Niestety jak mieliśmy się przekonać na pogodzie Szwajcarzy znają się znacznie lepiej niż nasi meteorolodzy, bowiem praktycznie się nie mylą. Od rana do południa padało i to wcale nie lekko, więc mogliśmy tylko z nadzieją na przejaśnienia spoglądać w szare niebo. Tuż przed południem przestało padać, choć nadal było pochmurnie i zimno – skromne 12 stopnie. Mimo to ruszyliśmy na nasz najdłuższy rowerowy wypad poza rajdem Alpenbrevet. Czekało na nas 100 kilometrów górskiej trasy z przejazdami przez przełęcze: Julier (2284 m. n.p.m.) oraz Albula (2321 m. n.p.m.). Do tego ta niepewna pogoda. Na początek lekkie 11 kilometrów na płaskowyżu z niewielką górka między Celeriną a Sankt-Moritz, wolną jazdą przez słynny kurort pełen turystów oraz dalej po płaskim terenie do miejscowości Silvaplana.
Tu zaczyna się podjazd pod Julierpass, która od południa prezentuje się dość skromnie. Całe wzniesienie ma 7,3 kilometra przy średnim nachyleniu 6,7 % i przewyższeniu 469 metrów. Niemniej moim skromnym zdaniem jest ono cięższe niż oddają to suche dane. Wpływ na to ma zapewne ostry początek czyli stromizna blisko 12 % na pierwszy 550 metrach, który przejechany ze zbyt dużym entuzjazmem może nieco „podciąć” nogi czy „ukłuć” w płuca. Do tego w górnej części tzn. na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. droga prowadzi przez odsłonięty teren gdzie jazdę utrudniał nam silny wiatr. Wspinaczka zajęła mi nieco ponad 27 minut przy średniej prędkości 16,1 km/h i VAM 1032 metrów. Na górze było ledwie 7 stopni, więc warto było się schronić sklepie z pamiątkami.
Po obowiązkowym rytuale fotograficznym czekał nas blisko 36-kilometrowy zjazd do Tiefencastel na wysokość ledwie 836 metrów n.p.m. Tylko przez pierwsze kilka kilometrów typowo alpejski, zaś przez kolejnych trzydzieści przecinany płaskim terenem. Musieliśmy za to uważać w paru miejscach na odcinki szutru trafiwszy akurat na roboty drogowe. Miłym akcentem na koniec tego zjazd były dwa kilometry, na których bez trudu można było się „rozbujać” do 70 km/h. Po zjeździe, stojąc na rondzie przed Tiefencastel mieliśmy w nogach blisko 55 kilometrów, lecz najtrudniejsze „odcinki specjalne” dopiero przed nami. Temperatura 15 stopni i pochmurne, acz dość jasne niebo skłaniały nas do ostrożnego optymizmu przed drugą częścią piątkowego etapu.
ZDJĘCIA
Pierwsze 14 kilometrów to ledwie wstęp do właściwej części podjazdu, albowiem na tym odcinku trzeba pokonać różnice wzniesień zaledwie 300 metrów. Jechaliśmy zgodnie ze średnią prędkością ponad 20 km/h mijając po drodze Suravę i Filisur. Niestety w miarę pokonywania kolejnych kilometrów chmury nad nami ciemniały. Zaczęło zrazu kropić, następnie padać, zaś na dwukilometrowym stromym odcinku przed Bergun po mżawce nie było już śladu i z nieba lało jak z cebra. Postanowiliśmy zatrzymać się w Bergun i jakoś przeczekać to załamanie pogody. Do naszej bazy po drugiej stronie przełęczy Albula brakowało nam niespełna 30 kilometrów. Pora dnia była wciąż dość wczesna – dochodził kwadrans po piętnastej – czyli mieliśmy jeszcze spory zapas czasu przed wieczorem. Weszliśmy do jednego z hoteli na głównym placu miasta. Zostawiwszy rowery w holu, zmarznięci i przemoczeni udaliśmy się do restauracji wypić oraz przekąsić coś ciepłego.
Ludzie z obsługi tego gościnnego przybytku patrzyli na nas jak na straceńców. Zamówiona herbata i zupa grzybowa smakowały mi oczywiście bardziej niż zwykle. Tymczasem nawałnica za oknem nie ustawała. Momentami padał grad, zaś szarość za oknem rozświetlały światła błyskawic. W ogólnym hałasie dało się słyszeć uderzenia piorunów. W tych warunkach dalsza jazda wydawała się czystym szaleństwem. Skoro bowiem w Bergun cały czas lało, a temperatura oscylowała w granicach 10 stopni to cóż lepszego nas mogło czekać blisko 1000 metrów wyżej na przełęczy Albula? Łukasz za namową naszych gospodarzy całkiem rozsądnie postanowił dalszą część drogi przebyć pociągiem czyli wspomnianą przeze mnie trasą Kolei Retyckich. Ja byłem na tyle szalony by choć spróbować dalszej jazdy na rowerze. Pomysł iście wariacki, lecz kierowałem się wówczas sercem i wiarą we własne możliwości niż obiektywną oceną potencjalnych niebezpieczeństw. Dla przykładu nie pomyślałem jak w tych warunkach, zgrabiałymi od zimna i wilgoci rękoma byłbym w stanie zmienić dętkę w razie defektu? Niemniej skoro Łukasz zdecydował się wrócić do Engadin pociągiem to przynajmniej miałem pewność, że już wkrótce będzie cały i zdrowy w naszej bazie. Tym samym w razie potrzeby wsiądzie w samochód i ściągnie mnie z trasy.
Ostatecznie po 100 minutach postoju, cieplej ubrany i rozgrzany zupą oraz herbatą ruszyłem w dalszą drogę na przełęcz. Cóż udało się, więc mam co z rozrzewnieniem wspominać. Niesamowite przeżycie 57 minut jazdy w strugach deszczu, zaś na ostatnich trzech kilometrach przy deszczu ze śniegiem. W okolicy Predy wyprzedził mnie pociąg z Łukaszem. Od czasu do czasu z naprzeciwka mijały mnie samochody, których kierowcy musieli być nieźle zaskoczeni iż ktoś w tych warunkach gramoli się na górę. Jednak do czasu gdy trzeba było się ciężko pracować wspinając się przez 13,7 kilometra przy średnim nachyleniu 7 % nie czułem szczególnego zimna. Wjechałem na górę ze średnią prędkością 14,4 km/h przy wartości VAM 969 metrów – chyba nieźle jak na te warunki. Na górze stanąłem zrobić sobie autoportret przy tablicy, a następnie chciałem zjechać na drugą stronę ku dolinie Engadin. Do La Punt brakowało tylko 9,5 kilometra z czego półtora kilometra na płaskowyżu i osiem dalszych zjazdu. Szybko jednak przekonałem się o różnicy między mozolną wspinaczką, a szybszą jazdą przy temperaturze 1 stopnia Celsjusza. Po ledwie kilkuset metrach spasowałem przemarznięty zawróciłem do schroniska, które niestety okazało się zamknięte na cztery spusty.
ZDJĘCIA
Pozostał mi telefon do przyjaciela i cierpliwe wyczekiwanie na ratunek. Jednym słowem blisko pół godziny dreptania i chuchania. Nieliczni kierowcy przejeżdżający przez przełęcz nie specjalnie przejęci moim losem. No cóż miałem czego chciałem. Na moje szczęście trafiła się w końcu 4-osobowa rodzina uprzejmych Samarytan. Zaprosili mnie do swego samochodu, podali koc i poczęstowali czekoladą. W tym cieplejszym klimacie ludzkiej życzliwości spędziłem kilka minut pozostałych do przyjazdu Łukasza. Jazda samochodem przy minimalnej widoczności oraz mokrym śniegu pod letnimi oponami wymagała od mojego kolegi sporych umiejętności i doświadczenia na zjeździe do La Punt. W dolnej części zjazdu przeszkadzał mu już tylko deszcz. Okazało się, iż śnieg padał m/w od wysokości 2100 metrów, więc w samej dolinie Engadin już go nie było. Wieczorem zwiedziliśmy Samedan, w którym zamieszkaliśmy po porannej ewakuacji z Bever. Wcześniej jednak ciepło zrobiło się nam na sercach widząc sukces naszego kulomiota Tomasza Majewskiego, który zdobył pierwszy dla Polski złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie.
W czwartek 14 sierpnia na dzień dobry czekała nas przeprowadzka z Andermatt do Doliny Engadin gdzie na odcinku pomiędzy Sankt-Moritz a La Punt chcieliśmy znaleźć jakąś „spokojną przystań” na ostatnie dwa noclegi podczas tej wyprawy. W tym celu musieliśmy zaraz po śniadaniu wyruszyć w 160-kilometrową podróż samochodem. Z początku kierując się prosto na wschód przez Oberalppass, Disentis, Ilanz, Flims aż do rejonu Tamins i Bonaduz. Następnie wskoczyliśmy na krótki odcinek autostrady do Thusis skąd skręciliśmy na Tiefencastel. Po dojechaniu do tej miejscowości mieliśmy dwie opcje dalszej podróży tzn. mogliśmy wybrać główna drogą przez Julierpass bądź drugorzędną, lecz turystycznie bardziej atrakcyjną przez Albulapass. Ładna tego dnia pogoda zachęciła nas podziwiania pięknych widoków i skręciliśmy w lewo na Albulę.
Po drodze kilka razy zatrzymaliśmy się chcąc zrobić zdjęcia w najciekawszych miejscach m.in. w okolicach pięknego wiaduktu, na którym położone zostały tory Kolei Retyckich. Ta wybudowana pomiędzy 1898 a 1904 rokiem trasa to prawdziwe arcydzieło sztuki inżynieryjnej na odcinku 63 kilometrów między Thusis a Sankt-Moritz znajduje się aż 55 mostów i 39 tuneli, w tym najdłuższy z nich blisko 6-kilometrowy pomiędzy wioskami Preda i Spinas położony pod samą przełęczą na wysokości około 1800 metrów n.p.m. Podczas podjeżdżania na przełęcz zażyliśmy też trochę miejscowego folkloru, albowiem w pewnym momencie naszą jazdę znacznie spowolnił korowód dorożek, z których turyści mający więcej wolnego czasu mogli podziwiać uroki tych okolic. Wczesnym popołudniem zjechaliśmy do Samedan i zaczęliśmy rozglądać się za jakimś lokum. Tym razem akurat trafiliśmy kiepsko bo na schronisko młodzieżowe w Bever gdzie cena była wysoka jak na standard oferowanych warunków mieszkaniowych. Niemniej nie było czas szukać dłużej i lepiej bowiem na popołudnie zaplanowaliśmy sobie ponad 80-kilometrowy rajd rowerowy na trasie Engadin – Poschiavo z dwukrotnym przejazdem przez przełęcz Bernina (2328 m. n.p.m.).
ZDJĘCIA
Wyruszyliśmy przed piętnastą. Na początek czekał nas płaski odcinek do Samedan, a następnie skręt na południe w kierunku Pontresiny. W okolicach tej miejscowości rozpoczyna się północny podjazd pod Berninę. Od razu trzeba powiedzieć, że jest on bardzo łatwy jak na warunki alpejskie. Według odczytu z mojego licznika miał on 15,5 kilometra przy średnim nachyleniu 3,5 % i przewyższeniu ledwie 537 metrów. W zasadzie tylko w końcówce „trzyma” on przez jakieś dwa kilometry sięgając w pewnym momencie poziomu 10 %. Z tej przyczyny postanowiłem potraktować go ulgowo i zaoszczędzić siły na jego sroższe południowe oblicze. Dlatego też nie zrobiłem sobie tradycyjnej górskiej czasówki. Półgodzinny zjazd do Poschiavo gdzie czuć już było klimat pobliskiej Italii był czystą przyjemnością. Gdyby nie szalejące z naprzeciwka motory i czterokołowe maszyny w typie Ferrari czy Lamborghini można by popuścić wodzę swej fantazji, a tak dbając bardziej o swe zdrowie niż wrażenia rozpędziłem się tylko do 67 km/h. Po zjeździe zatrzymaliśmy przez kwadrans na rynku w Poschiavo skąd do włoskiej granicy w Campocologno brakowało już tylko 15 kilometrów. Zresztą szczerze powiedziawszy w trakcie zjazdu z Berniny byliśmy w pewnym momencie nawet bliżej Włoch, albowiem jakieś trzy kilometry od szczytu mija się posterunek celny la Motta położony na wysokości 2052 m. n.p.m. skąd do granicy między obu państwami na Forcola di Livigno są zaledwie cztery kilometry.
Południowa strona Berniny była naszym „głównym daniem” tego popołudnia. Nie ukrywam, że to podjazd w moim typie tzn. przynajmniej wtedy gdy jestem w formie i mych sił na nadwątliły jakieś wcześniejsze wzniesienia. Bardzo trudny podjazd przez blisko 15 kilometrów trzymający na poziomie 8 – 9 %, za wyjątkiem kilkusetmetrowe odcinka w rejonie la Rosa jakieś 6 kilometrów przed szczytem. Na szczęście nieco łatwiejsze są pierwsze trzy kilometry co pozwala właściwie się rozgrzać i złapać właściwy sobie rytm. Ogółem góra ta liczy sobie 17,6 kilometra przy średnim nachyleniu 7,3 % i max. ponad 11 %. Jej pokonanie w dużej mierze na przełożeniu 39 x 24 zajęło mi 72 minuty z kilkunastoma sekundami przy średniej prędkości 14,7 km/h i VAM 1037 metrów. Na górze postałem jakieś 20 minut rozmawiając z wielopokoleniową niemiecką rodziną. Napotkanych turystów poprosiłem o zrobienia mi zdjęć na tle tablicy po czym z wolna zawróciłem na południe „poszukać” Łukasza. Tym sposobem dodałem do swego „przebiegu” jeszcze 2,5 kilometra zjazdu i tyleż samo podjazdu. Na górze kolejna krótka sesja zdjęciowa, tym razem z Łukaszem w roli głównej i czas na zjazd. Niby bardziej płaski, ale wspomniany stromy odcinek był na tyle prosty i bezpieczny że pozwolił mi się rozpędzić do 79 km/h, zaś mojemu kompanowi na pewno nieźle ponad 80 km/h. Po powrocie do schroniska kierownik tej placówki nie miała dla nas dobrych wiadomości. Na piątek przewidywany był chłód i co gorsza deszcz przez większą część dnia.
ZDJĘCIA