Corno alle Scale

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Silla

Wysokość: 1503 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1175 metrów

Długość: 27,9 kilometra

Średnie nachylenie: 4,2 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL

OPIS

Każda nawet najdłuższa droga kiedyś kończy. Ta wyprawa miała mieć swój finał w niedzielę 6 lipca. Darek wywiesił białą flagę już w sobotnie popołudnie. Nie miałem mu tego za złe. Wiedziałem ile sił kosztowała nas ta wycieczka. Dla mojego przyjaciela okazała się ona bardzo przydatna w zbudowaniu formy na dalszą część sezonu. Trudy i znoje na apenińskich drogach nie poszły na marne. Podczas sierpniowej wyprawy do Valtelliny w lombardzkiej prowincji Sondrio Dario był w najlepszej formie od lat. Momentami dorównując tak mi jak i naszym młodszym kolegom. Tym niemniej to niedzielne przedpołudnie postanowił spędzić „na leniucha” czyli nieco odpocząć przed długą drogą powrotną. Ja wciąż miałem apetyt na górskie przygody. Do przejechania pozostała mi droga na Corno alle Scale (1503 m. n.p.m.). Przynajmniej z trzech względów był to dla mnie obowiązkowy punkt programu. Cel z którego nie byłem gotów zrezygnować. Uważałem, że bez dotarcia na szczyt tej góry nasza wielodniowa eskapada byłaby niepełna. Jakkolwiek odpuściliśmy sobie niejedno z wybranych zawczasu wzniesień to jednak ta góra była dla mnie zbyt cenna. Po pierwsze ma ona przeszło tysiąc metrów przewyższenia. Po drugie może się pochwalić „szlacheckim rodowodem” czyli udziałem w Giro d’Italia. Po trzecie należy do najtrudniejszych na terenie Emilia-Romagna. Tylko po pokonaniu tego wzniesienia mogłem sobie powiedzieć, że ustrzeliłem emiliański hat-trick czyli trzy najwartościowsze podjazdy w tym rozległym regionie. Dwa pierwsze kroki zrobiłem w piątkowe i sobotnie popołudnia zdobywając Penice Vetta w prowincji Piacenza oraz Monte Cimone w prowincji Modena. W niedzielę chciałem zwieńczyć to dzieło. Jak wiadomo osiągnięcie ambitnego celu wymaga poświęcenia. Ja musiałem się wyrzec dłuższego snu z soboty na niedzielę. Po późnym powrocie z trasy przedostatniego etapu poszedłem spać około północy. Tymczasem biorąc pod uwagę jak długim podjazdem jest Corno alle Scale i chcąc wrócić do Sasso Marconi około południa musiałem wstać z łóżka około 6:30. W dwunastoletniej historii swych górskich wojaży nie zwykłem się zrywać tak wcześnie po to tylko by pokonać pojedyncze wzniesienie. Owszem bywało, że budziłem się jeszcze wcześniej, lecz tylko wtedy gdy musiałem zdążyć na start imprezy z gatunku Gran Fondo, Cyclosportive czy Radmarathon. Nigdy jednak z własnej nieprzymuszonej woli.

Plan na niedzielne przedpołudnie był więc mocno napięty. Niemniej okoliczności mi sprzyjały. Po pierwsze w trakcie wieczornej kolacji w sobotę udało mi się zabukować u naszej gospodyni śniadanie o możliwie najwcześniejszej porze czyli przed siódmą. Po drugie dojazd do podnóża góry był niezbyt długi czyli niespełna 40-kilometrowy, a przy tym dobrze mi znany gdyż poprzedniego dnia przetestowany. Wystarczyło tylko dotrzeć do drogi krajowej SS64, pognać nią prosto na południe i w końcu nie przegapić zjazdu do miasteczka Silla czyli ulicy Johna Fitzgeralda Kennediego. Na miejsce dotarłem około ósmej. Przede mną był blisko 28-kilometrowy podjazd, który w trakcie Giro z 2004 roku był dla uczestników tego wyścigu pierwszą okazją do stoczenia górskiej potyczki. Był to ledwie trzeci odcinek tej imprezy. Po starcie z toskańskiego Pontremoli kolarze musieli pokonać 191 kilometrów, w tym jeszcze przed dojazdem do Silli dwa mniejsze mniejsze wzniesienia tzn. Foce Carpinelli i passo Oppio. Etap ten przyniósł zmianę lidera. Od prologu na ulicach Genui prowadził Australijczyk Bradley McGee. Jednego tego dnia nie miał on szans w starciu z włoskimi góralami. Dublet w postaci etapowego zwycięstwa i koszulki lidera ustrzelił obrońca tytułu (triumfator Giro z lat 2001 i 2003) Gilberto Simoni. Na stromej końcówce podjazdu odskoczył od swych najgroźniejszych rywali i na mecie usytuowanej na wysokości 1471 metrów n.p.m. wyprzedził o 15 sekund swego kolegę z drużyny Saeco niespełna 23-letniego Damiano Cunego. Były mistrz świata juniorów wygrał dzień wcześniej górzysty etap do Pontremoli, zaś nazajutrz okazał się lojalnym adiutantem swego lidera udanie kontrolując poczynania asów z innych ekip. Sekundę po nim finiszowali Franco Pellizotti, Giuliano Figueras i Ukrainiec Jarosław Popowicz. Z biegiem dni uczeń przerósł jednak swego mistrza. Cunego wygrał jeszcze trzy etapy jak i cały wyścig, zaś „Gibo” Simoni musiał się zadowolić ledwie trzecim miejscem w „generalce”.

Stacja narciarska Corno alle Scale zawdzięcza swą nazwę pobliskiej górze o tej samej nazwie. Wznosi się ona na wysokość 1945 metrów n.p.m. i jest najwyższym szczytem prowincji Bologna. Na stokach właśnie tej góry uczył się narciarskiego fachu pochodzący z tych okolic Alberto Tomba. Wielki mistrz alpejskich slalomów z lat 80. i 90. W swej bogatej karierze „La Bomba” zdobył trzy złote medale olimpijskie oraz dwa tytuły mistrza świata. Wygrał też klasyfikację generalną Pucharu Świata w sezonie 1994/95, jak również ma w swej kolekcji po cztery tzw. małe kryształowe kule za slalom specjalny i slalom gigant. W sumie aż 50 razy triumfował w pucharowych zawodach, choć specjalizował się tylko w dwóch konkurencjach. Tym niemniej na starcie wspinaczki nie miałem zimowych skojarzeń. Mimo, że startowałem bardzo wcześnie czyli o godzinie 8:11 powietrze było już nagrzane do 26 stopni. Jako się rzekło podjazd jest bardzo długi. Rozpoczyna się w Silli leżącej na wysokości 326 metrów n.p.m. Tym niemniej na pierwszych piętnastu kilometrach jest na tyle łatwy, iż zarówno książka wyścigu z Giro 2004 jak i moja lektura czyli „Passi e Valli in Bicicletta n. 22” liczą go od poziomu 718 metrów n.p.m. To znaczy od wjazdu na drogę SP71 podczas przejazdu przez Villaggio Europa (14,5 km). Do tego momentu średnie nachylenie wynosi ledwie 2,7 %. Muszę przyznać, iż podobnie jak na Monte Cimone spory fragment tego wzniesienia pojechałem innym szlakiem niż „profi” przed dziesięciu laty. Zawodowcy na początku czwartego kilometra skręcili w kierunku Gaggio Montano by następnie przejechać przez Gabbę, Querciolę i dotrzeć do Villaggio Europa od strony północnej. Tymczasem ja uparcie trzymałem się drogi SP324, wobec czego do miejscowości tej dojechałem od strony południowej. Po drodze minąłem największą miejscowość tej gminy czyli Lizzano al Belvedere, która może się pochwalić efektownym kościołem wybudowanym w stylu bizantyjskim. Na tym zasadniczo łagodnym wzniesieniu zdarzały się krótkie odcinki zjazdu, najdłuższy z nich pod koniec ósmego kilometra. W połowie dziesiątego kilometra stało się ono nieco bardziej konkretne, albowiem kolejne 5 kilometrów miało już średnio 4,3 %.

Dopiero jednak po ostrym zakręcie w połowie piętnastego kilometra podjazd nabrał bardziej górskiego charakteru, choć wciąż był nierówny. Najpierw 3,5 kilometra o średnim nachyleniu 6,1 %. Na tym odcinku przejechałem się przez Maenzano (15,3 km) i nieco większe Vidiciatico (16 km). Mimo wczesnej pory ta druga miejscowość była już nieźle ożywiona. Na zjeździe odkryłem, że ta odświętna atmosfera związana była z górskim biegiem, którego start wyznaczono właśnie w tej wiosce. Na kilkaset metrów przed La Ca’ (18,5 km) droga znów się wypłaszcza. Na początku dwudziestego kilometra wjeżdża na teren utworzonego w roku 1988 Parku Regionalnego Corno alle Scale. Nieco dalej na wysokości Torlaino (19,5 km) skręca na południe. W tej okolicy przez około kilometr trzeba się było nieco sprężyć, po czym na około półtora kilometra znów zrobiło się płasko. Kolejną miejscowością na tym szlaku jest Ca’ di Gianninoni (20,6 km). Następny krótki odcinek wspinaczki zaczął się za mostkiem nad rzeczką Ri (22 km). Miał on ledwie 1200 metrów długości, lecz o średnim nachyleniu 8,2 %. Potem na dojeździe do Madonna dell’Acero (24,3 km) teren mieszany czyli 500 metrów przy średniej 2,6 % oraz 600 metrów ze stromizną 9,5 %. Niemniej to wszystko jest tylko przygrywką do trudnego finału. Ta góra jest jak skorpion, gdyż w swym ogonie skrywa kolec jadowy. Na wysokości powstałego w początkach XVI wieku sanktuarium Matki Boskiej Klonowej droga odbija w lewo i niemal od razu zaczyna się piąć ostro pod górę. Kolejne 2500 metrów prowadzące do znajdującego się na wysokości 1424 metrów n.p.m. Rifugio Cavone (26,8 km) ma średnie nachylenie 9,8 %. Co więcej w ramach tego odcinka trzeba pokonać cały kilometr o stromiźnie 12,9 %. Po blisko 25 kilometrach przejechanych ze średnią prędkością powyżej 20 km/h nagle musiałem się pogodzić z mozolną wspinaczką w tempie 10-12 km/h. Taka zmiana rytmu potrafi być zabójcza, a przynajmniej ciężka do przełknięcia. Po dojechaniu do strefy wypoczynkowej ulokowanej wokół niewielkiego stawu oraz wspomnianego schroniska miałem jeszcze do pokonania finałowy kilometr o średniej 7,9 %. Na tym odcinku minąłem hotelik Lo Chalet i budynki gospodarcze należące do ośrodka narciarskiego Corno alle Scale. Z braku tablic drogowych w drodze powrotnej na tle jednego z nich zrobiłem sobie pamiątkowe zdjęcie. Dwieście metrów przed finałem przejeżdża się jeszcze przez krótki tunel. Asfalt dochodzi bezpośrednio pod stok narciarski. Ja jednak zatrzymałem się nieco wcześniej, gdyż podjazd kończy się na wysokości miejscowej szkółki narciarskiej.

Całą wspinaczkę o długości niemal 27,9 kilometra i średnim nachyleniu 4,2 % przejechałem w czasie 1h 29:39 czyli z przeciętną prędkością 18,7 km/h. Pomimo, że wzniesienie to było niemal o półtora kilometra dłuższe od Monte Cimone (Pian Cavallaro) jego pokonanie zajęło mi mniej czasu. Wszystko za sprawą mniejszego przewyższenia czyli 1177 metrów i tym samym łagodniejszego profilu tego podjazdu. Czy to dobry wynik trudno było ustalić w bazie wyników zarejestrowanych na strava.com. Pełen podjazd w takim kształcie przejechało jak dotąd tylko 10 użytkowników tego programu. Lepiej mogłem się ocenić porównując czasy z niektórych fragmentów tego wzniesienia. Wyszło całkiem nieźle. Dla przykładu 8-kilometrowy odcinek z La Ca’ do Rifugio Cavone przejechałem w 32:06 (avs. 15,0 km/h) co daje mi 15 miejsce pośród 87 osób. Natomiast najbardziej strome 2200 metrów od Madonna dell’Acero do owego schroniska pokonałem w czasie 12:19 (avs. 10,8 km/h) co jest 13 wynikiem wśród 102 zarejestrowanych czasów. Na szczyt dotarłem około 9:40. Pokonanie długiego zjazdu, uwzględniając łagodny profil tego wzniesienia i wszystkie foto-przystanki, zajęło mi pewnie dobrą godzinę. W sumie przejechałem 56 kilometrów o łącznym przewyższeniu 1293 metrów. Do B&B Ca de Taruffi dotarłem około wpół do dwunastej. Wziąłem szybki prysznic i około południa zaczęliśmy się pakować. Uprzejmi gospodarze bynajmniej nas nie poganiali. Teoretycznie mieliśmy się wymeldować do godziny jedenastej, a w praktyce gościnne progi tej willi opuściliśmy około trzynastej. Do przejechania mieliśmy niemal 1700 kilometrów. Na szczęście w zdecydowanej większości po włoskich, austriackich i niemieckich autostradach. Jedynie początkowy odcinek do Bolonii i polski fragment trasy między Kołbaskowem a Gdańskiem nas spowalniał. Do Trójmiasta dotarliśmy w poniedziałkowy poranek przed szóstą. Na swoim górskim szlaku od San Marino po Corno alle Scale przejechałem w sumie 1275 kilometrów o łącznej amplitudzie 37.346 metrów. W ciągu osiemnastu dni udało mi się zdobyć 37 nowych wzniesień, z których 34 miało przewyższenie co najmniej 500 metrów, zaś 20 więcej niż 1000. Dario na tym polowaniu ustrzelił aż 30 górek, w tym 15 „olbrzymów”. Dla mnie osobiście była to bodaj trzecia najtrudniejsza wyprawa w życiu. Chyba tylko o rok wcześniejsza Route des Grandes Alpes oraz 18-dniowa wycieczka po włoskich Alpach z czerwca 2008 roku (z racji startów w trzech wysokogórskich Gran Fondo) kosztowały mnie więcej sił. Dlatego też na pierwszy dłuższy trening po powrocie wybrałem się dopiero w niedzielę 13 lipca. W tygodniu robiąc sobie tylko godzinną przejażdżkę w środowe popołudnie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/167654697

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/167654697

ZDJĘCIA

Monte Cimone / Pian Cavallaro

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: torrente San Leo

Wysokość: 1861 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1394 metry

Długość: 26,5 kilometra

Średnie nachylenie: 5,3 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL

OPIS

Nasza wielka podróż przez Apeniny miała się ku końcowi. Do przejechania pozostały tylko dwa weekendowe odcinki. Moja forma fizyczna szła w górę. Jednak narastało zmęczenie psychiczne. Już ponad dwa tygodnie byliśmy w drodze i niemal codziennie byliśmy zmuszeni do przeprowadzki. Chociaż dystanse i prędkości mieliśmy zgoła amatorskie to przy takim programie wycieczki mogliśmy sobie wyobrazić co czuje kolarski „profi” w trzecim tygodniu Wielkiego Touru. Męczyły nas kolejne transfery samochodowe, często dzielone na trzy krótsze odcinki. Do tego „strefy bufetu” nieregularne i niekiedy z mizerną ofertą kulinarną. To była cena jaką musieliśmy zapłacić za podbój północnej i środkowej części Apenin. Z czasem zaczęliśmy twardo stąpać po ziemi, ograniczając swe poznawcze żądze tylko do dwóch celów dziennie. W ostatnim tygodniu od środy do piątku robiliśmy korekty polegające na wyrzuceniu z naszego planu tzw. najsłabszego ogniwa. Potem jeszcze wiele do myślenia dały mi trudy piątkowego dojazdu do Pianostano. Dlatego w programie na finałowy weekend zdecydowałem się dokonać prawdziwej rewolucji. Zamiast wstępnie przewidzianych czterech gór i jednej hopki zostawiłem w nim tylko dwa wzniesienia. Niemniej te najwyższe, największe, najdłuższe czyli po prostu najtrudniejsze. Zatem pod każdym względem najbardziej godne naszej uwagi. Mój wstępny pomysł na etap siedemnasty przewidywał dwa podjazdy w prowincji Parma. Najpierw podjazd z miasteczka Anzola na Passo del Tomarlo (1474 m. n.p.m.) czyli 10 kilometrów o średniej 7,1 %. Potem przejazd do Ghiare i stamtąd wjazd na Passo Sillara (1200 m. n.p.m.) czyli 17,3 kilometra o średniej 5,3 %. W grę wchodził też ewentualnie tj. zamiast Tomarlo podjazd do Lago Calamone (1363 m. n.p.m.) w prowincji Reggio-Emilia czyli 11 kilometrów o średniej 7,3 %. Dodatkowo po dwóch pierwszych górach długi transfer do Bolonii i już wieczorową porą krótki wypad na słynne z semi-klasyku Giro dell’Emilia wzgórze San Luca (258 m. n.p.m.) czyli 2,1 kilometra o średniej 10,4 % i z maksymalną stromizną aż 23 %. Jednak prawdziwie mocne uderzenie szykowałem na sam koniec wyprawy czyli niedzielę. Tego dnia chciałem zdobyć Corno alle Scale czyli najtrudniejszy podjazd prowincji Bolonia oraz Monte Cimone czyli najtrudniejsze wzniesienie w prowincji Modena i całym regionie Emilia-Romagna. Tym samym podczas ostatniego etapu mielibyśmy do pokonania niemal 110 kilometrów dystansu i ponad 2500 metrów przewyższenia.

Przyznam, że przebieg naszej eskapady wyleczył mnie z tego rodzaju mocarstwowych ambicji. Przynajmniej z dwóch względów wolałem skasować w całości sobotni odcinek, zaś etap niedzielny rozbić na dwa niezależne kawałki. W temacie sobota naszym wrogiem była geografia północnych Apenin. Przejazdy z Mandroli do Anzoli i następnie do Ghiare jedynie pozornie wyglądały na niedługie. W praktyce najkrótsze połączenia drogowe pomiędzy tutejszymi dolinami prowadzą przez tereny górzyste czyli są zarówno ciężkie jak i czasochłonne. Po drugie jeśli chodzi o niedzielę to sześć godzin na rowerze tuż przed kilkunastogodzinną trasą powrotną do Polski wydało się być nazbyt śmiałym pomysłem. Dlatego też postanowiliśmy pojechać z Mandroli prosto do Sasso Marconi, by będąc już zameldowani w B&B Ca’ De Taruffi wyruszyć bez bagaży na podbój Monte Cimone. Mieliśmy do pokonania aż 184 kilometry, lecz w zdecydowanej większości po autostradzie A1, co miało nam zająć mniej niż dwie godziny. Wyjechaliśmy z Agriturismo Mandrola około godziny jedenastej. Tuż po starcie czyli jeszcze na zjeździe do drogi krajowej SS45 napotkaliśmy z minuty na minutę rosnącą grupkę miejscowych amatorów kolarstwa, którzy zbierali się na weekendową przejażdżkę po wzgórzach wokół Piacenzy. My wyjątkowo zostawiliśmy sobie górskie harce na późne popołudnie. Do Sasso Marconi dojechaliśmy około 13:30. To miasteczko znane było niegdyś jako Praduro e Sasso. W 1938 roku nadano mu obecną nazwę celem uczczenia fizyka Guglielmo Marconiego, który urodził się w pobliskiej Bolonii i zasłynął jako jeden z wynalazców radia. Nasz ostatni nocleg mieliśmy spędzić w dużej wilii, w której wynająłem pokój ze śniadaniem za cenę 65 Euro. Dzień był upalny, więc pozwoliliśmy sobie na sjestę pod dachem Ca’ De Taruffi. Dopiero po szesnastej zeszliśmy do samochodu. Z dwóch wzniesień, które pozostały nam do przejechania na sobotę wybrałem Monte Cimone jako wzniesienie bardziej oddalone od miejsca naszego noclegu. W niedzielę chciałem mieć krótszy dojazd do podnóża góry, aby wyrobić się z całym zadaniem przed południem i wziąć prysznic przed czekającą nas długą podróżą.

Monte Cimone to najwyższa góra północnych Apenin. Wznosi się na wysokość 2165 metrów n.p.m. i leży na terenie Parco Regionale dell’Alto Appennino Modenese, utworzonego w roku 1988 i znanego też pod nazwą Parco del Frignano. Ponoć z żadnego innego miejsca we Włoszech nie można objąć okiem równie wielkiej przestrzeni. Przy optymalnych warunkach pogodowych z wierzchołka tej góry można dostrzec zarówno Alpy na północy jak i Korsykę na południu, zarazem Morze Tyrreńskie na zachodzie i Adriatyk na wschodzie. Z kolei we wnętrzu góry ukryto obiekty wojskowe, więc w okresie Zimnej Wojny wejście na ten szczyt było zabronione. Oczywiście nie sposób tam wjechać rowerem szosowym. Niemniej i tak można się wdrapać bardzo wysoko, gdyż asfalt kończy się na wysokości 1861 metrów n.p.m. w miejscu zwanym Pian Cavallaro. Podjazd zaczyna się niemal 1400 metrów niżej, na moście ponad potokiem San Leo. Niespełna cztery kilometry przed miasteczkiem Fanano. Aby dojechać do tego miejsca musieliśmy pokonać samochodem niespełna 65 kilometrów. Najpierw dłuższy odcinek drogą SS64 w kierunku południowym, aż do zjazdu na miasteczko Silla. Potem kawałek krótszy w kierunku zachodnim, lecz już górzystą drogą SP324. Tymczasem już sama jazda po drodze krajowej nie należała do przyjemności. Droga okazała się pagórkowata i nad wyraz kręta. Darek po 35 kilometrach jazdy w roli pasażera miał dość. Postanowił zrezygnować z dalszej podróży samochodem i wrócić do Sasso Marconi na rowerze. Tym samym zamiast kolejnej wspinaczki zrobił sobie ponad godzinny rozjazd. Dla mojego kompana był to już ostatni etap tej podróży. Ja ruszyłem dalej i przeoczyłem zjazd na Sillę, więc jakiś kwadrans straciłem na błąkanie się wokół uzdrowiska Porretta Terme. Ostatecznie do podnóża Monte Cimone dojechałem krótko przed osiemnastą i zaparkowałem auto jakieś kilkaset metrów za wspomnianym mostem. Według „Passi e Valli in Bicicletta no. 22” miałem do pokonania podjazd o długości 25,3 kilometra przy średnim nachyleniu 5,5 % (max. 15,2 %) i przewyższeniu 1394 metrów. Pod względem przewyższenia pośród wzniesień wcześniej przez nas przejechanych tylko Blockhaus wyraźnie nad nim górował. Campo Imperatore było nieco większe licząc z poziomu Paganiki, zaś słynna Sella Leonessa (Terminillo) była niemal identyczna.

Giro d’Italia nigdy nie dotarło na Pian Cavallaro. Ta przyjemność zdaje się być zarezerwowana przede wszystkim dla amatorów kolarstwa. Tym niemniej dwukrotnie etapy tego wyścigu kończyły się na tym podjeździe, tyle że na niższym pułapie. W 1971 roku kolarze dotarli do Pian del Falco czyli na wysokość 1346 metrów n.p.m. Na etapie rozpoczętym w Forte dei Marmi tzn. toskańskim kurorcie nad Morzem Liguryjskim trzeba było też pokonać wzniesienia Cipollalo i Radici. Na mecie tego docinka pierwszy był Hiszpan Jose-Manuel Fuente, który o 3 sekundy wyprzedził Włocha Lino Farisato oraz o 17 sekund Szweda Erika Petterssona. Co ciekawe cały wyścig wygrał starszy brat tego ostatniego czyli Gosta Pettersson. Po wielu latach organizatorzy Giro zaserwowali „profim” nieco dłuższą wspinaczkę. Giro z roku 2014 mieliśmy świeżo w pamięci. Metę dziewiątego etapu z Lugo do Sestoli usytuowano na Passo del Lupo czyli na wysokości 1548 m. n.p.m. Kilka tygodni przed własną próbą miałem nawet okazje komentować ten etap w naszym Eurosporcie. Tym razem finałowy podjazd został poprzedzony niegroźnymi pagórkami: Sant’Antonio i Rocchetta Sandri. Na czele stawki do dotarli do mety dwaj uciekinierzy. Wygrał Holender Pieter Wenning przed Włochem Davidem Malacarne. Trzeci ze stratą 42 sekund finiszował Włoch Domenico Pozzovivo, który jako jedyny z asów zdecydował się na śmielszą pogoń za harcownikami. Pozostali faworyci przyjechali razem w 23-osobowej grupie, którą przyprowadził Włoch Diego Ulissi. Na dziewiątym miejscu finiszował nasz Rafał Majka. Gdy o godzinie 18:03 ruszałem pod górę wciąż było ciepło tzn. 27 stopni. Tym niemniej półtorej godziny później i niemal półtora tysiąca metrów wyżej nie mogłem liczyć tak cieplarniane warunki. Podjazd jest trudny nie tylko za sprawą długości i przewyższenia, lecz także z powodu dwóch trudnych odcinków, które zmuszają do wyraźnej zmiany rytmu. Klasyczna trasa wiedzie przez Sestolę, ośrodek narciarski położony na wysokości około 1020 metrów n.p.m. Tym niemniej można też skorzystać z alternatywnego południowego szlaku przez wioskę Canevare. Ta opcja jest o jakieś 3400 metrów krótsza od wersji podstawowej i ma z nią tylko dwie części wspólne tzn. początkowy odcinek do Fanano oraz finał od poziomu Lago della Ninfa.

Ja wybrałem klasykę, lecz przypadkowo potrafiłem jej nadać swój prywatny charakter. Początek miałem równy i szybki. Po przejechaniu kilometra minąłem rondo na styku z drogą SP4. Pod koniec czwartego kilometra dotarłem do Fanano (3,7 km). Cztery kilometry dalej minąłem tereny Monte Cimone Golf Club (7,7 km). Po przejechaniu 9,7 kilometra dojechałem do dużego ronda pomiędzy miejscowościami Lama di Sopra i Madonna di Poggioraso. Trzysta metrów dalej widząc pierwsze znaki na Pian del Falco zjechałem z drogi SP324. Cały ten odcinek o skromnym nachyleniu 4,55 % przejechałem ze średnią 19,9 km/h. Dziś wiem, że aby pokonać książkową wersję podjazdu powinienem był pozostać na tej drodze jeszcze przez kolejne 1700 metrów. Następnie pod koniec dwunastego kilometra miałem zjechać ku centrum Sestoli i jadąc dalej przez osady Ca d’Albino i La Gondolina dotrzeć na Pian del Falco od północy. Prawdopodobnie z tej drogi skorzystali w tym roku uczestnicy Giro. Tymczasem ja przejechałem przez wschodnie obrzeża Sestoli. W drugiej połowie dwunastego kilometra miałem nawet kilkaset metrów zjazdu. Następnie wjechałem do lasu na wysokości Casa Ronco i na Pian del Falco (16,5 km) dojechałem od strony południowej jadąc po via Passerino. Tym sposobem wydłużyłem sobie cały podjazd o 1200 metrów. Tym niemniej również na moim odcinku dojazdowym do Polany Sokoła nie brakowało 15 %-owej stromizny. Kolejne cztery kilometry doprowadziły mnie na Passo del Lupo (20,6 km), gdzie siedem tygodni wcześniej triumfował kolarz Orica-Greenedge. Tu musiałem wybrać drogę w lewo ku Lago della Ninfa (21,5 km). Jezioro leży jakieś 45 metry niżej niż przełęcz, więc ten krótki odcinek był z gruntu zjazdowy. Minąłem znajdujące się po prawej stronie schronisko z restauracją oraz bramę do Adventure Park Cimone, a także dochodzącą z lewej strony drogę od Canevare. Pojechałem prosto i po chwili wjechałem na niewielki plac, który przez moment wyglądał mi na koniec drogi. Jednak szybko spostrzegłem, że w lewo za szlabanem odchodzi z tego placu węższa dróżka (21,9 km). Nie miałem wątpliwości, że to już początek finałowego odcinka całej wspinaczki. Liczy on sobie 4,5 kilometra i ma średnie nachylenie 7,7 %. Tylko fragment przed Pian del Falco stawia na tej górze wyższe wymagania.

Kilkaset metrów dalej napotkałem przeszkodę. Strażnicy parku postawili w poprzek drogi płot z zakazem przechodu i przejazdu. Tymczasem według moich informacji cykliści mieli prawo wjazdu na samą górę. Jedynie samochody musiały się zatrzymać przy Lago della Ninfa. Poza tym nie po to przejechałem tysiące kilometrów z ziemi polskiej do włoskiej by łatwo rezygnować ze zdobycia jednej z najciekawszych gór w całych Apeninach. Przecisnąłem się boczkiem aby zbadać sytuację. Zagadka wyjaśniła się na najbliższym zakręcie. W przepaść osunał się lewy skraj drogi. Niemniej po prawej stronie wciąż było dość miejsca by spokojnie ominąć to niebezpieczne miejsce swym jednośladem. Z lasu wyjechałem na dobre po przejechaniu 23,3 kilometra. Kilkaset metrów dalej minąłem fontannę Bedini (23,7 km) skąd miałem ładny widok na wierzchołek góry. Jak na złość kilkanaście minut później gdy dotarłem do końca tej drogi to szczyt schował się już w chmurach. Na ostatnich trzech kilometrach szosa wiła się wśród soczyście zielonej górskiej łąki. Osiemset metrów przed finałem minąłem efektowne skałki o nazwie Salto della Capra (25,7 km). Wyżej były już tylko wyciągi narciarskie, anteny telekomunikacyjne i radary lotnicze. Na górze znajduje się też stacja meteo. Jakieś sto metrów przed końcem asfaltu narysowano linię mety. U kresu szosy znajduje się brama do wnętrza góry, zaś w prawo z tego miejsca odchodzi kamienisty dukt, który ujarzmić można tylko na rowerze górskim. Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 26,5 kilometra w czasie 1h 32:16 (avs. 17,2 km/h). Na stravie nie znalazłem wyników z całego podjazdu, a jedynie zestawienia cząstkowe. Moje Pian del Falco czyli odcinek Via Europa o długości 3,7 kilometra zrobiłem w 18:08 co jest piątym czasem pośród 72 rezultatów. Natomiast finałowe 4,4 kilometra przejechałem w 19:43 co daje mi 17 miejsce pośród 175 zdobywców tej góry. Ponieważ na podjeździe było parę odcinków zjazdowych na całym dystansie 53 kilometrów pokonałem przewyższenie 1520 metrów. Do samochodu zjechałem niedługo przed 21:00, więc na koniec dnia czekała mnie nocna jazda do bazy. Po zmroku wolałem uniknąć górzystej SP324, więc wybrałem prowadzącą na północ SP4. Ta opcja była dłuższa, lecz znacznie łatwiejsza. Na wysokości Vignoli wjechałem na SP569 aby dotrzeć do Casalecchio di Reno. Stąd do Sasso Marconi miałem już tylko kilka kilometrów, lecz pozostało mi jeszcze znaleźć w ciemnościach uliczkę prowadzącą do B&B Ca’ De Taruffi. Gdy dotarłem do wilii byłem głodny jak wilk. Na szczęście trwała tam jakaś impreza towarzyska, więc gospodyni i dla mnie przygotowała skromną wieczerzę w sąsiedniej sali.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/167654685

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/167654685

ZDJĘCIA

Monte Penice

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Bobbio

Wysokość: 1446 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1174 metry

Długość: 16,4 kilometra

Średnie nachylenie: 7,2 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

OPIS

Przed nami była wycieczka do Bobbio. Po wcześniejszych doświadczeniach szukaliśmy w atlasie możliwie najłatwiejszej drogi. Jadąc po szosach SP48 i SP186 zjechaliśmy do San Pietro Casasco. Tu już jednak aby nie robić sporego objazdu musieliśmy wybrać SS461 i skierować się na Passo del Penice (1149 m. n.p.m.). Pogoda wciąż była niepewna, choć na razie nie padało. Obawiając się pogorszenia aury zastosowaliśmy fortel godny Onufrego Zagłoby. Wiadomo, że podjazd w deszczu to tylko mała niedogodność, lecz zjazd w takich warunkach to już ciężka próba dla organizmu. Dlatego dojechawszy na „passo” zamiast zjeżdżać do Bobbio wyładowaliśmy się na dużym parkingu przy pomniku mnicha San Colombano. Ten irlandzki misjonarz na przełomie VI i VII wieku wraz z kolegami „chrystianizował” Europę i w 614 roku dotarł w te strony rządzone wówczas przez Longobardów. W Bobbio założył opactwo, zaś na Penice Vetta pierwsze sanktuarium na miejscu dawnej pogańskiej świątyni liguryjskich Celtów. Dziś ten szczyt wieńczy kościółek, którego budowę ukończono w roku 1600. Cały podjazd ma 16,9 kilometra o średniej 7 % i przewyższeniu 1184 metrów. My postanowiliśmy zacząć tą wyprawę od 13-kilometrowego zjazdu z Passo del Penice do Bobbio. W ten sposób mieliśmy większe szanse na zjazd po suchej nawierzchni. Nawet gdyby później spełnił się pesymistyczny scenariusz pogodowy to po zdobyciu góry pozostałoby nam do pokonania w deszczu niespełna cztery kilometry. Oczywiście Giro nigdy nie dotarło na sam szczyt Monte Penice. Tym niemniej przez pobliską przełęcz peleton tego wyścigu przemknął jak dotąd 9 razy. Trzykrotnie w okresie międzywojennym. Po raz pierwszy w 1924 roku na 300-kilometrowym odcinku z Mediolanu do Genui wygranym przez Bartolomeo Aymo. Następne wizyty miały miejsce w latach 1927, 1936 i 1956. Jednym ze zdobywców tej przełęczy był wielki Gino Bartali. W ostatnim półwieczu pięć razy wyznaczano tu linię górskiej premii. Trzykrotnie podjeżdżano od naszej wschodniej strony. W 1964 roku na etapie do Alessandrii wygranym przez Bruno Meallego pierwszy na tej górze był Franco Balmamion. Piętnaście lat później tak na przełęczy jak i na mecie w Vogherze najszybciej zameldował się Szwed Bernt Johansson. Natomiast w sezonie 1981 tak premia jak i etap z finałem w Pavii należały do Szwajcara Daniela Gisigera. Po raz ostatni uczestnicy Giro zameldowali się tu podczas edycji z roku 1989. Na etapie do La Spezii wygranym przez Francuza Laurenta Fignona najwyżej zapunktował Kolumbijczyk Luis Herrera. Tym niemniej przy tej okazji podjeżdżano od łatwiejszej zachodniej strony.

Według „cyclingcols” podjazd rozpoczynający się w Varzi ma 15,4 kilometra przy średniej 4,8 %, zaś nasz wschodni dokładnie 13,3 kilometra o przeciętnej 6,5 %. Niemniej mieliśmy też apetyt na deser czyli finałowe 3,6 kilometra o średniej 8,6 % i max. 15 % w samej końcówce tej wspinaczki. Ponieważ przed zjazdem musiałem wymienić oponę w tylnym kole Dario ruszył nieco wcześniej. Na zjeździe zatrzymywałem się jeszcze na foto-przystankach. Dlatego też minęliśmy się parę kilometrów przed miastem. Mój kompan jechał w dobrym rytmie. Od razu zdałem sobie sprawę, że tym razem nie nadrobię nad nim kilkunastu minut. Ostatecznie do Bobbio zjechałem około 17:50. Strzeliłem jeszcze trzy fotki i byłem gotów do starcia z najtrudniejszym podjazdem w prowincji Piacenza. Początek solidny, acz bez żadnych ekscesów czyli pierwsze trzy kilometry przy średniej 6,4 %. Następnie tu i ówdzie nachylenie spada poniżej 5 %, ale nigdy na dłużej niż 500-600 metrów. Po drodze mija się kilka zjazdów do okolicznych miejscowości tzn. Ceci (3,7 km), Santa Maria (5,3 km) czy Cadelmonte (7,8 km). Jedyną większą osadą na samym szlaku jest położona na początku ósmego kilometra wieś Vaccarezza. Wyżej mija się jeszcze restaurację Chalet de Volpe (10,1 km) oraz nieopodal wzgórza Monte Castello zjazd na drogę SP412 prowadzącą do Romagnese. Przełęcz znajduje się na delikatnym łuku. Sto metrów dalej odbija w lewo finałowy odcinek na Penice Vetta. Czternasty kilometr schowany jest w lesie. Dalej jedzie się w terenie otwartym. Wzdłuż drogi nie brak domów oraz masztów. Pod koniec piętnastego kilometra mija się niewielki kościół i chwilę później budynek koszar. Szczyt góry widoczny jest z oddali. Ponieważ tym razem na szczyt dotarłem drugi załapałem się na filmik, które Dario zwykł kręcić na zdobytych wzniesieniach. Według danych ze „strava.com” całą górę o długości 16,4 kilometra przejechałem w czasie 1h 08:34 (avs. 14,3 km/h) co jest drugim wynikiem pośród zaledwie 24 sklasyfikowanych osób. Większość osób poprzestaje na zdobyciu samej przełęczy. Dla porównania „cronoscalatę” z Bobbio do poziomu Passo del Penice zrobiło 124 użytkowników „stravy”. Mój czas na dystansie 12,9 kilometra czyli 50:50 daje mi wśród nich 17 miejsce. Jak dla mnie był to kolejny konkretny, acz niezbyt długi etap. Tego dnia przejechałem 56,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2014 metrów. Od noclegu w Agriturismo Mandrola dzieliło nas ponad 40 kilometrów. Do przebycia w głównej mierze po „krajówkach” SS461 i SS45. Niemniej kilka ostatnich kilometrów to była znów jazda pod górę wiejskimi dróżkami. Pod dachem tego gospodarstwa zameldowaliśmy się po zmierzchu. Dlatego, że wcześniej zrobiliśmy sobie dłuższy popas w Bobbio wpadając na obiadokolację do jednej z tamtejszych restauracji.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/167654671

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/167654671

ZDJĘCIA

FILM