DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Tresivio
Wysokość: 1580 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1264 metry
Długość: 15,9 kilometra
Średnie nachylenie: 7,9 %
Maksymalne nachylenie: 14 %
PROFIL
OPIS
Pogoda zdecydowanie nas tu nie rozpieszczała. Niemniej podczas pierwszych kilku dni naszego pobytu deszcz był tylko przelotny. Dopiero w środę aura sięgnęła dna. Od samego rana lało w najlepsze i wcale nie wyglądało na to by ulewa tym razem miała się szybko skończyć. Z jakimi warunkami mieliśmy do czynienia najlepiej widać na filmiku nakręconym przez Darka niemal w samo południe. Początkowo zakładałem, że w ramach szóstego etapu przejadę aż trzy wzniesienia: Boirolo (1580 m. n.p.m.), Val Fontana (1389 m. n.p.m.) i Dalico (1409 m. n.p.m.). Było to spokojnie do zrobienia jako, że początki tych podjazdów bezpośrednio z sobą sąsiadują. Każdy zaczyna się z poziomu drogi krajowej SS38. Ten pierwszy poniżej miasteczka Tresivio, drugi pod Ponte in Valtellina, zaś trzeci w pobliżu Chiuro. Pierwszy punkt startu jest oddalony od trzeciego zaledwie o cztery kilometry. Miałbym do przejechania 88 kilometrów, z czego 40 wspinaczkowych o łącznym przewyższeniu 3331 metrów. Z drugiej strony wciąż miałem do zrobienia dwa podjazdy w najbliższym sąsiedztwie naszego domostwa czyli: Prato Valentino (1686 m. n.p.m.) i Bratta (1220 m. n.p.m.). Niemniej ta „zaległość” nie była problemem nie do przeskoczenia. Teoretycznie oba te wzniesienia lub choć pierwsze z nich, jako to bardziej wartościowe, mogłem dorzucić do swego programu na czwartek lub piątek. Nie okazałem się równie niezłomny co Adam i Tomek. Oni wybrali się na Boirolo rowerami i to już około wpół do dwunastej. Tym samym na dojeździe do pierwszej góry mieli do pokonania 15-kilometrowy odcinek drogi w ulewnym deszczu. Ja czekałem na poprawę warunków ile tylko starczyło mi cierpliwości. W końcu około czternastej wraz z Danielem wsiadłem do jego auta, aby przynajmniej do podnóża Boirolo dotrzeć „na sucho”. Jako, że etap zaczęliśmy bardzo późno uznałem, że nie ma sensu porywać się na zdobycie aż trzech gór. Stwierdziłem, że lepiej będzie zrobić dwie, acz możliwie największe. Dlatego w miejsce Val Fontana i Dalico wstawiłem nam wspinaczkę pod Prato Valentino. Co do pozostałych członków naszej ekipy. Borys zrezygnował z górskich wojaży, lecz nie z wszelkiej aktywności fizycznej. Gdy pogoda nieco się poprawiła wsiadł na rower i pojechał na basen do Sondrio. Tym samym poza treningiem pływackim zrobił sobie 40 kilometrową przejażdżkę po płaskim terenie. Jedynie Darek nie wychylił nosa spod dachu Villa Isabella. Dzień kompletnej regeneracji dobrze mu zresztą zrobił. Na czwartkowych i piątkowych etapach spokojnie dorównywał Tomkowi zarówno na Pra’ Campo jak i na Mortirolo.
Jakkolwiek warunki pogodowe były podłe to przynajmniej miejscówkę pod Boirolo mieliśmy wyborną. Podjazd ten rozpoczyna się bowiem w bezpośrednim sąsiedztwie sprawdzonej już przeze mnie i Darka pizzerii „La Pecora Nera”. Tym samym Daniel mógł zaparkować samochód w miejscu poniekąd strzeżonym zamiast porzucać na poboczu szosy. Poza tym w drodze powrotnej „Czarna Owca” mogła nam posłużyć za strefę bufetu. Zakładałem, że pokonanie kilkunasto-kilometrowego podjazdu oraz chłodnego i zarazem mokrego zjazdu będzie kosztować sporo energii. Dlatego syty posiłek pomiędzy dwoma środowymi wzniesieniami wydał mi się obowiązkowym punktem naszego programu. Według „Passi e Valli in Bicicletta” wspinaczka pod Boirolo liczy sobie 15,5 kilometra o przewyższeniu 1264 metrów przy średnim nachyleniu 8,2 % i max. 14 %. Najtrudniejsze są początek i koniec tego wzniesienia. Z jednej strony nie można tego podjazdu zacząć zbyt mocno, z drugiej trzeba dobrze rozłożyć swe siły by zachować coś w zanadrzu na ciężki finał. Wystartowaliśmy o godzinie 14:33 przy całkiem przyzwoitej temperaturze 21 stopni. Oczywiście na taki luksus nie mogliśmy liczyć u kresu naszej wspinaczki, jakieś 1200 metrów wyżej. Deszcz już praktycznie zanikał. Na pierwszym kilometrze podjazdu wiodącym po prostej, lecz stromej drodze wśród sadów jabłkowych spotkaliśmy Adama i Tomka wracających ze swej „mokrej roboty”. Nasi koledzy zdobywali Boirolo w na tyle ciężkich warunkach, iż jak wynika z wykresu na „stravie” nawet podczas wspinaczki musieli się trzy-cztery razy zatrzymać. Nam towarzyszyła już tylko mżawka i przyznam, że na podjazdach wolę nawet takie „belgijskie” klimaty niż „włoskie” słońce w pełnej krasie. Pierwsze 1200 metrów na tej górze ma średnio 10 % przy max. 12,5 %. Na tym sztywnym odcinku dość szybko się rozjechaliśmy. Ruszyłem do przodu własnym tempem, lecz już na pierwszym rozjeździe zbłądziłem tzn. Pojechałem dalej prosto w kierunku północno-wschodnim, zamiast odbić na zachód. Tym samym po przebyciu 1600 metrów dojechałem do Via San Gregorio będącej fragmentem równoległej względem „krajówki” drogi krajobrazowej „Panoramica dei Castelli”. Dojechawszy do tego miejsca zdałem sobie sprawę ze swego błędu i zacząłem się zastanawiać jak go naprawić. Zatrzymałem się na niemal cztery minuty, po czym ruszyłem w lewo by po pokonaniu płaskich 800 metrów wrócić na właściwy szlak. Na skutek tego błędu wydłużyłem sobie wspinaczkę o czterysta metrów. Dlatego też dopiero w połowie czwartego kilometra przejechałem przez centrum Tresivio, choć według książki miałem tu się znaleźć po przebyciu 2100 metrów o średniej 8,5 %.
Daniel pojechał prawidłowo i choć tego nie wiedział w tym momencie był na prowadzeniu. Wyprzedziłem go ponownie dopiero pod koniec piątego kilometra. Kilometr dalej tzn. na wysokości około 780 metrów n.p.m. droga schowała się w lesie. Jednak bez względu na otoczenie nie odpuszczała. Względnie łatwe odcinki na poziomie 5-6 % należą tu rzadkości. Średnie nachylenie na odcinku pomiędzy 2,1 a 7,5 kilometra od startu wynosi 8 %. Nieco łatwiej jest na kolejnych czterech kilometrach. Na dojeździe do osady Prasomaso (11,5 km) średnia spada do poziomu 6,6 %. Nieco wcześniej, bo w połowie jedenastego kilometra przejeżdża się obok wybudowanego w początkach XX wieku Sanatorium im. Umberto I, króla Włoch z lat 1878-1900. Na wysokości tego opuszczonego w latach sześćdziesiątych uzdrowiska droga prowadziła po drobnej kostce. Po deszczu na takim odcinku drogi trzeba było szczególnie uważać. Z drugiej strony jedenasty kilometr jest najłatwiejszy na całym wzniesieniu, gdyż ma średnio tylko 5,4 %. Po dotarciu do Prasomaso do przejechania pozostały jeszcze cztery kilometry czyli najtrudniejsza „kwarta” o średnim nachyleniu 9,7 %. Przejazd przez las kończy się po dotarciu do osady Prati di Boirolo (14,0 km). Do przejechania pozostaje wtedy jeszcze półtora kilometra. Na tym odcinku im wyżej tym trudniej. Pierwsze 500 metrów ma „tylko” 7,4 %, kolejny taki kawałek 9,8 %, zaś finał aż 12,8 %. Dojechałem do samego końca asfaltowej drogi. W moim wykonaniu, za sprawą błędu na drugim kilometrze, podjazd ten miał 15,9 kilometra. Jazdę zakończyłem w czasie netto 1h 12:57 (avs. 13,1 km/h). Gruntowa droga, którą miałem tu przed oczyma mogłaby mnie zawieść znacznie wyżej. To znaczy przynajmniej do Rifugio Alpini Santo Stefano (1805 m. n.p.m.), a może nawet do osady Alpe Rogneda (2180 m. n.p.m.). Na stronie „strava.com” nie znalazłem wyników z całego wzniesienia. Niemniej zaznaczono tu niespełna 9-kilometrowy odcinek pomiędzy Tresivio a Pratomaso. Dystans 8,7 kilometra pomiędzy tymi wioskami pokonałem w czasie 38:33 (avs. 13,6 km/h). To czwarty wynik pośród ledwie czternastu zanotowanych rezultatów. Tomek i Adam mieli tu czasy netto o ponad dwie minuty gorsze tzn. odpowiednio 40:48 i 41:18, zaś Daniel na pokonanie tego odcinka potrzebował 45:57. Na górze było tylko 13 stopni, więc zabawiłem tam tylko osiem minut. Ubrałem się cieplej i rozpocząłem zjazd po wciąż jeszcze mokrej drodze. Po kilkuset metrach spotkałem kończącego swą wspinaczkę Daniela.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/182312458
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/182312458
ZDJĘCIA

