz piasty ułamały się wypustki od zapadki, która przez to nie trzymała się prawidłowo i gdy na zjeździe nie pedałowałem klinowała się między piastą a korpusem bębna wydając z siebie ów donośny zgrzyt. Z głównej drogi czyli „krajówki” SS-40 zjechaliśmy za miasteczkiem Malles Venosta (1051 m. n.p.m.) na dwukilometrową lokalną dróżkę prowadzącą ku Glorenzy (908 m. n.p.m.), gdzie przez starą bramę wpadliśmy na „kocie łby” tamtejszej starówki.
Potem czekało nas jeszcze siedem kilometrów po lekko pofałdowanym terenie na lokalnej drodze biegnącej równolegle do Adygi tj. rzeki, która za włoskich rządów dała nazwę całemu temu regionowi. Na końcu tego docinka ostry zakręt w prawo wprowadzał nas na prowadzącą ku Lombardii drogę krajową SS-38. Bramą do tej krainy jest najwyższa z włoskich przełęczy drogowych czyli Stelvio (2758 metrów n.p.m.). Prawdziwa legenda tak w historii światowego kolarstwa jak i arcydzieło w dziedzinie drogowej architektury. Oryginalna droga przez tą niebotyczną przełęcz została wytyczona już w latach 1822-1825 za sprawą cesarza Ferdynanda I Habsburga, który w owym czasie rządził również Lombardią i zażyczył sobie krótszej dotąd istniejących drogi z Tyrolu do Mediolanu. Zlecenie na zaprojektowanie i wybudowanie drogi, która połączy tyrolską Val Venosta i lombardzką Valtellinę otrzymał Carlo Donegani, inżynier rodem z Brescii, który wcześniej wykonał już podobną robotę na przełęczy Spluga. Minęły niespełna cztery dekady i Włosi pod przywództwem Giuseppe Garibaldiego zjednoczyli swe ziemie. Tym samym teren po południowo-zachodniej stronie tej przełęczy przeszedł pod panowanie Króla Włoch. Co więcej po zakończeniu I Wojny Światowej Italia przejęła również rządy nad rdzennie „niemieckim” Południowym Tyrolem i Stelvio vel Stilfserjoch znów przybrała postać granicy wewnętrznej, lecz tym razem między włoskimi regionami.
Na karty kolarskiej historii Passo dello Stelvio trafiła dopiero kilka lat po II Wojnie Światowej. Dokładnie 1 czerwca 1953 roku na przedostatnim etapie 36. Giro d’Italia. Po odcinku do Bolzano wszystko wskazywało na to, iż wyścig ten podobnie jak w 1950 roku wygra Szwajcar Hugo Koblet. Tymczasem włoski „mistrz nad mistrzami” Fausto Coppi zgubił Helweta po tyrolskiej stronie Stelvio i dotarł do mety w Bormio z przewagą niemal trzech i pół minuty, dzięki czemu po raz piąty i ostatni wygrał wyścig Dookoła Włoch. W późniejszych latach Stelvio zagościło na trasie Giro tylko siedmiokrotnie. Zazwyczaj wspinano się od dobrze mi znanej północno-wschodniej strony. W 1961 roku zwyciężył tu jak i na dole w Bormio słynny „Anioł Gór” czyli Charly Gaul. Jednak ten sukces dał Luksemburczykowi tylko czwarte miejsce w „generalce”, zaś wyścig wygrał Włoch Arnaldo Pambianco. Cztery lata później przełęcz jedyny raz była forsowana od południowego-zachodu, lecz ze względu na lawinę wspinaczkę zakończono na poziomie 1908 metrów n.p.m., zaś wygrał Włoch Graziano Battistini, drugi kolarz Tour de France 1960. W latach siedemdziesiątych na Stelvio dwukrotnie wyznaczono etapowe finisze, w tym raz metę całego wyścigu! W 1972 roku Hiszpan Jose Manuel Fuente nieznacznie wyprzedził Baska Francisco Galdosa, lecz przede wszystkim zdystansował prowadzącego Eddy Merckx’a o ponad dwie minuty. Trzy lata później kończące się na Stelvio Giro d’Italia zdominowali dwaj kolarze. Wspomniany już Galdos odniósł „pyrrusowe zwycięstwo” tzn. wygrał ów ostatni etap, lecz nie zdołał zgubić niespodziewanego lidera czyli Włocha Fausto Bertoglio i przegrał cały wyścig o skromne 41 sekund.
W ostatnich trzech dekadach Stelvio pojawiło się szlaku Giro tylko trzykrotnie i za każdym razem z dala od etapowej mety, którą wyznaczano w Sondrio (rok 1980), w Aprice (1994) i Livigno (2005). W 1980 roku zjazd i długi płaski odcinek do mety nie okazał się przeszkodą dla Francuza Bernarda Hinault, który z pomocą swego rodaka i kolegi z drużyny Jean’a-Rene Bernaudeau zadał nokautujący cios prowadzącemu w wyścigu Włochowi Wladimirowi Panizzy. Obecny dyrektor sportowy ekipy Europcar wygrał premię górską i etap, zaś sławny „Borsuk” zapewnił sobie pierwsze ze swych trzech generalnych zwycięstw w Giro. W 1994 roku na Stelvio pierwszy wjechał Włoch Franco Vona, lecz po kolejnych wspinaczkach, pod Mortirolo i San Cristina bohaterem dnia został młodziutki Marco Pantani. Natomiast w 2005 roku premię „Cima Coppi” wygrał Wenezuelczyk Jose Rujano, etap padł łupem Kolumbijczyka Ivana Parry, lecz wydarzeniem dnia był wielki kryzys głównego faworyta wyścigu czyli Ivana Basso, który do Livigno dojechał ostatkiem sił ze stratą 42 minut. W przyszłym roku na Stelvio powinno być znacznie ciekawiej. Na przełęczy po raz trzeci wyznaczono metę etapu i to przedostatniego, więc mogą się tu rozstrzygnąć losy zwycięstwa w 85. Giro d’Italia. Tym razem sceną owej batalii będzie jednak ciut łatwiejsza lombardzka strona tej przełęczy. W 2010 roku przetestowały ją panie uczestniczące w 21. Giro Donne, zaś najszybciej wspinała się Amerykanka Mara Abbott, która dzięki zwycięstwom w Livigno i na Stelvio wygrała ten wyścig.
Tyrolskie oblicze włoskiego Olbrzyma miałem okazję poznać przed laty. Ba, była to jedna z pierwszych gór (dokładnie trzecia po Pillerhohe i Kaunertal), którą dane mi było zdobyć w trakcie swej pierwszej alpejskiej wyprawy z lipca 2003 roku. Trzy lata później powtórzyłem ten wyczyn w towarzystwie m.in. Darka, więc również dla mego kolegi wjazd na Stelvio był „powtórką z rozrywki”. Do Prato allo Stelvio (na 37 kilometrze) dojechałem w czasie 55 minut. Pomny dawnych doświadczeń wiedziałem, że około 24-kilometrowa wspinaczka pod Stilfserjoch zajmie mi najbliższe dwie godziny. Po wjeździe na drogę SS-38 czekało nas „na dzień dobry” kilkaset metrów niemal płaskiego terenu, a dalej już sam podjazd, stopniowo rozkręcający się. Na pierwszych kilometrach minęliśmy kolorowe stoisko miejscowego rzemieślnika. Wśród jego dzieł najbardziej przykuwały wzrok wysokie na trzy metry indiańskie totemy. Po przejechaniu 3,7 kilometra przeskoczyliśmy na lewy brzeg potoku w miejscu zwanym Ponte Stelvio, zaś po przebyciu 5,9 kilometra wjechaliśmy do wioski Gomagoi, gdzie minęliśmy odchodzącą w lewo drogę ku wiosce Solda. Przejechawszy 7,1 kilometra schowaliśmy się pod dachem około 300-metrowej galerii. Dopiero w tej okolicy stromizna stała się bardziej odczuwalna, lecz wciąż jeszcze droga wiodła do góry po długich prostych odcinkach. To miało się zmienić dopiero po przejechaniu 9,8 kilometra czyli po wyjechaniu z wioski Trafoi i minięciu hotelu o stosownej dla tego miejsca nazwie „Bellavista”. To tu na wysokości około 1540 metrów n.p.m. zaczęło się odliczanie serpentyn. Niech się schowa L’Alpe d’Huez i jego słynne 21 wiraży. Po tyrolskiej stronie Stelvio tego typu zakrętów jest aż 48, zaś po lombardzkiej „tylko” 36.
Z tego miejsca do przełęczy pozostało jeszcze 14 kilometrów i 1220 metrów przewyższenia czyli bardzo wymagający odcinek o średnim nachyleniu 8,6 %. Na trzynastym kilometrze pierwsza bardzo gęsta seria serpentyn. Tymczasem po przejechaniu 15,3 kilometra i dotarciu na wysokość około 2000 metrów n.p.m. powoli otwierał się przed nami bajeczny widok na Passo dello Stelvio i liczne serpentyny, które na ostatnich kilometrach miały nam ułatwić zdobycie tej przełęczy. Na zakręcie nr 24 cel naszej wspinaczki mieliśmy już „na widelcu”, lecz do szczytu pozostawało jeszcze niemal siedem kilometrów. W zasadzie na całej długości podjazdu zyskiwałem pozycje. Oczywiście nie stać mnie było na żadne szarże, musiałem jechać ostrożnie i dbać o to by nie przeliczyć się z własnymi siłami. Jak to zwykle bywa uwagę skupiłem na osobie jednego z konkurentów jadących w podobnym do mojego tempie i tak wedle odległości od starszego jegomościa w koszulce z napisem Otztal oceniałem swoją jazdę. Po przejechaniu 17,4 kilometra na zakręcie nr 22 minęliśmy zjazd ku górskiemu hotelowi Franzenshohe. Tymczasem na ostatnich kilometrach firmy współpracujące z organizatorami wyścigu przygotowały sobie kilka foto-punktów, gdzie nasz wysiłek mógł zostać uchwycony w kadrze przez fotografów z „Sportograf” czy „First Foto Factory”. Zgodnie z oczekiwaniami wjechałem na Stelvio w czasie poniżej dwóch godzin. Pokonanie 24,9 kilometra od zakrętu w Prato allo Stelvio zajęło mi 1 godzinę i 56 minut. Na szczycie było 13 stopni Celsjusza i jak zwykle dość gwarno. Nie brakowało stoisk z ciepłą odzieżą, w tym ze stricte kolarskimi ciuchami.
ZDJĘCIA
Miałem za sobą 62 kilometry wyścigu, lecz zarazem przeszło 2000 metrów przewyższenia czyli dobrze ponad połowę z ogólnej skali trudności tej imprezy. Teraz czekał mnie blisko 17-kilometrowy zjazd do Santa Maria in Val Mustair, którego większą część zdążyłem sobie obejrzeć podczas sobotniej wycieczki na przełęcz Umbrail. Najpierw kręte 3,2 kilometra z 10 wirażami do poziomu 2490 metrów n.p.m. przy skręcie ku Giogo di Santa Maria. Potem mały przerywnik do pokonania z rozpędu czyli 200-metrowy hopek do samej granicy szwajcarskiej. Dalej zaś znane mi z dnia wczorajszego 13,4 kilometra z Umbrail ku dolinie Mustair. Najpierw kręte cztery kilometry do Alp Muraunza. Niespełna dwa kilometry później po przeskoczeniu na lewy brzeg potoku Muranzina wjechałem na odcinek, którego szczerze się obawiałem. Jakim cudem Coppi, Bartali, Magni i kolarze jeszcze starszej daty mogli sobie sprawnie radzić, czy nawet atakować ze zjazdu na takiej nawierzchni? Półtorakilometrowy odcinek szutru niemal mnie sparaliżował. Zwolniłem nawet do 20-30 km/h, momentami asekurancko wypinając jedną nogę z pedału. Do tego usztywniłem się na tyle, iż w prawym udzie chwycił mnie lekki skurcz. Odetchnąłem z ulgą jak tylko opuściłem podstępny odcinek „białej drogi”. Oczywiście i na tym zjeździe poniosłem pewne straty. Mogłem tylko pozazdrościć mijającym mnie asom „downhillu” jakości sprzętu oraz techniki jazdy. Dopiero na dole poczułem się jakoś raźniej gdy dopędził mnie gość, w którego rowerze piasta wydawała skowyt jeszcze bardziej doniosły niż wydobywający się z mojego tylnego koła. Na ostatniej prostej rozpędziłem się do 58 km/h nie chcąc zaczynać podjazdu pod Fuorn w samotności.
Na końcu zjazdu skręciliśmy w lewo czyli na zachód w ten sposób łącząc się z trasą przemierzaną przez uczestników wyścigu spod szyldu Munstertal. Od razu czekał nas podjazd pod przełęcz, którą Retowie nazywają Pass dal Fuorn (2149 m. n.p.m.), zaś mieszkający po drugiej stronie „Niemcy” znają jako Ofenpass. Leży ona na „Kresach Wschodnich” Szwajcarskiej Konfederacji i zapewne z tego powodu jak dotąd ani razu nie została wykorzystana przez organizatorów Tour de Suisse! Pojawiła się za to dwukrotnie na trasie Giro d’Italia. W 1972 roku na krótkim etapie z Livigno do Passo dello Stelvio. Przejechano wówczas tylko końcówkę jej zachodniej strony, zaś premię górską wygrał Szwajcar Joseph Fuchs. Od naszej wschodniej strony i to w pełnym wymiarze przebyto ją w 1995 roku na etapie do Lenzerheide-Valbella. Premię górską jak i sam etap wygrał Włoch Mariano Piccoli, który na tym wyścigu wygrał klasyfikację górską, zaś kilka miesięcy później również dwa etapy Tour de Pologne do Zakopanego i Warszawy. W dolinie było 20 stopni Celsjusza, więc powinienem był zdjąć wiatrówkę, czego nie uczyniłem niepotrzebnie przegrzewając się w dalszej części wyścigu. Na początku mieliśmy do pokonania stosunkowo łatwe dwa kilometry do wioski Valchava. Potem podobnej długości, lecz znacznie trudniejszy odcinek przed osadą Furom i znów względny odpoczynek na niespełna 4-kilometrowym odcinku między wioskami Fuldera i Tschierv. W tym czasie załapałem się do m/w 8-osobowej grupki, w której tempo było mocne, acz rwane.
Nasz oddział rozpadł się gdy tylko zaczęliśmy ostatni, zdecydowanie najtrudniejszy fragment podjazdu. Podjazd od Santa Maria ma długość 13,7 kilometra przy średnim nachyleniu 5,65 %, lecz ostatnie pięć kilometrów wzniesienia stanowi niczego sobie wyzwanie. Ten końcowy fragment podjazdu ma średnie nachylenie 8,7 % przy maximum kilkakrotnie sięgającym 12 %. Zmagając się z własną słabością od czasu do czasu mijałem cierpiących znacznie bardziej outsiderów uczestniczących wyścigu Medio Fondo. Pokonanie całego wzniesienia zajęło mi prawie 58 minut. Rzecz jasna mimo narastającego zmęczenia poszło mi sprawniej niż na Stelvio. Olbrzyma przejechałem ze średnią prędkością 12,9 km/h, zaś tą przełęcz w tempie 14,3 km/h. Gdy dotarłem na przełęcz miałem już za sobą 4 godziny i 16 minut wyścigu. Postanowiłem przekąsić co nieco tj. skorzystać z menu przygotowanego w tym miejscu bufetu. Na ten stacjonarny posiłek poświęciłem jakieś półtorej minuty. Byłem już za półmetkiem wyścigu i dwa największe wyzwania miałem też za sobą. Wydawało mi się, że dalej wszystko pójdzie jak z płatka. Pozornie czekał mnie teraz blisko 22-kilometrowy zjazd do Zernez (1472 m. n.p.m.) w Dolnej Engadynie. Najważniejsze było zjechanie do tego miasteczka w jakiejś grupce. Dalej czekał nas bowiem 45-kilometrowy odcinek ku austriackiej granicy, najpierw po płaskim, zaś następnie lekko w dół. Samotna jazda w takim terenie byłaby taktycznym samobójstwem.
Zjazd z Ofenpass do Zernez trudno było jednak nazwać swobodnym lotem ku dolinie. Na miano szybkiego zjazdu zasługiwały tylko pierwsze dwa kilometry. Potem było znacznie łagodniej, zaś po przebyciu niespełna 10 kilometrów i zjechaniu do Punt de la Drossa (1717 m. n.p.m.) droga prowadząca na zachód zaczęła się ponownie wznosić. Zamiast zjazdu czekał mnie teraz liczący 5,1 kilometra i stosunkowo łatwy podjazd pod Ova Spin (1880 m. n.p.m.) o średnim nachyleniu 3,4 %, lecz na ostatnim kilometrze sięgający niemal 9 %. Załapałem się tu, czy też raczej „złowiono mnie” do kilkunastoosobowej grupki, która łagodną część owej górki pokonywała ze średnią prędkością około 22 km/h. Niestety ponownie zaczęły mnie chwytać skurcze i aby jakoś przetrwać ten kryzys w ruchu musiałem wrzucić lżejsze przełożenie i niestety pożegnać się z większością towarzystwa. Po kwadransie ten mini-podjazd miałem za sobą i pozostało mi jeszcze siedem kilometrów drugiej części zjazdu. Na nim też straciłem kilka pozycji, ale ostatecznie udało mi się zjechać do Zernez (114 km) w kilkuosobowej kompanii. W dolinie pomniejsze grupki zaczęły się łączyć i tak już po kilku kilometrach spędzonych na szlaku z Zernez do Susch (120 km), gdzie zaczyna się południowy podjazd pod znana z TdS przełęcz Fluela, jechałem w co najmniej 30-osobowym peletoniku. Jako, że nie czułem się najlepiej miałem nadzieję przetrwać w tej grupie długi odcinek prowadzący doliną Innu do samej Martiny. Chciałem w ten sposób zaoszczędzić nieco sił przed finałowym podjazdem pod Norbertshohe.
Grupa jechała ze średnią prędkością niespełna 40 km/h, lecz nie czułem się w niej komfortowo. W zasadzie walczyłem o przetrwanie. Być może moje wysiłki by się powiodły gdyby nie drogowe pułapki. W dwóch miejscach na odcinku stu-dwustu metrów zerwano asfalt i gotowano się do remontu nawierzchni. Widząc przed sobą tego typu szutrowo-kamienistą niespodziankę zwalnialiśmy, przy czym jedni mniej, inni bardziej i po drugiej takiej przeszkodzie gdzieś nieopodal Giarsun (127 km) straciłem kontakt z moim „pociągiem”. Zostałem sam na polu walki, zaś do Martiny miałem przeszło 30 kilometrów. Na domiar złego przez cały czas wiał mocny przeciwny wiatr ze wschodu. Nieco łatwiej zrobiło się między 130 a 138 kilometrem czyli na łagodnym zjeździe podczas, którego zjechałem z poziomu 1490 na 1240 metrów n.p.m. Jednak na dojeździe do Scuol (140,5 km) znów czekało mnie nieco wspinaczki, co na tym etapie wyścigu, przy niekorzystnym wietrze i temperaturze sięgającej już 32 stopni delikatnie mówiąc nie należało do przyjemności. W dalszej części trasy dogoniłem paru ludzi z trasy Medio Fondo, ale byłem już tak ujechany, że na lekkim zjeździe jeden z nich bez trudu mnie urwał. Moje męki skończyły się 10, może 15 kilometrów przed końcem doliny gdy złapała mnie kolejna grupka rywali. Tym razem nie puściłem już koła i w około 20-osobowym oddziale dojechałem do Martiny (159 km). Przejechanie odcinka z Zernez do Martiny zajęło mi w sumie 1 godzinę i 15 minut przy średniej prędkości 37 km/h.
Po zakręcie w prawo przejechałem mostek nad Innem i tym sposobem po około sześciu godzinach we Włoszech i Szwajcarii wróciłem do Austrii, gdzie o poranku zaczęła się ta przygoda. Z granicznego mostu pozostało nam jeszcze do mety 7,6 kilometra, z czego 5,9 kilometra podjazdu pod Norbertshohe (1405 m. n.p.m.) o średnim nachyleniu 6,4 % oraz końcowe 1700 metrów zjazdu do mety w Nauders na ulicy Muhlenweg. Podjazd okazał się dość wymagający i kręty tj. z 11 wirażami. Pierwsza połowa wzniesienia trzymała na poziomie około 7 %. Zostawiłem za sobą niemal wszystkich rywali z mojej grupki, zaś w samej końcówce wzniesienia złapałem jeszcze kilka osób, które musiały mi odjechać jeszcze na terenie Dolnej Engadyny. Niemal na samym szczycie złapałem i minąłem gościa koszulce Team Leopard. Przejechanie tego podjazdu zajęło mi niespełna 25 minut przy średniej prędkości 14,3 km/h. Na krótkim zjeździe straciłem jedną pozycję, ale nie dałem się złapać sympatykowi Wielkich Kotów z Luksemburga. Pod koniec zjazdu nie dojeżdżając do Reschen Strasse należało skręcić pod kątem 90 stopni w boczną uliczkę, przejechać pod wiaduktem i wpaść na metę wyznaczoną pod dmuchaną, zieloną bramą z napisem Fohrenburger. Gdy zatrzymałem się za metą licznik pokazał mi czas jazdy 6 godzin i 34 minuty i 46 sekund oraz przejechany dystans 166,5 kilometra czyli jakieś półtora kilometra mniej niż podali organizatorzy na stronie wyścigu. Jestem jednak skłonny uwierzyć, że to oni mieli rację. Dodając z lekka opóźniony start i postój na Pass dal Fuorn oficjalny czas był nieco gorszy tzn. 6 godzin 36 minut i 53 sekundy przy średniej prędkości 25,397 km/h. To wystarczyło do zajęcia 377 pozycji w gronie 2107 mężczyzn, którzy pokonali trasę Gran Fondo. Co ciekawe licznik mi pokazał nieco wyższe od zapowiadanego łączne przewyższenie czyli 3480 metrów.
Wyścig wygrał triumfator deszczowego Kaunertaler Gletscherkaiser czyli 30-letni Austriak Klaus Steinkeller, który tym razem dołożył mi przeszło półtorej godziny uzyskując czas 5 godzin 5 minut i 38 sekund. Tuż za nim z czasem 5 godzin i 6 minut finiszował jego rodak Armin Neurauter. Dłuższą trasę przejechały też 132 kobiety, z których najszybsza okazała się Szwajcarka Petra Schwegler. Na pokonanie 168 kilometrów potrzebowała ona tylko 6 godzin 16 minut i 20 sekund. Czas lepszy od mojego uzyskały jeszcze cztery panie, w tym finiszująca na czwartym miejscu Niemka Michaela Mattheis, która trzy dni wcześniej wygrała wśród kobiet wspinaczkę w Kaunertal. Dość niespodziewanie trasa Gran Fondo okazała się być znacznie popularniejsza od krótszej i łatwiejszej Medio. Do mety w Nauders dotarło w sumie 2760 uczestników tych zawodów, z czego 2239 osób przejechało wyścig w wersji „Stilfserjoch”, zaś tylko 521 w opcji „Munstertal”. W łącznej klasyfikacji pucharowej obejmującej wyniki czwartkowego Kaunertaler Gletscherkaiser i niedzielnego Dreilander Giro zająłem 45 miejsce pośród 130 sklasyfikowanych osób. Po krótkim odpoczynku zdałem chipa, zatrzymawszy na pamiątkę swój numer startowy i odebrałem należną mi za ukończeniu wyścigu okolicznościową czerwon-białą koszulkę z napisem Dreilander Giro. Następnie zjadłem i wypiłem małe co-nieco w stojącym obok mety wielkim białym namiocie, po czym przejechałem się do samochodu, schowałem rower, ubrałem wygodniejsze buty i podjechałem autem w pobliże mety wyścigu. Dopiero wtedy stanąłem wśród kibiców w bezpośrednim sąsiedztwie finiszowej „kreski” czekając na przyjazd Darka.
Z braku treningów mój kolega był daleki od swej formy z sezonu 2006 czy nawet 2009 roku, ale sądziłem że wyrobi się w czasie poniżej 8 godzin. Musiałem się jednak uzbroić w nieco większą cierpliwość. Dario spędził na trasie 8 godzin 12 minut i 52 sekundy. Niemniej biorąc pod wagą braki w przygotowaniach i przede wszystkim wszystkie przygody, które spotkały go na trasie Dreilandera jego wyczyn i tak zasługiwał na spore uznanie. Los płatał mu jednego figla za drugim i rzucał kłody pod nogi niemal na każdym etapie zawodów. Najpierw na płaskowyżu koło Lago di Resia poluzowało mu się jedno z kółeczek w nowej przerzutce Campagnolo, więc czekał 11 minut obok drogi aż zatrzymał się kierowca jednego z samochodów i pożyczył mu imbus do naprawienia usterki. W tym czasie przed nosem przejechali mu wszyscy uczestnicy wyścigu. Gdy na początku podjazdu pod Stelvio złapał ogon wielkiego peletonu obsunął mu się magnes do pomiaru kadencji i niepokojąco stukał tak, iż Darek podejrzewał nawet defekt osi w korbie. Z kolei na zjeździe z tej przełęczy współpracy odmówiła mu chwilowo klamkomanetka odpowiedzialna za obsługę przedniej przerzutki, więc ku dolinie Mustair sunął bez pedałowania, bo na małej tarczy. Do tego na ostatniej prostej przed Santa Maria in Val Mustair przebił dętkę w tylnym kole i niemal kwadrans spędził na wymianie ogumienia, o co nie było łatwo w sytuacji gdy po długim zjeździe obręcz tego koła rozgrzała się na tyle, iż chwycić je można było jedynie zimowymi rękawiczkami. W końcu na dokładkę na początku podjazdu pod Norbertshohe pękła mu szprycha w feralnym tylnym kole, więc już tylko siłą woli dobrnął do mety na 1331 pozycji w naszej kategorii, co dało mu 113 miejsce w pucharowej rywalizacji. Bez tych wszystkich „przygód” mógł się pokusić o czas w granicach 7 godzin i 30-40 minut.
ZDJĘCIA
DREILANDER GIRO - OFENPASS
Do Prutz wróciliśmy około szesnastej. W drodze powrotnej ustaliliśmy, że z powrotem do Trójmiasta nie będziemy czekać do poniedziałkowego poranka. Zamiast tego wyruszymy około drugiej-trzeciej w nocy dzięki czemu w domu czy też w pracy (Darek miał do załatwienia kilka spraw zawodowych) będziemy w popołudnie, a nie późnym wieczorem. Zanim jednak udaliśmy na krótką drzemkę przed podróżą uregulowaliśmy nasz rachunek u Pana Sailera. Następnie około 18:30 poszliśmy na spacer by poznać miasteczko, goszczące nas przez dobry tydzień, którego nie mieliśmy okazji dobrze poznać z powodu codziennych wyjazdów. Zgodnie z nakazem nowej świeckiej tradycji, która narodziła się przed rokiem w Zell am See naszą przechadzkę zakończyliśmy na kolacji w miejscowej restauracji. Padło na położoną po drugiej stronie Innu pizzerii Felsenburg, do której jak przystało na Tyrol mieliśmy pod górkę i to całkiem sztywną. Niemniej zaserwowane nam pizze i mrożone herbaty warte były tego ostatniego podejścia. Podobnie jak widok na okoliczne góry w wieczornym letnim słońcu. Mimo kłopotów z pogodą mogliśmy być zadowoleni z efektów tej wyprawy. Poznaliśmy kilkanaście nowych podjazdów, w tym należący do najtrudniejszych w kolarskim światku Rettenbachferner. Poza tym na przekór aurze, problemom ze sprzętem i niedostatkom kondycji przetrwaliśmy oba wyścigi, o co szczególnie Darek musiał ciężko zawalczyć sięgając do granic swej fizycznej i psychicznej wytrzymałości. Jeśli o mnie chodzi to w ciągu ośmiu dni przejechałem 540 kilometrów z łącznym przewyższeniem blisko 15.700 metrów.
ZDJĘCIA
Jeszcze dwa-trzy lata temu podczas tego rodzaju wyprawy jeździłbym po górach od poniedziałku do piątku, zaś w sobotę odpoczywał przed niedzielnym wyścigiem. Z czasem jednak uznałem, iż ważniejsza od miejsca zajętego na sportowych zawodach jest możliwość poznania kolejnej góry. W końcu ile mógłbym zyskać pozwalając sobie na tą 24-godzinną regenerację? Przypuszczam, że w najlepszym razie kilkanaście minut czyli jakieś kilkadziesiąt pozycji w klasyfikacji tego rodzaju maratońskiej imprezy. Tak czy owak finiszowałbym bliżej niż dalej tzn. w górnej części tabelki, lecz pomimo najszczerszych chęci w „bezpiecznej odległości” od szerokiej czołówki zawodów. Jednym słowem przestało mieć dla mnie znaczenie to czy w peletonie liczącym tysiące kolarzy zajmę miejsce w trzeciej czy czwartej setce. O taki szczegół nie warto kruszyć kopii, lepiej poznać coś nowego, zobaczyć coś pięknego, nawet za cenę mniejszej świeżości na starcie docelowej imprezy. Dlatego też przed rokiem na dzień przed Marcialonga Cycling pojechałem do Levico Terme aby „zbadać” podjazd do Vetriolo, zaś w tym roku namówiłem Darka na wycieczkę do szwajcarskiej doliny Mustair aby z właściwej strony poznać trzecie i najmniej znane oblicze przełęczy Stelvio. Obaj mieliśmy już okazję przemknąć przez te okolice w lipcu 2006 roku. Wtedy to na około 70-kilometrowej rundzie ze startem i metą w Prato allo Stelvio podjechaliśmy najwyższą z włoskich przełęczy od strony południowo-tyrolskiej, zaś następnie zamknęliśmy ową pętlę zjazdem przez wschodnie kresy Szwajcarii.
Ze względów finansowych postanowiłem, że nasz samochodowy dojazd zakończymy po włoskiej stronie granicy, we wiosce Taufers (wł. Tubre) położonej na wysokości 1240 metrów n.p.m. Leży ona samym początku doliny Mustair biegnącej na zachód w kierunku przełęczy Fuorn. Droga z Prutz do Taufers wiodła przez Nauders, przełęcz Reschen (wł. Resia) i urocze miasteczko Glurns alias Glorenza, dzięki czemu mogliśmy się nie tylko przyjrzeć się pierwszym kilometrom niedzielnego wyścigu, ale i zmierzyć czas dojazdu na start tej imprezy i co najważniejsze w samym Nauders załatwić wszystkie formalności przedstartowe. Z naszej bazy wyjechaliśmy około dziesiątej. Dojazd do Nauders zajął nam około 30 minut, najpierw szybka jazda na płaskim odcinku do Kajetanbrucke, potem odrobina pojazdu wąską i krętą szosą w kierunku włoskiej granicy. Na odbiór pakietu startowego trzeba było czekać w niemałej kolejce, gdyż wszystkich uczestników wyścigu podzielono alfabetycznie na zaledwie trzy grupy tzn. A-H, I-P oraz R-Z. Organizatorzy nie szafowali prezentami. Poza oczywistym w takich paczkach numerem startowym najcenniejszym nabytkiem był czerwcowy numer niemieckiego miesięcznika „Tour” ze sporym artykułem na temat niedzielnych zawodów. Dodam, że dwa dni wcześniej przy okazji startu w Kaunertaler Gletscherkaiser trafił nam się majowy numer tego samego czasopisma. Pozostało mi żałować, że w czasach licealnych niezbyt przykładałem się do nauki języka Goethego.
ZDJĘCIA
Tymczasem gdy kręciliśmy się po uliczkach i polanie zaadaptowanych na miasteczko startowe do mety swojego ultra-maratonu docierali kolejni bohaterowie z morderczego szlaku Race Across the Alps. Trzydziestu ośmiu śmiałków płci obojga wystartowało z Nauders na podbój Alp dzień wcześniej, w samo południe. Jak się miało okazać trasę o długości 533,5 kilometra, okraszoną tuzinem nierzadko wielkich wzniesień przetrwało dwadzieścia ośmioro spośród nich. Czterem osobom udało się to uczynić w czasie poniżej jednej doby. Natomiast zwycięzca jedenastej edycji tych niesamowitych zawodów Szwajcar Reto Schoch zdążył zafiniszować jeszcze przed naszym przyjazdem. Na pokonanie całego dystansu oraz podjazdów pod: Reschen od północy, Stelvio, Gavię, Aprikę, Mortirolo, raz jeszcze Aprikę, Berninę, Albulę, Fluelę, Fuorn, Stelvio (via Umbrail) i na deser Reschen od południowej strony potrzebował tylko 21 godzin i 26 minut! Przy tym czego musieli dokonać uczestnicy tej hardcorowej imprezy nasz niedzielny wyścig, nawet w swej dłuższej wersji, wyglądał na przejażdżkę po parkowej alejce. Zrobiwszy co mieliśmy do zrobienia udaliśmy się w dalszą drogę na południe. Po kilku kilometrach wjechaliśmy do Włoch, lecz jeszcze przed zjazdem do Glorenzy zatrzymaliśmy się na granicznym płaskowyżu by przyjrzeć się wystającej z tafli sztucznego jeziora wieży kościoła. Niegdyś górowała ona nad dachami domostw we wsi, której już nie ma. Ładne wrażenie zrobiła na nas również starówka w Glurns (Glorenzy), z wiekową i bardzo wąską bramą wjazdową oraz odcinkiem bruku, który miał nami wstrząsnąć nazajutrz. Niedługo potem odbiliśmy na zachód, opuszczając dolinę Venosta, aby jadąc szlakiem wyścigu Medio Fondo dotrzeć w bezpośrednie sąsiedztwo szwajcarskiej granicy.
Przejechaliśmy Tubre (1240 m. n.p.m.) i zaparkowaliśmy na końcu wsi. Ruszyłem w trasę jako pierwszy około 12:50. Darkowi się nie śpieszyło, tego dnia chciał jedynie zrobić sobie delikatną przejażdżkę w dolinie. Moim celem było zdobycie najwyższego ze szwajcarskich szosowych podjazdów. To był zresztą podstawowy powód, dla którego zdecydowałem się nie oszczędzać swych sił w przeddzień maratonu. We wcześniejszych latach udało mi się wdrapać na najwyższe wzniesienia Francji (Cime de la Bonette) i Włoch (Passo dello Stelvio), zdobyłem najwyższa drogową przełęcz Pirenejów (Port d’Envalira), zaś świeżo w nogach miałem wspinaczkę na dach Austrii czyli pod Oetztaler Gletscherstrasse z finałem na Rettenbachferner. Korzystając z okazji warto było dorzucić do tej kolekcji podjazd pod Umbrail (2501 m. n.p.m.), choćby nawet nie był on nigdy testowany na wyścigach profesjonalnej rangi. Wśród szwajcarskich wzniesień znanych kolarzom zawodowym miano „Jej wysokości” należy się przełęczy Nufenen (2478 m. n.p.m.), którą z najwyższym trudem przejechałem podczas Alpenbrevet Gold z sierpnia 2008 roku. Na początek czekało mnie kilka kilometrów w dolinie Mustair, gdzie trzy-czwarte ludności mówi językiem romansz. To czwarty z urzędowych języków Szwajcarii, występujący w kilku rejonach kantonu Graubunden (pl. Gryzonia). W ramach rodziny języków romańskich należy do grupy reto-romańskiej, będąc najbliżej spokrewniony z używanymi we Włoszech językami: friulijskim i ladyńskim.
Już 500 metrów po starcie przejechałem włosko-szwajcarską granicę. Pierwsze dwa kilometry prowadzące do Mustair (1247 m. n.p.m.) były niemal zupełnie płaskie. Przed wjazdem do wsi minąłem leżący po prawej stronie drogi konwent benedyktynów pod wezwaniem św. Jana. Romański kościół wybudowano już w 780 roku za sprawą biskupa z Chur, acz prawdopodobnie na polecenie przyszłego cesarza Karola Wielkiego. Nieopodal znajduje się również muzeum dokumentujące wielowiekowe dzieje tej ziemi. Następnie czekał mnie przejazd przez wąskie uliczki Mustair, wśród eleganckich domków zdobionych malunkami i kwiatami pomiędzy którymi rozwieszone były flagi gminne i kantonalne. Okazało się również, iż okolica ta może się pochwalić nie tylko bogatą historią, lecz również bohaterem jak najbardziej współczesnym. Pochodzi stąd Dario Cologna, mistrz olimpijski z Vancouver (IO-2010) w biegu narciarskim na 15 kilometrów stylem dowolnym. Wygrał on również w sezonach 2008/2009 i 2010/2011 klasyfikację generalną Pucharu Świata oraz cykl zawodów pod nazwą Tour de Ski. Na dystansie 5,4 kilometra z Tubre do Santa Maria in Val Mustair (1375 m. n.p.m.), gdzie na dobre zacząć miał się podjazd musiałem niejako na rozgrzewkę pokonać przeszło 130 metrów przewyższenia. Niemniej jedynym trudniejszym fragmentem tego dojazdu był kilometrowy odcinek, rozpoczynający się po przejechaniu 3700 metrów, na którym stromizna sięgała 9 %. Po przełknięciu tej przeszkody pozostało mi tylko 700 metrów na złapanie głębszego oddechu przed podjazdem. Trwająca dokładnie kwadrans rozgrzewka skończyła się na zakręcie w lewo, tuż za budynkiem tutejszej poczty.
Wzniesienie to z pozoru wygląda na ubogiego krewniaka właściwego „prawdziwego Stelvio”. Umbrail jest niższy, mniejszy i krótszy niż jego włoska sąsiadka w obu swych obliczach, ale pod jednym względem ją przewyższa. Legendarny czyli południowo-tyroski wariant tego podjazdu ma 24,3 km przy średniej 7,4 %, zaś lombardzki z początkiem w Bormio 21,5 km ze średnią 7,1 %. Natomiast po szwajcarskiej stronie trzeba się wspinać co prawda tylko przez 13,3 km, ale za to przy średnim nachyleniu rzędu aż 8,5 %. Jeśli zaś ktoś chciałby jeszcze dokończyć wjazd pod Stelvio to po dwustu metrach zjazdu do zbiegu dróg pozostałoby mu jeszcze pokonać odcinek 3,2 kilometra o średniej 8,4 %. Takie dane oznaczają jedno czyli brak miejsca na złapanie głębszego oddechu, a co za tym idzie konieczność precyzyjnego dawkowania sił własnych. Stromiznę dało się odczuć praktycznie od razu. Zgodnie z profilem pierwsze cztery kilometry miały mieć średnie nachylenie na poziomie 9,5 %. Najpierw stromy i prosty odcinek o długości 450 metrów oraz cztery wiraże na kolejnym kilometrze. Nieco wyżej prawdziwe zatrzęsienie serpentyn aż do połowy czwartego kilometra. Po przejechaniu 4,4 kilometra minąłem na jednym z wiraży Gasthaus Alpenrose w miejscu zwanym Plattatschas. Mimo stromizny byłem w stanie przez cały ten czas jechać na przełożeniu 39 x 24, gdzieniegdzie nieco przepychając. Obok mnie w obie strony śmigało wielu motocyklistów, zaś liczni kolarze mijali raczej tylko z naprzeciwka. Pierwsze 5,9 kilometra miało średnie nachylenie 8,4 %. Na tym odcinku aż siedmiokrotnie stromizna poszybowała powyżej 10%, przy max. 15 % po przejechaniu 2,37 kilometra.
Pod koniec szóstego kilometra podjazdu ujrzałem widok, na który czekałem. Po przejechaniu mostku nad potokiem Aval Prasura „przeniosłem się w czasie”. Za plecami zostawiłem teraźniejszość XXI wieku i wjechałem na szutrową nawierzchnie rodem z epoki, gdy królowali Fausto Coppi i Gino Bartali. Wiedziałem, że mnie to czeka, gdyż zjeżdżałem tędy w lipcu 2006 roku, lecz nie pamiętałem jak długi był to odcinek. Okazało się, że był krótszy niż oczekiwałem, gdyż po tym kamienistym podłożu musiałem się wspinać tylko przez kolejnych 1550 metrów. Jechało mi się nawet przyjemnie, za wyjątkiem dwóch zakrętów gdzie nadmiar kamyczków zmuszał do większej uwagi w wyborze toru jazdy. Pod koniec szutrowego odcinka wyjechałem ponad poziom 2000 metrów n.p.m. i zarazem granicę lasu. Chwilę później przejechawszy drugi mostek nad rzeczka Muranzina wróciłem na pewniejszy, asfaltowy grunt. Przesadziłbym jednak pisząc, że komfort jazdy uległ znacznej poprawie. Asfalt był jakby nakrapiany drobnymi kamyczkami, a przy tym mocno pofalowany co utrudniało złapanie właściwego rytmu do dalszej wspinaczki. Do tego spore wyzwanie stanowiła stromizna na dziewiątym kilometrze poprzedzającym dojazd do Alp Muraunza (9,2 km), leżącej na wysokości 2170 metrów n.p.m. Ogółem ta środkowa część podjazdu miała długość 3,4 kilometra o średnim nachyleniu 7,9 %, przy trzech fragmentach ponad 10 % i max. rzędu 12 %.
Do przełęczy pozostawały jeszcze cztery kilometry, zaś w koło drogi rosła już tylko trawa, ostatnie krzewy oraz tu i ówdzie kwiaty o wiśniowej barwie. Czterysta metrów za Alp Muraunza zaczęły się kolejne serpentyny, ułatwiające odrobinę finałową część wspinaczki. Na 4 kilometrach o średnim nachyleniu 8,2 % stromizna pięciokrotnie przekroczyła poziom 10 %, zaś max. wyniosło raz jeszcze 12 %. W samej końcówce do szybszej jazdy zdopingował mnie widok innego kolarza-amatora. Sprężyłem się i udało mi się go dojść na ostatnich metrach podjazdu. Przejechałem obok budynku szwajcarskiego urzędu celnego i stanąłem przy tablicy z kamienia jako żywo przypominającej podobny znak drogowy na przełęczy Albula, gdzie swego czasu omal nie zamarzłem. Przejechanie przeszło 13 kilometrów od Santa Maria zajęło mi w sumie 1 godzinę 6 minut i 8 sekund co oznacza, że wspinałem się ze średnią prędkością 12,157 km/h. Mimo sporej wysokości bezwzględnej na górze zanotowałem przyjemne 18 stopni Celsjusza. Następnie zjechałem jeszcze na włoską stronę granicy ku prowadzącej z Bormio na Passo dello Stelvio drodze SS-38. Na samą przełęcz popatrzyłem sobie z dołu, nazajutrz miałem ją zdobyć już po raz trzeci i znów od tyrolskiej strony. Na zjeździe do Santa Maria in Val Mustair jechało się całkiem przyjemnie, za wyjątkiem szutrowej „naturstrasse”, na której zwolniłem aby tuż przed wyścigiem uniknąć jakichkolwiek złych przygód. W dolinie nie sposób było nie stanąć w obu mijanych wioskach. Do samochodu dotarłem około 15:30. Kolejne półtorej godziny zajął nam powrót do Prutz. Na podjeździe pod Passo di Resia mijaliśmy goniących ostatkiem sił uczestników Race Across the Alps. Natomiast jadąc główna ulicą Nauders zerknęliśmy w kierunku Podzamcza, gdzie kolejki ludzi czekających po swe numery startowe były równie długie co przedpołudniem. Był to widomy znak tego, iż peleton DreilanderGiro jak na Gran Fondo z najwyższej półki przystało będzie liczył tysiące śmiałków.
ZDJĘCIA
W oryginalnym programie tej wycieczki pomiędzy dwoma czekającymi nas wyścigami zaplanowałem jedynie pojedyncze podjazdy co by za bardzo nie zmęczyć się przed niedzielnym maratonem. Niemniej z racji fatalnej pogody w ubiegłą sobotą wypadł nam pierwszy z przewidzianych etapów. Tymczasem przynajmniej jedną z przewidzianych na ten dzień gór chciałem zobaczyć. Dlatego też do piątkowego programu postanowiłem dodać „zaległy” podjazd do z Ried im Oberinntal do Serfaus. Taka zmiana planów nie wymagała przy tym wielkiego poświęcenia. Po pierwsze znajdował się on w bezpośrednim sąsiedztwie naszej bazy i można było o niego zahaczyć w drodze powrotnej z Samnaun. Po drugie na tle innych wybranych przez mnie wzniesień był stosunkowo krótki i łatwy, więc nie podwyższał zanadto skali trudności szóstego dnia naszej wycieczki. Po czwartkowym chłodzie i deszczu z radością powitaliśmy słoneczny piątkowy poranek. Czekała nas wyprawa w zupełnie nowy rewir. Przez pierwsze cztery dni wyjeżdżając z Prutz zjeżdżaliśmy w stronę Landeck, po czym odbijaliśmy na zachód (pod Arlberg czy Bielerhohe) lub na wschód (ku dolinie Oetz). Natomiast w czwartek pojechaliśmy prosto na południe czyli w głąb doliny Kaunertal. Ostatnie trzy dni naszej tyrolskiej przygody mieliśmy zaś zacząć od jazdy drogą nr 180 w kierunku południowo-zachodnim czyli w górę Inntal, ku granicy ze Szwajcarią i Włochami.
Jako się rzekło w piątek czekały nas dwa podjazdy czyli: Samnaun i Serfaus. Oba bywałe w ostatniej dekadzie na trasach Tour de Suisse. Samnaun znalazł się na trasie tego wyścigu w 2002 roku, podczas edycji bardzo ciekawej dla polskich kibiców z racji rewelacyjnej jazdy Piotra Wadeckiego. Obecny selekcjoner naszej kadry narodowej trzy miesiące po groźnym wypadku na Tirreno – Adriatico śmigał po wysokich górach pięknie jak nigdy i w klasyfikacji generalnej TdS zajął drugie miejsce, przegrywając tylko z Alex’em Zulle – zwycięzcą Vuelta a Espana z lat 1996-1997. Niemniej etap trzeci z metą w Samnaun padł łupem nie Polaka czy Szwajcara, lecz Aleksandra Winokurowa. Zulle był tego dnia drugi ze stratą 3 sekund do Kazacha i objął prowadzenie w wyścigu. Tuż za nim przyjechał jego francuskojęzyczny rodak Laurent Dufaux. Natomiast „Wadek” finiszował szósty tracąc do zwycięzcy 9 sekund, podobnie jak poprzedzający go Rosjanin Paweł Tonkow i Austriak Peter Luttenberger. Z kolei podjazd do Serfaus pojawił się na trasie TdS nieco później, ale za to już dwukrotnie. Po raz pierwszy w 2009 roku gdy finisz z 15-osobowej grupki asów wygrał Michael Albasini. Szwajcar wyprzedził swego rodaka i późniejszego triumfatora całej imprezy Fabiana Cancellarę oraz Włocha Damiano Cunego. Natomiast w tym roku, dokładnie na tydzień przed moją „inspekcją” cieszył się tu ze zwycięstwa Thomas De Gendt. Okazał się on najmocniejszy i zarazem najsprytniejszy z grona 17 uciekinierów. Zainicjował swą solową akcję jeszcze w dolinie, zaś na finałowym podjeździe odparł kontratak samego Andy Schlecka. Młodszy z braci Schlecków stracił do Belga 35, zaś trzeci na kresce Hiszpan Jose Joaquin Rojas 48 sekund.
Na pierwszy rzut postanowiliśmy wziąć położony nieco dalej od Prutz, a przy tym niewątpliwie trudniejszy podjazd do Samnaun (1839 metrów n.p.m.). Tą górę można pokonać na dwa sposoby. Opcja zachodnia czyli 14,5 kilometra przy średnim nachyleniu 5,1 % zakłada początek wspinaczki we wiosce Vinadi na poziomie 1094 m. n.p.m. i w całości przebiega po południowo-wschodnich rubieżach Szwajcarii. Natomiast wschodnia wersja podjazdu o długości 15,3 km i średnim nachyleniu 5,4 % rozpoczyna się na austriackiej ziemi, w położonym nieco niżej, bo na wysokości 1017 m. n.p.m. Kajetanbrucke. Obie drogi zbiegają się tuż za austriacko-szwajcarskim przejściem granicznym co oznacza, iż końcowe sześć kilometrów wzniesienia jest wspólne dla obu wersji tego wzniesienia. Przypuszczam, że uczestnicy TdS z roku 2002 wspinali się do mety od strony Vinadi. My jednak z powodów tak logistycznych jak i odrobiny własnej sportowej ambicji wybraliśmy do swego „menu” nieco trudniejszą wschodnią opcję. W tym celu podjechaliśmy samochodem do miasteczka Pfunds, oddalonego od naszej bazy o skromne 16 kilometrów. Podobnie jak kilka dni wcześniej w Oetz na miejsce naszego rozładunku wybraliśmy parking pod marketem Impreis. Dzięki temu mogliśmy liczyć na odrobinę rozgrzewki tj. kilka minut jazdy w płaskim terenie, drogą krajową nr 180 wzdłuż rzeki Inn. Kilka minut po jedenastej ruszyliśmy z Pfunds i już po chwili okazało się, że jestem do tej jazdy podwójnie nieprzygotowany. Po pierwsze zapomniałem zabrać z sobą aparatu fotograficznego, a na domiar złego mój licznik znów nie działał. Tym razem zawiodła bateria w podstawce pod licznik, najwyraźniej przemoczona w trakcie czwartkowego wyścigu z powodu nieszczelnej przykrywki. Na szczęście mogłem liczyć na dane i zdjęcia zebrane przez Darka.
Po przejechaniu 2200 metrów zjechaliśmy z niej odbijając w prawo na drogę lokalną nr 348, dosłownie kilkadziesiąt metrów przed miejscem gdzie główna droga rozdziela się na zmierzającą ku Italii Reschen Strasse (nr 180) oraz biegnącą ku Helwetii Engadiner Strasse (nr 184). Pierwsze kilkaset metrów przez nieuwagę przejechałem na dużej tarczy używając specyficznego przełożenia 53×21. Wkrótce jednak zaczęła się widoczna na profilu stromizna i nie pozostało mi nic innego jak zrzucić łańcuch na małą tarczę 39, po czym wrzucić typowo górski tryb z 24 ząbkami. Ze sporym wysiłkiem pokonałem trzy trudne kilometry z siedmioma wirażami, korzystając również z trybu 28. Z mozołem zbliżyłem się, a następnie wyprzedziłem dwóch cyklo-turystów, których ujrzałem przed sobą. Było słonecznie i ciepło (dobrze ponad 20 stopni Celsjusza), więc można było się w tym miejscu zdrowo napocić. Nie bez powodu, gdyż nawet mimo łatwiejszego wstępu pierwsze 3,7 kilometra miało średnie nachylenie rzędu 11 %. Szczęśliwie nie cały podjazd wyglądał w ten sposób. W zasadzie pokonawszy ten odcinek najgorsze mieliśmy już za sobą. Kolejne 4,5 kilometra kończące się na wysokości około 1640 metrów n.p.m., przy rozjeździe Samnaun / Spiss miało średnio już tylko 4,5 %. Co więcej z tego miejsca do granicy i zbiegu naszego szlaku z drogą z Vinadi prowadził dość stromy, około półtorakilometrowy zjazd, na którym straciliśmy blisko 120 metrów ze zdobytej właśnie wysokości. Wszystko to trzeba było oczywiście odpracować na ostatnich sześciu kilometrach wzniesienia. Szwajcarska końcówka miała średnie nachylenie 5,5 %, lecz jej początek potrafił mnie nieco przytkać. Szczególnie podstępny okazał się jedenasty kilometr wzniesienia o nachyleniu 10,5 %.
Zaraz po przekroczeniu granicy znaleźliśmy się na terenie strefy wolnocłowej, gdyż Samnaun niczym włoskie Livigno czy pirenejska Andorra jest górskim rajem podatkowym. Stąd dziwić im wyżej jechaliśmy tym więcej życia było wzdłuż drogi. O ile na austriackim odcinku mijaliśmy tylko pojedyncze gospodarstwa to po szwajcarskiej stronie witały nas całe narciarskie kurorty. Najpierw Compatsch, potem Ravaisch i w końcu Samnaun. Wszędzie czekające na turystów pensjonaty, zapadłe w letni sen wyciągi narciarskie oraz liczne stacje benzynowe oferujące najtańszą w regionie benzynę za skromne 1,15 Euro tj. po cenie o jakieś 20 % niższej od obowiązującej w dolinie. Przegoniłem tu jeszcze czterech kolejnych amatorów kolarstwa i mocno zbliżyłem się do piątego. Do Samnaun wjechałem przez mostek przerzucony nad górskim potokiem. Zdecydowałem się pojechać do najwyższego punktu tej miejscowości czyli pozostało mi jeszcze 500 metrów jazdy po Talstrasse pełnej sklepów oraz turystów. Asfalt skończył się na wysokości 1860 metrów n.p.m. Na pokonanie całego wzniesienia potrzebowałem 1 godziny 3 minut i 39 sekund co oznacza, iż jechałem ze średnią prędkością 14,422 km/h. Usiadłem u granicy miasteczka i lasu, na dwuczęściowej bali drewna przedzielonej skibobem. Postanowiłem odsapnąć i poczekać na swego kolegę. Zajęło to więcej czasu niż przypuszczałem, bo aż 45 minut. Darek z braku odpowiednich treningów był daleki od swej formy sprzed dwóch lat i wczorajszy Kaunertaler Gletscherkaiser dał mu się mocno we znaki. Dlatego pod Samnaun jechał bardzo spokojnie, tu i ówdzie przystając. Z zaliczenia kolejnego podjazdu był oczywiście zadowolony, lecz jednocześnie zapowiedział, że na dziś mu wystarczy. Co więcej stwierdził, że w sobotę potrenuje tylko na płaskim terenie aby relatywnie wypoczętym stanąć na starcie DreilanderGiro.
ZDJĘCIA
Na początku zjazdu zrobiliśmy krótki rekonesans po wystawach sklepowych w Samnaun i dopiero po minięciu mostku jazda w dół nabrała większego rozpędu. Zatrzymaliśmy się na nieco dłużej jedynie przed szwajcarsko-austriackim przejściem granicznym. Swobodne i raczej szybkie „opadanie” ku Inntal zakłócił nam tylko półtorakilometrowy podjazd, który wcześniej był jedynym przerywnikiem podczas 15-kilometrowej wspinaczki. Do samochodu na parkingu w Pfunds dojechaliśmy około 14:20, więc już przed piętnastą byliśmy z powrotem w naszym apartamencie. Czas było coś przekąsić czyli sporą miskę makaronu z serem i sosem na bazie pomidorów. Po obiedzie zająłem się suszeniem licznika, które mimo marnych rokowań zakończyło się pełnym sukcesem. Dzięki czemu tym razem z pełnym ekwipunkiem ruszyłem o 17:25 na wycieczkę do Serfaus. Podjazd do tej miejscowości zaczyna się w miasteczku Ried im Oberinntal, położonym ledwie trzy kilometry na południowy-zachód od Prutz. Mogłem więc śmiało dojechać do niego rowerem, ale wybrałem samochód gdyż na tym odcinku drogi krajowej nr 180 obowiązywał zakaz jazdy bicyklem, zaś na szukanie alternatywnej bocznej ścieżki nie chciałem tracić czasu. Silnik mojego samochodu chyba jeszcze nie zdążył się rozgrzać gdy zaparkowałem u podnóża wzniesienia. Nie wjechałem przy tym do wspomnianego miasteczka, lecz zatrzymałem się po północnej stronie „krajówki”, w pobliżu tartaku. W zasadzie bezpośrednio przed mostem nad Innem, za którym droga zaczynała się piąć do góry, z początku w kierunku północno-wschodnim niemal równolegle do rzeki.
Do Serfaus podobnie jak do Samnaun można się dostać na dwa sposoby. Aczkolwiek tu inaczej niż na podjeździe do szwajcarskiej strefy wolnocłowej nie tylko końcówka, ale i początek wzniesienia jest wspólny dla obu opcji. Obie wersje wspinaczki do Serfaus odróżnia jednak środkowa, zasadnicza część podjazdu. Trzeba też od razu powiedzieć, że podjazd kończy się praktycznie na poziomie wioski Fiss, gdyż następne trzy kilometry są już niemal płaskie. W obu znanych mi internetowych źródłach czyli „zanibike” oraz „cyclingcols” znalazłem jedynie około 6-kilometrową, bardziej stromą zachodnią wersję tego podjazdu. Tymczasem na Tour de Suisse kolarze wspinali się do Serfaus dłuższą wschodnią stroną zahaczając o urokliwą wioskę Ladis. Jako, że miałem świeżo w pamięci stoczony na tej drodze pojedynek De Gendta z młodszym Schleckiem wybrałem właśnie tą opcję. Profil tego wzniesienia stworzyłem następnie samemu na bazie danych z licznika i z wykorzystaniem włoskiego „salitaker”. Dlatego też po 750 metrach od startu czyli jakieś 600 metrów za mostem na rozjeździe skręciłem w prawo. Początek wzniesienia nie był jeszcze szczególnie trudny, pierwsze 1100 metrów miało średnie nachylenie na umiarkowanym poziomie 5,9 %. Jednak kolejne dwa kilometry stanowiły już znacznie większe wyzwanie. Średnia stromizna na tym odcinku wyniosła 9,6 %, zaś od połowy drugiego do połowy trzeciego kilometra dobrze ponad 11 %. Po przejechaniu 2,4 kilometra licznik wskazał mi nawet maksymalne nachylenie rzędu 18 %.
Pech chciał, że właśnie na tej dwukilometrowej ściance tj. dokładnie po przejechaniu 1600 metrów musiałem się na chwilę zatrzymać. Bynajmniej nie z braku sił. Otóż wspinałem się stojąc w pedałach, tylne koło mocno pracowało, a najwyraźniej za słabo je dopiąłem i tak zaczęło ocierać o tylni widelec. Dlatego musiałem stanąć niczym rok wcześniej na podjeździe pod Saint-Barthelemy i poprawić zatrzask. Niemniej wystartować z miejsca pod 16 %-ową stromiznę bez pomocy „rozpychacza z wozu technicznego” nie było łatwą sprawą. Jedynym wyjściem z tej sytuacji było przejechanie pierwszych metrów po wpięciu butów w pedały w poprzek drogi. Straciłem na tym wszystkim ponad dwie minuty, zostałem wybity z rytmu, zaś do końca stromizny brakowało jeszcze niemal półtora kilometra. Czwarty kilometr był już znacznie łatwiejszy. Tuż przed wjazdem do Ladis (3,8 km) na szosie ujrzałem liczne napisy zrobione przed tygodniem przez kolarskich fanów, wśród których najwięcej do powiedzenia mieli kibice luksemburskich braci z klanu Leoparda. Nieopodal Ladis na skale stał niewielki zameczek. Natomiast na miejskim murze dostrzegłem spory plakat zapowiadający tegoroczny etap TdS z 17 czerwca. Na pierwszym planie Damiano Cunego i Tony Martin bohaterowie tej imprezy z 2009 roku gdy poprzednim razem ten wyścig zawitał do Ladis. We wiosce przykuwał uwagę elegancki kościółek i przede wszystkim finezyjnie pomalowane domki. Za Ladis minąłem parking przed małym ośrodkiem narciarskim, po czym musiałem się zmierzyć z dość trudną końcówką piątego kilometra, gdzie stromizna w dwóch miejscach przekroczyła 11 %. Potem łatwiejsze półtora kilometra, po czym dopiero druga połówka siódmego i cały ósmy kilometr z przejazdem przed Fisser Hofe przypomniały mi, że wspinaczka jeszcze się nie skończyła.
Dokładnie po przejechaniu 7,5 kilometra moja droga czyli L-286 dobiła do wyglądającej na główną Serfauser Landesstrasse tzn. L-19. Pozostało mi do przejechania jeszcze kilkaset niełatwych metrów i niepełny kilometr w ledwie wznoszącym się terenie. Mój licznik jak zwykle zaniżał wysokość bezwzględną, gdyż w tym miejscu zakończył odliczanie na poziomie 1396 metrów n.p.m., podczas gdy z „google.maps” wynika, iż droga biegnąca obok Fiss dochodzi do poziomu co najmniej 1420 metrów n.p.m. W sumie podjazd w moim wykonaniu czyli z Ried do Fiss via Ladis miał 8,9 kilometra o średnim nachyleniu 5,8 %. Przejechanie tego wzniesienia zajęło mi 34 minuty i 55 sekund, acz odliczając stratę poniesioną na drugim kilometrze wiem, że de facto wspinałem się przez około 33 minuty. Do bram Serfaus zostało mi jeszcze 2100 metrów w terenie lekko pofałdowanym, na którym mogłem jechać z prędkością przekraczającą 30 km/h. Stanąłem przy otoczonym kwiatami pomniku, w pobliżu ścianki wspinaczkowej i toru dla deskorolkowców. Na szosie namalowana była gruba biała linia, niechybny znak iż w tym miejscu kończył się siódmy etap tegorocznego Tour de Suisse. Dalej skręciłem w prawo i pojechałem do centrum Serfaus. Zatrzymałem się dopiero przy moście linowym Zeno-brucke. W sumie spędziłem w tej stacji około dwudziestu minut. Nie było szczególnie ciepło (16 stopni), zaś na niebie gromadziły się ciemne chmury, więc uznałem że dobrze będzie stopniowo ewakuować się ku dolinie. Oczywiście tym szlakiem, który przywiódł mnie w to ładne miejsce. Po zjechaniu do poziomu rzeki nie udałem się od razu do samochodu, lecz przejechałem pod wiaduktem podtrzymującym drogę nr 180 aby choć rzucić okiem na Ried im Oberinntal. Tego dnia przejechałem w dwóch odcinkach 62 kilometry z łącznym przewyższeniem 1670 metrów. Nie za dużo, nie za mało – dobry kompromis między moim wielkim apetytem poznawczym a umiarkowanymi możliwościami fizycznymi.
ZDJĘCIA