Przejdź do treści
Po piątkowym wypadzie do wschodniej Szwajcarii i Księstwa Liechtenstein do dyspozycji pozostał nam jeszcze weekend. Sobota miała być typowym dniem powszednim na tego typu wyprawie. Dziewiąty etap naszej podróży miał być kolejną prywatną czasówką pod najciekawszą górę w okolicy. Za to w niedzielę czekało nas prawdziwe kolarskie święto czyli Highlander Radmarathon. Górski maraton o skali trudności zbliżonej do tej z najtrudniejszych etapów Wielkich Tourów. Ponieważ nasze „Orle gniazdo” w górach ponad Furx dzieliło od miejsca startu tego wyścigu dobre 20 kilometrów nie najszybszej drogi to postanowiliśmy wynieść się ze schroniska „Peterhof” i znaleźć sobie na ostatnie dwie noce nowe lokum w dolinie Renu. Najlepiej w promieniu kilku kilometrów od Hohenems tak aby w niedzielny poranek podjechać sobie na start w ramach kilkunastominutowej rozgrzewki. Niemniej przed rozpoczęciem kolejnych poszukiwań chciałem sobie zrobić krótki rekonesans po trasie niedzielnego wyścigu. Tak się bowiem składa, iż na najtrudniejszym podjazdem w zachodniej części landu Vorarlberg jest zachodnia strona przełęczy Furkajoch (1761 metrów n.p.m.), która następnego dnia miała być ostatnim zjazdem na trasie wspomnianego maratonu. Można więc było połączyć przyjemne z pożytecznym. To znaczy zaliczyć ponad 20-kilometrowy podjazd o przewyższeniu blisko 1300 metrów, a przy okazji w drodze powrotnej przetestować fragment trasy wyścigu. Przyjrzeć się specyfice owego zjazdu i niespodziankom jakie czyhać mogą na nas w drodze do mety.
Okazja do tego sama pchała nam się do rąk. Mieszkaliśmy przecież w sąsiedztwie prowadzącej na tą przełęcz drogi L51. Natomiast chcąc dojechać do Hohenems musieliśmy najpierw zjechać ku Rankweil, miasteczka w którym zaczyna się podjazd pod Furkajoch. Darek poprzedniego dnia resztkami sił i masa ambicji wdrapał się do Malbun. Czuł się przemęczony programem ostatniego tygodnia. Dlatego w sobotę wolał się oszczędzać przed wyścigiem, który zapowiadał się na imprezę nieco trudniejszą od czerwcowego Dreilander Giro. Ja będąc lepiej przygotowany do całej wyprawy byłem pewien, że jakoś sobie z owym maratonem poradzę. Nawet jeśli przeddzień całej zabawy dodatkowo się pomęczę. Owszem dzięki jednodniowej pauzie mógłbym zyskać trochę na świeżości i lepiej wypaść w niedzielnym wyścigu, ale na nie zależało mi jakoś szczególnie na wyniku. W końcu nie stać mnie walka o czołowe miejsce w tego typu imprezie. Natomiast kilka czy kilkanaście miejsc w jedną bądź drugą stronę środka wyścigowej tabeli nie ma większego znaczenia. Dlatego postanowiłem się zmierzyć z trudniejszym obliczem Furkajoch. Tak jak rok wcześniej gdy w przeddzień GF Marcialonga sprawdziłem się na Vetriolo Terme czy choćby ostatnim razem w czerwcu gdy na dobę przed wyścigiem Trzech Krajów wspiąłem się na Umbrailpass. Schronisko opuściliśmy około jedenastej i po ośmiu kilometrach zjazdu zatrzymaliśmy się w Rankweil na parkingu przed marketem sieci SPAR. Podjazd rozpoczyna się na małym rondzie u zbiegu ulic Alemannenstrasse (L51) i Stiegstrasse (L50), oddalonym ledwie 200 metrów od miejsca naszego postoju.
Wspinaczkę rozpocząłem około 11:40 przy prawdziwie letniej temperaturze 32 stopni. Pierwszy kilometr biegnący po Alemannenstrasse był bardzo łatwy przy średniej 2,1 %. Tuż przed mostem na rzeczką Frutz minąłem Gewerbepark i stojący na nim okazały budynek lokalnej Straży Pożarnej. Dopiero po przejechaniu 1200 metrów czyli na wysokości ulicy Arkenstrasse zaczęła się prawdziwa wspinaczka. Zwracała na to zresztą uwagę duża zielona tablica stojąca po prawej stronie drogi. Na drugim i trzecim kilometrze wzniesienia, na dojeździe do Zwischenwasser (2,9 km od startu) musiałem pokonać sześć wiraży w terenie, na którym maksymalne nachylenie drogi dochodziło do 9 %. Po przebyciu kolejnych czterystu metrów minąłem uliczkę Kirchstrasse, która stanowi początek skomplikowanego nawigacyjnie szlaku do schroniska „Peterhof”. Tuż przed opuszczeniem Batschuns (3,7 km) minąłem jeszcze opuszczony Gasthaus „Waldrast”, który nawiedziliśmy dwa dni wcześniej w trakcie naszych wieczornych poszukiwań. Następnie na długie trzy kilometry szosa schowała się w lesie. Przy czym niemal na całym piątym kilometrze „zeszła do podziemia”. Trzeba tu było pokonać dwa kilkusetmetrowe tunele. Pierwszy na prostym odcinku drogi pomiędzy 4,1 a 4,6 kilometra od startu. Natomiast drugi już sto metrów dalej. Równie długi co pierwszy dokładnie między 4,7 a 5,2 km, bardziej kręty a przy tym częściowo wyglądający na galerię. Począwszy od drugiego kilometra jechałem cały czas na przełożeniu 39/21. Minąłem osadę Wengen (5,7 km) i pod koniec siódmego kilometra dojechałem do Laterns, największej wsi po tej stronie przełęczy. Pierwsza tercja tego podjazdu miała średnie nachylenie 6,4 % przy max. 11,4 % pod sam koniec czwartego kilometra. Ten odcinek przejechałem w tempie 16,1 km/h.
Ósmy kilometr wzniesienia był jeszcze dość solidny. Minąłem na nim ukwieconą wieloma donicami Gospodę pod Lwem (Gasthof Lowen). Wraz z początkiem dziewiątego kilometra zaczęła się środkowa, zdecydowanie najłatwiejsza faza podjazdu. W połowie dziewiątego kilometra ponownie wjeżdżało się do lasu. Po chwili minąłem boczną dróżkę wiodącą ku osadzie Bonacker (8,9 km). Kolejną wsią na moim szlaku była Innerlaterns (10,9 km), do której doprowadzał niemal płaski odcinek drogi. Dopiero pod koniec dwunastego kilometra podjazd przypomniał o sobie gdy nachylenie wzrosło chwilowo do niemal 9 %. W połowie trzynastego kilometra po raz kolejny wjechałem do lasu Breitenwald. Tym razem miałem pozostać w cieniu drzew już niemal do końca wzniesienia. Po przejechaniu 12,8 kilometra minąłem osadę Gastenboden. W tym momencie jechałem już po wąskiej dróżce o szerokości ledwie wystarczającej na to by zmieścił się na niej jeden samochód osobowy + rowerzysta. Przy okazji pomiędzy połową czternastego a końcem piętnastego kilometra tj. na odcinku około 1500 metrów straciłem nawet 10 metrów z wcześniej osiągniętej wysokości. Ów wąski, łatwy i relatywnie szybki odcinek przejechałem w tempie blisko 30 km/h. Skończył się on wraz z wyjazdem nad leśną polanę przy Laterns Bad (15 km). Środkowe 8 kilometrów miało średnie nachylenie 3,4 % przy max. 8,9 %. Drugą tercję wzniesienia przejechałem więc znacznie szybciej niż pierwszą tzn. z przeciętną 22,4 km/h. Niemniej najgorsze miało dopiero nadejść co dobrze widać na załączonym obrazku.
Do przełęczy brakowało blisko 630 metrów w pionie, które należało zdobyć na odcinku niespełna siedmiu kilometrów. Ta część drogi na Furkajoch jest zamknięta w sezonie zimowym. Pierwsza połowa tego odcinka jest kręta i w całości biegnie przez las. Na pierwszym wirażu przejeżdża się nad potokiem Garnitzbach i mija się dróżkę biegnącą w prawo ku Hintergarnitzalpe (15,3 km). Potem kolejne wiraże i łagodniejsze zakręty. Cały czas ostra jazda pod górę. Po drodze minąłem zjazd ku Agtawaldalpe (16 km) i Gavisalpe (17,5 km). Na dystansie ponad trzech kilometrów między 15,2 a 18,4 km od startu średnie nachylenie wyniosło aż 10,5 %. Dwukrotnie stromizna sięgnęła tu 16 % tzn. po przejechaniu 16,8 km jak i na sam koniec tego fragmentu trasy. W połowie dziewiętnastego kilometra szosa wychodziła z lasu. Jeszcze przez kilkaset metrów trzeba było sobie radzić z nachylenie około 6-8 %, po czym można było nieco odsapnąć na znacznie łatwiejszym dwudziestym kilometrze. Jego koniec było widać z oddali. Wyraźna przecinka przez resztki lasu zwiastowała po skręcie w prawo początek stromego finału tego wzniesienia. Ostatnie 1600 metrów miało średnie nachylenie aż 10,8 %, znów z maksymalną stromizna 16 % jakieś 480 i 240 metrów przed finałem. Droga prowadziła tu w terenie otwartym, a jako że wiało jechało mi się ciężko. Ostatni kilometr przetrwałem w średnim tempie 9,9 km/h. Ostatecznie po przejechaniu 21,8 kilometra w czasie 1 godziny 20 minut i 50 sekund (przeciętna 16,181 km/h i VAM 959 m/h) dotarłem na przełęcz dokładnie o godzinie trzynastej.
ZDJĘCIA
Co ciekawe niemal dokładnie o tej samej porze dnia wjechałem na nią od przeciwnej strony podczas niedzielnego wyścigu. Tymczasem w sobotę spojrzałem sobie jedynie na wschodnią stronę przełęczy. W oddali widać było Damuls, wioskę w której zaczyna się szósty i ostatni podjazd na trasie Highlandera. Napotkanego turystę poprosiłem o strzelenie mi fotki na tle kamiennej tablicy umiejscowionej po wewnętrznej stronie zakrętu, przez który przebiega linia tej premii górskiej. Na przełęczy było bardzo gwarno. Droga przez Furkajoch uchodzi za kultową wśród austriackich motocyklistów. Tego dnia co najmniej kilkunastu z nich stołowało się w miejscowym barze „U Charliego”. Po zjeździe napotkałem Darka czekającego na mnie przed mostkiem nad Frutz. Drugim punktem naszego sobotniego programu było załatwienie formalności przedstartowych. Przed wyjazdem z Rankweil, rodzinnym mieście Mario Reitera mistrza olimpijskiego z Nagano w kombinacji alpejskiej, zrobiliśmy sobie jeszcze zakupy spożywcze na cały weekend. Następnie pojechaliśmy do Hohenems drogą L50 przez miasteczko Gotzis. Biuro wyścigu znajdowało się w budynku stojącym przed Placem Kościelnym (Kirchplatz) przy ulicy Targowej (Marktstrasse). Darek pełen obaw co do swych możliwości kondycyjnych wstrzymał się ze zgłoszeniem do wyścigu.
Zapisy trwać miały do wieczora, więc mój kolega miał jeszcze kilka godzin na przemyślenie sprawy. Tymczasem postanowiliśmy znaleźć nocleg na najbliższe dwie noce, a następnie wrócić do Hohenems na godzinę 18:30 by zdążyć na start profesjonalnego kryterium. Zorganizowano je na około kilometrowej rundzie wokół Schlossplatz, którą trzeba było pokonać aż 70 razy. W tym samym miejscu wyznaczono również początek i koniec naszej imprezy. Jako, że w Hohenems nie udało nam się znaleźć dobrego lokum w niewygórowanej cenie, udaliśmy się na północ jadąc po trasie pierwszych kilometrów naszego wyścigu. Po sprawdzeniu kilku adresów ostatecznie znaleźliśmy sobie spokojną przystań w górnej części Dorbirn. Miasteczka, w którym podjazdem pod Bodele rozpoczyna się na dobre ściganie podczas Highlander Radmarathon. Wieczorem raz jeszcze podjechaliśmy do Hohenems. Obejrzeliśmy w akcji miejscowych profesjonałów na pierwszych kilkunastu okrążeniach. Dario podjął męską decyzję i zapisał się na wyścig. Nie poszedł przy tym na „łatwiznę”. Podobnie jak ja zgłosił swój akces do Highlandera, choć mógł też wybrać nieco krótszy Rund um Vorarlberg i tym sposobem darować sobie trzy ostatnie wzniesienia. Można powiedzieć, że wykazał się ułańską fantazją. Uznał, że jeśli ma się bawić to na całego. W końcu jak spadać to tylko z wysokiego konia.
Po ciężkim i długim czwartku, choć bardziej ze względu na transfer i poszukiwania noclegu niż jakość wycieczki rowerowej, pospaliśmy sobie do woli. Zwlekliśmy się z łóżek około dziewiątej. Warunki mieszkaniowe w schronisku mieliśmy raczej przeciętne m.in. widok z okna na zieloną skarpę, zepsuty telewizor i rześką temperaturę w pokoju. Niemniej po ubiegłorocznym pobycie Zellermoos jednego w Austrii mogłem być pewien, a mianowicie smacznego i sytego śniadania. Zjedliśmy je chyba jako jedni z ostatnich gości. Po czym kilka minut przed jedenastą wyruszyliśmy w drogę ku kolejnej kolarskiej przygodzie. Na początek musieliśmy zjechać ponad osiem kilometrów z „Peterhof” (1130 m. n.p.m.) do centrum Rankweil pokonując przy tej okazji 660 metrów różnicy wzniesień. Można powiedzieć, że błądząc w ciemnościach mimochodem znaleźliśmy wczoraj całkiem niezły podjazd. Brakowało jednak czasu by go przetestować na rowerach. Przygotowałem nam większe wyzwania. Czekał nas powrót na zachodni brzeg Renu. Celem były dwa wzniesienia służące już kilkakrotnie za finałowe podjazdy na trasach Tour de Suisse. Przy czym tylko pierwszy z nich czyli Flumserberg znajdował się na terenie Szwajcarii. Drugi, trudniejszy mieliśmy odnaleźć w granicach Liechtensteinu co było dodatkową atrakcją tej wycieczki. Dotychczas zwiedzałem kolarskie góry położone niemal wyłącznie na terenie: Austrii, Włoch, Francji i Szwajcarii. Niemniej gdy tylko nadarzała się ku temu okazja próbowałem zahaczyć o wzniesienia w kolejnych krajach. Gdy w lipcu 2007 roku jedyny raz byłem w Pirenejach to pomimo zmęczenia pirenejskim L’Etape du Tour podjechałem następnego dnia z Ax-les-Thermes na Port d’Envalira w Andorze. Z kolei w tym roku podczas zwiedzania bawarskiej prowincji wybrałem się na Rossfeld koło Berchtesgaden. Tym razem zaś przejazd z północnych Włoch do zachodniej Austrii zaplanowałem tak by starczyło nam czasu na podjechanie do Malbun tj. zaliczenie najtrudniejszego podjazdu w tym alpejskim Księstwie.
Po przeszło godzinnej podróży samochodem dojechaliśmy przez Feldkirch, Liechtenstein i Sargans do podnóża pierwszej góry. Flums to miasteczko będące stolicą okolicznej gminy, leżące na wysokości około 465 metrów n.p.m. Przeszło 900 metrów ponad nim znajduje się stacja górska Tannenbodenalp, w kolarskim światku znana lepiej jako Flumserberg. Jak dotąd czterokrotnie gościła ona uczestników wyścigu Dookoła Szwajcarii. Podjazd to stosunkowo niedługi, gdyż liczy sobie tylko 10,5 kilometra. Niemniej bardzo konkretny. Jego średnie nachylenie czyli 8,6 % jest wyższe niż na legendarnym L’Alpe d’Huez. Nie może więc dziwić, że na tak trudnej górze podczas etapów ze startu wspólnego zwyciężali tylko najprzedniejszej marki górale, zaś podczas górskiej czasówki najbardziej wszechstronny kolarz swej epoki. Po raz pierwszy Tour de Suisse zawitał tu w 1977 roku. Etap wygrał Belg Lucien Van Impe, który rok wcześniej wygrał Tour de France, zaś w trakcie całej swojej kariery aż sześciokrotnie zdobywał koszulkę najlepszego górala „Wielkiej Pętli”. Tego dnia wyprzedził o 23 sekundy Włocha Giancarlo Belliniego i Holendra Huberta Pronka. Pół minuty stracił do niego jego rodak Michel Pollentier, który dopiero co wygrał Giro d’Italia, zaś w Szwajcarii prowadził przez cały wyścig. Van Impe musiał się zadowolić drugim miejscem w generalce. Sześć lat później triumfator z Flumserbergu miał więcej szczęścia. Góra ta w sezonie 1983 była zwieńczeniem 19-kilometrowej czasówki ze startem w powiatowym mieście Sargans. Po zaciętej walce odcinek ten wygrał Irlandczyk Sean Kelly, który zaledwie o 1,4 sekundy wyprzedził Włocha Roberto Visentiniego i 40 sekund jego rodaka Mario Beccię. Po tym etapie Visentini założył koszulkę lidera, lecz już następnego dnia Kelly odebrał mu ją na mecie w Bellinzonie i cztery dni później wygrał swój pierwszy z dwóch wyścigów Dookoła Szwajcarii.
Trzecia obecność Flumserbergu na trasie Tour de Suisse przyniosła wiele emocji polskim kibicom. W czerwcu 1995 roku zastanawialiśmy się czy organizatorzy Tour de France po roku przerwy zaproszą na swój wyścig naszego Zenona Jaskułę. Polak jeździł wówczas w nie najsilniejszej ekipie AKI-Gipiemme i letni program tej drużyny zależał w dużej mierze od formy naszego rodaka. Jaskuła wystartował w TdS i na trasie tego wyścigu wypadł bardzo dobrze. Ukończył tą imprezę na trzecim miejscu, przegrywając tylko (acz wyraźnie) z Rosjaninem Pawłem Tonkowem i Szwajcarem Alexem Zulle. Na dwóch odcinkach zajął drugie miejsca, m.in. na przedostatnim kończącym się w stacji Tannenbodenalp. Tego dnia z sukcesu etapowego cieszył się jednak słynny Włoch Marco Pantani, który zaatakował wcześniej i nie dał się dogonić kontratakującemu Polakowi, którego wyprzedził o 55 sekund. Trzeci był inny Włoch Leonardo Piepoli ze stratą 1 minuty i 6 sekund. Za ich plecami toczyła się walka o generalne zwycięstwo. Zulle musiał odrobić trzynaście sekund straty do Tonkowa, który zdeklasował Helweta na przełęczy Albula. Rosjanin dał sobie urwać tylko dwie sekundy i dzień później stanął w Zurychu na najwyższym stopniu podium. Dla odmiany w 2008 roku na Flumserbergu wyznaczono metę drugiego etapu. Miały tu więc miejsce wstępne harce górali. Odcinek ten wygrał Bask Igor Anton z przewagą 6 sekund nad Luksemburczykiem Kimem Kirchenem i Włochem Damiano Cunego. Kolarz Euskaltel został liderem, lecz prowadzenie utrzymał jedynie przez cztery dni. Po szóstym etapie do Verbier koszulkę lidera odebrał mu Kirchen, lecz ostatecznie pogodził ich obu Czech Roman Kreuziger, który wygrał cały wyścig dzięki zwycięstwu na górskiej czasówce z Altdorf na Klausenpass.
Podążając śladami kolarskich sław wypakowaliśmy się we Flums nieopodal Kirchplatz, na parkingu u zbiegu ulic Marktstrasse i Bergstrasse. Ruszyliśmy na górę kwadrans przed trzynastą przy temperaturze 28 stopni. Oczywiście z miasta wyprowadzała nas Bergstrasse. Podjazd zaczął się na dobre po niespełna czterystu metrach na zakręcie w prawo przez mostek nad jednym z tutejszych potoków. Na chwilę droga schowała się w lesie, ale już po chwili wyjechałem na otwarty teren i zacząłem się przyzwyczajać obowiązującego na tej górze krajobrazu czyli stromej szosy, zielonej łąki, pojedynczych domków i biegnącej gdzieś w dole równolegle do górskich serpentyn autostrady A3. Po przejechaniu niespełna kilometra od placu minąłem pierwszy przystanek autobusowy czyli Flums-Platten. Po przejechaniu 1,3 kilometra wziąłem pierwszy wiraż i kilkaset metrów dalej następny na wysokości przystanku Rusch (1,9 km od startu). Na trzecim kilometrze trafił się nam świeży asfalt. Na szczęście nie na tyle by opony nam się do niego kleiły. Niemniej w drodze powrotnej trzeba było pamiętać aby w tym miejscu bardziej uważać. Dalej trzeci wiraż tuż przed osadą Hof (3,3 km) i czwarty na wysokości Caselli (3,8 km). Cały czas jechałem na przełożeniu 39/24, często stojąc w pedałach. Myślę, że większą część tego wzniesienia pokonałem w ten właśnie sposób. Czwarty wiraż od piątego przy Bergheim (5,8 km) dzieliły aż dwa kilometry. Na długiej prostej można było rzucić okiem na ginące w dole Flums oraz zadziwiająco regularne rysy pasma górskiego Churfirsten. Ta grupa górska liczy sobie siedem wierzchołków o bardzo podobnej wysokości. Najwyższy Hinterrug ma 2306 m. n.p.m., podczas gdy najniższy Selun tylko 101 metrów mniej. Dojechawszy do Bergheim byłem już za półmetkiem wzniesienia. Ta dolna część miała średnio 8,4 % przy max. 15 % na początku trzeciego kilometra.
Niemniej górna „połówka” tej góry miała być jeszcze trudniejsza. Podczas gdy między Flums a Bergheim chwilowa stromizna tego podjazdu „tylko” pięciokrotnie skoczyła powyżej 10 %. Tymczasem na krótszym odcinku z Bergheim do Tannenbodenalp tego typu wartość mój licznik zanotował aż czternaście razy. Minąłem szósty wiraż na wysokości Ruslen (7,2 km) i przyszła pora na najtrudniejszy fragment. Zgodnie z profilem ze strony „cyclingcols” okazał się nim trzeci kilometr od końca, na dojeździe do Tannenheim. Stromizna sięgnęła tu najpierw 15 % po przejechaniu 7,55 kilometra. Następnie 14 % niespełna dwieście metrów dalej, a w końcu aż 16 % dokładnie 8,06 kilometra od startu. W dobrym stanie przetrwałem jednak i to wyzwanie. Czułem się dobrze i chcąc utrzymać dotychczasowy rytm jazdy postanowiłem nie wrzucać luźniejszego trybu 27. Siódmy i ósmy wiraż były blisko siebie, ten drugi na wysokości stacji kolejki górskiej Prodalp-Express (8,3 km). Jeszcze 900 metrów dość stromej przerwy przez Tannenheim i w końcu wraz z wjazdem do lasu Tschudiwald (9,2 km) można było nieco odsapnąć. Przez blisko kilometr zrobiło się luźniej. Pierwsza połowa tego terenu w lesie, druga z przejazdem przez centrum Flumserberg-Tannenbodenalp. Było łatwiej, ale nie zupełnie płasko. Nachylenie spadło do poziomu 4 %, więc skorzystałem z przełożenia 39/19. Niemniej tak łatwiejszy odcinek wybijał z wcześniejszego rytmu wspinaczki. Tymczasem na sam koniec czekała jeszcze niespełna trzystumetrowa ścianka ze stromizną dochodzącą do 11,7 %. Ostatnie sto metrów było już zupełnie płaskie i biegło po placu przed stacją kolejki górskiej Tannenboden MBF. Wdrapałem się na górę w czasie 49 minut i 40 sekund czyli z przeciętną prędkością 12,708 km/h i VAM 1105 m/h. Pozornie bez rewelacji, ale byłem zadowolony z tego jak wytrzymałem tak stromy podjazd. Pojechałem dolną część w tempie 13,1 km/h, górną w 12,3 km/h – różnica w prędkości była więc adekwatna do wzrastającej stromizny wzniesienia. Darek podobnie tryskał humorem. Stwierdził, że w końcu dobrze mu się jechało. Na pokonanie Flumserbergu potrzebował 1 godziny 2 minut i 55 sekund.
ZDJĘCIA
Do samochodu zjechaliśmy po wpół do trzeciej i przed wyruszeniem w dalszą drogę wpadliśmy jeszcze na małe zakupy do naszej ulubionej sieci spożywczej „Coop”. Przy wyjeździe z miasteczka zrezygnowaliśmy z wjazdu na autostradę i zamiast niej wybraliśmy podróż po bardziej malowniczej drodze krajowej nr 3. Tak dojechaliśmy do Sargans, by następnie pokonać 5 kilometrów po krajówce nr 13 i wjechać do Księstwa Liechtenstein u jego południowym rubieży czyli przez miasteczko Balzers. Przyznam, że zawsze ciekawiło mnie to jakie historyczne uwarunkowania sprawiły, iż na Starym Kontynencie przetrwały tak małe państewka jak: Luksemburg, Andora, San Marino czy właśnie Liechtenstein. Dzieje najmniejszego w tym gronie Watykanu to ze względów religijnych jakby odrębna i przy tym lepiej znana historia. Genezą powstania alpejskiego Księstwa był zakup hrabstw Schellenberg oraz Vaduz przez ród Liechtensteinów na przełomie XVII i XVIII wieku. Niedługo potem w 1719 roku ziemie te jako suwerenne Księstwo weszło w skład Rzeszy Niemieckiej. W czasach napoleońskich należało ono do Związku Reńskiego, zaś po Kongresie Wiedeńskim przez pół wieku było członkiem Związku Niemieckiego utrzymując silne związki z Cesarstwem Austriackim. Po I Wojnie Światowej znalazło sobie nowego protektora w postaci Szwajcarii, z którą dziś pozostaje w unii celnej, monetarnej i pocztowej. Wojsko szwajcarskie roztacza też nad Księstwem parasol obronny. Na powierzchni 160 km kw. żyje niespełna 35 tysięcy mieszkańców, stąd na tablicach rejestracyjnych samochodów widnieją tylko literki FL i kolejne numery pięciocyfrowe, bowiem przy tej skali państwa wszystkie auta rejestrowane są na poziomie centralnym.
W trakcie swej blisko 80-letniej historii Tour de Suisse gościł w Liechtensteinie tylko jedenaście razy. W latach 1947-67 czterokrotnie finiszowano w stolicy Księstwa – Vaduz. W późniejszym okresie zaglądano do mniejszych miejscowości takich jak: Ruggell (dwa razy), Schaan, Gaflei i Mauren. Natomiast w ostatniej dekadzie na szczególne uznanie organizatorów wyścigu Dookoła Szwajcarii zasłużyła sobie wysokogórska stacja Malbun. Peleton TdS zajrzał do niej po raz pierwszy w roku 2004. Etap z finałem na tym bardzo trudnym, przeszło 13-kilometrowym podjeździe wygrał Austriak Georg Totschnig, który o 7 sekund wyprzedził Szwajcara Fabiana Jekera i o 14 Luksemburczyka Franka Schlecka. Niemiec Jan Ullrich przyjechał na metę szósty ze stratą 39 sekund. „Ulle” stracił koszulkę lidera na rzecz Jekera, lecz dwa dni później wygrał rozgrywaną na zakończenie wyścigu czasówkę wokół Lugano i ostatecznie wyprzedził Szwajcara o marną sekundę! Trzy lata później w Malbun rządził wspomniany już Frank Schleck. Wyprzedził o 32 sekundy Rosjanina Wladimira Jefimkina, o 42 Hiszpana Jose Angela Gomeza-Marchante i objął prowadzenie w wyścigu. Dwa dni później po etapie do Crans-Montany stracił je na rzecz Jefimkina, lecz obaj przegrali wyścig z kretesem na finałowej czasówce wokół Berna. W „generalce” triumfował inny Rosjanin Wladimir Karpiec, który do Malbun dojechał na siódmym miejscu. Po raz trzeci uczestnicy TdS zmierzyli się z tą górą w minionym 2011 roku. Tym razem wzniesienie to okazało się mieć kluczowe znaczenie dla losów wyścigu. Pierwsze trzy miejsca na mecie etapu zajęli kolarze, którzy trzy dni później stanęli na generalnym podium w Schaffhausen. Wygrał młody Holender Steven Kruiswijk, który o 9 sekund wyprzedził Levi Leipheimera i o 18 lidera Damiano Cunego. Tego dnia Amerykanin zniwelował swa stratę do Włocha niespełna dwóch minut, a że na finałowej czasówce wykręcił czas lepszy o 2:03 to w sumie całą imprezę wygrał z przewagą 4 sekund.
Na profilu wziętym ze strony „zanibike” jako początek podjazdu podano miasteczko Triesen. Na taki też miejsce startu się nastawiłem. Niemniej przejechaliśmy tą miejscowość i dopiero po wjechaniu do Vaduz ujrzeliśmy znak drogowy wskazujący drogę do Malbun. Skręciliśmy więc w prawo i po chwili zaparkowaliśmy na parkingu pod blokiem przy Meierhofstrasse. Kwadrans przed szesnastą ruszyliśmy pod górę, przy czym podjazd zaczął się naprawdę jakieś dwieście metrów od miejsca naszego startu. Już na pierwszej stromej ściance trzeba było ominąć sznurek samochodów czekających na zielone światło. Z powodu robót drogowych na tym odcinku wprowadzono bowiem ruch wahadłowy. Jadąc cały czas na wprost w kierunku południowym wyjechałem z Vaduz i po 800 metrach od startu znalazłem się w Meierhof. Dokładnie po przejechaniu dwóch kilometrów do wybranego przez nas szlaku dobiegała z zachodu droga z Triesen. Po prawej ręce u dołu miałem ładny widok na dolinę Renu i biegnąca wraz z nurtem tej rzeki granicę Liechtensteinu ze Szwajcarią. Po przejechaniu 2,3 kilometra zaczął się kręty odcinek drogi, który serpentynami prowadził do położonego blisko 900 metrów n.p.m. miasteczka Triesenberg. Na niespełna dwukilometrowym odcinku przed zjazdem na Sutigerwis (4,2 km) należało pokonać siedem wyraźnych wiraży, po części prowadzących w cieniu lasu Letzanawald. Piąty nieco łatwiejszy kilometr prowadził po prostej drodze do centrum Triesenbergu (5,1 km) przed wjazdem do którego minąłem dość młodo wyglądający kościółek z kamienia. Ta pierwsza „tercja” podjazdu miała średnio 8,4 % przy max. 11,7 %. Przejechałem ten odcinek z przeciętną prędkością 13,2 km/h czyli minimalnie szybciej niż równie trudny pierwszy fragment Flumserbergu. Przy drodze nie brakowało reklam meczu piłkarskich młodzieżówek Liechtensteinu i Szwajcarii, który odbył się w minioną środę na stadionie w stołecznym Vaduz.
Za kościółkiem należało skręcić w prawo by pokonać wymagający szczególnie w pierwszej części kilometr do Steinort (6,2 km). Kolejny wiraż był w połowie ósmego kilometra na wysokości osady Musascha (7,4 km), gdzie znak drogowy straszył nachyleniem 24 %, lecz to była przestroga dla chcących jechać boczną dróżką do osady Waldi. Ja tymczasem musiałem odbić w prawo, przejechać przez Studę i w połowie dziewiątego kilometra wyjechać poza teren coraz rzadziej zresztą zabudowany. Po czterystu metrach jazdy przez las można się było na dobre schować nie tylko przed słońcem, ale i światłem dziennym w długim tunelu o białych ścianach (8,9 – 9,7 km). Jako, że droga w nim ledwie się wznosiła mogłem przyspieszyć do 22-25 km/h. Kilkaset metrów po wyjeździe z tunelu byłem już w centrum wioski Steg (10,3 km) zbierając siły na pokonanie najtrudniejszej części całego wzniesienia. Niemal od początku podjazdu jechałem mocno na przełożeniu 39/24 podobnie jak na Flumserbergu często stając w pedałach. Odcinek 5,2 kilometra za Triesenbergiem miał, mimo łatwego kilometra w tunelu i tuż za nim, średnie nachylenie aż 8,2 %, a mimo to udało mi się utrzymać wcześniejsze tempo jadąc z prędkością 13,3 km/h. Na wysokości białego kościółka w Steg zaczęło się 3-kilometrowe zwieńczenie tej ciężkiej wspinaczki. Najpierw 900 metrów przez las Schemmiwald czyli odcinek o średniej stromiźnie 8,9 % i max. 13,3 %, kończący się na wysokim wiadukcie. Tuż za nim na odpoczynkowym fragmencie drogi (minimum 3 %) zerwano asfalt na dystansie około 150 metrów. Potem zaś finał na dobicie czyli 1800 metrów o średniej 10,5 % i max. 16 % po przejechaniu 12,84 kilometra czyli na 650 metrów przed wjazdem do Malbun. To końcówka w otwartym terenie z długimi prostymi. Najpierw łagodny łuk w prawo, potem nieco ostrzejszy lewo, przejazd pod wiaduktem i w końcu meta na wjeździe do ośrodka po przejechaniu 13,3 kilometra od miejsca naszego startu.
Przyznam, że na ostatnim kilometrze moja prędkość spadała do 9 km/h czyli była to raczej „wolność”. Niemniej 3-kilometrową końcówkę pokonałem ze średnią 11,3 km/h. Natomiast całą górę w czasie 1 godziny i 3 minut czyli z przeciętną prędkością 12,676 km/h i VAM 1080 m/h. Zgodnie z przygotowanym sobie profilem podjazdu nie miałem zamiaru poprzestać na wjeździe do Malbun. Chciałem dojechać do końca asfaltowej drogi na wysokości osady Heita. Tymczasem po wjeździe do ośrodka droga „złagodniała” na około 250 metrów i dopiero gdy minąłem zakaz wjazdu dla samochodów to na wprost przed sobą ujrzałem węższą, ale za to bardzo stromą ścieżkę. Okazało się jednak, że to szlak do Hidera Strich kończący się na wysokości co najmniej 1680 m. n.p.m. Ja poprzestałem na przejechaniu 300 metrów i zatrzymałem się na wysokości Vordera Strich. Po czym zjechałem do centrum by poczekać na Darka i razem z nich wjechać do Heity, gdyż w trakcie zjazdu odkryłem iż droga do tej wsi odbija na prawo od głównej ulicy nieco poniżej miejsca gdzie znajduje się stacja kolejki górskiej Malbun SMS i Hotel Turna. To oczekiwanie niepokojąco się przedłużało, więc po telefonicznym wyjaśnieniu sobie pozycji kolegi postanowiłem samemu podjechać na Heitę. Według wykresu z mego licznika dodałem sobie jeszcze 850 metrów wspinaczki o przewyższeniu 72 metrów czyli średnio 7,9 %, ale przy max. 16 %. Tak czy owak wyszło mi jednak, że koniec drogi w Heita leży na wysokości około 1670 m. n.p.m. czyli przeszło 30 metrów niżej niż sugeruje to profil z „archivio salite”.
ZDJĘCIA
Ponownie zjechawszy do centrum doczekałem się na przyjazd Darka. Ta góra dała mu ostro w kość. Dwie ciężkie góry jednego dnia to było za dużo dla mojego kolegi na tym wyjeździe tzn. bez solidnego treningu na Kaszubach. Na zdobycie Malbun potrzebował 1 godziny 42 minut i 55 sekund przy czym około osiem minut stracił na dwóch przystankach. Korzystając z okazji chcieliśmy zabrać jakieś trofea z tej góry jako pamiątki z Liechtensteinu. Wstąpiliśmy do sklepu i zrobiliśmy zakupy za kilkadziesiąt franków, które tego dnia były niemal równie drogie co Euro. Kupiłem sobie kubek termiczny w szwajcarskich barwach w sam raz na piesze wędrówki po Alpach, gdy nie będę miał już sił aby wspinać się po nich na rowerze. Natomiast Iwonie sprezentowałem miniaturkę krowich dzwonków, które szwajcarscy kibice zwykli targać z sobą na wszelakie zawody narciarskie. Kłopot polegał jeszcze na tym by te gadżety i parę innych zapakować sobie do kieszeni lub pod koszulkę, a następnie zjechać z nimi bezpiecznie. Tymczasem teren szczególnie na początku zjazdu skłaniał do harców tak, iż rozwinąłem się nawet do 77 km/h. Do samochodu udało nam się zjechać cało i zdrowo, a przy tym z nienaruszonym bagażem na kilka minut przed dziewiętnastą. Tego dnia łącznie przejechałem tylko 51 kilometrów, ale o solidnym przewyższeniu 2107 metrów. W drodze powrotnej stanęliśmy na kilka minut w centrum Vaduz na Peter-Kaiser-Platz, robiąc sobie zdjęcia pod siedzibą tamtejszego Rządu. Natomiast po przekroczeniu granicy austriackiej zatrzymaliśmy się na dłużej w Feldkirch, by obejrzeć tamtejszą starówkę i zjeść w końcu coś ciepłego czyli … pizzę jak mamy to w zwyczaju czynić na austriackiej ziemi.
Czwartkowy program naszej wycieczki miał być podobny do poniedziałkowego. Ponownie mieliśmy w planach stosunkowo długi transfer samochodowy połączony z przekraczaniem paru granic. Po drodze znów czekał nas postój i kilkugodzinna przejażdżka na rowerach. Tym razem miało być jednak o tyle prościej, iż czekał nas tylko jeden przystanek jako, że obie wybrane przez mnie góry mogliśmy zaatakować z tego samego miejsca. Tego dnia mieliśmy na dobre pożegnać się z Italią przejechać spory kawałek szosami, przemknąć przez Liechtenstein i wieczorem znaleźć sobie lokum na ostatnie trzy noce wyprawy już terenie Austrii. w zachodniej części landu Vorarlberg. Najchętniej gdzieś w pobliżu Feldkirch lub Rankweil. Tak aby mieć niedaleko zarówno na piątkowy wypad na lewy brzeg Renu jak i na start niedzielnego wyścigu w Hohenems. Po drodze mieliśmy zatrzymać się w Chur (rom. Cuira), miasteczku wielkości mojego Sopotu, lecz o bardzo długiej i bogatej przeszłości. Uważane jest ono za najstarszą miejscowość w Szwajcarii, gdyż w miejscu tym natrafiono na ślady ludzkiej osady sprzed blisko 6000 lat. Z kolei w IV wieku n.e. Chur stało się siedzibą pierwszego biskupstwa założonego po północnej stronie Alp. Natomiast w 1803 roku zostało ono stolicą powstałego właśnie na południowym-wschodzie Szwajcarii kantonu Graubunden. Dodajmy największego z „województw” Helweckiej Konfederacji. Najkrótsza około 90-kilometrowa droga z Chiavenny do Chur wiedzie przez Splugę. Dlatego w czwartkowe przedpołudnie mogliśmy raz jeszcze podziwiać jej przepiękne górskie krajobrazy.
Opuściliśmy B&B „Al Ponte” po godzinie dziesiątej. Niemniej ja i Darek przed podjazdem ku granicy wpadliśmy jeszcze na zakupy do podmiejskiego hipermarketu „Iperal”. Udało mi się kupić solidnie wykonaną ręczną pompkę z nanometrem. Nabytek cenny tym bardziej, że od czasu niemiłej przygody na zjeździe z Alpe Segletta jeździłem w góry nieco z duszą na ramieniu. Zakładałem po prostu, że w razie „złapania gumy” poczekam przy drodze na któregoś ze swych kolegów. Przez pięć dni szczęście mi dopisywało, ale nie chciałem dłużej kusić losu. Wróciwszy do centrum Chiavenny udaliśmy się już prosto na przełęcz. Niemniej wjechaliśmy na nieco dłuższą, bo 33-kilometrowy szlakiem. Zdecydowałem się ominąć najbardziej skomplikowany technicznie, bardzo kręty i wąski odcinek z tunelami w połowie podjazdu i za Campodolcino odbiłem w lewo na boczną drogę ku Lago di Isola. Na krajówkę nr 36 wróciliśmy za Pianazzo tuż przed tunelem prowadzącym do Madesimo. Włoską ziemię opuściliśmy kilka minut przed południem i rozpoczęliśmy znacznie krótszy, lecz równie kręty i widokowo ładny zjazd ku szwajcarskiej dolinie Hinterrhein. Zgodnie z ustaleniami Jakub, Dawid i Piotr, którzy ruszyli na Splugę bezpośrednio z domu poczekali na nas w dolnej części tego zjazdu, tuż przed Splugen i wjazdem na autostradę A13. Dalej pojechaliśmy już szybciej przez Andeer i Thusis do wspomnianego Chur. Tam dłuższą chwilę szukaliśmy dogodnego miejsca do postoju. Najlepiej bezpłatnego parkingu położonego nieopodal drogi prowadzącej do górskiej stacji Valbella. Ostatecznie stanęliśmy na parkingu przed stacją kolejki górskiej BCD. Nie mieliśmy pewności czy nie jest on płatny, więc Kuba i jego drużyna postanowili znaleźć inne miejsce do rozładunku, przez co ostatecznie ruszyliśmy na górę osobno.
Ze względu na późniejszą konieczność ruszenia w dalszą drogę celem znalezienia nowego noclegu tym razem nie mieliśmy zbyt wiele wolnego czasu na rowerową eskapadę. Dlatego postanowiłem się trzymać ustalonego wcześniej planu tzn. podjechać pod Valbellę (1549 m. n.p.m.) od obu stron. Tak od północy ze startem w Chur jak i od południa z początkiem w Tiefencastel. Ciekawszą, acz znacznie bardziej czasochłonną alternatywą było zdobycie Valbelli tylko od strony północnej, a następnie pokonanie przeszło 30-kilometrowego, acz w dużej części łagodnego podjazdu do Innerarosa (1894 m. n.p.m.). Peleton Tour de Suisse wielokrotnie przejeżdżał Valbellę z obu kierunków. Trudniejszy północny podjazd czterokrotnie gościł na trasie tego wyścigu w roli górskiej premii. Po raz pierwszy w 1967 roku gdy zdobył go Włoch Gianni Motta, zaś po raz ostatni w sezonie 1995 na kluczowym dla losów tego wyścigu etapie do La Punt. Odcinek ten zdecydowanie wygrał Rosjanin Paweł Tonkow, lecz wcześniej na naszej górze jako pierwszy zameldował się inny ex-reprezentant „sbornej” Kazach Andrzej Tietieruk. Od południa na premię górską wspinano się zaś sześciokrotnie. Po raz pierwszy w 1953, zaś po raz ostatni w 1998 roku. Pierwszym zdobywcą tej kolarskiej góry był Szwajcar Max Heidelberger, zaś wśród jego następców byli m.in. Belg Michel Pollentier, Portugalczyk Acacio Da Silva i Włoch Stefano Garzelli. Południowy podjazd do Valbelli w teorii ma kilkanaście kilometrów długości. Niemniej w praktyce wspinaczka kończy się już 7,5 kilometra za Tiefencastel. Dokładnie trzy kilometry przed stacją Lenzerheide, która 9-krotnie była miastem etapowym na TdS, a raz gościła nawet uczestników Giro d’Italia.
Jako pierwszy ze zwycięstwa etapowego w Lenzerheide cieszył się Szwajcar Robert Hagmann w 1968 roku. Trzy lata później kończono tu dwa etapy wyścigu. Najpierw odcinek ze startu wspólnego wygrał Belg Roger De Vlaeminck, zaś nazajutrz 7-kilometrową górską czasówkę wygrał Szwajcar Louis Pfenninger. W sezonie 1974 triumfował tu Włoch Franco Bitossi, zaś w roku 1976 wspomniany już Pollentier, zaś następnego dnia Szwajcar Rene Savary. Po kilkunastu latach przerwy tj. w sezonie 1990 zwyciężył w tym miejscu dobrze znany w Polsce Szwajcar Rolf Jaermann. Natomiast przy ostatniej okazji w roku 1998 długi etap z Varese do Lenzerheide jak i krótszy odcinek wyznaczony na dużej rundzie wokół tej miejscowości wygrał wspomniany już Garzelli. Dzięki tym sukcesom późniejszy triumfator Giro zapewnił sobie zwycięstwo w klasyfikacji generalnej szwajcarskiej etapówki. Trzy lata przed nim na tych samych drogach, lecz podczas Giro rządzili jego rodacy. Piętnasty etap Giro z 1995 roku wytyczono między Val Senales w Południowym Tyrolu a Lenzerheide. Na odcinku 185 kilometrów trzeba było pokonać trzy premie górskie na terenie Szwajcarii tzn. przełęcze Fuorn, Fluela oraz finałowy podjazd od Tiefencastel. Co ciekawe włoskim wyścigiem niepodzielnie rządził wówczas Szwajcar Toni Rominger, który na ojczystej ziemi bez trudu obroni swe prowadzenie. Do przodu puszczono kilku niezłych harcowników. Wygrał lider klasyfikacji górskiej Mariano Piccoli, który na finiszu łatwo ograł Giuseppe Gueriniego, zaś niespełna półtorej minuty później jako trzeci na mecie zameldował się Francesco Frattini.
Darek ruszył na górę jako pierwszy. Ja po paru minutach zastanawiając się czy nasi trzej kompani są już również w drodze na górę. Przed startem musiałem sobie jeszcze poradzić z niespodziewanym defektem. Po wyjęciu roweru z auta okazało się, że zeszło mi powietrze z przedniego koła. Aby nie tracić czasu wymieniłem całe koło z używanego wcześniej Ritcheya na zabrane jako rezerwa Macic Aksium. Wyjechałem z parkingu na ulicę Welschdorfli, skręciłem w prawo i już po stu-kilkudziesięciu metrach mogłem byłem przy zakręcie w Malixenstrasse, gdzie na wysokości około 600 metrów n.p.m. zaczyna się północny podjazd pod Valbellę. Od samego początku było dość ostro. Po 350 metrach i minięciu hotelu Rosenhugel dojechałem do zbiegu mojej ulicy z południową obwodnicą miasta. Tu należało odbić w lewo. Dość szybko złapałem Darka, ale dłuższą chwilę potrwało zanim złapałem właściwy rytm jazdy. Po przejechaniu 1100 metrów byłem już po granicą miasta, na które jednak jeszcze przez chwilę miałem ładny widok w dół po lewej ręce. Sześć metrów dalej minąłem na wirażu zjazd ku wsi Araschgen. Nadal trzeba było jechać po Malixenstrasse, gdzie przez pierwsze trzy kilometry stromizna ani na moment nie spadła poniżej 5 %. Po przebyciu 4,1 kilometra przejechałem serpentyny na wysokości przystanku autobusowego Kapella, miejsce gdzie podczas zjazdu w drodze powrotnej Darek niemal otrze się o wielki żółty autobus. Droga potrzymała jeszcze solidnie przez dwa dalsze kilometry czyli do przystanku Malix nieopodal wsi Oberdorf. Na odcinku sześciu kilometrów „zdobyłem” 500 metrów w pionie czyli przeszło połowę przewyższenia z tej strony góry. Początkowe 6,1 kilometra miało bowiem średnie nachylenie 8,2 % przy max. 12,9 % na wspomnianym zakręcie 1700 metrów po starcie. Ten fragment wzniesienia przejechałem w tempie 13,7 km/h. Środkowa część podjazdu była znacznie łatwiejsza.
Kolejne 4,6 kilometra miało średnie nachylenie tylko 3,2 % i max. 7,8 % w połowie dziewiątego kilometra. Nie brakowało tu płaskich odcinków, na których mogłem się rozpędzić powyżej 30 km/h. Cały odcinek przejechałem zaś w tempie 23,8 km/h. Minąłem osady Burg (6,6 km), Egga (7,8 km), po czym na początku jedenastego kilometra dojechałem do Churwalden (10,2 km). Miejscowości przed którą wita podróżnych biały kościółek z XII wieku pod wezwaniem św. Marii. Tuż za Churwalden czyli wraz z końcem jedenastego kilometra stromizna skoczyła do prawie 9 %, zaś potem było jeszcze ciekawiej. Na kolejnych dwóch kilometrach nachylenie drogi siedmiokrotnie sięgnęło 11 %. Minąłem zjazd na Ruti i po przebyciu 11,7 kilometra od startu byłem już na wysokości Stettli. Najtrudniejszy odcinek skończył się we wiosce Parpan (13,2 km). Rozwieszony nad ulicą szyld reklamował rozgrywany 21 sierpnia wyścig Alpen-Challenge. Jest to jedna z trzech – obok Engadin Radmarathon i Alpenbrevet – najtrudniejszych imprez „Gran Fondo” organizowanych obecnie na terenie Szwajcarii. Długa trasa liczy sobie aż 220 kilometrów i ma w swej bogatej ofercie przełęcze: Albula, Bernina, Forca di Livigno, Julier oraz finałowy podjazd do Lantsch / Lenz. Na ostatnich 700 metrach czekała jeszcze dochodząca do 10 % ścianka, kończąca się na wysokości przystanku Parpan Hohe. Trzysta metrów dalej stały już pierwsze domy w Valbelli. Finałowe 3,7 kilometra miało średnio 8,2 %, więc przejechałem je z prędkością 13,6 km/h czyli podobną do tej z początku wzniesienia. Natomiast na pokonanie całej góry o długości 14,3 kilometra i przewyższeniu 949 metrów potrzebowałem 54 minut i 55 sekund, przy przeciętnej 15,732 km/h i VAM 1036 m/h. Napotkaną turystkę poprosiłem o zrobienia zdjęcia pod tablicą i na spokojnie rozpocząłem łagodny zjazd ku Lenzerheide.
ZDJĘCIA
Na podjeździe poza Darkiem nie spotkałem żadnej znajomej duszy, więc liczyłem iż zjeżdżając spokojnie i z przystankami dam się dojść wszystkim lub przynajmniej niektórym kolegom, jeszcze przed dotarciem do Tiefencastel. Nie pomyliłem się. Już podczas postoju nad jeziorem Heidsee (1484 m. n.p.m.) dojechał do mnie Jakub, który wyruszył na górę wraz z Dawidem i Piotrem niedługo po nas i po drodze minął Darka. Ja zatrzymywałem się na tyle często, przy tym niekiedy odjeżdżając w bok od głównej drogi, że nie zauważyłem nawet kiedy minął mnie Dario, który na zjeździe musiał nadrobić jakiś kwadrans. Spotkałem go dopiero przed Tiefencastel w miejscu gdzie krajówka nr 3 skręca na wschód pozostawiając swemu losowi odnogę lecącą na zachód ku autostradzie A13. Po zjechaniu do ronda przy którym rozchodzą się biegnące na południe szlaki na Julierpass i Albulapass spotkałem Kubę. Po krótkiej dyskusji postanowiliśmy wrócić do Valbelli znaną nam już drogą. Do wyboru była też południowo-wschodnia opcja podjazdu zaczynająca się pomiędzy Suravą i Alvenau, łącząca się z drogą nr 3 kilkaset metrów przed Lantsch. Powrotne wzniesienie potraktowałem dość ulgowo. Ten jeden raz postanowiłem nie gnać na pełen gaz, lecz przejechać się tempem Jakuba. Chciałem pojechać na spokojnie by cieszyć się pięknem okolicy i wyborną pogodą, choć temperatura była zbyt wysoka jak na moje upodobania czyli 34 stopni po tej stronie wzniesienia. Po przejechaniu 750 metrów od ronda dotarliśmy do zakrętu, przy którym minąłem się z Darkiem.
Wspinaczka była bardzo solidna. Stromizna co chwilę skakała do poziomu 10 %. Na pierwszych dwóch kilometrach ten pułap osiągając siedmiokrotnie. Po przejechaniu leśnego odcinka droga na chwilę odpuściła, ale jeszcze przed dotarciem do zjazdu na Brienz-Brinzauls (2,8 km) dwukrotnie poprawiła do poziomu 13,3 %. Po 3,6 kilometra podjazdu wjechaliśmy na wysokość Vazerol, przejechawszy odcinek od średnim nachyleniu 7,8 % w tempie 12,9 km/h. Wiedziałem, że stromo będzie tylko przez pierwsze 7 kilometrów. Jechałem cały czas na 80 % swych możliwości. Kuba momentami tracił kilka-kilkanaście max. 30 metrów, ale ambitnie walczył. Dlatego nie podkręcałem tempa w nadziei, że bez szczególnego zwalniania wjedziemy na górę razem. W połowie szóstego kilometra dotarliśmy do zbiegu naszej drogi ze wspomnianą alternatywą. Tu droga odpuszczała do około 5 % i postanowiłem nieco bardziej zwolnić, aby Kuba wygodnie wsiadł mi na koło. Kilkaset metrów dalej byliśmy już w centrum Lantsch. Na wylocie z tej wsi na długiej prostej ujrzeliśmy w perspektywie znajomą sylwetkę Darka. Ponieważ Dario zatrzymał się w Lenz, aby w ten gorący dzień kupić sobie puszkę coca-coli mieliśmy szansę go dogonić jeszcze przed końcem stromizny. Podkręciłem tempo do 90 % mocy silnika, Kuba zacisnął zęby i na wysokości Furtga / St. Cassian (7,5 km) jechaliśmy już w trójkę. Prawdziwy podjazd skończył się nieco wcześniej przy białym kościółku na wysokości ulicy Don Bosco (7,2 km). Kolejne 3,6 kilometra od Vazerol miało średnio 7,4 % przy max. 11,7 %. Można powiedzieć, że utrzymaliśmy z Kubą wcześniejsze tempo bo ten odcinek przejechaliśmy z przeciętną 12,8 km/h.
Dalej było już zdecydowanie łatwiej, zaś Kuba na płaskim rozkręcał nasz oddział do 35 km/h. Po jednym z takich przyśpieszeń Darek odpuścił. Tymczasem my przemknęliśmy przez Lenzerheide (9,8 – 11,1 km) i po pokonaniu 11,8 km od startu dojechaliśmy do Heidsee. Jadąc cały czas wzdłuż brzegów jeziora minęliśmy okazały budynek w kolorze czerwonym będący dolną stacją kolejki górskiej LHB wiozącej turystów na pobliski szczyt Parpaner Rothorn (2899 m. n.p.m.). Podjechaliśmy jeszcze kilkaset metrów i zatrzymaliśmy się w końcu na wysokości przystanku Valbella Canols. Tu zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia pod tablicą. W ten sposób pokonaliśmy 13,1 kilometra w czasie 46 minut i 58 sekund przy przeciętnej 16,671 km/h. O wartości VAM nie ma co mówić, ze względu na prawie 6-kilometrowy niemal płaski odcinek za Furtgą. Z Canols do kulminacji wzniesienia na Lenzerheiderpass brakowało nam jeszcze około kilometra. Podjechaliśmy tam razem, po czym Kuba pognał pierwszy do Chur, zaś ja postanowiłem poczekać na Darka na wysokości Parpan Hohe. Nie doczekałem się, gdyż z kolei Dario na dłużej stanął przy jeziorze. Dlatego sam zacząłem zjazd. Miałem nadzieję nieźle rozpędzić się na długich i stromych prostych za Parpan, ale ze względu na traktor i samochody musiałem jednak bardziej zważać na swe bezpieczeństwo. Darek dogonił mnie na wysokości Churwalden. Wracaliśmy do Chur przez dłuższy czas zachowując z sobą kontakt wzrokowy. Tego dnia przejechaliśmy tylko 58,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 1583 metrów.
ZDJĘCIA
Po dotarciu na parking około 17:30 zastaliśmy tam już naszych kompanów. Poinformowali nas, że jednak wrócą wcześniej do kraju. Okazało się, że Piotrek się rozchorował, ma gorączkę i bola go nerki – przez co wjechał dziś tylko do połowy pierwszego wzniesienia. Dawid czuł się przemęczony, podjechał Valbellę tylko od strony Chur. Poza tym tak jego jak i Kubę wzywały do ojczyzny obowiązki zawodowe. Po 16-godzinnej podróży wrócili szczęśliwie do Trójmiasta w piątkowe przedpołudnie. Tymczasem nas czekała jeszcze podróż do Vorarlbegu via Liechtenstein. Przede wszystkim zaś szukanie noclegu na ostatnią część tej wyprawy, gdyż podczas przygotowań do niej nie udało mi się znaleźć w Internecie miejsca pasującego nam tak ceną jak i lokalizacją. Do Księstwa Liechtenstein wjechaliśmy na wysokości miasteczka Schaan, więc przy tej okazji obejrzeliśmy sobie to państewko na około 9-kilometrowym odcinku. Następnego dnia mieliśmy mieć więcej czasu na jego poznanie i to nie tylko z racji rowerowej wyprawy do stacji Malbun. Wjechawszy do Austrii zatrzymaliśmy się w przygranicznym Feldkirch, gdzie telefonowałem pod kilka numerów podanych na miejskiej tablicy informacyjnej, lecz niestety nie znalazłem w tym mieście wolnych pokoi gościnnych. Następnie podjechaliśmy do Rankweil, miasteczka znajdującego się już na trasie niedzielnego Highlander Radmarathon. Niemniej rekonesans po tej miejscowości również okazał się bezowocny. Szczęście w nieszczęściu, że udało nam się zrobić zakupy w miejscowym „Lidlu” tuż przed jego zamknięciem. Dzięki czemu w dalszych poszukiwaniach, które zapowiadały się na długie nie groziło nam przymieranie głodem. Ostatecznie po niepowodzeniu w dolinie za namową napotkanych ludzi, mimo zapadającego zmroku ruszyliśmy na dalsze poszukiwania w góry. Ostatecznie około 22:00 znaleźliśmy sobie dach nad głową dobre 600 metrów powyżej doliny i oddalonym 8 kilometrów od Rankweil górskim schronisku, Alpengasthof „Peterhof”. Warunki były raczej spartańskie, widok z okna żaden, ale przynajmniej było gdzie się przespać, umyć i zjeść.