Umbrail

Jeszcze dwa-trzy lata temu podczas tego rodzaju wyprawy jeździłbym po górach od poniedziałku do piątku, zaś w sobotę odpoczywał przed niedzielnym wyścigiem. Z czasem jednak uznałem, iż ważniejsza od miejsca zajętego na sportowych zawodach jest możliwość poznania kolejnej góry. W końcu ile mógłbym zyskać pozwalając sobie na tą 24-godzinną regenerację? Przypuszczam, że w najlepszym razie kilkanaście minut czyli jakieś kilkadziesiąt pozycji w klasyfikacji tego rodzaju maratońskiej imprezy. Tak czy owak  finiszowałbym bliżej niż dalej tzn. w górnej części tabelki, lecz pomimo najszczerszych chęci w „bezpiecznej odległości” od szerokiej czołówki zawodów. Jednym słowem przestało mieć dla mnie znaczenie to czy w peletonie liczącym tysiące kolarzy zajmę miejsce w trzeciej czy czwartej setce. O taki szczegół nie warto kruszyć kopii, lepiej poznać coś nowego, zobaczyć coś pięknego, nawet za cenę mniejszej świeżości na starcie docelowej imprezy. Dlatego też przed rokiem na dzień przed Marcialonga Cycling pojechałem do Levico Terme aby „zbadać” podjazd do Vetriolo, zaś w tym roku namówiłem Darka na wycieczkę do szwajcarskiej doliny Mustair aby z właściwej strony poznać trzecie i najmniej znane oblicze przełęczy Stelvio. Obaj mieliśmy już okazję przemknąć przez te okolice w lipcu 2006 roku. Wtedy to na około 70-kilometrowej rundzie ze startem i metą w Prato allo Stelvio podjechaliśmy najwyższą z włoskich przełęczy od strony południowo-tyrolskiej, zaś następnie zamknęliśmy ową pętlę zjazdem przez wschodnie kresy Szwajcarii.

Ze względów finansowych postanowiłem, że nasz samochodowy dojazd zakończymy po włoskiej stronie granicy, we wiosce Taufers (wł. Tubre) położonej na wysokości 1240 metrów n.p.m. Leży ona samym początku doliny Mustair biegnącej na zachód w kierunku przełęczy Fuorn. Droga z Prutz do Taufers wiodła przez Nauders, przełęcz Reschen (wł. Resia) i urocze miasteczko Glurns alias Glorenza, dzięki czemu mogliśmy się nie tylko przyjrzeć się pierwszym kilometrom niedzielnego wyścigu, ale i zmierzyć czas dojazdu na start tej imprezy i co najważniejsze w samym Nauders załatwić wszystkie formalności przedstartowe. Z naszej bazy wyjechaliśmy około dziesiątej. Dojazd do Nauders zajął nam około 30 minut, najpierw szybka jazda na płaskim odcinku do Kajetanbrucke, potem odrobina pojazdu wąską i krętą szosą w kierunku włoskiej granicy. Na odbiór pakietu startowego trzeba było czekać w niemałej kolejce, gdyż wszystkich uczestników wyścigu podzielono alfabetycznie na zaledwie trzy grupy tzn. A-H, I-P oraz R-Z. Organizatorzy nie szafowali prezentami. Poza oczywistym w takich paczkach numerem startowym najcenniejszym nabytkiem był czerwcowy numer niemieckiego miesięcznika „Tour” ze sporym artykułem na temat niedzielnych zawodów. Dodam, że dwa dni wcześniej przy okazji startu w Kaunertaler Gletscherkaiser trafił nam się majowy numer tego samego czasopisma. Pozostało mi żałować, że w czasach licealnych niezbyt przykładałem się do nauki języka Goethego.

ZDJĘCIA

NAUDERS

Zdjęcie 1 z 5