Przejdź do treści
W przedostatnim dniu naszej czerwcowej wycieczki mieliśmy do wykonania trzy zadania. Po pierwsze trzeba było się przenieść na południowy kraniec Wogezów, w rejon położony bliżej miasteczka Champagney gdzie w sobotni poranek zacząć miał Les 3 Ballons. Po drugie musieliśmy załatwić formalności przedstartowe w biurze wyścigu. Po trzecie warto było zahaczyć o kolejną górkę w okolicy i to nie byle jaką, gdyż na mojej liście życzeń pozostał legendarny Ballon d’Alsace (1178 m. n.p.m.). wzniesienie to nie jest najwyższe, największe ani też najtrudniejsze w całym paśmie Wogezów. Z pewnością jednak pośród wszystkich kolarskich gór tego regionu jest najsłynniejsze za sprawą roli jaką odgrywało w historii Tour de France. Kronikarze tego wyścigu w pewnym uproszczeniu nazywają go nawet pierwszym prawdziwie górskim podjazdem w historii „Wielkiej Pętli”. Tytani zakurzonych dróg z początku ubiegłego stulecia po raz pierwszy zmierzyli się z nim już na drugim etapie trzeciej edycji TdF tzn. 11 lipca 1905 roku. Zapomina się często, iż już w programach dwóch pierwszych edycji TdF były przyzwoitej wielkości wzniesienia tzn. Col du Pin-Bouchin w okolicy Lyonu i Col du Grand Bois (Republique) ponad Saint-Etienne, lecz oba były na tyle łagodne, iż to właśnie do Ballon d’Alsace przybrnęło miano pierwszej wspinaczki w dziejach Touru. Pierwszy zdobywca tego wzniesienia Francuz Rene Pottier, choć popełnił samobójstwo w styczniu 1907 roku, mimo swego krótkiego żywota stał się nieśmiertelny i po dziś dzień jest pamiętany nie tylko jako triumfator TdF z 1906 roku, ale też jako pierwszy król gór w dziejach kolarstwa.
Ballon d’Alsace aż 23 razy pojawił się na trasie Tour de France. Po raz pierwszy we wspomnianym 1905 roku na etapie z Nancy do Besancon, zaś rok później na odcinku z Nancy do Dijon i w obu przypadkach był świadkiem supremacji Rene Pottier. Do wybuchu Wielkiej Wojny uczestnicy Touru przemierzyli ta przełęcz jeszcze siedmiokrotnie, omijając ja jedynie w roku 1911. W ślady Pottier poszedł jego rodak Emile Georget, który również dwukrotnie zdołał wjechać jako pierwszy na tą górę w latach 1907 i 1910. W okresie międzywojennym o Ballon d’Alsace przypomniano sobie dopiero na początku lat trzydziestych i przełęczy tej użyto pięciokrotnie w latach 1933-37. Kolejnym dwukrotnym zdobywcą został Belg Felicien Vervaecke w latach 1934-35. Po II Wojnie Światowej kolarze mieli jeszcze dziewięć okazji do pojawienia się w tych stronach, w tym cztery razy etapy kończyły się podjazdem z Saint-Maurice-sur-Moselle na Ballon d’Alsace czyli północnym zboczem góry. W 1967 roku odcinek z takim finałem wygrał Francuz Lucien Amar. Dwa lata później nie miał sobie równych wielki Eddy Merckx. W 1972 roku po zwycięstwo etapowe sięgnął późniejszy pogromca „Kanibala” Francuz Bernard Thevenet, zaś w 1979 roku kolejny kolarz znad Loary Pierre-Raymond Villemiane. Na opisywaną przeze mnie przełęcz prowadzą trzy drogi: północna, południowa i wschodnia. Ta pierwsza cieszyła się od początku największym uznaniem włodarzy TdF. Od tej strony zdobywano przełęcz aż 19-krotnie (pozostałe dwie opcje testowano po dwa razy), po raz ostatni w 2005 roku gdy premię górską, w drodze etapowy sukces w Miluzie i koszulkę górala na mecie w Paryżu, wygrał Duńczyk Michael Rassmussen.
Ze względu na bogatą historię tego wzniesienia zdecydowałem się je zdobyć od każdej możliwej strony. Aby tego dokonać musiałem w piątek przejechać górski szlak z Malvaux do Saint-Maurice-sur-Moselle w obie strony, zaś w sobotę stanąć na starcie Les 3 Ballons i w końcówce tego wyścigu przebyć wschodnią wersję tego wzniesienia zaczynającą się w miasteczku Sewen. Ruszając z Munster do podnóża Ballon d’Alsace mieliśmy przeszło 90 kilometrów. Najpierw na wschód drogą D417 do Colmar, później na południe szosą D83 w okolice Cernay, następnie po D483 na wschód w rejon Giromagny i na koniec lokalnymi dróżkami m.in. D465 do wspomnianego Malvaux. Na miejscu byliśmy dobrze po trzynastej. Pogoda była nieciekawa. Niebo zachmurzone przy temperaturze max. 18 stopni. Darek zdecydował się nie wystawiać swego chorego kolana na pojedynek ze słynna górą i kaprysami pogody. Umówiliśmy się, że pojadę sam z Malvaux na przełęcz, następnie zjadę na do Saint-Maurice-sur-Moselle i wjadę ponownie na przełęcz od klasycznej, północnej strony gdzie będzie już na mnie czekał mój dyrektor sportowy. Postanowiłem, że odpuszczę sobie następnie zjazd rowerem do Malvaux i prosto z przełęczy ruszymy autem do Champagney. Tym sposobem zaliczę słynny podjazd od dwóch stron, lecz jednocześnie na kilkanaście godzin przed czekającym nas przeszło 200-kilometrowym wyścigiem zmęczę się najmniej jak to tylko możliwe.
Południowy podjazd na Ballon d’Alsace jest łagodny. Liczy sobie 12,2 kilometra przy średnim nachyleniu 5,3 %. Pierwsze trzy kilometry do wysokości hostelu Sault de la Truite prowadzą wzdłuż górskiego potoku niemal prosto na północ. Później zaczynają się serpentyny, zaś droga na dłuższy czas chowa się w lesie. Na kolejnych siedmiu kilometrach jest osiem pięknych wiraży w prawdziwie alpejskim stylu, acz nachylenie szosy po tej stronie przełęczy jest na tyle spokojne, że owe „patelnie” nie przydają się tak jak na trudniejszych podjazdach. Po przejechaniu 10 kilometrów od Malvaux, na wysokości 1090 metrów n.p.m. południowy szlak łączy się ze wschodnim czyli drogą Tete de Redoutes będącą przedłużeniem szosy D466. Stąd do szczytu pozostaje niewiele ponad dwa kilometry. Po przejechaniu 11 kilometrów wyjeżdża się poza granicę lasu. Zaczyna się dość wymagający finałowy odcinek wśród górskich hal. Na około czterysta metrów przed przełęczą stromizna podjazdu jedyny raz sięga poziomu 10 %. Na górze jest kilka budynków: oberża, hotel-restauracja, sklep z pamiątkami oraz biuro informacji turystycznej. Jest i pomnik Rene Pottier, na tle którego pamiątkowe zdjęcie zrobił mi pewien kolarz amator z Belgii. Podjazd to niezbyt trudny, na którym umiarkowane i równe nachylenie pozwala na jazdę w dobrym rytmie. Pierwsze cztery kilometry mają średnio 5,2 % przy max. 9 %. Kolejne cztery średnią wartość 5,6 % przy max. znów 9 %, zaś finałowa tercja 4,8 %, ale ze wspomnianym fragmentem 10 %. Ponieważ w trakcie jazdy przeskakiwał mi łańcuch na trybach 17 i 19 jechałem bardziej miękko niż mógłbym w tych warunkach czyli na przełożeniu 39-21. Do tego jeszcze „strzeliła” mi jedna szprycha w tylnym kole. Stąd całe wzniesienie pokonałem niezbyt szybko, bo w czasie około 42 minut przy średniej prędkości 17,4 km/h.
ZDJĘCIA
Na przełęczy całkiem zdrowo wiało i było tylko 12 stopni stąd dość szybko postanowiłem przenieść się w cieplejsze czyli niższe rejony. Zjechałem do Saint-Maurice-sur-Moselle po drodze robiąc kilkanaście przystanków celem zrobienia zdjęć do prywatnej dokumentacji niejako awansem przed wykonaniem samego podjazdu. Na zjeździe mijałem nie jednego amatora dwóch kółek. O dziwo po północnej stronie przełęczy przy nadal zachmurzonym niebie było nieco cieplej. Na dole było nawet 21 stopni Celsjusza. Północny podjazd na Ballon d’Alsace jest najkrótszy z całej trójki, ale za to najbardziej stromy. Liczy sobie 9,1 kilometra przy średniej 6,8 %, więc nic dziwnego że kolarzom z początku XX wieku jeżdżącym na kilkunastokilogramowych rowerach jawić się mógł jako trudna wspinaczka. Jak głosi legenda Pottier pokonał go ze średnią prędkością 20 km/h, dodajmy w trakcie blisko 300-kilometrowego etapu. Od początku jest bardziej wymagający niż jego południowy sąsiad. Pierwsze zakręty wyprowadzają drogę z doliny Mozeli przez osady Le Brochot (0,9 km) i Le Braqueux (1,6 km) do dolnej granicy lasu po przebyciu 2,3 kilometra. Pomiędzy polaną Le Champ de Fete (4,1 km) a schroniskiem La Jumentaire (7,6 km), które poprzedza niedługie wywłaszczenie terenu jest sześć typowych serpentyn. Podjazd choć bardziej stromy od południowego jest bardzo równy. Pierwsze trzy kilometry mają średnio 6,7 % przy max. 9 %. Kolejne trzy mają 6,8 % przy takim samym maksimum. Natomiast ostatnia tercja to też 6,8 %, ale maxem dwukrotnie sięgającym 10 %. Najpierw w połowie ósmego kilometra i ponownie kilkadziesiąt metrów przed finałem. Od tej strony ze zrozumiałych względów jechałem krócej, acz wolniej czyli w czasie 37 ½ minuty, przy przeciętnej prędkości 14,5 km/h.
Po zrobieniu paru zdjęć na przełęczy i przebraniu się w „cywilne” ciuchy ruszyliśmy z powrotem do Malvaux i dalej na południowy-zachód do Champagney. Cała gmina skupiona wokół tego miasteczka w departamencie Górna Saona i regionie Franche-Comte liczy sobie 3800 mieszkańców. Zważywszy, że na starcie wyścigów Les 3 Ballons Master i Senior stanęło w tym roku niemal 3500 osób łatwo policzyć, iż miejscowość ta przeżywa prawdziwe oblężenie. Rejestracja poszła nam szybko i sprawnie. Przed budynkiem biura wyścigu jak zwykle przy takich okazjach wyrósł kolarski rynek z towarami przeróżnej wartości. Od rowerów i kół z górnej półki poprzez odzież we wszelkich rozmiarach aż po gadżety w stylu figurki kolarzy wielkości żołnierzyków, którymi zwykliśmy się bawić w czasach przedszkola. Po załatwieniu przedstartowych formalności, zaczerpnięciu atmosfery wyścigu oraz zerknięciu zazdrosnym okiem na cuda rowerowej techniki musieliśmy wrócić na wschód i odnaleźć upatrzone przez mnie lokum. Niestety z uwagi na wielką popularność tej imprezy najbliższy nocleg znalazłem dopiero w hotelu Au Lion d’Or w Burnhaupt-le-Haut przy drodze D83 czyli dobre 50 kilometrów od Champagney. Wieczorem obejrzeliśmy tam mecz naszych piłkarzy z Grecją, a po kolacji sprawdziliśmy stan naszych rowerów. Nie byłem przygotowany na wymianę kasety czy zamontowanie brakującej szprychy. Musiałem zdecydować czy chcę jechać jutro na w pełni sprawnym kole Mavic Aksium z kasetą o trybach od 12 do 23 czy z lżejszym, acz „wybrakowanym” kołem FSA RD-400 z kasetą w zakresie 12 do 27. Z uwagi na długość wyścigu jak i stromiznę finałowego podjazdu wybrałem tą drugą opcję. Była ona bardziej ryzykowna, acz dawała nadzieje na to, iż po dwustu kilometrach dystansu i około ośmiu godzinach wysiłku na metę w La Planche de Belles Filles będę mógł dojechać, a nie dojść „z buta”.
ZDJĘCIA
Na czwartek zaplanowałem pokonanie trzech podjazdów. W programie były Col de la Schlucht (1139 m. n.p.m.) i Petit Ballon (1163 m. n.p.m.) w ramach wycieczki ze startem i metą w Munster. Natomiast na późne popołudnie szykowałem nam samochodowy wypad do Orbey i z tego miejsca zdobycie Col du Calvaire (1144 m. n.p.m.). Ze względu na dwie pomyłki w nawigacji z trzech wzniesień zrobiło się pięć, aczkolwiek to ostatnie z braku czasu musiało zostać okrojone o kilka kilometrów. Ale po kolei. Na pierwszy rzut poszedł bardzo długi jak na tej wielkości góry, lecz łagodny podjazd na przełęcz Schlucht – 18 km przy średnim nachyleniu 4,2 %. Przełęcz ta w sumie 9-krotnie pojawiła się na trasie Tour de France. Po raz pierwszy już w 1931 roku na etapie z Belfort do Colmar. W ostatniej dekadzie pokonywano ją w latach 2005 i 2009. Za przedostatnim razem od naszej tzn. wschodniej strony na odcinku z Pforzheim do Gerardmer wygranym przez Holendra Pietera Weeninga. Na premii górskiej pierwszy był Niemiec Andreas Kloden. Co ciekawie na tak niepozornej górze ekipie T-Mobile udało się zajechać rywali z Discovery Channel i odizolować Lance’a Armstronga od jego pomocników. W świetle ostatnich wydarzeń rzec by można, iż podopieczni Johana Bruyneela tego dnia nie trafili z apteką. Tym niemniej w następnych dniach tak w Alpach jak i Pirenejach wszystko wróciło do znanej od 1999 roku normy i Teksańczyk po raz siódmy wygrał „Wielką Pętlę”.
Wycieczkę pod Schlucht podobnie jak podjazdy pod Platzerwasel i Linge rozpoczęliśmy w centrum Munster. Podjazd w całości prowadzi po drodze D417 i na pierwszych dwóch kilometrach jest zbieżny z drogą na Collet du Linge. Chwilę później dotarłem do pierwszej wioski na tym szlaku tzn. Steinmauer (2,2 km od startu). Następne w kolejności są: Stosswihr (3,4 km) i Soultzeren (4,6 km). Pomiędzy wirażami na wysokości tej drugiej miejscowości minąłem zjazd w prawo ku naszej niedoszłej górskiej bazie noclegowej w Le Londenbach. Po przejechaniu 6,1 km w prawo od naszej drogi odbija droga D48 prowadzą do Orbey a przy okazji na przełęcze Wettstein i Linge. Pierwsza 6-kilometrowa tercja tego wzniesienia ma średnio 3,4 % przy max. 6,4 %. Przy drodze co kilometr ustawiona jest tabliczka informacyjna podająca wysokość bezwzględna oraz liczbę kilometrów pozostałych nam do przełęczy. Po przebyciu 7,7 kilometra mijamy hotel Belle Vue, a niespełna kilometr dalej droga chowa się w lesie tzn. Foret Communale de Soultzeren. Miałem pewien problem z tylną przerzutką, ale na szczęście profil trasy pozwalał na jazdę na dużej tarczy, więc wrzuciłem na nie sprawiającymi problemów mojemu łańcuchowi tryb 21 i cały czas cisnąłem na nietypowym przełożeniu 53×21. na dziesiątym kilometrze pewnym utrudnieniem była zryta (chropowata) nawierzchnia drogi, najwyraźniej dopiero szykowana do remontu. Druga część wzniesienia między 6 a 12 kilometrem miała średnio 4,5 % przy max. jak wcześniej 6,4 %. Jednym słowem teren nadal był łatwy, a przy tym bardzo równy.
Ostatnia tercja była niewiele trudniejsza średnio 4,7 % przy max. 7 % najpierw półtora kilometra przed szczytem, a potem w zasadzie na ostatniej prostej by 150 metrów przed przełęczą. W końcówce szosa prowadzi po półce skalnej, dzięki z ładnym widokiem po lewej stronie drogi. Na kilkaset metrów przed finałem droga przechodzi też pod wykutą w skale bramą. Jako się rzekło podjazd jest łagodny. Wytrzymałem go w całości na dość twardym przełożeniu. Dzięki temu wjechałem z przeciętną prędkością 20,6 km/h tj. w czasie niespełna 52 ½ minuty. Na górze przy drodze ku Gerardmer ujrzałem restaurację tłumnie nawiedzoną przez motocyklistów. Na przeciw niej znajdują się stoki narciarskie. Z kolei w prawo od przełęczy odchodzi droga D61, którą po kilkunastu kilometrach jazdy po pofałdowanym terenie na płaskowyżu można dotrzeć na przełęcz Calvaire. Na górze było 16 stopni, ale z uwagi na wiatr i przelotne opady deszczu dość nieprzyjemnie. Dłuższy czas przyszło mi czekać na Darka, który zmagał się z bólem kolana i przez to kręcił ostrożnie, a zatem miękko i co za tym idzie wolno. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie przy kamieniu wyznaczającym granicę departamentów Haut-Rhin i Vosges po czym wróciliśmy ta samą drogą do Munster, gdzie zastaliśmy słoneczna i wręcz upalną pogodę czyli 31 stopni Celsjusza. Dario nie chcąc ryzykować kontuzji przed sobotnim wyścigiem postanowił na tym zakończyć szósty etap naszej wyprawy. Ja natomiast po ledwie kilkudziesięcio-minutowej sjeście wróciłem na ulice miasta poszukać drogi na Petit Ballon.
ZDJĘCIA
Wydawało mi się, że wiem jak dotrzeć na to wzniesienie. W trakcie pokonywanej już kilkakrotnie drogi z centrum Munster do naszego apartamentu jakieś 800 metrów od domu widziałem znaki drogowe wskazujące drogę na Petit Ballon przez wioskę Eschbach-au-Val. Szybko zjechałem więc z drogi D417 i nie dojeżdżając do centrum miasteczka odbiłem w lewo na wcześniej upatrzony przez siebie szlak. Z początku wyszło wydawało się iść zgodnie planem. Pierwszy kilometr średnio 4,9 % przy max. 8 % doprowadził mnie do Eschbach. Drugi kilometr był nieco trudniejszy 6,4 % przy max. 9 %. Po przejechaniu 1,7 km od startu minąłem osadę Hutschengut, zaś 400 metrów ostatnie domostwa i wjechałem do lasu. Tu zaczęły się już większe schody. Droga nadal była przyzwoitej jakości, lecz za to nad wyraz stroma. Cały trzeci kilometr miał średnio 11,2 % przy max.18 %. Przyznam się, że Az tak wielkich atrakcji się nie spodziewałem. Na czwartym kilometrze było nieco łatwiej przy średniej 7,9 i max. 13 %, lecz dopiero piąty pozwolił mi nieco odsapnąć mając średnio 6,9 i max. 10 %. Gorzej, że w międzyczasie leśna dróżka z asfaltowej zmieniła się w szutrową i to co raz gorszej jakości tak, iż co raz trudniej było utrzymać równowagę. W końcu zszedłem z roweru i po krótkim spacerku dotarłem do Auberge Obersolberg, gdzie zapytałem o właściwą drogę na Petit Ballon. Okazało się, że muszę zawrócić jakieś 700 metrów do dróżki Chemin des Chalets i pojechać nią kolejne kilkaset metrów aby dotrzeć do Route du Petit Ballon. Tak też zrobiłem i po kilku minutach znalazłem się na wirażu jakieś 670 metrów n.p.m., blisko trzy kilometry drogi powyżej podnóża podjazdu.
Stwierdziłem, że nie pójdę na łatwiznę w ramach „pokuty” za swa pomyłkę zjadę do Luttenbach-pres-Munster i zacznę podjazd pod Petit Ballon raz jeszcze, tym razem już właściwym szlakiem. Nadprogramowa wspinaczka do wspomnianej oberży liczyła sobie w 5,1 km przy średniej 7,4 % i przewyższeniu 376 metrów. Zjechałem do mostku nad rzeczką i w tym miejscu zawróciłem z powrotem na górę. Na początku było bardzo stromo. Już po czterystu metrach wzniesienia stromizna sięgnęła 13 %. Cały początkowy odcinek do wirażu z tablicą na Obersolberg (2,9 km od startu) miał średnio 8,5 %. Ten podjazd w niczym nie przypominał więc rytmicznej wycieczki na Schlucht. Kiepskiej jakości droga w dolnej i środkowej części podjazdu niemal cały czas schowana była w lesie. Po przejechaniu 6,2 km dojechałem do polany przy Auberge Ried gdzie przy drodze pasło się stadko mułów. Następnie droga raz jeszcze schowała się w lesie by po przebyciu 7,7 kilometra od startu na dobre go opuścić. Niespełna 5-kilometrowy środek wzniesienia miał nachylenie 7,4 % przy max. 11 % pod koniec siódmego kilometra. Na górskim rozdrożu trzeba było teraz skręcić w prawo wjeżdżając w teren jako żywo przypominający alpejskie hale. Po przejechaniu 8,4 kilometra minąłem ciesząca się dużym powodzeniem wśród turystów Auberge Kahlenwasen. Do przełęczy pozostało już tylko 1200 metrów, lecz na tym odcinku stromizna znów sięgnęła 13 % i to dwukrotnie tuż po minięciu oberży. Cały podjazd miał zaś 9,6 kilometra przy średnim nachyleniu 7,75 %. Jego zdobycie zajęło mi około 45 minut i 6 sekund przy przeciętnej 12,8 km/h. Do domu zjechałem kwadrans po szesnastej. Tym razem na blisko dwugodzinny odpoczynek.
ZDJĘCIA
Na szczęście dzień był długi, zaś od Orbey dzieliło mnie dwadzieścia-kilka kilometrów szlakiem przez zdobytą wczoraj na rowerze przełęcz Linge. Niestety kapryśna pogoda znów się popsuła, po upale przyszła burza, więc pierwszą część trasy przyszło mi pokonać w strugach deszczu. Na szczęście po północnej stronie tej przełęczy już nie lało. Po dotarciu do Orbey zaparkowałem w pobliżu miejscowego dworca kolejowego i nie tracąc czasu ruszyłem na południowy-zachód. Niestety na rozdrożu 1,7 km od startu zamiast pojechać na zachód w kierunku wioski Pairis zboczyłem bardziej na południe. Mój błąd, ale też nie do końca moja wina. Mogłem się lepiej przygotować do tej wycieczki. Ale z drugiej strony co to za francuska logika aby zamiast znaków na Calvaire wszędzie pisać tylko o położonej dalej na zachód i w sumie niższej przełęczy Bonhomme. No cóż zrazu przekonany, że jadę dobrze po przejechaniu 4,4 km od startu minąłem wioskę Les Basses Huttes. Z czasem zacząłem jednak nabierać podejrzeń, że znów się pogubiłem. Po przebyciu 6,5 kilometra o średnim nachyleniu 4,2 % i max. niespełna 8 % pojawił się kolejny dylemat. Jechać na wprost i lekko w dół czy skręcić w prawo i kontynuować jazdę pod górę na drodze D48. Później okazało się, że gdybym ruszył prosto mógł wrócić na szlaku ku Col du Calvaire niechcący omijając najtrudniejszy fragment wzniesienia na wysokości Pairis. Tymczasem mając większe zaufanie do drogi wiodącej ku górze, acz coraz mniej stanowczo pojechałem na przełęcz Wettstein (884 m. n.p.m.), do której dotarłem po pokonaniu dalszych 3,3 kilometra o średniej 2,9 i max. 5,5 %. Podsumowując ten nie planowany podjazd miał w sumie 9,8 kilometra przy średniej 3,8 %.
Na przełęczy zlokalizowany jest cmentarz żołnierzy francuskich, którzy polegli w 1915 roku podczas zażartych walk wokół Collet du Linge. Było już kilka minut po dwudziestej, więc uznałem iż przed zmrokiem nie dam rady podjechać Calvaire od samego dołu. Jedyną szansą było skorzystanie z tego prowadzącego w dół łącznika między drogami na Wettstein oraz Calvaire i przekonanie się co ów manewr mi przyniesie. Zjechałem więc owe 3,3 kilometra do miejsca mych wcześniejszych rozterek i skręciłem w lewo. Po przejechaniu 1200 metrów wyjechałem na drogę przy której stały znaki wskazujące szlak na Col du Bonhomme. Skręciłem raz jeszcze w lewo i z poziomu około 770 metrów n.p.m. kontynuowałem wspinaczkę mając nadzieję, że jednak jest to przy okazji droga na Calvaire. Po przejechaniu 3,3 kilometra minąłem zjazd w lewo ku Lac Noir. Uparcie trzymałem się jednak głównej drogi. Dopiero niespełna półtora kilometra dalej tj. w okolicy Lac Blanc i Auberge Les Mille Metres (4,7 km od re-startu), na wysokości około 1050 m. n.p.m. pojawił się pierwszy znak drogowy potwierdzający słuszność mych podejrzeń. Ostatecznie dojechałem na przełęcz w czasie 23 minut przy średniej 16,3 km/h i pokonaniu 6,3 kilometra o średnim nachyleniu 5,8 i max. 11,4 %. Dotarłem tam kwadrans przed 21-wszą w asyście ostatnich promieni zachodzącego słońca. Pozostało mi już tylko czym prędzej zjechać do Orbey i ciemną nocą wrócić do Munster zaliczając samochodem nocny odcinek specjalny niczym na rajdzie Monte Carlo. Podsumowując ten bogaty w wydarzenia dzień mogę powiedzieć, że jak się nie miało mapy w głowie to trzeba było mieć parę w nogach czyli wzmożonym wysiłkiem zapłacić za swe błędy w nawigacji. Tym sposobem w trzech ratach zrobiłem łącznie 103,5 kilometra dystansu i 2638 metrów przewyższenia.
ZDJĘCIA
Środę rozpoczęliśmy od przeprowadzki z górskich ostępów do położonego w dolinie i na styku kilku szlaków Munster. W szybkim znalezieniu nowego lokum pomogły nam turystyczne ulotki znalezione w Le Londenbach. Za niewielkiego pieniądze trafił nam się nieduży, acz nowocześnie wyposażony apartament znajdujący się na pierwszym piętrze szeregowca we wschodniej części tej miejscowości. Pogoda była nieciekawa, więc nie spieszyliśmy się z rozpakowaniem bagaży i zagospodarowaniem nowego miejsca. Ostatecznie na rowery wsiedliśmy dopiero około wpół drugiej. Naszym pierwszym celem była położona na południowy-zachód od miasta przełęcz Platzerwasel (1193 m. n.p.m.), która dwukrotnie pojawiła się na trasie Tour de France. Po raz pierwszy w 1967 roku gdy zdobył ją Hiszpan Jesus Aranzabal. Odcinek ze Strasburga do Ballon d’Alsace wygrał triumfator TdF z roku 1966 Francuz Lucien Aimara. Etap ten dał koszulkę lidera późniejszemu zwycięzcy Rogerowi Pingeon oraz był sceną klęski głównego faworyta tej imprezy Raymonda Poulidora. Słynny „Poupou” stracił tego dnia jedenaście minut do swych rywali i zarazem życiową szansę na wygranie „Wielkiej Pęli”, w krótkim okresie bezkrólewia pomiędzy panowaniem Anquetila i Merckxa. Tour zawitał tu ponownie po przeszło czterech dekadach, gdy w 2009 roku premię górską zgarnął Sylvain Chavanel, na etapie z Vittel do Colmar wygranym przez Heinricha Hausslera.
Suche liczby nie świadczą o tej górze najlepiej, ale dane te są mylące. Teoretycznie wzniesienie jest długie, ale za to niezbyt strome tzn. ma około 17 kilometrów przy średnim nachyleniu niespełna 5 %. Tym niemniej faktycznie składa się z dwóch skrajnie różnych połówek. W zasadzie można rzec, że zaczyna się nie w Munster, lecz dopiero po przejechaniu pierwszych 8-9 kilometrów w okolicy Sondernach. Ruszyliśmy w drogę przy temperaturze 20 stopni, lecz z szarym niebem nad głowami zwiastującym deszcz. Pierwsze kilometry i kolejno przejeżdżane miejscowości mijały szybko. Najpierw Luttenbach (2,1 km), potem Tiefenbach (3,3 km) oraz Muhlbach-sur-Munster (4,8 km). Cały czas niemal płasko, a na tablicach nazwy czysto germańskie. Za Muhlbach droga D10 skręca bardziej na południe, lecz nadal nie zmusza do większego wysiłku. Przejechałem Metzeral (6,5 km) i dotarłem do Sondernach (8,3 km), w którym miał zakończyć się ów delikatny wstęp do podjazdu. Dość powiedzieć, że pierwsze 8 kilometrów od startu w centrum Munster miało średnie nachylenie 2 % przy max. 5,5 % po przejechaniu 7,4 kilometra. Za Sondernach po prawej stronie drogi pojawił się pierwszy kamień odliczający kolejne kilometry i wysokość bezwzględną, lecz na diametralną zmianę ukształtowania terenu trzeba było poczekać jeszcze dobry kilometr. Obraz zmienia się na wirażu w prawo (jakieś 9,4 km po starcie), na którym droga opuszcza Valle de Sondernach i zmienia się w górski szlak pod nazwą D27.
Na kolejnych 7 kilometrach można się było zagotować. Góry tego typu potrafią być podstępne, zaś konieczna zmiana rytmu trudna do przełknięcia. Do tej pory jechałem na blacie i przełożeniach 53×19, względnie 53×21. Teraz musiałem zrzucić łańcuch na małą tarczę i jak długo się da korzystać z układu 39×21. Na wysokości 1040 metrów n.p.m. niespełna dwa kilometry przed przełęczą zamiast wziąć wiraż w prawo omyłkowo pojechałem prosto i po przejechaniu około siedmiuset metrów dotarłem do ośrodka narciarskiego Schnepfenriedwasen. Zdawszy sobie sprawę ze swego błędu po chwili zawróciłem i po dojeździe do wspomnianego zakrętu kontynuowałem wspinaczkę na Platzerwasel. Przeszło 6-kilometrowy odcinek od Sondernach do owego zakrętu miał średnio 7,6 % przy max. 13,3 % po przejechaniu 12,1 kilometra. Aczkolwiek jeszcze w dziesięciu innych miejscach wykres z licznika pokazał mi co najmniej 10 %. Najtrudniejszy czternasty kilometra miał średnie nachylenie 9,3 %. Końcówka podjazdu czyli ostatnie 1800 metrów po re-starcie bynajmniej nie była łatwiejsza. Stromizna 9,1 % przy max. 14 % na 400 metrów przed finałem i 13,3 % w ostatnim wirażu przed przełęczą zmusiła mnie do skorzystania z trybu 24. Dodatkowo życie uprzykrzał chłód (temperatura spadła do 10 stopni) i coraz mocniejszy deszcz. Pomimo osłony lasu we znaki dawał się też przenikliwy wiatr. Na górę wjechałem w czasie ponad 58 minut (odliczywszy straty z Schnepfenried) czyli ze średnią prędkością 17,2 km/h. Na przełęczy nie było się gdzie schować przed „urokami” pogody. Jedyna chatka postawiona obok leśnej zatoczki parkingowej była zamknięta.
ZDJĘCIA
Po zjechaniu do Munster nie od razu pojechaliśmy na kolejną górę, lecz na przeszło godzinkę wróciliśmy do domu. Szczęśliwie niebo nieco się przejaśniło. Około wpół do szóstej znów podjechaliśmy do centrum Munster, skąd tym razem mieliśmy udać się na północ by zdobyć Collet du Linge (987 m. n.p.m.). Góra niepozorna, lecz dość solidna – 11,3 km przy średniej 5,3 %. Jako, że mieliśmy ją praktycznie pod nosem tym bardziej żal byłoby ją przegapić. Trzykrotnie pojawiła się ona na trasie Tour de France. Dawnymi czasy w latach 1957 i 1967 gdy zdobywali ją Louis Bergaud i wspomniany już Aranzabal, na opisanym już powyżej etapie. Natomiast bardziej współcześnie tj. w 2001 roku najszybciej zameldował się na niej Laurent Jalabert, na wygranym przez siebie odcinku ze Strasburga do Colmar. Tym niemniej za każdy razem uczestnicy Touru podjeżdżali na Linge od łatwiejszej zachodniej strony, więc nasz szlak na ta przełęcz występował podczas „Wielkiej Pętli” jedynie w roli zjazdu. Pierwsze dwa kilometry wiodące po drodze D417 okazały się równie łatwe co łagodny wstęp do Platzerwasel. Są one zbieżne z początkiem podjazdu pod lepiej znaną przełęcz Schlucht, której zdobycie zaplanowałem na czwartek. Po przejechaniu 1,9 kilometra o śmiesznej średniej 1,9 % zasadniczy podjazd zaczyna się po zjeździe w prawo na szosę Route de Weier. Po pokonaniu kolejnego kilometra dojeżdża się do wioski Hohrod (2,9 km). Przy drodze wita podróżnych niewielki budynek w kolorze lawendowym, będący siedziba lokalnego merostwa.
Podjazd jest kręty i w dolnej części poprowadzony w terenie odsłoniętym. Nawierzchnia drogi chropowata co jest dość charakterystyczne dla bocznych dróg we francuskich górach. Po przejechaniu 6,2 km od Munster dojechałem do serii ciasnych zakrętów na wysokości hotelu Panorama. Ponad 4-kilometrowy odcinek przejechany od zjazdu z głównej drogi miał średnio 6,5 % przy max. 9 % trzykrotnie pojawiającym się na czwartym kilometrze wzniesienia. Niespełna kilometr dalej we wiosce Hohrodberg na wysokości około 800 metrów n.p.m. stoi hotel o nazwie Roess (7,1 km). Półtora kilometra następujące po nim uznać można za najtrudniejsze na tym podjeździe. Stromizna sięga tu 10 % po przejechaniu 7,7 kilometra i po raz kolejny dokładnie kilometr dalej. Pozostałe do szczytu dwa i pół kilometra prowadzą przez gęsty las – Foret Communale d’Hohrod. Pierwsze dwa kilometry są całkiem solidne i kończą się na rozdrożu dróg przy cmentarzu żołnierzy niemieckich Baerenstall (10,7 km). Ogółem 4,5 kilometra od hotelu Panorama ma średnio 6,2 %. Aby dotrzeć na Collet Linge należy jeszcze skręcić w lewo. Do pokonania pozostaje już tylko łatwe 600 metrów o nachyleniu 2%. W końcówce mogłem się rozkręcić do 25 km/h, zaś całe wzniesienie wjechałem w czasie 40 minut przy średniej 16,9 km/h.
Kończy się ono w miejscu szczególnym. Przy swego rodzaju muzeum na świeżym powietrzu, które otwarto w 1981 roku dla upamiętnienia wydarzeń sprzed blisko stu lat. W dniach od 20 lipca do 15 października 1915 roku przebiegał tędy jeden z odcinków linii frontu. Na przełęczy Linge zachowano wijący się wokół tutejszego pagórka jak wąż fragment okopów z zasiekami i pozycjami dla strzelców. Nie brak tu krzyży i pomników ku czci poległych. Zginęło w tych stronach dziesięć tysięcy żołnierzy francuskich. Jak miałem się następnego dnia przekonać wielu z nich pochowano na cmentarzu przy pobliskiej przełęczy Wettstein. Zatrzymaliśmy się w tym miejscu na dobry kwadrans, po czym wróciliśmy do Munster kończąc przejażdżkę około wpół do ósmej. Godzinę później wyszliśmy jeszcze na miasto, a w zasadzie podjechaliśmy autem do centrum, bo Darkowi po jeździe w deszczu zaczęło dokuczać kolano. Francuskie Munster okazało się miasteczkiem dumnym nie tylko ze swych słynnych serów oraz majowego festiwalu jazzowego. Jego chlubą są również bociany tłumnie nawiedzające to miejsce. Na dachu jednego tylko budynku naliczyłem sześć gniazd. Na wszystkich budynkach wokół głównego placu miasta jest ich lekko licząc kilkanaście. Skrzydlaci goście z Afryki zagospodarowali sobie nawet gmach tutejszej katedry.
ZDJĘCIA