Gap

Następny dzionek tzn. niedziela 9 lipca był dla nas dniem przerwy w startach, lecz bynajmniej nie okazją do zupełnego odpoczynku. Owszem można było się dłużej wylegiwać, lecz bez przesady bowiem wczesnym popołudniem czekał nas wyjazd z Enversin d’Oz do Gap czyli na start poniedziałkowego wyścigu pod szyldem L’Etape du Tour. Nieoceniony w tego rodzaju sytuacjach Piotr niemal „ad hoc” załatwił nam wszystkim lokum na obrzeżach tego miasta przez co nie musieliśmy się martwić o dach nad głową w miejscowości przeżywającej nalot tysięcy podobnych nam amatorów kolarstwa. Drugim kluczowym członkiem naszej wyprawy na start tej imprezy okazał się Michał. Jako, że dołączył „młody Sokół” dołączył do naszej ekipy późną wiosną i tym samym nie miał szans na start w L’Etape. Dzięki temu mieliśmy w swym gronie człowieka, który mógł zabrać samochód z Gap z powrotem w rejon Bourg d’Oisans w momencie gdy nasza czwórka będzie zmagać z przełęczami: Izoard, Lautaret i raz jeszcze z podjazdem pod L’Alpe d’Huez na trasie piętnastego etapu tegorocznego Tour de France. Z tych względów przeszło 120-kilometrowa droga do Gap stała się dla Michała próbą generalną za kółkiem Zdzisiowego vana.

Po minięciu Rochetaillee, Sechilienne dojechaliśmy do Vizille by w tym miejscu po drobnym kluczeniu skręcić na prowadzącą prosto na południe słynną drogę Bonapartego (Route Napoleon) czyli drogę, którą cesarz Francuzów wracał do Paryża z Elby, miejsca swego pierwszego zesłania. To na pierwszych kilometrach tego kawałka naszej drogi czyli na dość niepozornym podjeździe pod Laffrey 35 lat wcześniej Hiszpan Luis Ocana zaatakował „wszechmogącego” Eddy Merckxa by na mecie Orcieres-Merlette wyprzedzić Belga o blisko 9 minut! Inna ciekawostka tego terenu był fakt, iż po minięciu miejscowości La Mure, Corps, Saint Bonnet tuz przed Gap wjechaliśmy na Col du Bayard (1246 m. n.p.m.). Przełęcz ta obok wspomnianej już Laffrey oraz Ballon d’Alsace w Wogezach należała do pierwszych górskich podjazdów w historii Tour de France, bowiem już w 1905 roku poprowadzony został tędy etap TdF z Grenoble do Toulonu!

Po dojechaniu do Gap postanowiliśmy skierować się od razu do dzielnicy, w której organizatorzy L’Etape du Tour przygotowali swego rodzaju miasteczko startowe. W tym miejscu należało potwierdzić swój udział w poniedziałkowym wyścigu odbierając wszelkie gadżety z numerem startowym i nieodzownym chipem w pierwszym rzędzie. Załatwiwszy te formalności daliśmy sobie pół godziny na spacer po polu wypełnionym innymi uczestnikami oraz ich rodzinami, na którym kilkudziesięciu producentów związanych z branżą kolarską wystawiło na pokuszenie naszych oczu swe produkty od odżywek i odzieży, poprzez części rowerowe aż do w pełni wyposażonych bicykli. Niemniej aby stać się kupcem niektórych spośród prezentowanych cudeniek musiałbym chyba zarabiać jakkolwiek tyle co obecnie, lecz koniecznie w euro a nie w złotych polskich. Kilkaset metrów od tego „kolarskiego sezamu” czekał na nas w wielkim hangarze położonym nieopodal miejscowego boiska piłkarskiego posiłek na koszt organizatora, przygotowany na bazie nieocenionego makaronu. Piotr wykorzystał obecność miejscowej telewizji by udzielić krótkiego wywiadu informując wszystkich o udziale w tej imprezie także polskiej drużyny. Nagranie to dostało się później do oficjalnego „dokumentu” z tej edycji wyścigu wydawanego na płytach DVD.

ZDJĘCIA

Jak się później dowiedziałem na podstawie pełnych wyników wyścigów całą trasę tegorocznego L’Etape pokonało jeszcze dwóch Polaków tzn. Mariusz Nowakowski i Artur Baturo. Po posiłku udaliśmy się na poszukiwanie naszej stancji odbierając klucze do niej około godziny 18-tej. Wczesny wieczór spędziliśmy na dopieszczaniu naszych maszyn i montowaniu na nich numerów startowych. Natomiast po kolacji legliśmy przed telewizorem aby obejrzeć finałowy mecz piłkarskiego mundialu pomiędzy Francją a Włochami. Chcąc obejrzeć cały mecz z dogrywką, karnymi i słynną „główką” Zidane’a trzeba było pójść na kompromis z własnymi potrzebami fizjologicznymi i ograniczyć sen przed wielkim dniem do około sześciu godzin biorąc pod uwagę fakt, iż w obliczu startu o godzinie 7.00 czekała nas wszystkich poza Michałem kolejna pobudka o 5:00-5:30 rano.

Envezin d’Oz

Piotr z Michałem przecierali nam szlak do Francji docierając na miejsca przeznaczenia wczesnym wieczorem. My drogą przez Edolo na Bergamo i dalej włoskimi autostradami w ciągłej przebudowie przez Mediolan, Novarę i Turyn staraliśmy się dotrzeć do granicy z Francją na przełęczy Montgenevre. Pod Turynem udało nam się pobłądzić szukając właściwego zjazdu z autostrady A4 w kierunku drogi E70 na Susę. Dzięki temu mogliśmy z paru stron obejrzeć górujące nad miastem wzgórze Superga znane z trasy klasyku Mediolan – Turyn oraz katastrofy lotniczej, w której przed przeszło półwieczem zginęli piłkarze AC Torino. Na drodze E70 kolejna wpadka pilota (mea culpa) i zamiast zjechać za Susą na Cesana Torinese początkowo przyszło nam się zapuścić w rejon Bardonecchii.

Koniec końców do Francji zbliżaliśmy się około godziny 21-wszej, zaś z radia dobiegały nas odgłosy drugiego półfinału z niemieckich boisk czyli meczu Francja – Portugalia. Ponieważ w naszym aucie nie było Piotra mogłem się tylko domyślać, że prowadzenie objęła Francja po strzale Zidane’a, najpewniej z karnego. Wynik meczu stał się dla nas jasny gdy po zjechaniu do Briancon i minięciu przełęczy Lautaret na ulicach miasteczka La Grave ujrzeliśmy fajerwerki i świętujących zwycięstwo swej reprezentacji Francuzów. Stąd do Envesin d’Oz pozostało nam tylko 45 kilometrów drogą przez le Freney, Bourg d’Oisans, Rochetaillee, Allemont i Pourchery, w której to wiosce wraz z Piotrem oraz Jackiem Śliwickiem i Tomkiem Wienskowskim gościliśmy przez kilka dni przed ubiegłorocznym startem w La Marmotte. Do naszej kwatery dotarliśmy mocno zmęczeni dobrze po 23:00. Na szczęście mieliśmy przed sobą dwie doby względnego odpoczynku przed pierwszym z dwóch czekających nas wyścigów.

ZDJĘCIA

Pomimo, że do startu w La Marmotte pozostawały jeszcze dwa dni nasze formalności przedstartowe postanowiliśmy załatwić już w czwartek 6 lipca udając się około południa samochodami poprzez Le Bourg d’Oisans na metę wyścigu w L’Alpe d’Huez. Na miejscu przekonaliśmy się, że tym razem podczas „Świstaka” będzie nam dane zafiniszować na znanej z Tour de France 300-metrowej, szerokiej i prowadzącej lekko pod górę prostej, a nie jak przed rokiem na położonym nieco niżej placu przed miejscowym Pałacem Sportu. Ponieważ do L’Alpe nie wybraliśmy się w przeddzień zawodów tym razem ominęła nas wielka giełda sprzętu rowerowego i mody kolarskiej. Może to i lepiej bowiem od strony technicznej byliśmy wystarczająco przygotowani, a tak przynajmniej nasze oczy nie zostały wystawione na wielkie pokuszenie, zaś portfele na poważne niebezpieczeństwo. Pośród nielicznych tego dnia stoisk zakupiliśmy tylko niezbędne ilości energetycznych żeli i batonów. Przede wszystkim zaś tych pierwszych gdyż przeżuwanie czekoladowych przy panujących we Francji upałach nie wydawało nam się najtrafniejszym pomysłem. Po zerknięciu na rozpiskę z trasą tegorocznej edycji okazało się, że podobnie jak w 2005 roku organizatorzy postanowili zrezygnować z poprowadzenia wyścigu przed przełęcz Żelaznego Krzyża czyli Croix de Fer (2068 metrów n.p.m.). W zastępstwie ponownie wystąpił pobliski Glandon (1924 m. n.p.m.). Niemniej od strony Allemont to ten sam podjazd tyle, że zaoszczędzone nam zostało ostatnie 2,5 km podjazdu. Druga różnica między obu rozwiązaniami polega na tym, iż od końca zjazdu z Glandon do początku podjazdu pod Telegraphe czyli z Saint Etienne-de-Cuines do Saint Michel-de-Maurienne jest 25 kilometrów w terenie „false flat”. Tymczasem po zjeździe z Croix-de-Fer mielibyśmy do pokonania tylko ostatnie 15 kilometrów tego odcinka poczynając od miejscowości Saint Jean-de-Maurienne.

ZDJĘCIA

Po powrocie na kwaterę w Envesin d’Oz i obiedzie uwzględniającym kulinarne potrzeby kolarzy popołudnie postanowiliśmy przeznaczyć na ostatni poważniejszy trening przed zawodami. Każdy z nas zrobił kilkadziesiąt kilometrów choć w rozmaitych konfiguracjach. Michał z Piotrem zjechali do Rochetaillee i dalej główną drogą na Grenoble zapuścili się w okolice Sechilliene. Darek pokręcił się bliżej naszej bazy z wykorzystaniem sztywnego i znanego z kobiecej „Wielkiej Pętli” podjazdu do Vaujany. Natomiast ja ze Ździśkiem wyruszyliśmy najpóźniej bo około 18:00 i początkowo pojechaliśmy do Rochetaillee po czym zawróciliśmy mając w planach zrobić „inspekcję” pierwszego z naszych sobotnich podjazdów czyli Col du Glandon. W pewnym momencie mimo zbliżającego zmierzchu wpadliśmy jeszcze na śmiały pomysł dotarcia na szczyt Col de la Croix de Fer. Niestety od realizacji tego planu odwiodło nas załamanie pogody. Deszcz dopadł nas na wysokości około 1600 metrów n.p.m. w okolicach zapory na Lac Maison. Pozostało jedynie zdecydować się na odwrót i w co raz bardziej ulewnym deszczu zjechać do le Verney. Stromy zjazd podczas alpejskiej burzy na szczęście przy umiarkowanej temperaturze oraz z niemal maksymalnym wykorzystaniem hamulców z pewnością na dłużej pozostanie nam w pamięci. Potem zaś przemoknięci i nieco ciężsi od wilgoci musieliśmy się jeszcze wspiąć do Pourchery przez dwa kilometry o średnim nachyleniu prawie 10% i odbić w boczną drogę prowadzącą już tylko lekko pod górę do Envezin. W sumie 53 kilometry w skrajnych warunkach atmosferycznych.

ZDJĘCIA

Piątek 7 lipca dla nas wszystkich był z gruntu odpoczynkowy, choć Piotr z Michałem zrobili sobie drobną przejażdżkę. Główną rozrywką tego dnia była jednak wycieczka do Bourg d’Oisans, w tym spacer po tamtejszym deptaku, wizyty w sklepach oraz restauracjach. W znanej mi już sprzed roku księgarni kupiłem zeszyt piąty „Atlas des Cols des Alpes” obejmujący tereny od Flumet po Thonon-les-Bains nad Jeziorem Genewskim. Tym samym uzupełniłem swą kolekcję zeszytów kartograficznych z profilami i opisami kolarskich podjazdów we francuskich Alpach.

Passo di Gavia

Nazajutrz w środę 5 lipca czekała nas powtórka ze Stelvio, lecz tym razem w najzupełniej turystycznej w formie czyli podziwianie okolicy zza okien naszych samochodów. Przełęcz tego dnia z uwagi na wcześniejszą porę naszego wjazdu i gorsza pogodę była nieco opustoszała. Dziewczyny miały tu okazję do zrobienia zdjęć, zaś my wszyscy mogliśmy zakupić okolicznościowe pocztówki i wysłać je prosto ze Stelvio do bliskich osób w kraju. Potem czekał nas 21-kilometrowy, miejscami bardzo kręty zjazd do słynnego z zawodów narciarzy-alpejczyków Bormio. Dalej zaś jeszcze dłuższy, ale spokojniejszy odcinek doliną Valtellina do miejscowości Mazzo. Na pożegnanie z Włochami chcieliśmy bowiem przejechać Gavię od słynniejszej południowej strony, a przy okazji po drodze do podnóża tej przełęczy przejechać samochodem przez okrutne Mortirolo. Tak jak nie było łatwo znaleźć dróżkę wiodącą pod tą stromą górę tak też nie było łatwo lawirować po jej ciasnych serpentynach szczególnie w Ździśkowym Mercedesie Vito mającym słuszne gabaryty. Co godne podkreślenia nawet na tak morderczej górze nie brakowało śmiałków amatorów mierzących z nią swe siły. My zaś zza okiem samochodu zastanawialiśmy się czy dane nam będzie w przyszłości pójść w ich ślady i z jakimi przełożeniami trzeba by tu przyjechać. Po drodze wypatrzyliśmy na szczyt odsłonięty wiosną tego roku pomnik Marco Pantaniego robiąc sobie w tym miejscu krótki postój i sesję zdjęciową. Po czym z braku czasu, jako że czekała nas jeszcze tego dnia co najmniej 6-godzinna podróż do Francji pomknęliśmy czym prędzej do naszej bazy wypadowej pod Gavię czyli miejscowości Ponte di Legno.

ZDJĘCIA

Załoga Forda Fusion czyli Piotr z Michałem dotarła tam już półtorej godziny przed nami. Dlatego też w chwili gdy nasz trójmiejski tercet wyładował swe maszyny na obrzeżach wspomnianego miasteczka i szykował się do ataku pod straszną Gavię oni zapewne już tam byli. Ja postanowiłem sobie zrobić małą czasówkę pod ten podjazd i pojechać niemal od początku swoim tempem niespecjalnie oglądając się na Darka i Ździśka. Po około 5 kilometrach podjazdu śmignęły mi z naprzeciwka wracające już z niebotycznej przełęczy nasze dwa „Sokoły”. Niewiele dalej tzn. na początku siódmego kilometra zaczęły się prawdziwe schody. W tym miejscu droga zwęża się do szerokości jednego pasa. Gorsza jest też jej jakość bowiem jezdnia zdaje się bardziej chropowata i popękana, lecz przede wszystkim jej stromizna przez 400 metrów utrzymuje się na poziomie 16%. Potem jest jeszcze jeden trudny około 300-metrowy odcinek ze średnim nachyleniem 14%. Wszystko to jest jednak do przeżycia gdy ma się odpowiedni respekt przed taką góra czyli jedzie się swoim rytmem na równym oddechu. Podjazd ten jest bardziej odludny od Stelvio bowiem poprowadzony jest drogą drugorzędnego znaczenia. W wyższych jego partiach przy nieco zamglonym powietrzu miałem odczucie jakbym był tam sam. Tylko samotny człowiek i ogrom gór plus droga pnąca się ku niebu.

Najtrudniejszym momentem tej wspinaczki okazał się dla mnie nieoświetlony tunel na jakieś 3-4 kilometry przed szczytem. Jadąc pod górę nie było widać wylotu z niego bowiem około 200-metrowa prosta przechodziła w łuk, zaś wyjazd był dopiero kilkadziesiąt metrów za zakrętem w lewo. Po wjechaniu głębiej, a jeszcze przed owym zakrętem kompletna ciemność niczym w kopalniach Morii. Słychać tylko swój własny oddech wcale nierówny po stromizna tej góry wcale w tym miejscu nie popuszcza. W dodatku droga jest śliska i sprawia wrażenie nieco wyżłobionej. Dla świętego spokoju wolałem zejść na chwilę z roweru by się nie przewrócić w tej „czarnej dziurze”. Na górę dotarłem ostatecznie w czasie 1h18:09 czyli przy dystansie 16,58 km ze średnią 12,73 km/h. W mojej skali to całkiem niezły wynik jak na blisko 8% średnie nachylenie tego podjazdu. Na górze czyli na 2621 m. n.p.m. należało się niemal od razu cieplej ubrać oraz poczekać kilka minut najpierw na Darka i nieco dłużej Ździśka. Dalej już tradycyjny rytuał czyli zdjęcia w ciekawszych miejscach tak na szczycie (obowiązkowo przy tablicach) jak i podczas postojów na zjeździe (przy tablicy oznaczającej wjazd we wspomnianą strefę 16%). Natomiast po zjechaniu do samochodu początek dłuższej podróży do położonej nieopodal Bourg d’Oisans wioski Envesin d’Oz, w której Piotr wynajął dom letniskowy dla całej naszej ósemki za skromne 200 Euro!

ZDJĘCIA