DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: San Giustino
Wysokość: 1049 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 720 metrów
Długość: 14,7 kilometra
Średnie nachylenie: 4,9 %
Maksymalne nachylenie: 7,3 %
PROFIL
OPIS
Drugim punktem naszego niedzielnego programu miał być podjazd pod Monte Amiata. Wygasły wulkan leżący na pograniczu toskańskich prowincji Grosseto i Siena. Góra ta wznosi się 1734 metrów n.p.m., zaś rowerem szosowym można dotrzeć do wysokości 1669 metrów. Ze względu na wyniosłość tego wzniesienia ponad okoliczny pagórkowaty teren ochrzciłem go przed trzema laty mianem „toskańskiego Mont Ventoux”. Wielkie Giro po zboczach tej góry jechało trzykrotnie. W latach 1968, 1980 i 1983 premie górskie wygrywali tu kolejno: Hiszpan Mariano Diaz, Francuz Jean-Rene Bernaudeau oraz Belg Lucien Van Impe. Szosowych dróg prowadzących na ten szczyt jest co najmniej kilka. Strona „zanibike.net” publikuje ich aż siedem. Natomiast „cyclingcols” podaje tylko pięć, lecz każda z nich ma przewyższenie ponad 1000 metrów. Poszczególne szlaki łączą się z sąsiednimi na różnych pułapach, a wspólna dla wszystkich jest jedynie ponad kilometrowa końcówka od poziomu 1581 m. n.p.m. W 2011 roku zdobyłem tą górę od zachodniej strony czyli ze startem w Castel del Piano. Teraz chciałem wjechać na nią od wschodu startując z poziomu drogi SR2 jakieś sześć kilometrów poniżej miasteczka Abbadia San Salvatore. Problemem był jednak czas, a raczej jego brak. Późno opuściliśmy Campello sul Clitunno i przede wszystkim bardzo długo zabawiliśmy na Monte Subasio. Trzeba było się poważnie zastanowić czy możemy sobie pozwolić na tego rodzaju wycieczkę. W samochodzie byliśmy z powrotem około 15:30. Tymczasem na dwa blisko 100-kilometrowe transfery (pierwszy do podnóża Amiaty i drugi na nocleg w Arezzo) potrzebowalibyśmy co najmniej trzech godzin. Drugie tyle czasu spędzilibyśmy na rowerach, biorąc pod uwagę iż wybrany podjazd miał mieć niemal 20 kilometrów. Takie pobieżne kalkulacje sugerowały, iż podejmując to wyzwanie dojedziemy na naszą nocną stancję najwcześniej o 21:30 i to przy wątpliwym założeniu, że po drodze nie będzie żadnych poślizgów. Z tych względów Dario wolał zrezygnować z czasochłonnych i męczących szczególnie dla pasażera przejazdów. Ja mając już tą górę w swym dorobku nie nalegałem na ścisłe trzymanie się planu podróży. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na korektę programu i przejazd do Arezzo bardziej optymalnym szlakiem. Oczywiście w drodze do tego miasta chcieliśmy znaleźć jakieś zastępstwo dla porzuconej Monte Amiata.
W tym celu zajrzeliśmy do atlasu drogowego spod znaku Touring Editore. Wiedziałem, że w północnej Umbrii nie ma podjazdów tak wymagających jak Colle Bertone czy Monte Subasio. Tym bardziej zaś wzniesień porównywalnych z Monte Amiatą. Niemniej jadąc drogą SS3bis mogliśmy znaleźć coś ciekawego na pograniczu Umbrii i regionu Marche. Postanowiliśmy się zatrzymać po 73 kilometrach jazdy w San Giustino. Niewielkim miasteczku leżącym pomiędzy większymi Citta di Castello a Sansepolcro na terenie Alta Valle del Tevere czyli w dolinie górnego Tybru. Stąd mogliśmy zaatakować dość długi, acz stosunkowo łatwy podjazd pod przełęcz Bocca Trabaria (1049 m. n.p.m). Wzniesienie to miało mieć 14,5 km długości przy średnim nachyleniu 5 % i przewyższeniu 720 metrów. Góra na której można było kręcić także na dużej tarczy. Według „cyclingcols” najtrudniejszy (ostatni) kilometr miał mieć nachylenie tylko 6,5 %, zaś max. na krótszym odcinku miało wynieść ledwie 7,3 %. Ta przełęcz tylko raz pojawiła się na trasie Giro d’Italia tzn. na maratońskim etapie z Corinaldo do Prato w 2000 roku. Wjeżdżano jednak wówczas od łatwiejszej wschodniej strony z początkiem w Mercatello sul Metauro. Na premii górskiej pierwszy był Hiszpan Jose Javier Gomez Gonzalo, lecz etap zakończył się zwycięstwem Belga Axela Merckxa. Zaparkowaliśmy po wschodniej stronie miasta, na placu przy Via Anconetana. Na rowery wskoczyliśmy około 17:20. Wciąż było ciepło. Na starcie 29 stopni. Dario od razu ruszył w górę wspomnianej ulicy. Ja zaś poprzez Via della Resistenza dojechałem do drogi SS73bis i zacząłem wspinaczkę od skrzyżowania. Dość szybko złapałem mojego wspólnika, jako że tego rodzaju łagodny podjazd niespecjalnie mu leżał. Na pierwszych pięciu kilometrach było siedem wiraży. Na piątym z nich minąłem drogę w lewo ku osadzie Ca’ di Magnano (2,2 km). Na początku siódmego kilometra przejechałem obok wzgórza Monte Giove. Natomiast dokładnie po siedmiu kilometrach minąłem kolejny skręt w lewo, tym razem ku wiosce Messena. Podjazd był bardzo regularny, niemal cały czas na poziomie 5-6 %. Pod koniec dziewiątego kilometra przemknąłem obok wzgórza Colle di Raso. Od tego miejsca już do samego końca droga biegła przez las. Kolejne dwa kilometry minęły mi bardzo szybko, po tym jak teren stał się prawie płaski. Na niemal całym dziesiątym kilometrze jechałem z prędkością powyżej 20 km/h, zaś na jedenastym nawet + 25 km/h.
Dopiero na ostatnich 2400 metrach trzeba było się nieco sprężyć. Na trzynastym i czternastym kilometrze droga znów kręciła się po serpentynach. Trzeba było pokonać sześć na dystansie 1900 metrów, z czego ostatni wiraż na 630 metrów przed przełęczą położoną pomiędzy wzgórzami Poggio del Romito i Monte Sant’Antonio. W moim wydaniu ten podjazd miał 14,7 kilometra. Przejechałem go w czasie 48:12 z przeciętną prędkością 18,3 km/h. Tak przy samej przełęczy jak i na ścianie frontowej mijanego w połowie wzniesienia domu dróżnika (casa cantoniera) spostrzegliśmy tablice upamiętniające postać Giuseppe Garribaldiego, bohatera walk o zjednoczenie Włoch. W lipcu 1849 roku uciekał on tędy w kierunku Wenecji wraz z ciężarną żoną Anitą i oddziałem 1500 żołnierzy ścigany przez Francuzów, Austriaków, Hiszpanów i Neapolitańczyków czyli koalicję wojsk, które pokonały go w czerwcowych walkach o Rzym. Bocca Trabaria znana też jest jako punkt startu Grande Escursione Appenninica. Wieloetapowej pieszej trasy wycieczkowej o długości aż 375 kilometrów. Prowadzi ona przez wiele innych przełęczy oraz schronisk górskich do mety na Passo dei Due Santi, na pograniczu prowincji Massa-Carrara i Parma. Do samochodu zjechaliśmy tuż po dziewiętnastej. Ze sportowego punktu widzenia był to jeden z łatwiejszych dni. Przejechałem tylko 64 kilometry o łącznym przewyższeniu 1795 metrów. Pozostało nam jeszcze przejechać przeszło 40 kilometrów do Arezzo gdzie za cenę 50 Euro zarezerwowałem nam nocleg w B&B La Casa di Elide. Ten lokal znajdował się na pierwszym piętrze kamienicy przy Via Alessandro dal Borro 18. Nasz gospodarz okazał się przemiłym i pełnym ekspresji człowiekiem. Dario nazwał go mistrzem PR-u. Niemniej prawda jest taka, iż choć facet miał świetną gadkę to bynajmniej nie służyła mu ona do reklamy słabego produktu. Mieszkanie było zadbane i spełniało wszelkie nasze potrzeby. Jedyną niedogodnością mogłaby się okazać wspólna łazienka czy kuchnia (skądinąd dobrze wyposażona), gdyby lokal miał akurat zajęte wszystkie trzy pokoje. To jednak nie miało miejsca i mogliśmy wypoczywać w spokoju oraz pełnym komforcie. Jednak przed spoczynkiem poszliśmy na miasto, by w końcu zjeść kolację we włoskim stylu. W ramach spaceru zaliczyliśmy dwa lokale m.in. pizzerię La Galleria prowadzoną przez rodzinę Guerra.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/167652418
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/167652418
ZDJĘCIA

