Planując czerwcową wyprawę uznałem, że z uwagi na stosunkowo niewielkie odległości pomiędzy poszczególnymi górami podobnie jak przed rokiem w Trentino będziemy sobie mogli pozwolić na luksus posiadania tylko jednej bazy wypadowej. Udało mi się znaleźć w sieci tj. poprzez stronę „tiscover” miejsce, które miało trzy niezaprzeczalne zalety. Lokalizację w centrum naszego „obszaru łowieckiego” tzn. w Prutz, niewielkim miasteczku u wjazdu do doliny Kaunertal. Sporą powierzchnię w postaci przeszło 56-metrowego apartamentu z salonem, dwoma sypialniami, kącikiem kuchennym, łazienką i WC na drugim piętrze dużego domu jednorodzinnego należącego do rodziny o słynnym w tym kraju nazwisku Sailer. To wszystko za bardzo umiarkowaną cenę czyli 341 Euro za 9 noclegów dla dwóch osób (wliczając lokalny podatek i koszt końcowego sprzątania) – jednym słowem za mniej niż 20 Euro za dobę od łebka.
Na sobotnie popołudnie po kilkunastogodzinnej podróży zaplanowałem wypad na najbliższe tej bazy wzniesienia czyli Pillerhohe (1559 m. n.p.m.) oraz znane choćby z tegorocznej edycji Tour de Suisse Serfaus via Ladis i Fisser Hofe (1438 m. n.p.m.). Ta pierwsza góra przed ośmiu laty była moim dziewiczym podjazdem w Alpach. Wówczas pokonałem ją od wschodu ze startem w Imst oraz właściwym początkiem w Wenns. Tym razem miałem zamiar zdobyć ją od najtrudniejszej, zachodniej strony z początkiem podjazdu prowadzącym przez wioskę Fliess. Niestety plany te pokrzyżowała iście jesienna pogoda. Już na dojeździe do Prutz straszył nas przelotny deszcz, lecz po dotarciu na miejsce warunki pogodowe znacznie się pogorszyły. Ledwie 13 stopni Celsjusza na poziomie niespełna 900 metrów n.p.m. i przede wszystkim regularna ulewa wybiły nam z głowy pomysł na pierwszą przejażdżkę już w sobotę 18 czerwca. Szybko pogodziłem się z faktem, iż nie dane mi będzie ponownie stanąć na przełęczy Piller. Niemniej z wizyty na nieznanym mi dotąd podjeździe do Serfaus nie miałem zamiaru rezygnować. Uznałem, że przełożę tą wspinaczkę o kilka dni i w najbliższy piątek zrobię ją w pakiecie z wycieczką do szwajcarskiego Samnaun.
Niedzielny poranek nie powitał nas słońcem, acz dawał nadzieję na jazdę w przyzwoitych warunkach pogodowych. Zresztą co było robić? Przyjechaliśmy do Tyrolu tylko na 9 dni i drugi „walkower” z naszej strony po prostu nie wchodził w rachubę. Dokonałem pewnych roszad w naszym programie i na pierwszy etap tej tyrolskiej przygody wybrałem podjazdy pod Arlbergpass (1795 m. n.p.m. tzn. 6,6 km o średnim nachyleniu 7,6 %) oraz Flexenpass (1774 m. n.p.m. tzn. 18,3 km o średniej 5,1 %). Wyglądały one na najłatwiejsze z całej listy, zaś przed poważniejszymi wyzwaniami warto było „przetrzeć nogę” na wzniesieniach o średniej skali trudności. Na miejsce postoju wybrałem wioskę Pettneu kilka kilometrów przed Sankt Anton am Arlberg, gdzie miała się zacząć nasza wspinaczka pod wschodnią ścianę Arlbergu. Gdy około południa gotowaliśmy się do jazdy stojąc przed sklepem sportowym Mario Matta, w pobliżu białego kościoła z typową dla Tyrolu strzelistą wieżą termometr pokazywał tylko 15 stopni, zaś niebo prezentowało pełną gamę możliwych barw od radosnego błękitu po zwiastujący kłopoty kolor ciemnoszary.
Nie wiem ile razy Arlberg znalazł się na trasie Osterreich Rundfahrt. Wiem jednak, że w ostatniej dekadzie trzykrotnie pojawił się na szlaku prestiżowego Tour de Suisse. W latach 2005 i 2009 przełęcz tą pokonano od zachodniej strony na etapach do Sankt Anton oraz Serfaus wygranych przez Australijczyka Bradleya McGee i Szwajcara Michaela Albasiniego. Natomiast w 2007 roku zdobyto ją od „naszej” wschodniej strony na etapie do Malbun. Premię górską wygrał wówczas Bask Arkaitz Duran, zaś sam etap z metą w Liechtensteinie Frank Schleck. Ponadto w latach 2004-2006 Arlberg również trzykrotnie znalazł się na trasie zapomnianego już nieco Deutschland Tour. Za pierwszym razem wspinano się od zachodu w końcówce etapu do Sankt Anton. Ten odcinek wygrał „niesławny” Patrik Sinkewitz, który na finiszu pokonał Hiszpana Francisco Mancebo. W ten sposób Niemiec objął prowadzenie w wyścigu, którego nie oddał do końca imprezy. Rok później przejechano ją od wschodniej strony w połowie etapu do niemieckiego Friedrichshafen. Natomiast w 2006 roku kolarze ponownie musieli się wspinać pod Arlberg od wschodu, lecz tym razem na metę, którą wyznaczono w Saint Christoph am Arlberg, ośrodku położonym na wysokości 1762 metrów n.p.m. czyli tuż poniżej owej przełęczy. Etap ten wygrał Jens Voigt, który o dwie sekundy wyprzedził Amerykanina Levi Leipheimera oraz o osiem i dziesięć sekund dwóch kolarzy ze wschodu Andrieja Kaszeczkina i Jewgienija Pietrowa. Dzięki temu sukcesowi oraz rewelacyjnej jeździe na czas w dniu następnym doświadczony Niemiec wygrał wówczas po raz pierwszy swój narodowy tour.
Ruszyliśmy w górę doliny Stans (Stanzertal) z początku po niemal płaskim terenie. Lekko jednak nie było. Powitał nas bowiem mocny, przeciwny wiatr. Szczególnie dla słabo przygotowanego do tej wyprawy Darka było to jak zderzenie się ze ścianą. Po niespełna dwóch kilometrach jadąc cały czas na zachód znaleźliśmy na drodze krajowej nr 197. Na idącej równolegle do naszego szlaku autostradzie A-12 w tych okolicach wyznaczono ostatni zjazd przed blisko 14-kilometrowym (płatnym) tunelem, który wykuto w latach 1974-1978 pod masywem Arlbergu na odcinku między Sankt Anton w Tyrolu a Langen w Vorarlbergu. Po trzech kolejnych kilometrach i minięciu wioski Sankt Jakob zatrzymałem się przy stacji benzynowej u wlotu do Sankt Anton aby poczekać na kolegę. W mieście na kilka tygodni przed wyścigiem były już rozwieszone banery reklamujące szosowy maraton Arlberg-Giro, który w tym roku odbyć miał się 31 lipca na trasie 148 kilometrów z podjazdami pod Arlberg i Bielerhohe. To latem przyjazne kolarzom miasteczko zimą jest prawdziwą mekką dla amatorów białego szaleństwa. W 2001 roku gościło nawet uczestników Mistrzostw Świata w narciarstwie alpejskim.
Po krótkim postoju podążyliśmy dalej główną drogą rezygnując na razie z wjazdu do centrum tej miejscowości. Wspinaczka zaczęła się u zbiegu drogi nr 197 z biegnącą przez środek miasteczka ulicą Dorfstrasse. Pierwszy kilometr był jeszcze stosunkowo łatwy, lecz drugi już nieco trudniejszy ze stromizną dochodzącą do 10 % i kawałkiem „tarki” czyli zdartego asfaltu. Ogółem pierwsza tercja wspinaczki przy średnim nachyleniu 6,3 % była jeszcze całkiem przyjemna. Zacząłem chyba nieco za szybko, gdyż dalsza część wzniesienia dała mi się we znaki. Przypuszczam jednak, że środkowa tercja tego dość niepozornego podjazdu potrafi przystopować każdego entuzjastę. O ile początek pojechałem w tempie 17,4 km/h to przez środek przebrnąłem ze znacznie niższą średnią 12,1 km/h. Ot prawo grawitacji. Ten odcinek miał bowiem średnie nachylenie 10,3 % z kilkoma fragmentami o maksymalnym nachyleniu 13 %. Na szczęście ostatnia tercja wzniesienia była już znacznie łatwiejsza, bo na średnim poziomie 5,6 % i max. 10 % stromizną. Trzeba tu było przejechać przez liczący 1090 metrów tunel o nazwie „Heinrich Findelkind Galerie” wyjeżdżając kilkaset metrów przed samą przełęczą wśród zabudowań osady Sankt Christoph am Arlberg. Pokonanie całego podjazdu zajęło mi 27 minut i 25 sekund przy średniej 14,881 km/h.
ZDJĘCIA

