Campitello Matese

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: San Massimo

Wysokość: 1440 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 845 metrów

Długość: 12,6 kilometra

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 12 %

PROFIL

OPIS

Z powrotem przy samochodzie byliśmy około 14:30. Teraz czekał nas 56-kilometrowy dojazd do podnóża masywu Matese. Po drodze mogliśmy jeszcze zahaczyć o wspomniany podjazd pod Rionero Sannitico. Niemniej całą „operację” z kolejnym wypakowaniem się, 9-kilometrową wspinaczką, zdjęciami, zjazdem i ponownym zapakowaniem do auta obliczałem na co najmniej półtorej godziny. Dlatego postanowiłem zrezygnować z tego wzniesienia, aby skupić się na drugiej „lekturze obowiązkowej” czyli Campitello Matese. Pojechaliśmy zatem prosto do San Massimo omijając Rionero wschodnim wariantem drogi SS17. Niedługo później wjechaliśmy do regionu Molise. Pod względem administracyjnym to najmłodszy z dwudziestu włoskich regionów. Powstał dopiero w 1963 roku, po wydzieleniu prowincji Isernia i Campobasso z regionu Abruzja. Przed wspinaczką pod drugą górę chcieliśmy jednak zjeść coś na gorąco. Trzeba było lepiej poszukać w Isernii, bowiem w maleńkim San Massimo nie znaleźliśmy żadnego lokalu. Musieliśmy więc zjechać z optymalnego szlaku i podjechać do pobliskiego Bojano. Tu na biegunie południowym naszej wyprawy znaleźliśmy w końcu jakiś bar nieopodal rynku. Zamówiliśmy odgrzewaną pizzę al taglio w myśl zasady „lepszy rydz niż nic”. Po takim lunchu byliśmy gotowi na kolejne wyzwanie. Na upatrzone miejsce przy rondzie poniżej San Massimo wróciliśmy kwadrans po siedemnastej. Stąd mieliśmy zdobyć podjazd, który w dziejach Giro jest najpopularniejszym górskim finiszem spośród tych położonych na południe od Rzymu. Po raz pierwszy wspinano się tu już w 1969 roku. Wygrał Włoch Carlo Chiappano, który na finiszu wyprzedził swego rodaka Ugo Colombo. Trzeci ze stratą 1:13 był kolejny przedstawiciel gospodarzy Silvano Schiavon. Najczęściej wyścig zaglądał tu w latach osiemdziesiątych. W 1982 roku wygrał w tej stacji narciarskiej słynny Bernard Hinault, który o sekundę wyprzedził Włocha Mario Beccię i o 21 sekund Szweda Tommy Prim’a. Dzięki temu Francuz odebrał różową koszulkę lidera wielkiemu Francesco Moserowi. Rok później też wygrał „stranieri”. Tym razem był to Hiszpan Alberto Fernandez, który o 23 sekundy zdystansował Włochów: Giuseppe Saronniego i Franco Chiocciolego. Ten ostatni okazał się z kolei najlepszy w sezonie 1988, gdy wyprzedził tu o 12 sekund Amerykanina Andy Hampstena i Szwajcara Ursa Zimmermanna.

Przyznam, że Campitello Matese było pierwszym górskim finiszem z prawdziwego zdarzenia, który oglądałem na żywo w telewizji. Działo się to dokładnie przed 20 laty, zaś relacja dostępna była w niemieckiej stacji DSF. Był to finał czwartego etapu Giro z roku 1994. Wygrał go Rosjanin Jewgienij Bierzin, który na finiszu wyprzedził Włocha Oscara Pelliciolego. Trzeci ze stratą 17 sekund przyjechał linię mety Wladimir Belli. Za ich plecami finisz z grupy po czwarte miejsce wygrał pozostający do dziś w kolarskim peletonie Davide Rebellin. Wyścig Dookoła Włoch zajrzał tu po raz ostatni w 2002 roku. Najmocniejszy okazał się wtedy Włoch Gilberto Simoni, który po zaciętym finiszu pokonał swego rodaka Francesco Casagrande. Sześcioosobową grupkę pościgową ze stratą 4 sekund przyprowadził na kreskę Franco Pellizotti. W październiku tego roku ogłoszono, iż Campitello Matese po raz siódmy pojawi się na trasie Giro już w 2015 roku, na etapie ósmym ze startem we Fiuggi. Góra jest całkiem solidna. Liczy sobie 13 kilometrów ze średnim nachyleniem 6,7 % i max. niespełna 12 % pod koniec pierwszego kilometra. Podjazd ma 872 metry przewyższenia, zaś jego najtrudniejszy kilometr 9,3 %. Niemniej gdy zatrzymaliśmy się u jego podnóża wydawało się, że naszym głównym przeciwnikiem będzie tu huraganowy wiatr. Chyba nigdy jeszcze nie spotkałem się z takim wietrzyskiem podczas swych górskich wojaży. Wiało z południowego-zachodu czyli dokładnie od strony góry. Zastanawiałem się w jakim tempie będziemy mogli posuwać się do przodu. Gdyby ten wiatr był boczny to pewnie by nas powywracał. Ruszyliśmy około 17:20 na tyle szybko na ile się dało. Najgorzej było na samym początku czyli najbardziej stromym odcinku, który na domiar złego prowadził wprost pod wiatr. W tym czasie po przejechaniu dokładnie kilometra minęliśmy skręt ku centrum San Massimo. Na szczęście 1,7 kilometra po starcie na wysokości skrętu ku Roccamandolfi, nasza droga po szerokim łuku skręciła w lewo i tym samym schowaliśmy się przed wiatrem niejako w cieniu góry. Wiatr, choć odczuwalny nie dokuczał nam już tak bardzo.

W połowie trzeciego kilometra minąłem serię blisko siebie położonych wiraży, zaś po przejechaniu 3,1 kilometra osadę Serra San Giorgio. Cały czas po prawej ręce miałem górskie zbocze. Na odcinku trzech kilometrów, między 4,7 oraz 7,7 kilometra od startu, trzeba było pokonać długie proste zamykane klasycznymi agrafkami. W połowie dziesiątego kilometra wyjechałem na polanę wokół osady Pianelle. Napotkałem tu stado koni, które przechadzały się nie tylko po pobliskiej łące, lecz i niemal pozbawionej ruchu samochodowego szosie. Po kolejnym wirażu w prawo droga SP 106 przez dobre dwa kilometry wiła się w kierunku północnym. W międzyczasie po przebyciu 10,9 kilometra od startu minąłem wiadukt, z którego miałem dobry widok na dolinę, w której rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę. Na końcu tego odcinka przypomniał nam o sobie huraganowy wiatr. Na wirażu w lewo zaatakował z taką furią, iż moja prędkość w jednej chwili spadła z 14 do 12 km/h. Natomiast Darek przyznał, że aby utrzymać równowagę zmuszony był czym prędzej wybrać największy tryb, aby mieć na czym kręcić. Z miejsca tej wietrznej zasadzki do końca wspinaczki pozostało jeszcze 1300 metrów. Niemal cały odcinek „prosto w paszczę lwa” czyli pod wiatr. Podjazd kończy się na wysokości wiaty. Z tego miejsca w lewo odchodzi droga ku Sella del Perrone. Natomiast my musieliśmy skręcić w prawo by zakończyć całą zabawę na 300-metrowej prostej prowadzącej lekko w dół. Na finiszu po lewej ręce mieliśmy zielone stoki Monte Miletto (2050 m. n.p.m.), zaś po prawej liczne hotele, najwidoczniej niezamieszkane o tej porze roku. Jazdę zakończyłem na placu przed miejscowym kościółkiem. Moja wspinaczka trwała 55:24 co na dystansie 13,4 kilometra obejmującym też finałowy mini-zjazd na metę rodem z Giro przełożyło się na przeciętną rzędu 14,5 km/h. Zanim na dobre zaczęliśmy wspólny zjazd Dario próbował jeszcze zdobyć boczną drogę prowadzącą na wysokość 1490 metrów n.p.m. Prawie mu się udało, lecz tym razem żywioł okazał się silniejszy od człowieka. Do samochodu zjechaliśmy około 19:30. Ze sportowego punktu widzenia etap siódmy był relatywnie łatwy. Przejechałem tylko 61,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 1845 metrów. Na koniec dnia mieliśmy jeszcze do pokonania autem odcinek 72 kilometrów drogami SS17, SS85 i SS6 przez Isernię i Venafro do B&B Le Ninfee w okolicy Cassino, już na terenie stołecznego regionu Lacjum.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/167649218

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/167649218

ZDJĘCIA

Campitello Matese_001

Zdjęcie 1 z 25