Trentino-Alto Adige, Veneto & Friuli

We wrześniu 2025 roku wróciłem tam, gdzie przed wieloma laty zacząłem swą przygodę z wielkimi kolarskimi podjazdami. Trentino-Alto Adige oraz Veneto to dwa regiony, od których rozpocząłem poznawanie górskich szos Italii. Moim pierwszym podjazdem w tym kraju była tyrolska strona legendarnej wspinaczki na Passo dello Stelvio (Stilfser Joch) z lipca 2003 roku. W dwóch kolejnych dniach zaliczyłem swe pierwsze wspinaczki w sercu Dolomitów. W następnym roku na dolomickim pograniczu Trydentu i Wenecji Euganejskiej kręciłem już przez pięć dni z rzędu. Nieco później czyli w latach: 2006-2008, 2010, 2012, 2015-2016 oraz 2018 jeszcze nie raz gościłem w obu tych regionach. Poza tym w roku 2008 na chwilę, zaś w 2012 na znacznie dłużej wpadłem do położonego na północno-wschodnim krańcu Włoch regionu Friuli-Wenecja Julijska. Dzięki tym wszystkim wyprawom do połowy sierpnia 2018 roku na obszarze Trydentu i obu Wenecji poznałem w sumie 136 premii górskich, w tym 90 o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Większość z nich, bo aż 81 na drogach Trentino-Alto Adige (z czego 46 w prowincji Trento i 35 w Bolzano). Poza tym 40 w regionie Veneto i 15 we Friuli-Venezia Giulia. Przy okazji aż pięć ze swoich siedmiu wyścigów typu Gran Fondo przejechałem właśnie na szosach Veneto, Sud Tirolu (Alto-Adige) czy Trentino. Mam tu na myśli: GF Dolomiti Stars-2007 (wokół Arabby), Maratona dles Dolomites-2007 (Corvara alta Badia), GF Campagnolo-2008 (Feltre), GF Marcialonga-2010 (Predazzo) oraz moje ostatnie wyzwanie tego typu czyli GF Charly Gaul-2012 (Trento).

Tak się jednak złożyło, że w ostatnich sześciu sezonach już nic nie dodałem do tego dorobku. Owszem pomiędzy rokiem 2019 a 2024 dalsze pięć razy wybrałem się we włoskie Alpy. Niemniej za każdym razem obierałem kurs zachodni, o to by na rowerze zwiedzać: Dolinę Aosty, Lombardię, Piemont czy nawet Ligurię. Gdy na początku października ubiegłego roku wracałem z Apeninów do Polski słoneczną tego dnia Doliną Adygi zdałem sobie sprawę, że dawno mnie w tych stronach nie było. Zapragnąłem powrotu na „stare śmieci”. Wiedziałem, że niejedno ciekawe wzniesienie zostało mi tu jeszcze do zobaczenia i zaliczenia. Opracowałem sobie plan na 10-dniową wycieczkę po wschodniej części włoskich Alp. Do tej stosunkowo niedługiej wyprawy udało mi się namówić przyjaciela z kaszubskich tras czyli Adriana Zdrojewskiego. Kompana, z którym w latach 2020-2023 zwiedzałem górskie trasy w Alpach Nadmorskich i Prowansalskich, Dolinie Aosty i Piemoncie, Karyntii czy w końcu we wschodniej Hiszpanii oraz Andaluzji. Na ten wyjazd wybrałem sobie 20 wzniesień z obszaru pięciu włoskich prowincji: Trento, Bolzano (Bozen), Verona, Belluno oraz Udine. Aby ogarnąć cały ten teren potrzebowaliśmy trzech baz noclegowych. Poruszaliśmy się z zachodu na wschód, więc pierwszą znalazłem w miejscowości Pomarolo (nieopodal Rovereto), drugą w Facen (ponad Pedaveną), zaś trzecią w Forni di Sotto (dolina Tagliamento). Wiedziałem też, że Adriano w tych stronach jeszcze w ogóle nie kręcił. Dlatego poza moim tegorocznym programem znalazłem koledze szereg premii górskich „z najwyższej półki”. Znając jego moc wiedziałem, że nawet z najcięższym wyzwaniem sobie zgrabnie poradzi.

Jeśli chodzi o moje dokonania to w drugiej dekadzie września przejechałem w sumie 566 kilometrów z łączną różnicą wzniesień 19.651 metrów. Ostatecznie zaliczyłem 16 z 20 zaplanowanych sobie wzniesień. Jedenaście z nich miało przewyższenie ponad 1000 metrów. Dorobek Adriana był nieco bogatszy, pomimo jednego dnia przerwy. Mój kompan pokonał tu 17 znaczących premii górskich, w tym osiem na solo. Za moją namową zdobył bowiem: Passo Santa Barbara (z Bolognano), Rifugio Graziani (Mori), Monte Bondone (Trento), Passo Coe’ (Calliano), Monte Grappę (Semonzo), Tre Cime di Lavaredo (Auronzo di Cadore), Monte Zoncolan i Monte Arvenis (Ovaro). Ja na tym wyjeździe nie wjechałem na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. Trzykrotnie przekroczyłem pułap 1800 metrów. Moim najwyższym wzniesieniem była tu Monte Valsecca (1871 m. n.p.m.), zaś nieco niższymi metami: Rifugio Sorgenti del Piave (1835) oraz Sella di Rioda (1802). Na miano największej góry zasłużył sobie podjazd pod Monte Grappę rozpoczęty pod Seren del Grappa. To jest wspinaczka z przewyższeniem netto 1421 metrów, zaś brutto nawet 1531. Drugie i trzecie miejsca w tym zestawieniu zajęły: Monte Cornetto (1324) i Monte Valsecca (1316). Z kolei moim najdłuższym podjazdem był ten zdecydowani najłagodniejszy czyli blisko 28-kilometrowe Passo di Sommo z ulic Trento. Ciut krótsza była wspomniana już Monte Grappa, zaś podium uzupełniła Sella di Rioda o długości 24 kilometrów. W końcu zaś pokonałem tu trzy podjazdy o skali trudności na tyle wysokiej, by odnotować kolejne zmiany na liście top-100 moich najtrudniejszych wspinaczek. Północno-wschodnia Monte Grappa wskoczyła tu na 59., Monte Cornetto na 64., zaś Il Salto / Schermoos (od Terlano) na 91 miejsce.

Mój rozkład jazdy:

11.09 – Serrada & Passo della Bordala

12.09 – Monte Cornetto & Monte Fae

13.09 – Passo Sommo

14.09 – Schermoos Sattel W & Schermoos Sattel E

15.09 – Malga Pletzn & Passo Vezzena

16.09 – Monte Grappa NE

17.09 – Monte Avena & Passo Cibiana

18.09 – Rifugio Sorgenti del Piave

19.09 – Monte Valsecca & Pian delle Streghe

20.09 – Sella di Rioda

Appennini Nord & Centro vol. II

Moja letnia „sesja poprawkowa” czyli czwarta już wyprawa w Apeniny, z rowerem w roli pierwszo- lub przynajmniej drugoplanowej. Tą pierwszą była romantyczna wycieczka z Iwoną po Toskanii i Ligurii, na którą wybraliśmy się w lipcu 2011 roku. W trakcie tego wyjazdu zaliczyłem dziesięć apenińskich wzniesień m.in. bardzo trudne San Pellegrino in Alpe, samotną Monte Amiata czy Passo dell’Abetone rozsławioną rajdem Fausto Coppiego na Giro d’Italia z roku 1940. Drugą eskapadą było „Grande Giro” z Darkiem Kamińskim czyli 18-dniowy przejazd po północnej i środkowej części Apenin na przełomie czerwca i lipca roku 2014. To już było zwiedzanie Italii w trybie „niemal każda noc pod nowym dachem”. Całe multum ciekawych podjazdów po drodze, niekiedy nawet trzy dziennie. Przebyliśmy długą trasę ze startem w San Marino i zjazdem na południe wzdłuż wschodniego wybrzeża przez regiony Marche i Abruzję aż do Molise. Biegunem południowym owej wyprawy była znana z kilku edycji „La Crosa Rosa” wspinaczka do stacji Campitello Matese. Następnie po nawrotce na wysokości Montecassino ruszyliśmy na północ szlakiem przez Lacjum, Umbrię, Toskanię, Ligurię i lombardzkie Oltrepo Pavese ku ostatnim etapom na terenie Emilii-Romanii. Zaliczyłem wówczas aż 37 premii górskich, w tym takie góry jak: Monte Nerone, Prati di Tivo, Blockhaus, Sella di Leonessa (via Terminillo), Campo Cecina czy Monte Beigua.

Podobnie zaprojektowałem sobie ubiegłoroczny wypad w Apeniny, na który wybrałem się u progu kalendarzowej jesieni wespół z Mateuszem Dąbrowskim. Z moim kompanem umówiłem się na współpracę od startu w sub-regionie Romagna do końca pierwszego tygodnia na pograniczu Lacjum oraz Umbrii. Mój teren poznawczy znów miał obejmować północne i środkowe Apeniny, acz tym razem wiódł po nieco krótszej trasie podzielonej na prologu i 15 etapów. Niestety pechowe zrządzenie losu sprawiło, iż na tym wyjeździe zaliczyłem mniej niż połowę z zaplanowanych 31 wzniesień. Już na prologu wokół Monte Fumaiolo dopadły mnie dreszcze. Kolejny podjazd czyli Passo di Calla ledwie ukończyłem jadąc w gorączce. Po takim wstępie na cztery dni zostałem wyłączony z wszelkiej aktywności, więc z górami Marche przegrałem walkowerem. Na rower wróciłem w Abruzji, lecz przez trzy pierwsze dni ograniczałem się do jednej wspinaczki na dobę. Dopiero na początku drugiego tygodnia zacząłem kręcić w pełnym wymiarze, choć na nieco zwolnionych obrotach. Po czym gdy powoli zacząłem się rozkręcać nadeszło załamanie pogody. W Toskanii cały czas lało, zaś w Ligurii aura była w kratkę. Cóż mogłem się z tym liczyć wszak zaczął się już październik. Ostatecznie w ciągu 16 dni na włoskiej ziemi pokonałem tylko 13 podjazdów, w tym zaledwie trzy o przewyższeniu ponad 1000 metrów tzn. Valico di Capo la Serra, Rocca Calascio i Passo del Faiallo.

Tym samym po sezonie 2024 na obszarze Apeninów miałem już przejechanych 60 premii górskich, w tym 56 o przewyższeniu co najmniej 500 metrów. Tym niemniej przebieg jak i wynik zeszłorocznej wyprawy pozostawił mi spory niedosyt. Obiecałem sobie czym prędzej wrócić te strony by nadrobić owe zaległości. Odpowiedzią na te niepowodzenia miała być wycieczka o charakterze bynajmniej nie czysto kolarskim. Po długich czternastu latach znów zajechałem autem na włoski półwysep w towarzystwie Iwony. Owszem w międzyczasie zwiedzaliśmy razem centralne czy południowe regiony Italii, ale tylko dzięki lotom do Rzymu, Pizy, Neapolu, Bari czy Katanii. Niemniej moja partnerka nigdy nie miała okazji do przeżycia tak mobilnej wycieczki krajoznawczej. Liczne przeprowadzki dawały szansę odwiedzenia wielu ciekawych miejsc tak w rejonach nadmorskich jak i górskim interiorze Italii. Rower w ciągu tych dwóch tygodni był na drugim planie, choć niemal codziennie miałem tu 2-3 godzinki wolnego czasu na wspinaczkę i niekiedy potrzebny dojazd w rejon wybranej góry. Dwa razy dostałem nawet dłuższą dyspensę konieczną do zaliczenia pewnej wielkiej góry czy też dwóch dużych w ciągu jednego dnia. Równie ważne jak rower były w tych dniach wizyty na włoskich plażach. Odwiedziliśmy zatem kurorty: Rimini, Montesicuro oraz Francavilla al Mare po adriatyckiej stronie półwyspu oraz Marina di Massa nad Morzem Tyrreńskim.

Tym niemniej dla mnie najlepszymi punktami całego programu były liczne okazje do wspólnego przechadzania się po pięknych: miastach, miasteczkach czy urokliwych wioskach, a także do podziwiania cudów natury jakimi może się pochwalić środkowa Italia. Zaczęliśmy nasze Giro od zwiedzania Republiki San Marino. Następne na naszej liście były miejscowości takie jak: San Leo, Frontino, Urbino, Braccano, Ascoli Piceno, Castel del Monte, Rocca Calascio, L’Aquila, Tivoli, Bagnoregio, Orvieto i w końcu miasto Krzysztofa Kolumba czyli Genua. Istną perełką tej wycieczki była wizyta w zjawiskowych jaskiniach Frasassi. Poza tym dwukrotnie wjechaliśmy na majestatyczny płaskowyż Campo Imperatore, za pierwszym razem oglądając jego wschodni kraniec, a za drugim zachodni czyli okolice masywu Gran Sasso d’Italia. O wszystkich tych miejscach postaram się wspomnieć przy okazji opisywania moich kolejnych górskich podjazdów. Tych w lipcu minionego roku zaliczyłem w sumie 14. Tym razem udało się odhaczyć prawie wszystkie z kolarskiego programu. Do pełni szczęścia na tym polu zabrakło choćby jednej wspinaczki w rejonie płaskowyżu Castelluccio. Miałem tam do wyboru dwa solidne podjazdy: ten z Castelsantangelo sul Nera do stacji Monte Prata lub z Trisungo na przełęcz Forca di Presta. Względnie mogłem się zadowolić krótszym do ośrodka narciarskiego Frontignano czyli metą z tegorocznej edycji wyścigu Tirreno-Adriatico. Niestety w trakcie naszego transferu z Mateliki do Martinsicuro niemal ciągle „lało jak z cebra”, więc musiałem sobie darować rowerową wspinaczkę na terenie Monti Sibillini.

Wśród wspomnianej „czternastki” po cztery premie górskie zaliczyłem na szosach Abruzji i Toskanii oraz trzy w regionie Marche. Ponadto pokonałem po jednym podjeździe w stołecznym Lacjum, Ligurii oraz na południowo-wschodnich rubieżach Piemontu, który z Apeninami niespecjalnie się kojarzy. W sumie podczas tej podróży przejechałem 492,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 15.148 metrów. Ogólny wynik całkiem niezły biorąc pod uwagę, iż była to górska jazda co najwyżej na pół-etatu. Połowa z moich lipcowych wzniesień miała przewyższenie netto powyżej 1000 metrów. Najwspanialszym podjazdem pod każdym względem była wspinaczka ze Scafy przez Roccamorice na mityczny Blockhaus. To była jedyna góra z finałem powyżej poziomu 2000 metrów n.p.m. Ta wyjątkowość akurat nie dziwi, bowiem w Apeninach są tylko dwa szosowe „dwutysięczniki”. Przewyższenie netto Blockhausu czyli 1958 metrów było o blisko 800 metrów większe od amplitudy kolejnego wzniesienia na tej liście, również abruzyjskiego Vado di Sole. Warto przy tym dodać, iż brutto miałem tu pokonania w pionie aż 2025 metrów! Gigant z masywu Majella to podjazd długi na blisko 32 kilometry, więc był też moim najdłuższym na tej wyprawie. Poza nim trafiły się jeszcze dwie przeszło 20-kilometrowe wspinaczki czyli: Valico della Crocetta i Rifugio Casentini. Rzeczony zachodni Blockhaus był tu jedynym wzniesieniem na tyle trudnym by wskoczyć do pierwszej „setki” moich najbardziej wymagających wspinaczek. Znalazł się zresztą całkiem wysoko, bo na 19 miejscu czyli o stopień wyżej niż słynne Passo del Mortirolo od Mazzo di Valtellina. Dodam, że był nie tylko największym, lecz także najtrudniejszym ze wszystkich 54 podjazdów jakie zaliczyłem w sezonie 2025.

Mój rozkład jazdy:

26.07 – Monte Carpegna

27.07 – Monte Nerone NW

28.07 – Monte San Vicino

30.07 – San Giacomo N +

31.07 – Blockhaus W

1.08 – Vado di Sole

2.08 – Valico della Crocetta

3.08 – Campaegli

4.08 – Monte Serra E

5.08 – Rifugio Casentini & Rifugio Orecchiella

6.08 – Passo del Vestito

7.08 – Capanne di Cosola

8.08 – Passo della Bocchetta

Gryzonia czyli Graubunden, Grischun & Grigioni

Szwajcaria – kraj gór pięknych i wysokich oraz jeszcze wyższych cen towarów i usług. W minionych dwóch dekadach podjąłem niejedno, ciężkie tak dla nóg jak i portfela, wyzwanie polegające na poznawaniu co ciekawszych kolarskich podjazdów na terenie alpejskiej Konfederacji. Były to w sumie cztery dłuższe wyprawy skupione na szosach Helvetii oraz kilka przelotnych wizyt złożonych tam przy okazji wycieczek po państwach ościennych. Pierwszym doświadczeniem był wypad na rajd Alpenbrevet Gold z sierpnia 2008 roku połączony ze zwiedzaniem najbardziej znanych przełęczy w środkowej i wschodniej Szwajcarii. Rok później w czerwcu odkrywałem wzniesienia Jury oraz Alp Berneńskich i Pennińskich z obu stron młodego Rodanu. Do kantonu Valais / Wallis wróciłem potem w sierpniu 2017 roku, zaś na przełomie czerwca i lipca 2023 roku mimo noclegów po włoskiej stronie granicy najwięcej czasu spędziłem na szosach Ticino. W sumie przed sezonem 2025 na terenie Szwajcarii pokonałem 77 większych podjazdów (o przewyższeniu ponad 500 metrów). Przy tym 15 na obszarze regionu, który stał się głównym celem pierwszej z moich trzech tegorocznych wypraw. Z tej piętnastki: pięć poznałem w roku 2008, siedem w 2011 i trzy w 2023.

Gryzonia (Graubunden, Grischun, Grigioni czy Grisons) bo o niej tu mowa to bardzo szczególny kawałek Szwajcarii. Kraina ta w granicach zbliżonych do współczesnych po raz pierwszy zaistniała na politycznej mapie Europy pod koniec XV wieku. W 1471 roku doszło do aliansu trzech oddolnych inicjatyw terytorialnych czyli: Ligi Domu Bożego, Szarej Ligi oraz Ligi Dziesięciu Jurysdykcji. Szara Liga dała nazwę całemu regionowi, lecz w jego współczesnym herbie czy fladze dojrzeć można symbole każdej z dawnych lig. Trzy Ligi stopniowo zacieśniały współpracę, a przy tym stały się sojusznikiem Szwajcarii w jej odwiecznych zmaganiach z dynastią Habsburgów. Tym niemniej formalnie Gryzonia dołączyła do Konfederacji dopiero w roku 1803. Dziś jest największym kantonem Konfederacji o powierzchni 7105 km2 czyli zajmuje 1/6 terytorium tego państwa. Jest to jednak bardzo górzysty i przez to najrzadziej zaludniony region Szwajcarii. Mieszka tu tylko 200 tysięcy z blisko 9 milionów obywateli tego kraju. To jest ciut mniej niż w mieście Genewa, a przeszło dwa razy mniej niż w Zurychu. Stolicą tego kantonu jest niespełna 40-tysięczne Chur, będące najstarszym ze szwajcarskich miast. Poza nim najsłynniejszymi miejscowościami Gryzonii są: Davos i Sankt-Moritz. Ta pierwsza to najwyżej położone miasto Europy leżące na wysokości 1560 metrów n.p.m., zaś druga to słynny ośrodek sportów zimowych, gospodarz Igrzysk Olimpijskich z lat 1928 i 1948.

Graubunden uchodzi za najbardziej zróżnicowany pod względem kulturalnym oraz naturalnym ze wszystkich 26 regionów Szwajcarii. Tylko w tym kantonie są aż trzy języki urzędowe czyli: niemiecki, romansz i włoski. Ten pierwszy współcześnie przeważa stopniowo wypierając lokalne dialekty reto-romańskie. Natomiast lingua italiana używana jest na południu w dolinach poniżej przełęczy: San Bernardino, Maloja i Bernina. Jeśli chodzi o lokalne skarby natury to wspomnieć trzeba, iż najwyższa góra Gryzonii czyli Piz Bernina (4048 m. n.p.m.) jest zarazem najwyższym szczytem całych Alp Wschodnich. Z kolei miejscowe rzeki należą do zlewiska aż trzech mórz. Swój bieg zaczyna tu Ren zmierzający ku Morzu Północnemu. Jego dwa początkowe odcinki czyli: Przedni (Vorderrhein) i Tylni (Hinterrhein) łączą się właśnie na terenie tego kantonu pod wsią Reichenau nieopodal Tamins. Rzeczki i potoki z południa brną ku Padowi i Adydze, po czym ich nurtem ku Morzu Adriatyckiemu. Natomiast wody na wschodzie regionu dzięki Innowi łączą się z Dunajem płynącym do Morza Czarnego. Ta różnorodność sprawia, że Grischun bywa nazywane „Małą Szwajcarią” czy też „Szwajcarią w pigułce”. Wypada też wspomnieć, iż połączenia kolejowe w tym regionie obsługuje jedynie lokalny (odrębny od federalnego) przewoźnik czyli Koleje Retyckie. Do jego kultowych „produktów” należą malownicze wysokogórskie trasy: Bernina Express i Glacier Express. Dodam jeszcze, iż jedyny szwajcarski park narodowy czyli Parc Naziunal Svizzer znajduje się właśnie w tym regionie mając siedzibę w Zernez na terenie doliny Engadyna.

Podobnie jak w 2024 roku do czerwcowej wyprawy namówiłem swego imiennika z Gdyni czyli Daniela Szajnę. Na „booking.com” ciężko było znaleźć noclegi w cenie poniżej 100 Euro za noc. Ostatecznie znalazłem dwie bazy. Pierwszą na 13 nocy w Laax na terenie dystryktu Surselva i drugą na 3 noce nieco bardziej na wschód w miasteczku Domat / Ems (d. Imboden). Ponieważ była to pierwsza z tegorocznych wycieczek wolałem nie rzucać się od razu na góry mogące stanowić największe wyzwanie. Ważna była odpowiednia aklimatyzacja czyli przyzwyczajenie nóg, płuc i serca do rytmu jazdy w ciężkim górskim terenie. Dlatego opracowałem szczwany plan na przetrwanie. Przez pierwszych pięć dni celowaliśmy niemal wyłącznie w dłuższe, lecz raczej umiarkowane pod względem nachylenia, podjazdy prowadzące ku tutejszym przełęczom czy też krańcom górskich dolin. Dopiero od szóstego dnia rozpocząłem swe „nierówne” zmagania z nieco krótszymi, lecz na ogół bardzo stromymi wspinaczkami ku metom pod górskimi schroniskami oraz gospodarstwami. Mając do dyspozycji 15 dni liczyłem na zrobienie maksymalnie trzydziestu premii górskich. Ostatecznie zaliczyłem ich 24, z czego 22 na szosach Gryzonii i dwie (te ostatnie) w sąsiednim kantonie Sankt-Gallen. W systemie góra-dół przejechałem tu łącznie 797 kilometrów. Nie za dużo jak na ponad dwa tygodnie. Niemniej w pionie uzbierało mi się 28.819 metrów.

W sumie aż 9 razy wjechałem w tych dniach na pułap ponad 2000 metrów n.p.m., przy czym tylko 4 z tych premii górskich były dla mnie zupełnie nowymi miejscami tzn. Juf, Alp Anarosa, Bargli i Berghaus Arflina. Dachem owej wyprawy i zarazem całego sezonu 2025 stała się Fluelapass wznosząca się na wysokość 2383 m. n.p.m. Aczkolwiek w jej przypadku nie musieliśmy pokonywać przesadnie dużego przewyższenia jako, że wystartowaliśmy ku niej ze wspomnianego już Davos. Powyżej poziomu „2300” wspięliśmy się tego dnia dwukrotnie, gdyż parę godzin wcześniej zaliczyliśmy też Albulę. Trzeci tego rodzaju wjazd wykonaliśmy zaś pięć dni później kończąc ciężką wspinaczkę pod Tguma / Alp Anarosa. Pod względem przewyższenia, a także stromizny na szosach Gryzonii nie było „miękkiej gry”. W sumie aż 18 z 24 wzniesień miało amplitudę przeszło 1000 metrów. Największe czyli Julierpass i Alp Anarosa odpowiednio 1438 i 1414 metrów, zaś trzy kolejne przeszło 1300. Dodam przy tym, że 11 moich podjazdów miało średnie nachylenie o wartości ponad 9 czy nawet 10% i to mimo długości z reguły przekraczającej 10 kilometrów. Trafiły się nam tu dwie przeszło 30-kilometrowe wspinaczki. Najdłuższą była ta z Tiefencastel pod przełęcz Julier o długości aż 35,8 kilometra, zaś drugą pod tym względem wjazd z Chur do stacji Innerarosa 30,7. Pięć najbardziej hardcorowych wzniesień tej wyprawy czyli: Alp Anarosa, Buchserberg (Malbun Obersaas), Alp dil Plaun, Alp Palfries i Berghaus Arflina weszło do pierwszej „setki” najtrudniejszych podjazdów w 23-letniej historii moich górskich podróży. Najcięższa z owych gór czyli Tguma-Alp Anarosa wskoczyła w tym zestawieniu na 39 miejsce czyli lokatę pomiędzy południową Faunierą i maratońskim podjazdem na Forcola di Livigno.

Mój rozkład jazdy:

20.06 – Juf & Splugenpass

21.06 – Oberalppass

22.06 – Albulapass & Fluelapass

23.06 – Julierpass

24.06 – Val Lumnezia & Zervreila See

25.06 – Alp Quader & Wali

26.06 – Alp da Riein

27.06 – Alp Anarosa & Glaspass

28.06 – Berghotel Tgantieni & Obermutten

29.06 – Partnun & Bargli

30.06 – Innerarosa

1.07 – Berghaus Arflina & Valcaus

2.07 – Alp dil Plaun

3.07 – Tschiertschen

4.07 – Malbun Obersass & Alp Palfries