Następnego dnia o godzinie czwartej rano Jacek z Tomkiem z uwagi na obowiązki zawodowe tego pierwszego rozpoczęli podróż powrotną do Polski. Tymczasem ja i Piotr wraz z redaktorem Ceglińskim udaliśmy się na metę jedenastego etapu TdF czyli do Briancon. Mieliśmy do przejechania jakieś 300 kilometrów samochodem na około przez Grenoble by dopiero od przełęczy Lautaret wbić się na trasę wyścigu. Marek załatwił nam opaski uprawniające do wejścia w strefę techniczną okolic mety, aczkolwiek do olbrzymiego Biura prasowego my dwaj „pomocnicy” musieliśmy się dostać „innym sposobem”. Kręcąc się po zastrzeżonej strefie wokół mety mogliśmy się natknąć na ludzi, którzy swego czasu sprawiali, iż francuskie kolarstwo liczyło się w świecie znacznie bardziej niż obecnie. Wspomnę tylko Bernarda Hinault, Bernarda Thevenet czy Laurenta Jalabert. W samym zaś Biurze prasowym obecni byli też Charly Mottet i Jean-Francois Bernarda. Na finiszu stanęliśmy dosłownie pięć metrów za kreską, po prawej ręce finiszujących kolarzy. Niestety sam finisz okazał się za szybki dla mojego aparatu, a może raczej dla mego refleksu. Inna sprawa że pole widzenia było nieco ograniczone oraz, że nie ja jeden chciałem utrwalić finisz dwóch „walczaków” czyli Aleksandra Winokurowa i Santiago Botero. Trochę szkoda, że metę etapu wyznaczono na płaskim terenie przy rzece Durance, a nie jak zazwyczaj (podczas Touru, Giro czy Dauphine Libere) na stromym podjeździe do starej części tego miasta, gdyż wówczas o ładne fotki byłoby o wiele łatwiej.
Przebieg etapu chyba nie tylko mnie mocno rozczarował. Poza kilkoma odważnymi (Winokurow, Botero, Pereiro), którym drużyna Discovery Channel pozwoliła odjechać z uwagi na większe straty, nikt groźny dla lidera nawet nie wychylił nosa. Armstrong w otoczeniu czterech kolegów: Azevedo, Hincapie, Popowicz i Savoldelli dojechał na metę bezpiecznie jak w futerale. To niesłychane by na etapie górskim przez Madeleine, Telegraphe i Galibier do mety przyjechała razem aż 26-osobowa grupa z liderem. Takiej apatii w górach Touru chyba dawno nigdy nie oglądano. Świadczyło to najdobitniej o strachu tzw. „rywali” Teksańczyka. Tego dnia rozstałem się z wszelkimi wątpliwościami co do tego kto wygra 92. Tour de France. Cóż jeszcze w Briancon było ciekawego? Można było rzucić okiem na rower Armstronga, podsłuchać wywiad z „Wino” czy nagranie live programu „Velo Club” dla kanału France 5. Piotr stał się nawet cichym gościem tego programu, albowiem zasiadł sobie na widowni.
ZDJĘCIA
