Niestety po burzliwym – nie tylko w przenośni – piątku w sobotni poranek bynajmniej nie zbudziły nas promienie letniego słońca. Pesymistyczne prognozy na najbliższe dni zdawały się potwierdzać. Na szczęście nie padało, lecz sytuacja na niebie była mocno niepewna. Tu i ówdzie dostrzec można było dający nadzieje na lepsze czasy błękit, lecz ponad naszymi głowami w najbliższej okolicy dominowały szare chmury. Tego dnia interesowała nas jednak bardziej sytuacja pogodowa na północnych krańcach Lago Maggiore. W sobotę mieliśmy już do swej dyspozycji cały dzień, więc mogliśmy sobie pozwolić na dłuższą wyprawę i przetestowanie dwóch solidnych wzniesień. Przeto zarządziłem wycieczkę do szwajcarskiego kantonu Ticino, której celem były podjazdy do stacji narciarskiej Bosco Gurin i na przełęcz Alpe di Neggia. Ten pierwszy został przed kilkunastu laty wykorzystany w wyścigu Tour de Suisse. Drugi pozostaje nieznany profesjonalnym wyścigom. Tym niemniej pomimo, że niższy i krótszy od strony technicznej zapowiadał się na trudniejszy z tej dwójki. Profile obu wzniesień straszyły dłuższymi odcinkami w kolorze czerwonymi. Można więc było mieć pewność, że łatwo nie będzie. Postanowiłem, że ze względu na większą odległość zaczniemy nasze wspinaczki od wizyty w Bosco Gurin i niejako w drodze powrotnej zahaczymy o Alpe di Neggia. W trasę ruszyliśmy około 9:40 mając przed sobą 55 kilometrów dojazdu do Cevio stolicy dystryktu Vallemaggia w dolinie o tej samej nazwie. Najpierw spory kawałek wzdłuż brzegów jeziora z przejazdem przez posterunek graniczny pomiędzy Cannobio a Brissago. Po czym na wysokości Ascony i Locarno trzeba było zjechać z drogi krajowej nr 13 i skręcić na północ w lokalną drogę nr 560 o znamiennej nazwie Via Vallemaggia. Ruszyliśmy więc w górę doliny aby po przejechaniu kolejnych 25 kilometrów zatrzymać się na dużym parkingu na obrzeżach Cevio.
Tu mogliśmy się w spokoju przygotować do jazdy i zarazem zdecydować jaką odzież zabrać z sobą w drogę w tak niepewnych czasach. W miasteczku na wysokości 418 metrów n.p.m. były 23 stopnie, zaś na niebie dominowały chmury. Czekał nas przeszło 16-kilometrowy podjazd, na którym przed czternastu laty wyznaczono metę szóstego etapu 61. Tour de Suisse. Wyścig ten przeszedł do historii ze względu na sensacyjne rozstrzygnięcie. Na trzecim odcinku uciekło czterech kolarzy, z których najsilniejszy okazał się mało znany Francuz Christophe Agnolutto z grupy Casino. Po solowym rajdzie dotarł do mety w Chaux-de-Fonds z bezpieczną przewagą nad swymi współtowarzyszami i zapasem ponad 11 minut nad wszystkimi faworytami tej imprezy. Przez kolejny tydzień stopniowo tracił swą przewagę, lecz i tak zdołał dotrzeć do mety w Zurychu z przewagą 2:08 nad Oskarem Camenzindem i 4:20 nad przyszłym triumfatorem TdF Janem Ullrichem. Największą przeszkodą na drodze Francuza do swego życiowego sukcesu była właśnie wspinaczka do Bosco Gurin, którą zdołał jednak ukończyć na przyzwoitym piętnastym miejscu. Do czwartego w tym dniu Camenzinda stracił 2:15, lecz do Ullricha już tylko 12 sekund. Na stromej końcówce tego podjazdu najlepiej czuli się kolarze o drobnej posturze. Wygrał Bask David Etxebarria, który o 11 sekund wyprzedził Włocha Leonardo Piepolego i o 21 jego rodaka Francesco Casagrande. Osada Bosco Gurin została założona w 1244 roku przez lud Walserów, który posługuje się własnym dialektem języka niemieckiego i w owym czasie opuścił swe ojczyste ziemie w górnym biegu rzeki Rodan (dziś jest to wschodnia część kantonu Wallis / Valais). Ze względu na znaczną wysokość (1506 metrów n.p.m.) i przede wszystkim geograficzne odizolowanie od „reszty świata” liczba mieszkańców tej wsi stale maleje. Obecnie żyje w niej ponoć na stałe tylko 48 mieszkańców!
Ruszyliśmy do boju z górą i własnymi słabościami około 11:20. Na początek mieliśmy do pokonania płaski 250 metrów w dół Vallemaggia ku centrum Cevio. Po zjechaniu z głównej drogi zrazu bardzo nieśmiało zaczął się nasz podjazd. Przejeżdżając wokół głównego placu miasteczka minęliśmy kilka wiekowych budynków, ozdobionych szeregiem kolorowych malowideł naściennych. Wśród nich najbardziej rzuciła mi się w oczy siedziba lokalnego starostwa tzw. Pretorio. Pierwsze 600 metrów podjazdu było miłą dla naszych nóg rozgrzewką. Zabawa szybko się skończyła. Po dojeździe do wioski Rovana należało skręcić w prawo i rozpocząć prawdziwą wspinaczkę. Tam najpierw stumetrowa prosta z widokiem na romański kościółek po lewej stronie. Na jej końcu pierwszy dość łagodny wiraż. Potem cała ich seria czyli najpierw osiem, potem jeszcze dwa nieco dalej. Wszystkie bardzo ciasne tak, iż ciężko było się zmieścić w przeciwległej prostej na wyższym piętrze, a nie sposób było nie stracić odrobiny ze swej prędkości. Po pokonaniu trzech trudnych kilometrów, na których stromizna trzykrotnie sięgnęła 10 % jechałem już sam. Jeszcze kilkaset metrów solidnej wspinaczki i po przebyciu 3,8 kilometra nachylenie wyraźnie złagodniało. Przejechałem przez Ponte Aschiutto i na leciutkim zjeździe wjechałem do wsi Linescio di Fuori. Po kilkuset dalszych metrach jazdy w terenie zabudowanym dotarłem do Linescio (4,4 km), wsi parafialnej pełnej domków z kamienia i małych ogródków zbudowanych na tarasach. Wraz z końcem ulgowego piątego kilometra znów należało się bardziej wysilić. Niemniej nachylenie terenu na następnym odcinku było umiarkowane tzn. max. 8 % w okolicy zwanej Corte del Basso. Po przejechaniu 6,7 kilometra o średnim nachyleniu 5,3 % dojechałem do rozdroża w średnim tempie 19,3 km/h. Znaki drogowe stojące w tym miejscu sugerowały, iż w prawo odchodzi droga do Collinaski, zaś w lewo do Bosco Gurin przez wioskę Cerentino.
Każdy z nas skorzystał z tej drugiej opcji, acz dokładniejsza analiza map sugeruje, że obie drogi zawiodłyby nas do tego samego celu. Co więcej „nieoficjalny” szlak przez Collinaskę jest zapewne szybszy, bo o 900 metrów krótszy. Na zgodnej ze znakami i profilem dłuższej drodze czekał nas najpierw mini-zjazd, a potem długa prosta na biegnącej wzdłuż lokalnego potoku drodze Da Lovi. Na tym odcinku stromizna dwukrotnie skoczyła do 10 %, przy czyn obie ścianki przedzielone były kolejnym krótkim zjazdem. Po pokonaniu 8,6 kilometra droga skręciła na północ w kierunku osady Casa dei Bazzi. Następne 1300 metrów miała średnie nachylenie 8,1 % przy max. 11,4 % zaś kończyło się u zbiegu naszej drogi ze wspomnianym wcześniej szlakiem przez Collinaskę (9,9 km). Do tego czasu cały czas jechałem na przełożeniu 39/21, by teraz zdecydować się w końcu na tryb 24. Pół kilometra dalej dojechałem do wioski Cerentino (10,4 km), zaś po pokonaniu kilku wiraży na wzgórzu pośród alpejskiej łąki wyrósł przed moimi oczyma XV-wieczny kościół Santa Maria della Nativita (11,3 km). Po minięciu tej świątyni droga na kolejnych 800 metrach w stosunkowo łatwym terenie wiodła przez las zwany Bosco di Pila. Po 12,1 kilometra podjazdu minąłem odchodzącą w prawo dróżkę ku osadzie Corino. Środkowa część wzniesienia czyli odcinek o długości 5,4 kilometra liczonych od rozdroża przed Collinaską miał średnie nachylenie 6,7 % przy max. 11,7 % w połowie jedenastego kilometra. Ten fragment podjazdu pokonałem z przeciętną prędkością 17,1 km/h. Pozostał mi jeszcze do przejechania 4-kilometrowy finał tej góry. Prawdziwy deser dla górskich kozic, w tym ostatnie trzy kilometry o średnim nachyleniu 10,6 %. Najpierw 1300 metrów do opuszczonych domków osady Ciaos (13,4 km), potem jeszcze półtora kilometra do zjazdu ku osadzie Ubarab (14,9 km). Cały czas bardzo stromo, w otoczeniu leśnej scenerii. Na ostatnich 1500 metrach wrzuciłem najlżejszy z dostępnych mi trybów czyli 27.
Niespełna 900 metrów przed finiszem tj. po przejechaniu 15,34 kilometra od zjazdu z Via Vallemaggia licznik pokazał mi maksymalne nachylenie rzędu 16 %. Na poboczu drogi tylko pojedyncze domki i kapliczki. Na sam koniec stroma dwustumetrowa prosta. Po prawej stronie hotel Walser, zaś po lewej ręce parking. Finał na małym placu przed wjazdem do wioski, dokładnie na wysokości budynku tutejszej poczty. Ostatnia tercja wzniesienia o długości 4,1 kilometra miała niebagatelne średnie nachylenie 9,7 %, zaś cała góra 16,2 kilometra przy średniej 6,7 % biorąc za podstawę obliczeń oficjalne przewyższenie czyli 1085 metrów (licznik tradycyjnie pokazał mniej czyli 1048). Wspinałem się przez 1 godzinę 1 minutę i 52 sekund z przeciętną prędkością 15,730 km/h przy VAM 1052 m/h. Na górze tylko 16 stopni czyli całkiem rześko, a przy tym w powietrzu dużo wilgoci. Aby dotrzeć na szczyt nieźle się napociłem i nie czułem się zbyt komfortowo przy tej temperaturze. Czekając na kolegów zacząłem się dobierać ciuchy. Po placu na małych rowerkach kręciła trójka smyków. Na górskie szlaki ruszali nieliczni piesi turyści. Zastanawiałem się kto wygra pojedynek o drugie miejsce. Tym razem szybszy okazał się Piotrek wdrapał się na górę ze strata około 5 minut. Dosłownie minutę po nim finiszował Jakub. Na debiutującego w wysokich górach Dawida czekałem dokładnie kwadrans, zaś na Darka 21 minut. Potem przyszła pora na pierwszą wymianę wrażeń i wspólną sesję zdjęciową. W końcu przyszedł czas na zjazd do Cevio, który na samym początku uprzykrzał nam drobny deszcz. W drodze na dół wielokrotnie przystawaliśmy i to nie tylko po to by strzelić fotki w co ładniejszych miejscach. Jako, że nieszczęścia chodzą parami Kuba jeszcze przed Cerentino złapał dwie gumy co znacznie spowolniło nasz odwrót. Ponieważ nie miał już więcej zapasu postanowiliśmy go z Darkiem asekurować przez większą część zjazdu. Ostatecznie do samochodu zjechaliśmy kilka minut przed wpół do trzecią.
ZDJĘCIA

