Cuneo & Mondovi’

W piątkowy wieczór udaliśmy się do Cuneo by załatwić formalności rejestracyjne oraz około godziny dwudziestej pierwszej obejrzeć start prawdziwych herosów szos w imprezie zwanej Super Randonnee. Jej uczestnicy mieli do przejechania ogółem 509 kilometrów wokół Cuneo przez przełęcze i wzniesienia na pograniczu włosko-francuskim tzn. Lombarda, Bonette, Vars, Izoard, Montgenevre, Sestriere, Sampeyre i Piatta Sottana. Jechać mogli również w nocy stąd ich odpowiedni ekwipunek w postaci odblaskowych kamizelek oraz rozmaitych światełek na kaskach czy rowerach. Organizatorzy wyznaczyli im limit czasu 44 godzin na przejechanie całej morderczej trasy. Wedle pierwszych założeń ten rajd będący niesamowitą próbą siły ludzkiego charakteru miał być nieco krótszy (440-kilometrowy), lecz nawet jeszcze trudniejszy. Do Włoch kolarze mieli powrócić nie przez Montgenevre i Sestriere, lecz niczym na Tourze przez Col di Agnel, zaś w końcowej fazie zmagań tzn. po przejechaniu przełęczy Sampeyre powinni byli wspiąć się na niebotyczną Faunierę i na sam koniec pod krótką, acz stromą Madonna del Colletto. Niemniej skutki powodzi z końca maja, która doprowadziła do lawin błotnych i podmyć dróg w kilku okolicznych dolinach zmusiły organizatorów do zmiany trasy tak Super Randonnee jak i Gran & Medio Fondo Coppi niemal w ostatnim momencie. Tym sposobem również nasz niedzielny wyścig znacząco się wydłużył tzn. z 201 do 249 kilometrów, lecz z drugiej strony za sprawą wyłączenia odcinka wokół Fauniery nawet mimo innych dodatków ubyło nam nieco przewyższeń. Niemniej o szczegółach tych korekt będzie jeszcze okazja napisać przy relacji z samego wyścigu.

ZDJĘCIA

W sobotę rzecz jasna odpoczywaliśmy od roweru. Można się było dłużej wyspać. Potem mieliśmy możliwość skosztowania specjałów p. Marii naszej gospodyni i w ogóle okazję do dłuższej rozmowy z naszymi przemiłymi gospodarzami. Za pomocą rozpuszczalnika i innych tego typu płynów próbowaliśmy też przywrócić do użytku opony w naszych rowerach. W moim przypadku bez specjalnego sukcesu. Następnie około południa wsiedliśmy w samochód i udaliśmy się turystyczną wycieczkę. Pobliskie Cuneo ze swymi szerokimi ulicami i dominującym w architekturze stylem secesyjnym poznaliśmy już w piątek, więc tym razem dłużej się tu nie zatrzymaliśmy. Po krótkim spacerze pojechaliśmy dalej na południe do zbudowanego na wzgórzu Mondovi. Ta miejscowość mogła się pochwalić znacznie większą ilością zabytków z dawniejszych epok. Wąskie uliczki, kolorowe i zdobione herbami kamienice lepiej pasowały do obrazu włoskiego raju dla zagranicznego turysty. Na najwyższym wzgórzu miasta stoi zaś wieża, a obok niej na placu zegar słoneczny. Z kolei cały ten teren okala mur, na którym znajdują się tablice wskazujące odległość oraz kierunek pobliskich miast i gór z dokładnością do setek metrów. Podsumowując Mondovi z pewnością jest miasteczkiem wartym zobaczenia przez wszystkich, którym dane będzie zawitać do południowej części Piemontu. Wracając z Mondovi zahaczyliśmy o położone pod Cuneo hipermarkety by zrobić większe zakupy także pod kątem prezentów dla osób bliskich w kraju. Przyznam, że przy tej okazji nie mogłem oprzeć się pokusie kupna kilku butelek nad wyraz taniego w tych stronach Martini. U swego źródła czyli w Piemoncie ten ulubiony trunek Jamesa Bonda jest blisko o połowę tańszy niż w Polsce.

ZDJĘCIA

Colle dell’Agnello

Na piątek jako ostatni cel naszych prywatnych wycieczek obraliśmy Colle dell’Agnello (2744 m. n.p.m.). Ta przełęcz jest najwyższym drogowym przejściem granicznym między Włochami a Francją i zarazem drugim pod tym względem wzniesieniem w całej Italii pośród wszystkich szosowych podjazdów. Mieliśmy w swym dorobku przełęcze: Stelvio i Gavia, więc zdobycie Przełęczy Jagnięcej oznaczało podbój całej wielkiej trójki. Podobnego wyczynu dopuściliśmy się już wcześniej na szosach Francji zdobywając w lipcu 2005 roku: Bonette, Iseran i Galibier – czyli podówczas trzy najwyższe wzniesienia w historii Touru. Jednak aby dostać się w pobliże przełęczy Agnello musieliśmy przejechać samochodem około 60 kilometrów z Cerialdo przez Buskę, Piasco i Sampeyre (w dolinie Varaita) aż do rynku w Casteldelfino na wysokości około 1300 metrów n.p.m. Od tego miejsca podjazd liczy sobie 21 km przy średnim nachyleniu 7,7 %. W praktyce to dwa bardzo różne segmenty. Pierwszy od wspomnianego Casteldelfino do dawnego punktu celnego tuż za wioską Chianale czyli bardzo nierówne 12 kilometrów o średnim nachyleniu tylko 5,1 %. Mamy na nim m.in. dwukilometrowy niemal płaski odcinek wzdłuż jeziora Castello, ale też szczególnie na pierwszych trzech kilometrach momenty o stromiźnie ponad 11 %. W sumie jednak mimo znacznych zmian rytmu ów odcinek jedzie się dość szybko. Licznik pokazał mi na tym odcinku średnią 19,4 km/h.

Za wspomnianym punktem celnym zaczyna się zupełnie inna zabawa. Ostatnie 9 kilometrów wspinaczki to już teren dla prawdziwych górskich kozic. Średnie nachylenie tego odcinka to 9,7 %, zaś na trzecim kilometrze droga piętrzy się na poziomie 15 %. Na posterunku celnym niepokojem natchnęły nas tablice mówiące o tym, iż droga na przełęcz jest dziś zamknięta! Po długiej podróży z Polski byliśmy jednak zbyt zdeterminowani na to by tego rodzaju zakazy mieszały nam w planach. Niemniej przyznam, iż zacząłem główkować co też może być przyczyną tego zarządzenia. Przy słoneczku i temperaturze 26 stopni w okolicy Chianale czyli na wysokości ponad 1800 metrów n.p.m. nie można było się spodziewać śnieżycy czy lawiny błotnej niespełna tysiąc metrów wyżej. Okazało się, że powodem wstrzymania ruchu były prace drogowe i kładzenie nowiutkiego asfaltu na wielu odcinkach drogi w pobliżu szczytu. To po prostu Italia szykowała się na powitanie peletonu Tour de France. Tymi drogami miał on wkroczyć do Włoch na etapie do Pratonevoso. Kilka kilometrów przed szczytem koła naszych rowerów zaczęły się lepić do szosy i bardzo trudny sam w sobie podjazd zaczął się powoli przeobrażać w trudną do wytrzymania golgotę. Opony stawały się coraz bardziej lepkie. Szczególnie zaś bardziej obciążona tylna opona łapała małe kamyczki, które stanowiły pewne niebezpieczeństwo dla funkcjonowania hamulców czy też groziły porysowaniem tylnego widelca. Co więcej dwa i pół kilometra przed finałem mogliśmy się przyjrzeć pracy włoskich drogowców z najbliższej odległości, albowiem z naprzeciwka powitał nas walec drogowy równający świeżo wylany asfalt. W tym miejscu nie było już innego wyjścia jak zatrzymać się, zsiąść z roweru i poboczem po trawie przejść około 200 metrów do miejsca, gdzie droga nie robiła już wrażenia powstałej przed paroma minutami.

Podczas dalszej jazdy nie dało się uniknąć następnych lepkich zasadzek, choć żadna z nich nie była już na tyle świeża by zmusić nas do kolejnego postoju. Tuż przed samym szczytem należało jeszcze obejść szlaban podkreślający fakt, iż tego dnia od włoskiej strony nie można wjechać w majestacie prawa. Sam podjazd w całej swej okazałości zajął mi 84 i pół minuty przy średniej prędkości 14,9 km/h. Wspominany przez mnie wskaźnik VAM był stosunkowo niski tzn. 974 m/h, lecz nie mógł on być zbyt wysoki i to nie tylko z uwagi na warunki drogowe i spacerek w górnej partii trasy, lecz przede wszystkim z uwagi na płaskie odcinki w początkowej fazie podjazdu. Na odcinkach „falsopiano” może nawet jedzie się szybko i przyjemnie, lecz z pewnością traci się nieco czasu, zaś zyski w pionie są mizerne. Na przełęczy zastaliśmy niemałą grupkę kolarzy-amatorów, którzy nadjechali od francuskiej strony. Chcąc nie chcąc swój pobyt na przełęczy przedłużyliśmy do blisko pół godziny, albowiem dobry kwadrans przyszło nam poświęcić na skrobanie opon z nadmiaru lepkiej mazi. Oczywiście nasze starania w kwestii przywrócenia gumom dawnej świetności były skazane na niepowodzenie, ale chodziło przynajmniej o to by przywrócić je do jako-takiego stopnia używalności przed niebezpiecznym zjazdem z powrotem do Casteldelfino. W momencie gdy pochylałem się nad swym biednym rowerem odebrałem kilka sms-ów od francuskich operatorów telefonii komórkowej. Okazuje się więc, iż współczesny człowiek nawet w górskiej dziczy jest na tyle skutecznie inwigilowany, że wystarczy choć na parę metrów przekroczyć granicę państwową by nie uszło to uwagi zainteresowanych. Po powrocie do naszej bazy w Cerialdo mieliśmy parę godzin na odpoczynek.

ZDJĘCIA

Pratonevoso

Po wyjeździe z Ghisallo czekało nas jeszcze ponad 300 kilometrów drogi do Cerialdo niewielkiej miejscowości położonej na obrzeżach Cuneo tj. miasta startu i mety naszego ostatniego wyścigu czyli GF Fausto Coppi. Na początek kilkadziesiąt wolnych kilometrów po prowincjonalnych drogach przez Erbę ku Monzy. Potem już szybka jazda po autostradach A4 i A6 (za wyjątkiem zakorkowanych przedmieść Mediolanu), lecz w sumie niespecjalnie przyjemna, bowiem dokuczał nam ponad 30-stopniowym upał. Do naszej ostatniej bazy czyli La Ca’ da Abel na ulicy San Michele dojechaliśmy dopiero około godziny szesnastej. Nasi gospodarze czyli Maria Franca i Giacomo przygotowali dla nas niemal całe pierwsze piętro swego domu. Dużego, acz nieco opustoszałego „po wylocie” całej czwórki ich dorosłych dzieci. Pomimo zmęczenia podróżą postanowiłem jednak trzymać się wcześniejszego planu i odwiedzić wieczorem stację narciarską Pratonevoso. Był już ona gospodarzem górskich etapów Giro di’Italia w latach 1996 i 2000, zaś w tym roku gościć miała również po pierwszy uczestników Tour de France. Można więc powiedzieć, iż udałem się tam niejako na rekonesans przed „Wielka Pętlą”. Piotrek darował sobie tą wspinaczkę, ale podwiózł mnie do Villanova Mondovi, które było najdogodniejszym miejscem do rozpoczęcia czwartkowej przejażdżki.

Od początku miałem pod górkę bowiem już na dojazdowych sześciu kilometrach do Frabosa Sottana trzeba było pokonać przewyższenie blisko 130 metrów. Po kwadransie takiej rozgrzewki zacząłem zasadniczą część tego wzniesienia. W porównaniu z większością przejechanych podczas tej wyprawy podjazdów ten nie był imponujący. W sumie ma on nieco ponad 13,5 kilometra przy średnim nachyleniu 6,7 % i maksymalnie dobiega w paru miejscach poziomu 10 %. Najtrudniejsze są cztery kilometry za miejscowością Miroglio. Ten odcinek liczy sobie średnio 8,4 % i kończy się zaraz ze serią galerii m/w w miejscu gdzie podczas Touru leżał kontratakujący Denis Mienszow. Kilometr dalej należy zjechać z drogi wiodącej prosto do Artesiny i odbić w lewo do Pratonevoso. Z tego miejsca bohaterowie Giro mieli do mety już tylko cztery kilometry bowiem metę wyznaczono na dużym placu tuz po wjeździe do stacji narciarskiej. Ja nie byłem poddany żadnym ograniczeniom i mogłem sobie pozwolić na wycieczkę o dwa kilometry dłuższą czyli aż po Colle del Prel na wysokość 1615 metrów n.p.m. Jakiś kilometr przed szczytem natknąłem się na remont głównej drogi i odcinek pomiędzy kolejnymi agrafkami musiałem pokonać bocznymi uliczkami o kiepskiej nawierzchni i stromiźnie do 12 %. Cała wspinaczka zajęła mi niespełna 51 minut przy średniej prędkości 16,3 km/h i VAM 1063 m/h. Na zjeździe popuściłem nieco wodze fantazji i w bezpiecznej okolicy czyli na stromej prostej tuż przed wspomnianym już Miroglio licznik pokazał mi prędkość 72 km/h. Cały ten wypad należał do najkrótszych i najłatwiejszych podczas całej wyprawy bowiem tego wieczora przyszło mi przejechać ledwie 39,5 kilometra przy łącznym przewyższeniu 1061 metrów.

ZDJĘCIA