Przejdź do treści
W trakcie tygodniowego pobytu w Ovaro zaliczyliśmy „wspólnymi siłami” niemal wszystkie najciekawsze najlepsze podjazdy w regionie Friuli-Venezia Giulia. Piszę tu o pracy zbiorowej, gdyż w drugiej połowie tego okresu byliśmy od siebie niezależni pod względem transportowym, dzięki czemu każdy mógł zwiedzać takie góry jakie mu w danym dniu pasowały. Jednym słowem działaliśmy wedle hasła każdemu wedle potrzeb i możliwości. Z tej przyczyny każdy z nas zaliczył inną liczbę i nieco inny zestaw wzniesień. Adam zdobył piętnaście kolarskich gór, ja czternaście, Piotr dwanaście, zaś Darek dziesięć. Dodam, iż były to podjazdy o amplitudach od 792 metrów (Monte Croce Carnico) do 1450 metrów (Monte Crostis), a więc bez żadnego wyjątku premie górskie pierwszej i najwyższej kategorii. W piątkowe przedpołudnie przyszło nam z żalem opuścić wygodną bazę w Casa „In Clementa”. Na zakończenie całej wyprawy czekał nas w niedzielę 22 lipca wyścig GF Leggendaria – Charly Gaul na blisko 140-kilometrowej trasie wokół Trento. Z myślą o tej imprezie zarezerwowałem dla nas pokój w hotelu Casa Vigolana w miejscowości Vigolo Vattaro oddalonej zaledwie 12 kilometrów od Trydentu. Czekał nas długi transfer na zachód, w przeważającej części przez rozdzielający Friuli od Trentino region Veneto. Oczywiście nie interesował nas pusty przelot czyli kilka godzin w samochodzie bez kolejnej przygody na rowerze. Po drodze było aż nadto górskich propozycji do rozważenia. Uznałem, że możemy sobie pozwolić na dwa przystanki. Pierwszy wyznaczyłem nam w Belluno z myślą o Nevegal / La Casera (1398 m. n.p.m.), zaś drugi w niewielkiej miejscowości Arsie celując w Cima di Campo (1435 m. n.p.m.).
Ovaro opuściliśmy dopiero po godzinie jedenastej. Do Belluno zdecydowaliśmy się dojechać autostradami. Dlatego najpierw za Tolmezzo wskoczyliśmy na A23 i pojechaliśmy nią na południe aż do Palmanovy. Tu skręciliśmy na zachód wjeżdżając na A4 do Portogruaro. Następnie wybraliśmy A28, którą dojechaliśmy do okolic Conegliano. W końcu zaś pozostało nam już tylko wjechać na A27 i pojechać nią na północ mijając po drodze Vittorio Veneto. Na miejsce dojechaliśmy dopiero około wpół do drugiej. Zatrzymaliśmy się przy Viale dei Dendrofori, na dużym płatnym parkingu pod miejscową starówką. Kolejny raz żar lał się z nieba. Gdy wyjąłem swój rower z samochodu licznik wskazywał mi – zapewne nieco na wyrost – temperaturę 42 stopni Celsjusza! Darek i Piotr zrezygnowali z jazdy w tych warunkach wybierając spacer po starej części Belluno. Jako, że rzadko zbaczam z obranego kursu postanowiłem się trzymać wcześniej opracowanego planu. Do towarzystwa miałem Adama. Kilka minut przed czternastą byliśmy gotowi do drogi i wypróbowania swych sił na podjeździe, który już czterokrotnie został sprawdzony na Giro d’Italia. Po raz ostatni ledwie rok wcześniej podczas czasówki, dzięki czemu mogliśmy się „porównać” z najlepszymi góralami globu. Góra ta wpadła w oko organizatorom Giro w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy aż trzykrotnie wysłano na nią kolarzy. Wygrywali na niej wyłącznie Włosi tzn. w 1962 roku Guido Carlesi, rok później Arnaldo Pambianco, zaś w sezonie 1968 Lino Farisato. W dwóch pierwszych przypadkach zdobycie góry równoznaczne było ze zwycięstwem etapowym.
Natomiast w 2011 roku na trasie szesnastego etapu z Belluno do Nevegal (1047 m. n.p.m.) zorganizowano tu górską czasówkę. Wspinaczkę wygrał Hiszpan Alberto Contador. „El Pistolero” pokonał dystans 12,65 kilometra w czasie 28 minut i 55 sekund czyli ze średnią prędkością 26,351 km/h. Wyprzedził on swych włoskich rywali: Vincenzo Nibalego i Michele Scarponiego odpowiednio o 34 i 38 sekund. W tym miejscu należy powiedzieć, iż podjazd z Belluno do stacji narciarskiej Alpe di Nevegal liczy sobie m/w 11 kilometra. Jednak podczas ubiegłorocznej czasówki startowano z położonego na wzgórzu centrum miasta. Pomiędzy Piazza Martiri a Ponte della Vittoria na dystansie 1,85 kilometra zjechano więc 45 metrów. My dwaj wspomniany most mieliśmy dosłownie po sąsiedzku. Nasz podjazd miał się skończyć przeszło 350 metrów wyżej po pokonaniu 16,1 kilometra o średnim nachyleniu 6,5 %. Włączyłem licznik tuż za rzeką Piave, gdy tylko szosa zaczęła się wznosić. Po dwustu metrach dojechaliśmy do ronda, na którym należało wybrać drugi zjazd czyli drogę SP 31 – Via Col Cavalier. Pierwszy kilometr ma przyzwoite nachylenie 5,3 %. Jednak po zakręcie w lewo na wysokości niespełna 400 metrów n.p.m. szosa wypłaszcza się i to na dobre trzy kilometry. Na trzecim kilometrze przejechaliśmy przez Castion (2,5 km) dojeżdżając następnie do okolic Caleipo (3,7 km). Tu na końcu długiej prostej ujrzeliśmy przez sobą stromą ścianę, która oznaczała początek zdecydowanie najtrudniejszej, środkowej części podjazdu. Dla porównania. Na pierwszych czterech kilometrach średnie nachylenie podjazdu wynosi ledwie 3 %. Tymczasem między początkiem piątego a połową dziesiątego kilometra przeciętna stromizna to 9,5 % przy max. 14 %. Na tym odcinku jest dziewięć wiraży, łączonych na ogół długimi prostymi. Nie muszę dodawać, że na tak stromym fragmencie góry z trudem dotrzymywałem kroku swemu koledze wagi lekkiej.
Stromizna skończyła się po przejechaniu około 9,3 kilometra. Chwilę później znaleźliśmy się na łatwym odcinku drogi przed Piano Nevegal (1012 m. n.p.m. – 10,2 km). Pół kilometra dalej dojechaliśmy do ronda, na którym trzeba było się rozstać z drogą SP 31, która w tym miejscu zawraca na północ w kierunku Cadoli i Ponte Nelle Alpi. My na rondzie musieliśmy wybrać pierwszy zjazd czyli odbić w prawo aby dojechać do centrum ośrodka, który poza uczestnikami Giro gościł m.in. narciarzy obu specjalizacji podczas XII Zimowej Uniwersjady w roku 1985. Minęliśmy linie mety wspomnianej czasówki i przejechawszy 11,2 kilometra w okolicy Albergo Slalom odbiliśmy w prawo ku osadzie Faverghera (12,9 km). Do obranego przeze mnie finału brakowało jeszcze niespełna pięciu kilometrów. Najpierw jedzie się po długiej prostej mijając po lewej stronie drogi Santuario della Madonna di Lourdes (11,9 km), które przyznam przeoczyłem. Na ostatnich czterech kilometrach szosa wije się już nieustannie pokonując aż trzynaście wiraży na dystansie ledwie 3,8 kilometra. Ostatnie 4,9 kilometra ma średnio 7 %, więc serpentynki są tu pewnym ułatwieniem dla kolarza-amatora. Do karczmy La Casera dojechaliśmy razem w czasie 1 godziny 4 minut i 13 sekund z przeciętną prędkością 15,042 km/h. VAM poniżej normy czyli 982 m/h, zapewne z uwagi na „płaskie” trzy kilometry w pierwszej ćwiartce podjazdu. Na górze temperatura spadła do przyjaznych 22 stopni. Teoretycznie można było pojechać jeszcze wyżej tzn. w kierunku schronisk na Col Visentin (1763 m. n.p.m.). Początkowo po bardzo stromej, zaś jakościowo po ledwie cementowej ścieżce. Tym niemniej dojazd do La Casera w zupełności spełnił moje ambicje. Poza tym nie mieliśmy czasu na przedłużenie tej wspinaczki. Do Vigolo Vattaro pozostało nam przeszło 100 kilometrów. W dodatku w planach mieliśmy do pokonania jeszcze jeden i to nieco dłuższy podjazd oraz obowiązkowo jakieś zakupy spożywcze po drodze.
ZDJĘCIA
Na parking pod Belluno zjechałem kwadrans po szesnastej. Darek i Piotrek wrócili już wcześniej ze swego turystycznego rekonesansu i byli gotowi do dalszej drogi. Trzeba się było szybko spakować i ruszyć dalej na zachód. Mieliśmy teraz przejechać 44 kilometry po drodze krajowej SS50. W teorii miało nam to zająć około 50 minut. Tym niemniej już po 11 kilometrach zatrzymaliśmy się na dłuższy czas u „Kangura” czyli w supermarkecie pod Sedico. Adam z Darkiem nie mieli dotąd okazji zrobić większych zakupów przed powrotem do Polski i to była jedna z ostatnich ku temu okazji. W dalszej drodze najpierw minęliśmy odchodzącą na północ drogę N203, którą można dojechać do podnóża kilku sławnych w kolarskim światku podjazdów, by wymienić tylko: Duran, Valles czy Fedaia-Marmolada. Potem przejechaliśmy przez Feltre, które dobrze poznałem w czerwcu 2008 roku szykując się do startu w Gran Fondo Campagnolo (obecnie GF Sportful). Na ostatnich kilometrach dojazdu do Arsie po lewej ręce mieliśmy wielki masyw Monte Grappa. Dosłownie przemknęliśmy obok Seren del Grappa i Caupo, w których rozpoczynają się dwie z pięciu kolarskich dróg na tą słynną górę. W końcu około wpół do siódmej zjechaliśmy z SS50 w kierunku północnym i zatrzymaliśmy się przy Via Dante Alighieri niespełna kilometr na zachód od Arsie. Podjazd na Cima di Campo zaczyna się w samym centrum tego miasteczka przy Piazza Guglielmo Marconi. Na Giro przejechano go tylko raz w 1999 roku na etapie z Castelfranco Veneto do Alpe di Pampeago wygranym przez Marco Pantaniego. Jednak na znajdującej się w środkowej części tego etapu premii górskiej jako pierwszy zameldował się znany nam również z trasy Tour de Pologne Mariano Piccoli.
Drogi na Cima di Campo są dwie: wschodnia (wenecka) i zachodnia (trydencka), bowiem płaskowyż znajduje się na pograniczu tych dwóch regionów. Interesowała nas ta pierwsza, wypróbowana przez GdI opcja. Obie wersje góry mają ponad 1100 metrów przewyższenia i stawiają bardzo zbliżone wymagania. Podjazd od strony Grigno ma 20,9 kilometra o średnim nachyleniu 5,6 %, zaś ten z początkiem w Arsie 18,6 kilometra z przeciętną stromizną 6 %. Wspinaczkę rozpoczęliśmy dopiero kwadrans przed dziewiętnastą przy temperaturze 29 stopni. Od początku mocne tempo narzucił Piotrek. Najwyraźniej dobrze wypoczęty po rezygnacji z wycieczki na Nevegal. W dolnej części wzniesienia przejeżdża się przez kilka wiosek. Na początku trzeciego kilometra mija się Mellame (2,1 km), zaś półtora kilometra dalej osadę Borgo San Lorenzo (3,6 km). Na początku piątego kilometra bierze się ostry zakręt w lewo wjeżdżając na Via Dolomiti we wiosce Rivai (4,1 km). Pod koniec piątego kilometra kończą się ostatnie zabudowania i przez kolejne sześć kilometrów wąska, acz dobrze utrzymana droga chowa się w leśnej głuszy. Monotonię jazdy przerywa na wysokości około 1000 metrów n.p.m. przejazd przez wioskę Col Perer (10,8 km) pełną domów letniskowych. Podjazd jest przyjemny, bo regularny co umożliwia jazdę w jednostajnym rytmie. Pierwsze 4,5 kilometra ma średnie nachylenie 5,9 %, zaś kolejne 6,3 kilometra niewiele więcej bo 6,6 %. Z trudniejszych odcinków: pierwsza połowa piątego kilometra ma 8,3 %, zaś cały dziewiąty kilometr 8,4 %. Maksymalna stromizna na krótszym odcinku wynosi tylko 9,5 %.
Za Col Perer do przejechania pozostaje jeszcze 7,8 kilometra. Droga staje się dwukrotnie węższa i ponownie wjeżdża w las. Jeszcze przez 700 metrów prowadzi na północ, potem zawraca na południe, aby z początkiem czternastego kilometra ostatecznie przybrać kierunek zachodni. Pierwsza połowa górnego odcinka trzyma na poziomie 6 %, zaś druga ma już tylko 4,6 %. Aczkolwiek to właśnie na siedemnastym kilometrze trzeba pokonać odcinek 550 metrów o średnim nachyleniu 8,2 %. W połowie piętnastego kilometra na pewien czas wyjeżdża się z lasu przejeżdżając przez polanę, przy której położone jest Agriturismo Malga Celado (15,1 km). Następnie na końcu długiej prostej przez las i przejechaniu 16,7 kilometra dojeżdża się do ciasnego wirażu w prawo. Z tego miejsca odchodzi szutrowa ścieżka do Malga Campo oraz wybudowanego na kilka lat przed I Wojną Światową fortu Leone. Na kolejnych 500 metrach jest kilka serpentyn, na których każdy zakręt w lewo oznacza wspinaczkę, zaś w prawo jazdę po niemal płaskim terenie. Ostatnie półtora kilometra to już delikatny podjazd na poziomie nie przekraczającym 4 %. Zatrzymaliśmy się na wysokości białego domku, w którym mieści się Trattoria Cima Campo. Dalej droga zaczyna zjeżdżać w kierunku oddalonego zaledwie 1800 metrów regionu Trentino. Zgodnie współpracując przejechaliśmy całą górę w 3-osobowym składzie w czasie 1 godziny 7 minut i 43 sekund (przeciętna 16,480 km/h i VAM 987 m/h). Darek, który po defekcie wystartował kilka minut później wykręcił czas netto 1h 17:12. Na górze tuż przed dwudziestą było jeszcze 18 stopni. Niestety ze względu na późną porę zaczynało brakować światła. Dlatego na zjeździe im niżej tym trudniej było o przyzwoite zdjęcia z podróży. Do samochodu zjechałem już po 21-wszej, a pozostało nam jeszcze do przebycia 35 kilometrów. Jadąc drogami SS47 i SP1 dotarliśmy do Casa Vigolana już po zmroku. Tego dnia na „weneckiej” ziemi przejechałem rowerem 72 kilometry o łącznym przewyższeniu 2167 metrów.
ZDJĘCIA
W ciągu sześciu dni od wkroczenia do Italii zaliczyłem tuzin najciekawszych podjazdów we włoskiej części Alp Julijskich i Karnickich. W pobliżu Ovaro zaczęło mi brakować „smakołyków” do dalszej degustacji. Co najwyżej mogłem zdobyć jedną czy drugą spośród już poznanych gór, lecz od przeciwnej strony. Dlatego podczas ostatniego dnia naszego pobytu we Friuli-Venezia Giulia wolałem sobie poszukać „delicji” dalej od domu. Moja wyprawa do tego regionu Włoch nie byłaby kompletna gdybym nie zafundował sobie wspinaczki do stacji narciarskiej Piancavallo (1267 m. n.p.m.). Pomimo upływu lat w pamięci miałem emocjonujący pojedynek jaki w trakcie Giro d’Italia z roku 1998 stoczyli na tej górze śp. Marco Pantani, Rosjanin Paweł Tonkow i Szwajcar Alex Zulle. Jednak aby dotrzeć do podnóża tego wzniesienia trzeba było się zdecydować na około dwugodzinną podróż samochodem i to w jedną stronę. Nie każdy z nas miał na to ochotę. Adam i Darek wybrali stricte rowerowe wycieczki po najbliższej okolicy. Tym niemniej na wspólną wyprawę ku zachodnim krańcom regionu Friuli udało mi się namówić Piotra. Aby nadać większy sens kilku godzinom w aucie uznałem, iż trzeba będzie jak zwykle zrobić nie jedno, lecz dwa wzniesienia. Do tej koncepcji znakomicie pasował porównywalnie trudny i również widywany na Giro podjazd do osady La Crosetta (1118 m. n.p.m.) leżącej na płaskowyżu Piancansiglio. To od niego postanowiłem zacząć czwartkową potyczkę z kolarskimi górami, zaś następnie resztki naszych sił rzucić na Piancavallo. Na dojazd w rejon obu gór wybrałem szlak krótszy dystansem, lecz w teorii bardziej czasochłonny. Do Caneva di Sacile leżącej u podnóża Crosetty na wysokości ledwie 51 metrów n.p.m. dojechaliśmy drogami: SR 355, SS52, SR 552, SP 2, SP 69 i SP 29. Wybraliśmy więc szlak przez Villę Santina, Priuso, przełęcz Forcella di Monte Rest, Tramonti di Sopra, Meduno, Maniago i obrzeża Aviano.
Na miejscu byliśmy około wpół do pierwszej. Dzień był słoneczny i od razu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że równie trudnym przeciwnikiem co górski teren będzie upalna pogoda. Wschodni podjazd na La Crosetta zaczyna się na północnych obrzeżach miasteczka u styku Via Zat Sereno i Via Rupolo D. Na górze tej czterokrotnie podczas wyścigu Dookoła Włoch wyznaczano linię górskiej premii. Tym niemniej bodaj nigdy nie zdobywano jej od najtrudniejszej wschodniej strony. Nie mam pewności co do wariantu wykorzystanego w roku 1962, gdy pierwszy na górze zameldował się Nino Defilippis. Tym niemniej ustaliłem, iż w latach 1966, 1968 i 1978 jeżdżono tylko od strony północnej lub zachodniej po starcie w Farra d’Alpago lub Anzano w regionie Veneto. Następcami Piemontczyka w roli zdobywcy tego wzniesienia byli jego mniej znani rodacy Pietro Scandelli i Lino Farrisato oraz Szwajcar Ueli Sutter. Pierwsze 1100 metrów ma średnie nachylenie 5,4 % i na końcu tego odcinka otwiera się widok na wybudowany na pobliskim wzgórzu zamek. Drugi kilometr jest łatwiejszy za sprawą krótkich zjazdów. Po pokonaniu 1,9 kilometra dociera się uprawy winorośli prowadzonej w gospodarstwie agroturystycznym Le Favole. Kolejne 800 metrów łatwego terenu poprzedza cały kilometr o przeciętnej 10,1 %. Mniej więcej w połowie tego trudnego odcinka bierze się ostry zakręt w lewo i do góry zostawiając po prawej ręce zjazd do miasteczka Sarone. Po zakręcie jedzie się drogą SP 61, niezmiennie w terenie odsłoniętym mijając pojedyncze domy wakacyjne. Pokonując wiraże na piątym kilometrze podjazdu razi w oczy widok pobliskiego kamieniołomu.
Na starcie naszej wspinaczki temperatura wynosiła 29 stopni, lecz w połowie wzniesienia wzrosła aż do 35. Dlatego w pobliżu rozgrzanych skał czułem się jakbym przejeżdżał obok otwartego piekarnika. W tym ukropie minąłem zjazd ku osadzie Malorla (7,3 km) i Agriturismo La Genzianella (10,3 km). Do końca jedenastego kilometra wspinaczki za plecami miałem piękny widok na Nizinę Padańską. Widok masztów w okolicy restauracji Coda del Bosco (11,1 km) zwiastował bliski koniec najtrudniejszej części wzniesienia. Poprzedzające ten lokal osiem kilometrów miało średnie nachylenie 8,6 % przy max. 15 %. Jeszcze tylko kilkaset metrów w pełnym słońcu i po przebyciu 11,7 kilometra mogłem schować się przed słońcem w cieniu lasu. Do początków czternastego kilometra podjazd trzymał jeszcze na poziomie 7-8 %. W lesie drzewa iglaste mieszały się z liściastymi, zaś pomiędzy nimi aż roiło się od białych skałek. Na ostatnich 2800 metrach droga wiedzie cały czas pograniczem regionów Friuli i Veneto. Końcówka w cieniu i łatwiejszym terenie wygląda jak nagroda za wcześniejsze cierpienia. Najpierw 600 metrów podjazdu na poziomie 4,8 %. Potem 1,4 kilometra płaskiego terenu, nawet z krótkim zjazdem do Strada Vecchia dell’Istria i na koniec 800 metrów o nachyleniu 5,1 %. Wspinaczkę o długości 16,1 kilometra przy średniej 6,6 % ukończyłem w czasie 1 godziny 5 minut i 10 sekund czyli z przeciętną prędkością 14,731 km/h. Piotrek, który odpuścił moje koło już na samym początku spisał się całkiem zgrabnie docierając na szczyt w czasie 1 godziny i 11 minut. Na przełęczy jest kilka budynków m.in. restauracja „Stella Alpina” oferująca swym gościom kuchnię domową. Z tablicy informacyjnej można się dowiedzieć, iż gminę Fregona zamieszkują Cimbri czyli ludność pochodzenia germańskiego przybyła w te strony z terenów Bawarii jeszcze w średniowieczu.
ZDJĘCIA
Z Canevy do Piedemonte di Aviano gdzie zaczyna się podjazd do Piancavallo mieliśmy ledwie 18 kilometrów. Zjechawszy na dół około piętnastej nie musieliśmy się więc zanadto śpieszyć. Dojechawszy na miejsce skręciliśmy z SP 29 na via Monte Cavallo i po stu metrach podjazdu zatrzymaliśmy samochód w zatoczce po prawej stronie drogi. Czekał nas podjazd o długości 13,8 kilometra i średnim nachyleniu 8 %, przy max. 13,5 %. Został on dwukrotnie przetestowany na wielkim Giro. Po raz pierwszy w roku 1998 gdy walkę o zwycięstwo na czternastym etapie stoczyli tu główni aktorzy tamtego wyścigu czyli Pantani, Tonkow i Zulle. Wygrał Włoch z przewagą 13 sekund nad Rosjaninem i Szwajcarem. Niespełna pół minuty do zwycięzcy stracił Giuseppe Guerini, który parę dni później w Dolomitach pomógł słynnemu „Piratowi” pokonać cudzoziemską opozycję. Na piątym miejscu, ale ze stratą już blisko dwóch minut etap ukończył jednodniowy lider Andrea Noe’, który tym samym utracił różową koszulkę na rzecz Zulle. Na swój drugi występ w Giro Piancavallo poczekało do roku 2011. Znalazło się wówczas na początku morderczego etapu piętnastego, który przez pięć sporej wielkości podjazdów wiódł do mety przy Rifugio Gardeccia. Premię górską w Piancavallo wygrał Włoch Emanuele Sella, lecz sam etap padł łupem Baska Mikela Nieve. Stacja narciarska u podnóża Monte Cavallo (2251 m. n.p.m.) powstała w latach sześćdziesiątych XX wieku. Jako pierwsza we Włoszech została wyposażona w system sztucznego dośnieżania. Od roku 1979 przez kilkanaście sezonów gościła najlepszych alpejczyków na zawodach o Puchar Świata. Oprócz osiemnastu tras zjazdowych ma też 30 kilometrów tras biegowych. Można się do niej dostać również od strony wschodniej z początkiem wspinaczki w miejscowości Barcis. Ten wariant dojazdu jest bardziej przyjazny dla amatorów kolarstwa, gdyż liczy sobie 15,3 kilometra o umiarkowanym nachyleniu 5,7 %.
Wspinaczkę zaczęliśmy kwadrans przed szesnastą przy obłędnej temperaturze 39 stopni Celsjusza! Piotrek ruszył na górę z parominutowym zapasem tak abyśmy osiągnęli metę wzniesienia mniej więcej w tym samym czasie. Po spokojnych 600 metrach kolejny kilometr ma już średnio 10,6 %. Na początku tego trudnego odcinka pokonuje się pierwszą z piętnastu serpentyn. Na drugim wirażu znajdującym się 1,3 kilometra po starcie znak drogowy ostrzega przed nachyleniem rzędu 15 %. Niemniej na pierwszych pięciu kilometrach nie odnotowałem takich stromizn. Odcinek między 1,6 a 5,1 kilometra podjazdu miał średnio 8,6 %, ale przy max. około 10 %. W tym czasie mija się Albergo Bornass (2,1 km) i Pra’de Plana (3,0 km). Pomiędzy początkiem czwartego a połową siódmego kilometra przy Rifugio Bornas (6,4 km) droga wiedzie po długich prostych przedzielonych sześcioma wirażami. Zdecydowanie najtrudniej jest na szóstym kilometrze, gdzie na przestrzeni blisko 900 metrów podjazd trzyma na średnim poziomie 13 %. Chwilowo sięga więc pewnie obiecywanej niżej piętnastki. Za schroniskiem czeka kolejne wyzwanie czyli 1200 metrów o średniej 11 %. Na początku ósmego kilometra czyli znacznie wcześniej niż się spodziewałem wyprzedziłem Piotra. Pokonawszy 7,8 kilometra najgorsze miałem już za sobą. Na pozostałych sześciu kilometrach nachylenie poszczególnych odcinków nie przekraczało już 8 %. Natomiast po osiągnięciu wysokości 900 metrów n.p.m. temperatura po raz pierwszy spadła poniżej poziomu 30 stopni. Dalej trzeba było pokonać przeszło dwa kilometry o średniej 6,8 % i półkilometrowy odcinek falsopiano na poziomie tylko 2,9 %. Praktycznie do końca jedenastego kilometra z drogi na szczyt widać wybudowane nieopodal Aviano lotnisko wojskowe NATO obsługiwane przez wojsko amerykańskie. Łatwy odcinek kończy się na wysokości Castaldii (10,6 km) skąd w prawo odchodzi boczna droga na Collalto. Tym szlakiem również można dotrzeć do Piancavallo najpierw wspinając się na wysokość 1365 metrów n.p.m. by następnie zjechać do stacji.
Po minięciu pagórka z pięcioma masztami na początku dwunastego kilometra przejeżdża się przez długą galerię. Momentami jest tu prawie płasko, zaś całe 1200 metrów ma średnie nachylenie tylko 4,8 %. Ostatnim trudniejszym kawałkiem jest półtora kilometra o średniej 6,9 %. Droga biegnie przez las, który w pewnym miejscu zagospodarowano do celów rozrywkowych. Ostatnie 500 metrów mija szybko za sprawą skromnego nachylenia 3,3 %, zaś cały podjazd kończy się na dużym rondzie, przy którym łączą się drogi z Barcis i Aviano. Na pokonanie wzniesienia potrzebowałem 1 godziny 3 minut i 15 sekund. Wspinałem się więc z przeciętną prędkością 13,090 km/h przy wartości VAM 1050 m/h. Pietro na dobicie do ronda potrzebował 1 godziny i 12 minut. Przez następne dwadzieścia minut obejrzeliśmy sobie dokładnie całe centrum tego ośrodka. Do samochodu zjechałem kilka minut przed osiemnastą, a mimo to zegar na pierwszej prostej wzniesienia pokazywał temperaturę 35 stopni! W tego rodzaju cieplarnianych warunkach przejechaliśmy w sumie 61,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2174 metrów. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy hipermarkecie w Roveredo in Piano. Zrobiliśmy w nim duże zakupy w celach importowych. Do Ovaro wróciliśmy nizinnym szlakiem przez Pordenone, Codroipo, Udine, Gemonę i Tolmezzo. Nasi dwaj kompani również w tym dniu nie próżnowali. Darek wjechał na Sella Ciampigotto (1790 m. n.p.m.) przez Val Pesarina. Natomiast Adam spróbował dojechać na Monte Crostis od strony Ravascletto, lecz zatrzymał się u skraju asfaltu na wysokości 1871 m. n.p.m. Następnie zjechał do Val But i zaatakował Monte Zoncolan od wschodu. Jednak inaczej niż Dario przed dwoma dniami. To znaczy nie od Sutrio, lecz krótszym i bardziej stromym wariantem z Prioli. Ta nieodkryta jeszcze przez Giro wersja wzniesienia ma tylko 8,9 kilometra, ale o średnim nachyleniu aż 12,8 %!
ZDJĘCIA
W połowie drugiego tygodnia przyszedł w końcu czas na starcie z zachodnim Monte Zoncolan (1730 m. n.p.m.) czyli przetestowanie swych wątłych sił na najtrudniejszej górze kolarskiej Europy. Po udanej wyprawie na Monte Crostis byłem optymistycznie nastawiony do konfrontacji ze słynną ścianą z Ovaro. Wspinaczką o długości 10,2 kilometra przy średniej 11,8 %. To niezbyt wysokie, ani tym bardziej długie, wzniesienie dzięki swej niebywałej stromiźnie szybko stało się legendą w kolarskim światku. Jak dotąd stanowi ono kulminacyjny punkt trwającej od ponad dwóch dekad włosko-hiszpańskiej wojny na procenty. Giro i Vuelta od zarania dziejów żyją się w cieniu wielkiego Tour de France. Nie mogąc przeskoczyć starszego brata pod względem rozmachu, prestiżu czy obsady zapragnęły go pobić na otwartym polu kolarskiej geografii. W 1991 roku Włosi pokazali światu gorsze oblicze Mortirolo. Osiem lat później Hiszpanie przebili tą ofertę za sprawą Alto de Angliru. Ripostą Włochów na podjazd z Asturii był właśnie Zoncolan. Do dnia dzisiejszego czterokrotnie pojawił się na trasie Giro d’Italia. Za pierwszym razem „zrobiono go” od łatwiejszej wschodniej strony, zaś przy trzech kolejnych okazjach już od zachodu. Zarówno w 2003 jak i 2007 roku pierwszy na mecie etapu był znakomity włoski góral Gilberto Simoni. Za pierwszym razem „Gibo” wyraźnie wyprzedził swych dwóch rodaków: o 34 sekundy Stefano Garzellego i o 39 Francesco Casagrande. Natomiast cztery lata później wjechał na szczyt w towarzystwie kolegi z drużyny Leonardo Piepolego dystansując o skromne 7 sekund rewelacyjnego 22-latka z Luksemburga Andy Schlecka. W roku 2010 prawdziwy popis jazdy dał Ivan Basso, który o minutę i 19 sekund wyprzedził Australijczyka Cadela Evansa oraz o półtorej Michele Scarponiego. Natomiast w sezonie 2011 czołowym kolarzom Giro urwał się Bask Igor Anton. Góral z ekipy Euskaltel wyprzedził o 33 sekundy lidera wyścigu Hiszpana Alberto Contadora oraz o 40 faworyta gospodarzy Vincenzo Nibalego.
Jako się rzekło Darek miał już Zoncolan w nogach i to w podwójnej dawce. Dlatego mógł sobie pozwolić na relaks do południa albo i dłużej. Natomiast ja w towarzystwie Adama i Piotra wyjechałem na szosę m/w kwadrans po dziesiątej. Podjechaliśmy do styku szosy SR 355 z prowadzącą na Zoncolan drogą SP 123. Po chwili postoju poświęconej na ustawienie liczników ruszyliśmy do boju. Adam od razu wysforował się do przodu. Na dojeździe do Liariis starałem się jechać równym tempem na przełożeniu 39 x 28 utrzymując stratę 10-15 metrów do naszej gazeli. Piotr od początku zamykał doborową stawkę trójmiejskich górali. Pierwsze 1700 metrów na tej górze ma średnio 8,5 %, acz ponad półkilometrowy odcinek między kościołem w Lenzone (0,55 km) a mniejszym Chiesetta del Carmine (1,1 km) trzyma na poziomie 11,3 %. Po wjechaniu do Liariis skręca się w prawo i przez 500 metrów jedzie się niemal po płaskim. W tym miejscu dogoniłem Adama, który bynajmniej mi nie uciekał. Mieliśmy dosłownie minutkę by wziąć głębszy oddech przed tym co miało nastąpić. Po przejechaniu 2,2 kilometra minąwszy ostatni kamienny dom po lewej stronie drogi dojeżdża się do zwężenia drogi. Odtąd na szczyt prowadzi 8-kilometrowa ścieżka o ledwie trzymetrowej szerokości. Jej pierwsze sześć kilometrów kończące się przy skręcie ku Malga Pozof (1569 m. n.p.m.) ma średnie nachylenie aż 14,9 %, przy max. 20 %! Już pierwsza prosta pozbawia złudzeń i zmusza do wrzucenia najlżejszego z przełożeń czyli w moim przypadku oryginalnej kombinacji 39×32. Na pierwszych 500 metrach średnia stromizna wynosi 15,6 %. Na kolejnym kilometrze waha się na nieco niższym poziomie 13,4-13,8 %. Na całej długości drogi co kilkaset metrów ustawiono tablice ze zdjęciami legend kolarstwa szosowego.
Na dole wszystkich śmiałków wita Ottavio Bottecchia, za nim na cierpiących amatorów kolarstwa spoglądają: Alfredo Binda (500 m), Louison Bobet (1000 m), Charly Gaul (1300 m), Federico Bahamontes (1500 m), Jacques Anquetil (1900 m), Felice Gimondi (2500 m), Eddy Merckx (3100 m), Francesco Moser (3500 m), Bernard Hinault (4000 m), Giuseppe Saronni (4500 m), Gianni Bugno (5000 m), Miguel Indurain (5700 m), Marco Pantani (6800 m), pomiędzy tunelami czai się Fiorenzo Magni (7100 m), zaś powyżej nich stoją jeszcze: Gino Bartali (7300 m), Fausto Coppi (7500 m) i Simoni (7600 m). Wspinamy się więc istną aleją gwiazd. Dodać jednak trzeba, że poza „Gibo”, żaden z wyżej wymienionych mistrzów nie napotkał na swej drodze do sławy tego makabrycznego podjazdu. Przyznam, że tempo swego wycieniowanego kompana wytrzymałem tylko przez kilkaset metrów. Trzynaście kilogramów różnicy szybko dało tu o sobie znać. Nie było sensu, ani też chyba szans, trzymać się dłużej jego koła. Musiałem rozpocząć własną walkę z grawitacją. Tym niemniej już na wysokości Bahamontesa miałem poważne wątpliwości czy sobie poradzę. Pozostało mi tylko przepychać pedały i liczyć na to, że jakoś to będzie. Tymczasem już sto metrów za „Orłem z Toledo” na wysokości drzeworytu z obliczem św. Antoniego (3,8 km) zaczynał się jeden z najtrudniejszych fragmentów wspinaczki czyli 750 metrów o średnim nachyleniu 19,5 %! W tych warunkach ciążył mi każdy z moich 75 kilogramów, szczególnie te dwa-trzy ostatnie, które można było realnie zrzucić przy poważniejszym treningu na wiosnę. Tym niemniej przetrwałem tą ciężką próbę i w nagrodę mogłem odrobinę odpocząć na znacznie łatwiejszym odcinku 250 metrów o średniej „tylko” 8,4 %. Wraz z końcem piątego kilometra ustabilizowałem oddech, złapałem właściwy sobie, czyli w tych warunkach żółwi, rytm i zacząłem nawet odczuwać swego rodzaju masochistyczną radość z jazdy. Nadal było piekielnie ciężko, ale już wiedziałem że wytrwam do końca tzn. nie postawię stopy na szosie i pokonam tego „potwora”.
Czekały na mnie jeszcze dwie super-strome ściany a’la Zonco. Najpierw między Gimondim a Merckx’em 600 metrów o średniej 17,3 % i następnie między Hinault a Saronnim 400 metrów o średniej 20,3 %! Po minięciu tablicy z wizerunkiem Beppe do końca środkowej części wzniesienia zostało jeszcze półtora kilometra. Niemniej bez przesadnych stromizn czyli z maximum rzędu 14 %. Po wcześniejszych ściankach takie kilkanaście procent nie robiło już większego wrażenia. Na szóstym kilometrze napotkałem wypisane na szosie nazwiska i numery startowe naszych dwóch doborowych górali. Niżej widziałem też bardziej efektowne dzieło czeskich kibiców czyli pająka krzyżaka z podpisem Kreuziger. Za bivio Malga Pozof było już znacznie „łatwiej”. Finałowy fragment Zoncolanu pod względem stromizny nie różni się bowiem od setek innych alpejskich podjazdów. Przedostatni kilometr ma średnio tylko 7 %, zaś ostatni rozpoczynający się przejazdem przez trzy krótkie tunele również nie trzyma standardów tej góry wobec przeciętnej 9,1 %. Tunele pomimo, że krótkie są ciasne i mokre, a przede wszystkim tak ciemne, że można w nich stracić orientacje, gdzie się człowiek znajduje. W jednym z nich straciłem równowagę i musiałem wypiąć nogę z pedałów aby się podeprzeć. Na szczyt wjechałem w czasie 1h 09:49 czyli z przeciętną ledwie 8,765 km/h przy VAM 1035 m/h. Dla porównania Adam wyrobił się w czasie 1h 04:05, Piotr który ścigał mnie dzielnie w dolnej połowie podjazdu 1h 11:45, zaś Darek dzień wcześniej potrzebował 1h 29:41. Niedługo po nas na szczyt wjechał Nicolo drugoroczny junior z regionu Friuli, który wyrobił się w czasie 56 minut. Myślę, że będąc w optymalnej formie mógłbym pojechać na poziomie zbliżonym Adama. Cztery lata wcześniej od strony Sutrio dotarłem na szczyt w czasie 1h 05:42, a tamten podjazd choć minimalnie mniejszy jest wyraźnie dłuższy, gdyż liczy sobie 13,45 kilometra. Na górze pokręciliśmy się trochę po placu z widokiem na Monte Crostis (2251 m. n.p.m.) po północnej stronie i Monte Arvenis (1968 m. n.p.m.) na południu. Zrobiliśmy zdjęcia na tle pomnika i tablicy, po czym spokojnie z licznymi przystankami zjechaliśmy do Ovaro na półgodzinną przerwę w Casa „In Clementa”.
ZDJĘCIA
W domu natknęliśmy się na Darka, który właśnie ruszał na spotkanie z Monte Crostis. Pół godziny później ruszyliśmy jego śladem czyli drogą SR 355 w kierunku północnym. Tym niemniej naszym celem była Sella di Razzo (1739 m. n.p.m.), do której wiedzie podjazd pod każdym względem inny od zaliczonego przed południem Zoncolanu. Zaczyna się on we wiosce Patusera trzysta metrów za mostem nad potokiem Degano. Przez pierwsze 22 kilometry przemierza całą Val Pesarina nazywaną też Doliną Zegarów. W sumie wzniesienie to ma 26,5 kilometra przy średnim nachyleniu 4,6 % i max. 10 %. Na most skręca się po pokonaniu 2400 metrów od centrum Ovaro tj. w miejscu oddalonym ledwie 700 metrów od początku podjazdu na Crostis. Wyścig Dookoła Włoch jak dotąd nie zahaczył o Sella di Razzo. Tym niemniej trzy miesiące później okazało się, iż podobnie jak Cason di Lanza czy Altopiano del Montasio góra ta zostanie po raz pierwszy przetestowana na Giro już w 2013 roku. Stanie się to na jedenastym etapie z Tarvisio do Vajont. Aczkolwiek premię górską wyznaczono na położonej nieco wyżej i jakieś 2,5 kilometra dalej na zachód przełęczy Sella Ciampigotto (1790 m. n.p.m.). Podjazd zaczyna się bardzo niewinnie. Pierwsze 4,6 kilometra od Patusery do największej miejscowości na szlaku czyli Prato Carnico ma średnie nachylenie ledwie 2,9 %. Na początku trzeciego kilometra przy bocznej drodze do Sostasio (2,2 km) mija się zegar reklamujący produkt, z którego słynie ta dolina. Kolejna wioska to położona w połowie czwartego kilometra Avausa. Na dojeździe do Prato robi się niemal zupełnie płasko. W położonej nieco wyżej osadzie Pieria (5,3 km) uwagę zwraca krzywa wieża. Nie tak efektowna jak ta w Pizie, lecz i ta dzwonnica jest nieźle oderwana od pionu.
Następnie wjeżdża się do Oasis (6,3 km) by po pokonaniu kolejnego kilometra dotrzeć do słynącej ze starych domostw z kamienia wioski Pesariis (7,3 km). W okolicy tej miejscowości odpadł od nas Piotrek. W połowie dziewiątego kilometra na szerokim łuku w lewo mija się rozciągniętą wzdłuż prawego skraju drogi Fabrykę Zegarów (8,5 km). Podjazd do końca czternastego kilometry cały czas jest łagodny. Maksymalne nachylenie nie przekracza tu 6 %. Mija się pojedyncze domki, kapliczkę, kamienny mostek i przebija przez długą galerię. Trudniej robi się dopiero w okolicy osady Rio Bianco (14,1 km). Poprzedzający to miejsce ponad 9,5-kilometrowy odcinek za Prato Carnico ma średnio ledwie 3,8 %. Po przejechaniu 16,7 kilometra na końcu szerokiego łuku w prawo mija się sporych rozmiarów hotel Pra di Bosco. Niespełna kilometr dalej znajduje się kilka drewnianych domków w tym Osteria Pian di Casa (17,6 km). Za nią wjeżdża się na liczącą aż 1300 metrów prostą, na które wypadł mi bidon, po który musiałem zawrócić. Adam poczekał na mnie. Na początku dwudziestego kilometra szosa chowa się w lesie, staje się kręta i bardziej stroma, ale bez przesady czyli max. 7,2 %. Na tym odcinku Adam zaczął mieć problemy, zrezygnował z oferty holowania i dał mi wolną rękę jeśli chodzi o tempo jazdy na ostatnich sześciu kilometrach tego podjazdu. Niewątpliwie ten typ wzniesienia pasował mi bardziej niż przeraźliwie stromy Zoncolan. Po przejechaniu 21,4 kilometra wjeżdża się do regionu Veneto w rejonie Cadore. Na znajdującym się 1100 metrów dalej rozjazdu trzeba skręcić w lewo tzn. na wysokości Forcella Lavardet (22,5 km) zjechać z drogi SS 465 na SS 614. Pokonany właśnie odcinek 8,4 kilometra od Rio Bianco do Lavardet ma średnio blisko 5 %.
Od rozdroża do Casera di Razzo pozostaje jeszcze 3900 metrów pośrednim nachyleniu 5,3 %. Trudne jest jedynie pierwsze pół kilometra o średniej 9,6 %. W końcówce minęli mnie z naprzeciwka nasi dwaj znajomi Czesi. Ze względu na zmęczenie i różnice prędkości nie poznałem ich od razu. Teren w końcówce podjazdu jest mniej atrakcyjny dla oka niż dolne i środkowe partie tego wzniesienia. Zbocza góry zostały ogołocone z trawy, zaś postępująca w tych warunkach erozja gleby zmusiła drogowców do zabezpieczenia skarp betonowymi osłonami. Po przejechaniu 26,1 kilometra mija się dochodząca do naszego szlaku drogę SS 619, która jest przedłużeniem SP 73 rozpoczynającej się w Ampezzo i wiodącej na Sella di Razzo przez Lago di Sauris. Do tablicy na wysokości otwartej latem Casera di Razzo, w której można kupić lokalne specjały brakuje już tylko 350 metrów. Wspinaczkę czy może raczej gładki przejazd ukończyłem w czasie 1 godziny i 28 minut czyli z prędkością 18,034 km/h. Na Adama przyszło mi czekać dwie minuty, na Piotra dziewięć. Poprzestaliśmy na dotarciu do tego miejsca, choć jak wspomniałem można by pojechać nieco dalej i wyżej na Ciampigotto pokonawszy 2,6-kilometrowy odcinek falsopiano. Na górze było tylko 18 stopni czyli o dobre 15 mniej niż na początku podjazdu w okolicy mostu nad Degano. Powietrze było przejrzyste, więc z polany rozpościerały się przepiękne widoki na pasma górskie po obu stronach drogi. Na południu szczyt Monte Tiarfin (2417 m. n.p.m.), zaś na północy Monte Terza Grande (2585 m. n.p.m.). Na przełęczy posiedzieliśmy razem dobry kwadrans. Długi zjazd ze wszystkimi przystankami zajął mi ponad godzinę. Do bazy zjechałem za dwadzieścia piąta. W nogach miałem w sumie 80,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2422 metrów. O wpół do szóstej wraz z młodszą połową naszej ekipy ruszyłem na zwiedzanie pobliskiego Tolmezzo.
ZDJĘCIA