DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Scafa
Wysokość: 2068 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1964 metrów
Długość: 27,7 kilometra
Średnie nachylenie: 7,1 %
Maksymalne nachylenie: 12 %
PROFIL
OPIS
We wtorek 24 czerwca mogliśmy sobie pozwolić na luksus dłuższego snu i leniwe spędzenie poranka. Obie czekające nas góry były do zrobienia z bazy noclegowej w centrum Lettomanopello. Start i meta szóstego etapu w tym samym miejscu. Do tego bonus w postaci kolejnego noclegu pod tym samym dachem. Po raz pierwszy i zarazem ostatni w trakcie tej wyprawy można było zapomnieć o samochodzie. Mieliśmy cały dzień do naszej dyspozycji, więc wcale nam się nie śpieszyło. Około dziesiątej wybraliśmy się na zakupy. Ponieważ w mieście nie znaleźliśmy sklepu spożywczego zeszliśmy ponad kilometr wzdłuż drogi SP65. Tym samym w drodze powrotnej do domu przyszło nam zrobić na piechotę fragment podjazdu, z którym już wkrótce mieliśmy się zmierzyć na rowerze. Tego dnia chcieliśmy bowiem zdobyć słynny Blockhaus (2068 m. n.p.m.) od strony północnej i następnie jego „stację pośrednią” czyli Passo Lanciano (1308 m. n.p.m.) od strony wschodniej. Blockhaus della Majella w różnych kształtach i wymiarach jak dotąd sześciokrotnie pojawił się na trasie Giro d’Italia. Po raz pierwszy na dwunastym etapie Giro z roku 1967. Tego dnia 220-kilometrowy odcinek z wcześniejszym przejazdem przez premie górskie: Macerone, Rionero Sannitico i Roccaraso wygrał pewien 22-letni Belg. Dopiero debiutował w Wielkim Tourze, lecz już wkrótce miał zdominować zawodowy peleton na całą dekadę. Eddy Merckx wygrał z przewagą 10 sekund nad „wiecznie drugim” w Giro Włochem Italo Zilioli’m oraz 20 sekund nad Hiszpanem Jose Perez-Frances’em. Dla Merckxa był to pierwszy triumf w wysokich górach. Kolarscy eksperci szybko musieli skorygować swe prognozy co do ścieżki rozwoju jego kariery. To nie był jeszcze jeden Belg z talentem wyłącznie do sprintu i klasyków. Na tym Giro Eddy wygrał jeszcze sprinterski odcinek z finiszem w Lido degli Estensi, lecz w „generalce” był tylko dziewiąty. Rok później zdominował już cały wyścig Dookoła Włoch z metą w Rzymie. Finisz przedostatniego etapu tej imprezy wyznaczono na Blockhaus. Tym razem pierwszy „na kresce” był Włoch Franco Bodrero, który o 10 sekund wyprzedził swych rodaków Franco Bitossiego i Silvano Schiavona.
W latach sześćdziesiątych Vincenzo Torriani (dyrektor Giro) nie oszczędzał kolarzy. W obu przypadkach zawodnicy musieli dotrzeć na wysokość powyżej 2000 metrów n.p.m. Niemal przy wszystkich kolejnych okazjach tutejsza meta znajdowała się na poziomie 1600-1700 m. n.p.m. W sezonie 1972 etap ze startem Francavilla al Mare był w zasadzie górskim sprintem o długości 48 kilometrów i finałem po wschodniej stronie góry. Krótko i konkretnie wedle włoskiej terminologii jazda od startu „a tutta”. Wymarzony scenariusz dla kozicy z Asturii czyli Hiszpana Jose-Manuela Fuente. Mimo nad wyraz skromnego dystansu wyprzedził on Baska Miguela Marię Lasę o 1:35 i Włocha Gianniego Mottę, który podobnie jak Merckx stracił aż 2:36. Dla odmiany na 194-kilometrowym etapie z roku 1984 roku różnice w czołówce były mikroskopijne. Wygrał najszybszy pośród czołowych górali Włoch Moreno Argentin, który o dwie sekundy wyprzedził przyszłego triumfatora całej imprezy czyli Francesco Mosera i o trzy Portugalczyka Acacio Da Silvę. Następnie na przeszło dwie dekady Giro zapomniało o „Gigancie z Abruzji”. Przypomniano sobie o nim dopiero w 2006 roku. Wybrano trudniejszą północną stronę góry, lecz metę usytuowano zaledwie na poziomie Passo Lanciano. Wygrał jak chciał Ivan Basso (dominator tego wyścigu), który o 30 sekund wyprzedził swego rodaka Damiano Cunego oraz podejrzanie mocnego Hiszpana Jose-Enrique Gutierreza. W końcu zaś w 2009 roku Blockhaus pojawił się jako meta siedemnastego, zaledwie 83-kilometrowego etapu ze startem w Chieti. Ten górski sprint wygrał Włoch Franco Pellizotti o 42 i 43 sekundy wyprzedzając swych rodaków Stefano Garzellego i Danilo Di Lukę. Inna sprawa, że po pewnym czasie wyniki Franka (na skutek medycznych nieprawidłowości w paszporcie biologicznym) i Danilo (wobec pozytywnego wyniku kontroli antydopingowej) zostały wykreślone z archiwów tego wyścigu. Godzi się jeszcze przypomnieć, że wysokie siódme miejsce zajął tego dnia Sylwester Szmyd tracąc do kolegi z Liquigasu 1:55.
Niemniej nie tylko sama historia tej góry przykuła moją uwagę. Jeszcze bardziej atrakcyjne były fizyczne atuty tego wzniesienia. Sugerując się informacjami z „archivio salite” prowadzonego przez autorów strony „zanibike.net” liczyłem na to, iż po raz pierwszy w życiu zdobędę kolarską górę o przewyższeniu ponad 2000 metrów. Jednak ostatecznie po obejrzeniu dokładnej mapy tego podjazdu w programie „velowiever” stwierdziłem, iż dane zgodne ze stanem faktycznym podaje Michiel van Lonkhuijzen, niezmordowany zdobywca gór wszelakich ze strony „cyclingcols.com”. Tym niemniej Blockhaus dzięki 1962 metrom przewyższenia i tak stał się liderem na mojej prywatnej liście największych podjazdów. Niech schowają się więc wyniosłe alpejskie olbrzymy: Stelvio, Val Thorens, Iseran, Gran San Bernardo czy dotąd prowadząca Gavia (liczona od poziomu Edolo). Tym samym dopóki nie wybiorę się na andaluzyjskie Pico Veleta lub wulkany Wysp Kanaryjskich w tym zestawieniu rządzić winien podjazd rodem z Apenin i serca Italii, acz o bardzo germańskiej nazwie. Już same podstawowe rozmiary tej kolarskiej góry są imponujące czyli 27,5 kilometra o średnim nachyleniu 7,1 %. Czyli stromizna podobna jak na Stelvio, ale długość o ponad trzy kilometry większa. Według „cyclingcols” maksymalne nachylenie na tym podjeździe to 12,5 %, najtrudniejszy kilometr aż 10,4 %, zaś dłuższy 5-kilometrowy fragment ma budzącą respekt wartość 9,2 %. Michiel dodaje też, iż na dystansie 22,9 kilometra nachylenie przekracza tu 5 %, z czego w sumie 5300 metrów wiedzie na poziomie powyżej 10 %. Nic dziwnego, że także w rankingu moich „najtrudniejszych” podjazdów góra ta wskoczyła na podium. W punktacji rodem z „archivio salite” ustępuje tylko austriackiej Edelweissspitze i włoskiemu Zoncolanowi.
Ponieważ nocowaliśmy w Lettomanopello do podnóża podjazdu musieliśmy zjechać ponad 5 kilometrów. Na szosę ruszyliśmy osobno tzn. ja kilka minut po dwunastej, zaś Dario przeszło półtorej godziny później. Dzień był niesamowicie upalny. W normalnych warunkach tego rodzaju zjazd po starcie byłby przyjemną rozgrzewką. Tymczasem gorące powietrze aż zatykało. Na samym dole czyli starcie podjazdu na wysokości drogi SR 5 (via Tiburtina Valeria) było aż 37 stopni Celsjusza. Co więcej na pierwszych kilkunastu kilometrach wzniesienia słońce jeszcze „dodawało do pieca”, więc na trzynastym kilometrze licznik pokazał mi nawet 40 stopni! Początek podjazdu stosunkowo łatwy. Nieco trudniej zrobiło się dopiero po minięciu znanego nam ze spaceru skrętu do Manopello (4,2 km). Potem solidny kilometr z hakiem w kierunku Lettomanopello (5,4 km), przy czym tuż przed miasteczkiem trzeba było wziąć pełny wiraż w lewo i nie wjeżdżać do centrum. Po chwili jeszcze dwa zakręty w prawo i pod koniec szóstego kilometra początek naprawdę ostrej zabawy. Następne 10,4 kilometra ma średnio 8,4 %. Nieco łatwiej robi się dopiero kilkaset metrów przed passo Lanciano. Wraz z końcem siódmego kilometra wjechałem na teren Parco Nazionale della Majella. Parku Narodowego utworzonego w roku 1991 na obszarze 740 km². Jest tu siedem wierzchołków o wysokości ponad 2500 metrów, w tym mierząca 2793 m. n.p.m. Monte Amaro. Wspinaczka pod Blockhaus dość szybko dała mi się we znaki. Spora stromizna i do tego ten nieznośny upał. Mimo to wspomniany ponad 10-kilometrowy odcinek pokonałem z przyzwoitą prędkością 11,9 km/h. Odliczałem jednak czas i dystans do lasku tuż przed przełęczą Lanciano, który miał mnie osłonić przed morderczym słońcem. Najcięższe chwilę przeżywałem na 2,5-kilometrowej prostej, między 11,3 a 13,8 km od podnóża podjazdu. To właśnie w tym miejscu podczas tegorocznego Tirreno – Adriatico Alberto Contador zgubił nie tylko lidera wyścigu czyli naszego Michała Kwiatkowskiego, ale i całą resztę swych rywali, w tym tak znamienitego górala jak Nairo Quintana.
Wjechawszy na Lanciano (16,8 km) mogłem przez chwilę odetchnąć. Na przełęczy droga najpierw się wypłaszczyła, by po chwili zafundować mi nawet króciutki zjazd. Tenże skończył się na placu, z którego w lewo odchodzi droga ku Adriatykowi, zaś w prawo dalsza część podjazdu na Blockhaus. Wybrałem oczywiście tą drugą opcję. Droga ponownie schowała się w lesie na kolejne 2300 metrów, co rzecz jasna mnie ucieszyło. Minusem był zgodny z ostrzeżeniem na drogowej tablicy kiepski stan jej nawierzchni. Niemniej z dwojga złego wolałem aby szosa mnie trochę wytrzęsła aniżeli słońce wyssało ze mnie resztki sił witalnych. Las ustąpił pola górskim łąkom na wysokości około 1470 metrów n.p.m. Po przejechaniu 20,2 kilometra wjechałem pomiędzy zabudowania ostatniej górskie osady. Jeszcze jeden wiraż oraz długa (coraz szersza) prosta i znalazłem się na wysokości hotelu Mamma Rosa (21,7 km), gdzie niejednokrotnie kończono etapy Giro d’Italia. Choćby w trakcie niedawnego Giro 100-lecia. Sto metrów dalej minąłem drogę, która jest trzecim wariantem podjazdu pod Blockhaus. Zachodnia opcja czyli tzw. strada di Roccamorice od nazwy miejscowości położonej na wysokości 500 metrów n.p.m. jest dłuższa i niewiele łatwiejsza od wybranej przeze mnie wersji północnej. Liczy sobie aż 31,7 kilometra o średnim nachyleniu 6,2 %. Stąd do pokonania pozostało mi jeszcze sześć kilometrów, acz nie miałem pewności czy do samego końca wiedzie asfalt. Na włoskiej wikipedii wyczytać można, iż droga powyżej Rifugio Pomilio (1980 m. n.p.m.) od kilku już lat jest szutrowa. Minąłem podniesiony szlaban między dwoma głazami z tablicą Parku Narodowego. Następnie najpierw pięć klasycznych wiraży, po czym jeszcze pięć łagodniejszych zakrętów między rozlicznymi masztami. Tym sposobem dojechałem do miejsca, gdzie droga owszem zwężała się o połowę lecz nadal była utwardzona i tym samym w pełni przydatna dla kolarzy szosowych. Z tego miejsca do końca podjazdu miałem niespełna dwa kilometry. Asfalt skończył się na małym placu, wedle moich danych po przejechaniu 27,7 kilometra. Przy czym można było jeszcze po chodniku podjechać do lepszego miejsca widokowego. Swoją wspinaczkę skończyłem w czasie 2h 05:07 jadąc ze średnią prędkością 13,3 km/h. Na górze zameldowałem się około 14:30. Na szczycie było „tylko” 27 stopni. Ciepło, ale dało się już oddychać. Dech w piersi zapierać mogły jedynie widoki.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/167649223
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/167649223
ZDJĘCIA

