Po pierwszej nocy pod włoskim niebem zaczęliśmy zwiedzanie górskich atrakcji regionu Friuli-Venezia Giulia. Postanowiłem, że tak jak w Słowenii zaczniemy objazd okolicy od wschodnich krańców naszego nowego „rejonu łowieckiego”. Następnie dzień po dniu przesuwając swe zainteresowanie w stronę zachodniej części rejonu Carnia. Dzięki temu mogliśmy zyskać na czasie przed wyruszeniem na podbój najtrudniejszych wzniesień tzn. budzącego trwogę swą stromizną Monte Zoncolan oraz pominiętego w ostatniej chwili na Giro d’Italia z roku 2011 Monte Crostis. Tym samym podczas pierwszego włoskiego weekendu czekały nas dwie wycieczki w górę rzeki Fella przy drodze krajowej SS13. Po nadspodziewanie długim transferze z Radovlijcy należał się nam dobry wypoczynek. Dlatego w sobotni poranek nie śpieszno było nam do wylotu z Casa Clementa. Najpierw długi sen, każdemu wedle potrzeb. Potem dla chętnych spacer po okolicy i lustracja miejscowych sklepów, głównie spożywczych. Śniadanie około godziny dziesiątej, a sam wyjazd z Ovaro dopiero punkt jedenasta. Do miejsca przeznaczenia, niespełna dwutysięcznego miasteczka Pontebba, nie mieliśmy daleko. Niespełna 60 kilometrów czyli jakieś 50 minut jazdy najpierw na południe drogą SR 335, potem na wschód po drodze SS52 i w końcu na północ wspomnianą krajówką nr 13. Po drodze minęliśmy miejscowości Chiusaforte i Dogna, w których mieliśmy się dotrzeć następnego dnia. Zatrzymaliśmy się na parkingu w centrum Pontebby przy Via Giuseppe Mazzini. Pogoda była tego dnia mocno niepewna. Na razie nie padało, lecz gęste szare chmury nie zwiastowały nic dobrego. Rozpakowując się w zasięgu wzroku mieliśmy miejsca startowe do obu wybranych na sobotę podjazdów.
Pierwszym miała być wschodnia droga pod Passo di Cason di Lanza (1552 m. n.p.m.), zaś drugim wjazd na graniczną przełęcz Pramollo vel Nassfeldpass (1530 m. n.p.m.). Na dzień 14 lipca 2012 roku żadne z tych wzniesień nie zaliczyło jeszcze występu na Giro d’Italia. Aczkolwiek gdy pisze te słowa już wiadomo, iż Cason di Lanza zadebiutuje w wielkim Giro na dziesiątym etapie tegorocznej edycji. Odcinek ten prowadzić będzie z Cordenons do Altopiano del Montasio. i uczestnicy 96. wyścigu Dookoła Włoch będą się wspinać na tą przełęcz od jeszcze trudniejszej i bardziej nieregularnej strony zachodniej. Tym niemniej jak mieliśmy się przekonać również wschodnie oblicze tej góry kryje przed śmiałkami parę niemiłych niespodzianek. Na spotkanie z tym podjazdem ruszyliśmy kilka minut przed wpół do pierwszą. Jak widać na załączonym profilu wzniesienie to ma dwie wyraźnie różniące się swym charakterem części. To znaczy łatwą pierwszą połówkę i znacznie trudniejszy drugi odcinek o podobnej długości. Kilka fragmentów tego podjazdu sprawia, iż było to niezły poligon doświadczalny przed wyprawą na Zoncolan. Szlak na Passo di Cason di Lanza zaczyna się od przejazdu pod wiaduktem kolejowym tuż za Bed & Breakfast Melani. Za przejazdem po prawej stronie drogi znajduje się siedziba lokalnego merostwa. Po 350 metrach od startu na chwilę wjeżdża się na drogę SP112, której lewa odnoga prowadzi ku przełęczy Sella Cereschaitis, zaś prawa na wschodnim brzegu potoku Pontebbana łączy się z drogą SP110 zmierzającą ku Passo di Pramollo. Tymczasem pod Cason di Lanza wiedzie skromniejsza droga lokalna. Po przejechaniu 1,8 kilometra mija się skręt w prawo ku osadzie Gruben, zaś z początkiem czwartego kilometra przejeżdża się przez największą na całym szlaku osadę czyli Studena Bassa (3,1 km). Niespełna pięć kilometrów po starcie należy przejechać pierwszy most nad Pontebbaną czyli ponte Lavaz (4,9 km).
Na lewym brzegu tego potoku trafił nam się ledwie przejezdny odcinek drogi pokryty żwirem i kamieniami z pobliskiego zbocza. Chwilę później przejechaliśmy dwa blisko siebie położone mostki. Pierwszy 6,7, zaś drugi 7,3 kilometra od startu. Za trzecim mostem zaczyna się pierwsza stroma ścianka, a w zasadzie cały kilometr na poziomie około 10 %. Nie byłem w stanie dłużej dotrzymać tempa Adamowi. Przed stromizną przy dwóch domach (km 9,2) miałem jeszcze nadzieje do niego doskoczyć. Jednak wkrótce stało się jasne, że na pozostałych do szczytu sześciu kilometrach będę walczył tylko o przetrwanie. Kolejna stroma ściana czekała nas na łące przed Casera Rio Secco (km 10,9), gdzie w desperacji wrzuciłem już tryb 32. Odrobinę można było odpocząć na łatwiejszym kilometrze dwunastym. Niemniej była to tylko cisza przed burzą czyli całym kilometrem o średnim nachyleniu 14,7 %. Były na nim dwa odcinki serpentyn, pierwszy w lesie i drugi wśród skał. Goniąc resztkami sił na jednym z wiraży wypiąłem nogę z pedału i na chwilę stanąłem. Poniekąd z uwagi na żwirek dodatkowo utrudniający przejazd przez tą stromiznę. Po przebyciu 13,3 kilometra minąłem zniszczone zabudowania gospodarcze oznaczone na profilu jako Casarotta i już prawie byłem w domu. Po łatwym przedostatnim kilometrze trzeba było się jeszcze wysilić na ostatnich 800 metrach. Dystans 15,3 kilometra przejechałem w czasie 1h 5 minut i 30 sekund czyli z przeciętną 14,015 km/h. Na szczycie było wietrznie i mokro przy rześkiej temperaturze 14 stopni. Jeszcze nie padało, ale powietrze było przesiąknięte wilgocią. Przełęcz wyglądała na miejsce wypadowe do rozmaitych górskich wędrówek. Znajduje się na niej schronisko i gospodarstwo agroturystyczne. Natomiast po drugiej stronie drogi za drzewami widać też opuszczony budynek Gwardii Finansowej. Z ciekawostek historycznych warto odnotować bitwę jaką miejscowi wojacy w 1478 roku stoczyli z Turkami, którzy ćwierć wieku po zdobyciu Konstantynopola najechali tereny należące do Wenecji.
ZDJĘCIA

