Region Friuli Venezia-Giulia nie przywitał nas dobrą pogodą. Zachmurzone niebo w piątek. W sobotę przelotne opady deszczu, w tym wieczorna nawałnica. Niedzielne przedpołudnie wcale nie wyglądało lepiej. Dlatego nie mieliśmy dobrego powodu by spieszyć się z opuszczeniem Ovaro. Czekaliśmy na przejaśnienie i ruszyliśmy się z domu dopiero około jedenastej gdy stało się jasne, że na poprawę aury możemy się nie doczekać. Podobnie jak w sobotę czekała nas wycieczka ku dolinie rzeki Fella. Tym razem nieco krótsza czyli 45 kilometrów drogi do pierwszego przystanku w okolicy miasteczka Chiusaforte. Na ten dzień mieliśmy zaplanowane trasy we włoskiej części Alp Julijskich. Dwie wspinaczki rozpoczynające się przy drodze krajowej nr 13 i biegnące ku wschodowi w górę dolin wyznaczonych przez górskie potoki Raccolana i Dogna. Pierwszym miał być ponad 20-kilometrowy podjazd na Altopiano del Montasio (1515 m. n.p.m.), zaś drugim niewiele krótszy wjazd na Sella Sompdogna (1392 m. n.p.m.). Najpierw 21,3 kilometra o średnim nachyleniu 5,3 %, a następnie 17,8 kilometra o przeciętnej 5,4 %. Dwa wzniesienia pierwszej kategorii i każdy o przewyższeniu około tysiąca metrów. Bez dwóch zdań cenne nabytki do mojej kolekcji górskich skalpów. Trzy miesiące później okazało się, że na wspomnianym płaskowyżu zakończy się dziesiąty etap Giro d’Italia 2013. Dla kolarzy, którzy staną na starcie tego wyścigu będzie to pojedynek w trudnym i nieznanym terenie. Tak Altopiano del Montasio jak i poprzedzający ów finał podjazd na Cason di Lanza nie zostały dotąd przetestowane na żadnym większym wyścigu kolarskim.
W drodze do Chiusaforte towarzyszył nam deszcz. Po zjechaniu z SS13 chcieliśmy znaleźć jakieś zadaszone miejsce, aby spokojnie przygotować się do pierwszej wspinaczki. Nie zatrzymaliśmy się w miasteczku, lecz skręciliśmy w drogę SP76 przejeżdżając na wschodni brzeg rzeki. Chwilę po minięciu wioski Raccolana zjechaliśmy w prawo znajdując sobie miejsce postojowe pod wiaduktem, na którym biegnie autostrada A23. Około południa było tylko 17 stopni i padał deszczyk. Ubraliśmy się stosownie do okazji i zdecydowaliśmy się ruszyć w drogę na przekór pogodzie. Pierwsza tercja tego podjazdu czyli odcinek kończący się na wysokości Ponte di Tamaroz ma średnie nachylenie zaledwie 2,3 %. Jedyny w miarę kłopotliwy fragment to pierwsza połowa drugiego kilometra kończąca się na wysokości kościółka stojącego po prawej stronie drogi. Tym niemniej jazda nie była łatwa i przyjemna. Z każdym kilometrem padało coraz mocniej, zaś na trzecim i czwartym lało już jak z cebra. W dodatku zaczął nas bombardować grad. Dlatego po przejechaniu 4,1 kilometra daliśmy za wygraną zatrzymując się przy gospodarstwie w okolicy Pezzeit. Schowaliśmy się na kilkanaście minut do szopy stojącej na tyłach tego domu. W tym miejscu przeczekaliśmy najgorsze. W tym czasie minął nas Darek, który już wcześniej stanął by ubrać się jak najcieplej. Gdy deszcz zaczął słabnąć ja i Piotr zdecydowaliśmy się na dalszą jazdę. Natomiast Adam wolał jeszcze trochę poczekać. Później okazało się, że gospodarze zaprosili go do środka, poczęstowali gorącą herbatą i dali do ubrania ciuchy zgoła nie kolarskie, lecz skutecznie chroniące przed chłodem i wszechobecną wilgocią. Po restarcie czekało nas jeszcze kilka łatwych kilometrów, na których minęliśmy wioskę Saletto (5,7 km) i Ponte di Tamaroz (7,8 km). Wraz z końcem dziewiątego kilometra dotarliśmy do Piani di Qua. Za wioską minęliśmy kościół wybudowany w drugim roku pontyfikatu Jana Pawła II.
Trudniej zrobiło się dopiero na dwunastym kilometrze czyli za osadą Pian della Sega (10,7 km), gdzie trzeba było pokonać 730 metrów o średnim nachyleniu 10%. Kolejny ciężki odcinek to 780 metrów o średniej 9,1 % za mostem Volt d’Aghe na czternastym kilometrze. W tej okolicy droga zaczęła się wić po serpentynach. Na trzech kilometrach przed Sella Nevea (16,8 km) było ich w sumie siedem. Stromizna drogi oscylowała na przyzwoitym poziomie od 6 do 9 %. Po drodze trzeba było przejechać przez trzy galerie. W ośrodku Sella Nevea można było złapać głębszy oddech przed stromym finałem podjazdu. Następnie po przejechaniu 17,1 kilometra od startu trzeba było zjechać z drogi SP76, która w tym miejscu skręca w prawo ku przełęczy leżącej na wysokości 1190 metrów n.p.m. Chcąc dostać się na płaskowyż należało pojechać prosto i wbić się na stromą leśną ścieżkę. Tu od razu była do pokonania pokonania ścianka o długości 320 metrów przy średniej 14,7 %, zaś nieco wyżej kilka ciasnych wiraży, na których maksymalne nachylenie sięga 18 %. Cała stromizna ma długość 1900 metrów o średnim nachyleniu 11,8 % i powinna stanowić idealne miejsce do ataku po etapowe zwycięstwo na Giro 2013. Ostatni odcinek podjazdu to 2,4 kilometra o umiarkowanej już średniej 5,1 %. Wspinaczkę zakończyłem na rozdrożu przy długim budynku gospodarskim. Roztacza się stąd piękny widok na masyw górski wyznaczający północną granicę płaskowyżu. Darka nie spotkałem, bo źle skręcił na wysokości Sella Nevea. Cofnąłem się kilkaset metrów do wcześniejszego rozdroża i w tym miejscu poczekałem na przyjazd wszystkich kolegów. Na szczęście zaczęło się rozpogadzać, więc warunki na zjeździe były lepsze od spodziewanych. Nad dolną częścią Canale di Raccolana świeciło już słońce i temperatura wzrosła do przyjemnych 24 stopni. Można było strzelić ładne fotki tak mijanym wioskom, górom jak i samej rzeczce oraz wodospadom, które znacznie przybrały na sile po niedawnej burzy.
ZDJĘCIA

