Giogo della Bala

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Collio

Wysokość: 2129 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1295 metrów

Długość: 21,3 kilometra

Średnie nachylenie: 6,1 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL

OPIS

Na ostatni dzień zostawiłem sobie najwyższe z sześciu uprzednio wybranych wzniesień. Jedyny „dwutysięcznik” znajdujący się w rozsądnej odległości od Lago di Garda. Wybierając profile z „archivio salite” wpisałem ów podjazd na swą listę życzeń jako Dosso dei Galli (2103 m. n.p.m.). Dopiero na miejscu okazało się, że po szosie można tam wjechać nieco wyżej i dotrzeć niemal do Giogo della Bala (2129 m. n.p.m.). Tak czy owak w całej prowincji Brescia jest tylko jedna wyższa droga asfaltowa. To znaczy ta biegnąca ku słynnej Passo di Gavia. Za przywilej zaliczenia tak wysokiej góry musiałem jednak więcej zapłacić. Walutą owej płatności był czas potrzebny na pokonanie przeszło 80-kilometrowej trasy do miasteczka Collio u podnóża tego podjazdu. Miało mi to zająć około półtorej godziny. Tym razem po minięciu Desenzano del Garda musiałem jechać na zachód, na szczęście po dość szybkich krajówkach: SS11dir i SS45bis. Następnie około półmetka wskoczyć na zachodnią obwodnicę Brescii i skierować się na północ. Po objechaniu miasta wjechałem na drogę SP345 i ruszyłem w górę Val Trompia. Jadąc tą dolinę przejechałem przez Sarezzo, Gardone (gdzie minąłem siedzibę producenta broni Beretta), Tavernole sul Mela i Bovegno. Po jednodniowym załamaniu pogoda wróciła do swej słonecznej normy. Nie zdziwiło mnie więc, że co chwila mijałem zmierzających ku górom amatorów kolarstwa. Ludzi w różnym wieku i obojga płci. Na solo, w parach i grupkami. Ze wszystkich napotkanych tu osób spokojnie mógłbym złożyć pół peletonu. Po dojechaniu na miejsce zaparkowałem na Via Gaetano Castiglione, nie dojeżdżając do centrum Collio. Wspinaczkę postanowiłem zacząć nieco niżej, bo przy mostku na rzeką Mela.

Czekał mnie podjazd, który swego czasu uchodził za kluczowy na trasie wyścigu Brixia Tour. W latach 2006-2011 wieńczył on królewskie odcinki tej lipcowej etapówki. W 2006 roku pierwszym zdobywcą tej góry został Kolumbijczyk Felix Cardenas. Po nim wygrywali tu Ukrainiec Rusłan Pidgorny oraz Włosi: Santo Anza, Giampaolo Caruso i Domenico Pozzovivo. Ten ostatni dwukrotnie, rok po roku. Na etapie z sezonu 2009 bliski zwycięstwa był nasz Przemysław Niemiec, który finiszował drugi sześć sekund za zwycięzcą. Dodać można, że „profi” kończyli swą rywalizację na wysokości około 1800-1900 metrów n.p.m. Ja zaś mogłem sobie obejrzeć to wzniesienie w jego pełnym wymiarze. Według profilu podjazd na Dosso dei Galli miał mieć długość 20,2 kilometra przy średnim nachyleniu 6,3 % i przewyższeniu 1269 metrów. Tym razem ruszyłem około wpół do dziesiątej. Na starcie było już 25 stopni Celsjusza Po przejechaniu 500 metrów byłem już w centrum Collio przy kościele Santi Nazario e Colso. Pierwsze trzy kilometry prowadzące wzdłuż Meli były łatwe, więc posłużyły za teren do rozgrzewki. Na tym odcinku minąłem dwie drobne osady: Busanę (1,8 km) i Dalaidi (2,4 km). Podjazd dość drastycznie zmienił swój charakter, gdy tylko dojechałem do wioski San Colombano (3,2 km). Dodatkowo utrudniłem sobie zadanie kierując się wskazówkami pewnego staruszka. Otóż zjechałem z via Maniva i pojechałem przez tą miejscowość na skróty po bardzo stromej Via Dosso Alto. Do początków szóstego kilometra droga wiodła w kierunku północnym ku osadzie Cornel (5,1 km). Tu skręciłem na wschód by na kolejnych trzech kilometrach minąć osady: Stable di Mezzo (6,7 km), Roccarolo (7,8 km) i Cornei (8,1 km). Podjazd cały czas trzymał za solidnym poziomie, za wyjątkiem krótkiego zjazdu w okolicy ósmego kilometra. Następnie na niespełna trzykilometrowym odcinku między Pian della Pietra di Fondo (9,1 km) a skrętem w prawo ku Passo Maniva (12 km) trzeba było zaliczyć aż dziewięć wiraży. Ostatnia prosta do stacji wybudowanej na tej przełęczy (1664 metrów n.p.m.) wyglądała na bardzo stromą. Niemniej mój cel leżał znacznie wyżej, więc pojechałem prosto, by po minięciu Pian dell’Avesso (12,3 km) i Pian della Pietra Alto (13 km) dotrzeć do wirażu przy Rifugio Bonardi (13,4 km).

Następnie po 14 kilometrach minąłem szutrową dróżkę odchodzącą w prawo na szczyt Monte Maniva. W połowie szesnastego kilometra mogłem odpocząć na krótkim zjeździe, lecz już po chwili musiałem się nieźle namęczyć na stromym i wietrznym odcinku ze stromizną dochodzącą do 15 %. Podjazd trzymał, choć już nieco słabiej, jeszcze przez kolejne dwa kilometry. Łatwiej zrobiło się dopiero po dotarciu na Passo Dasdana (18,2 km – 2086 m. n.p.m.). Kolejny odcinek prowadził delikatnie w dół ku Goletto di Ravenola (18,9 km – 2071 m. n.p.m.), a potem krócej acz bardziej stromo pod Dosso dei Galli. Na szczycie tej góry w latach 1969-1995 znajdowała się baza NATO, po której do dnia dzisiejszego pozostały wielkie radary. Dalej szosa odbiła w lewo by po kolejnym, niezbyt trudnym kilometrze dotrzeć na Sella di Auccia (20,6 km – 2103 m. n.p.m.). Gdyby znajdująca się w tym miejscu brama była otwarta mógłbym dotrzeć na szczyt Dosso dei Galli (2197 m. n.p.m.) niejako od zaplecza. Tak jednak nie było, więc pozostałem na drodze SPBS345 i po przejechaniu jeszcze 700 metrów zatrzymałem się na skraju asfaltu. Według danych z Garmina mój podjazd liczył sobie 21,3 kilometra o przewyższeniu netto 1279 metrów (w wersji brutto nawet 1333 metry). Pokonałem go w czasie 1h 28:31 przy średniej prędkości 14,4 km/h. Nie zaryzykowałem dalszej jazdy po gruntowej drodze ku Passo Crocedomini, uczęszczanej przez samochody i motocykle. Tym samym w zasadzie nie dotarłem do Giogo della Bala. Biorąc pod uwagę, iż koniec mojego szlaku znajdował się 24 metry powyżej Sella di Auccia (na profilu nazwanej Dosso dei Galli) zatrzymałem się na wysokości 2127 metrów n.p.m. Ponieważ przy przejeździe przez San Colombano zjechałem na chwilę z głównej drogi to na stravie nie znalazłem swego wyniku z całego wzniesienia. Dolny odcinek czyli 8,4 km przy średniej 8 % od San Colombano do bivio Maniva przejechałem w czasie 40:57 (15 wynik na 124 osoby). Natomiast górny czyli 8,3 km przy średniej 5 % od bivio Maniva do Sella di Auccia „zrobiłem” w 35:16 (20 wynik na 221 osób). Całkiem nieźle jak na rekonwalescenta. Przed zaplanowaną na drugą połowę sierpnia wyprawą do włoskiego Tyrolu mogłem być ostrożnym optymistą.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/362072781

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/362072781

ZDJĘCIA

Goletto di Cadino

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Ponte Prada

Wysokość: 1943 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1332 metry

Długość: 22,9 kilometra

Średnie nachylenie: 5,8 %

Maksymalne nachylenie: 12 %

PROFIL

OPIS

Pomimo mieszkania na lombardzkim brzegu Gardy wszystkie wspólne wycieczki wiodły nas do sąsiedniego regionu Veneto. Z większych miast zwiedziliśmy Wenecję, Weronę, Padwę i Vicenzę. Natomiast z mniejszych miejscowości nad samym jeziorem: Sirmione, Lazise, Torri del Benaco i Peschierę del Garda. Bawiliśmy się też w Acquaparku pod Valeggio sul Mincio jak i słynnym Gardalandzie. Podobnie wyglądał kierunek większości moich sportowych wypadów. Wszystkie cztery wzniesienia, które zdobyłem w lipcu znajdowały się na terenie weneckiej prowincji Werona. Dopiero w pierwszych dniach sierpnia ruszyłem w przeciwnym kierunku tzn. ku górom w lombardzkiej prowincji Brescia. Interesowały mnie wzniesienia wokół ośrodka narciarskiego Maniva, który na kolarskiej mapie zaistniał za sprawą rozgrywanej w latach 2001-2011 etapówki Brixia Tour. Wybrałem do swego „menu” najwyższe szosowe góry w tej okolicy. To znaczy na sobotę wjazd z Ponte Prada na Goletto di Cadino (1943 m. n.p.m.), zaś na niedzielę jedyny „dwutysięcznik” w trakcie tej całej podróży czyli wspinaczkę z Collio na Giogo della Bala (2129 m. n.p.m.). Ta pierwsza góra już pięciokrotnie wystąpiła w Giro d’Italia, choć tylko dwa razy usytuowano na niej linię górskiej premii. Podczas trzech pierwszych okazji tzn. w latach 1970, 1976 i 1982 organizatorzy tego wyścigu punkty do klasyfikacji górskiej przyznawali za zdobycie pobliskiej Passo Crocedomini (1892 m. n.p.m.). Tym niemniej jedyna asfaltowa droga łącząca Val Sabbia na wschodzie z Val Camonica na zachodzie wiedzie przez obie sąsiadujące z sobą przełęcze. Stąd wniosek, że Goletto di Cadino przejechano od zachodu na etapie do Malcesine z roku 1970 oraz od wschodu na odcinkach do Bergamo i Boario Terme z lat 1976 i 1982. Etap sprzed 33 lat omal nie pogrzebał szans Bernarda Hinault na drugie zwycięstwo w Giro. „Borsuk” stracił tu ponad dwie minuty do czwórki swych najgroźniejszych rywali z Silvano Continim na czele. Pod własnym szyldem góra ta pokazała się na „La Corsa Rosa” dopiero u schyłku XX wieku. Najpierw w sezonie 1997 na etapie do Edolo, gdy pierwszy na szczycie zameldował się utytułowany Gianni Bugno oraz rok później na kluczowym dla losów wyścigu odcinku do Plan di Montecampione. Przy tej okazji premię górską wygrał tu Szwed Niklas Axelsson.

Podjazd na Goletto di Cadino mogłem zacząć na wysokości 454 metrów n.p.m. z poziomu wioski San Antonio położonej na zachodnim brzegu niewielkiego Lago d’Idro. Stąd do szczytu miałbym niemal 30 kilometrów, ale po pierwszych pięciu kilometrach wspinaczki zaliczyłbym też półtorakilometrowy zjazd. Dlatego postanowiłem wystartować z Ponte Prada (611 m. n.p.m.) to jest z miejsca, od którego droga znosi się już nieprzerwanie. Aby tu dotrzeć przejechałem autem około 70 kilometrów. Z początku jadąc wzdłuż południowo-zachodniego brzegu Gardy przez Desenzano del Garda i Padenghe sul Garda. Następnie przejechałem w pobliżu Salo, gdzie na Mistrzostwach Świata z 1962 roku po tęczową koszulkę wśród „profich” sięgnął nasz rodak w trójkolorowych barwach Jean Stablinski. Dalej zaś trzymałem się drogi krajowej SS237, by w samej końcówce wskoczyć na SP669. Dogodne miejsce do zaparkowania znalazłem dopiero tuż przed Bagolino. Dlatego swoją rowerową wycieczkę zacząłem od zjazdu po Via San Giorgio. Po przejechaniu 1800 metrów zatrzymałem się nieopodal Ponte Prada, dokładnie zaś na styku drogi św. Jerzego z Via Mignano. Tradycyjnie już wspinaczkę zacząłem około godziny dziewiątej. Niemniej tym razem przy temperaturze ledwie 18 stopni i pod mocno zachmurzonym niebem. W połowie trzeciego kilometra przejechałem przez wyłożone kostką centrum Bagolino (2,4 km), zaś nieco dalej minąłem miejscowy cmentarz przy Via San Rocco (3,1 km). Na piątym kilometrze trasa była niemal płaska. Po przejechaniu 5,1 kilometra dotarłem do miejsca, gdzie moja droga połączyła się z nieco szerszą SPBS669 będącą swego rodzaju obwodnicą Bagolino. Pod koniec szóstego kilometra pokonałem dwie pierwsze serpentyny. Już w tym miejscu podjazd stał się wymagający, lecz jeszcze trudniejszy okazał się na przełomie ósmego i dziewiątego kilometra w okolicy Ponte Desare (max. 16,7 % po 7,6 km od startu). Po przejechaniu 10,4 kilometra dotarłem do miejscowości Val Dorizzo u wlotu do której stoi kaplica pod wezwaniem św. Antoniego. Przez kilkaset metrów można tu było odpocząć, po czym znów zrobiło się trudniej za Ponte della Valle (10,8 km).

Droga nadal wiodła w kierunku północnym wzdłuż rzeczki Caffaro. Na piętnastym kilometrze minąłem wyciągi schodzące ze zbocza wzgórza Misa (14,7 km). Kilkaset metrów dalej byłem już w ośrodku narciarskim Gaver (15,4 km). W tym miejscu zaczęła się ostatnia 7,5-kilometrowa tercja tego wzniesienia. Szosa stała się węższa by wkrótce na przeszło cztery kilometry wkroczyć do lasu. Poza tym na odcinku 3400 metrów między mostkiem w połowie siedemnastego kilometra i Goletto di Gavero (19,8 km – 1795 m. n.p.m.) naliczyłem w sumie dziewięć serpentyn. Potem miałem krótki zjazd do Malga Cadino della Bianca (20,6 km), gospodarstwa rolnego nad potokiem Sanguinera. Finał to odcinek o długości 2300 metrów, prowadzący najpierw przez cztery serpentyny, zaś później niemal prosto wzdłuż górskiego zbocza. Wspinaczka kończy się na zakręcie w prawo, po którego wewnętrznej stronie stoi skromny krzyż. Cały podjazd o długości 22,9 kilometra i średnim nachyleniu 6,4 % pokonałem w czasie 1h 26:53 czyli ze średnią prędkością 15,8 km/h. Na stravie najdłuższy odcinek jaki znalazłem to 19,8 km między Bagolino a szczytem. Przejechałem go w 1h 17:23 z przeciętną 15,4 km/h i VAM 890 m/h. Ten wynik daje mi na razie 15 miejsce pośród 215 zarejestrowanych osób. Co ciekawe nikt nie złamał tu jeszcze bariery 1000 m/h. Wjechawszy na Goletto di Cadino postanowiłem pokonać kolejne 1100 metrów by dotrzeć na Passo Crocedomini. Przełęcz tą zdobyłem od przeciwnej strony (po starcie w Breno) wraz z Piotrem Mrówczyńskim w pewien upalny czerwcowy dzień roku 2008. Siedem lat później nie miałem tyle szczęścia do pogody. W drodze powrotnej ku Bagolino ulewa zaskoczyła mnie już na wysokości Malga Cadino della Bianca. Przy minimalnej temperaturze 11 stopni zjazd nie należał, więc do przyjemności. Już po kilku kilometrach takiej jazdy bylem zziębnięty i przemoczony. Zjechawszy do Gaver schowałem się na czas jakiś w barze „Blumonbreak”. Pod dachem tej gospody poratowałem się gorącą czekoladą, zaś uprzejmy gospodarz wydał mi pewną ilość papierowych ręczników. Pomimo tego z tej wycieczki przywiozłem nie tylko garść nowych wrażeń, lecz i drobne przeziębienie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/362072780

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/362072780

ZDJĘCIA

Valico Branchetto

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Stallavena

Wysokość: 1591 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1358 metrów

Długość: 26,5 kilometra

Średnie nachylenie: 5,1 %

Maksymalne nachylenie: 13,5 %

PROFIL

OPIS

W czwartek o poranku czekało mnie małe dejavu, gdyż dojazd do podnóża czwartej góry miałem niemal identyczny z wtorkowym wypadem pod Malga Lessinia. Jedyna różnica była taka, że mogłem się zatrzymać jakieś trzy kilometry wcześniej. Po dojechaniu do Stallaveny zaparkowałem przy via Prealpi na wysokości miejscowego „orlika”. Tego dnia miałem zaliczyć ponad 26-kilometrowy podjazd pod Valico Branchetto leżące na wysokości 1591 metrów n.p.m. Dłuższy, większy, nieco wyższy i przede wszystkim znacznie trudniejszy od mojej pierwszej przygody w Monte Lessimi. Autorzy „archivio salite” wycenili to wzniesienie na 903 punkty, zaś wtorkową Malga Lessinia tylko na 714 i to łącznie z szutrową końcówką, którą ostatecznie sobie podarowałem. Ponieważ dojazd do Stallaveny miałem już wcześniej opracowany wszystko poszło szybko i sprawnie. Znów około dziewiątej było gotów do jazdy. Do miejsca, w którym wyznaczyłem sobie start tej wspinaczki musiałem podjechać kilkaset metrów. Licznik włączyłem przy zjeździe z Via Prealpi w odchodzą szerokim łukiem w prawo drogę SP6. Po prawej stronie ulicy miałem sklep Carrera Jeans. Kolarskim kibicom z nieco dłuższym stażem tej marki przedstawiać nie trzeba. Napomknę tylko, że ta firma sponsorowała w latach 1984-1996 jedną z najsilniejszych ekip zawodowego peletonu. Przewinęło się przez nią wiele gwiazd, nie tylko włoskiego kolarstwa. Pośród nich Roberto Visentini zwycięzca Giro d’Italia z roku 1986 oraz Irlandczyk Stephen Roche, który w sezonie 1987 wygrał dla tych barw Giro i Tour de France, a poza tym zdobył tytuł mistrza świata. W stylizowanych na dżinsy spodenkach jeździli też Claudio Chiappucci i Marco Pantani. „Diabeł” przez niemal całą swą karierę, zaś „Pirat” przez jej pierwsze cztery lata. Członkiem pierwszej ekipy Carrera był też w latach 1984-85 Czesław Lang.

Pierwsze kilometry podjazdu prowadziły po szerokiej drodze. Stromizny może nie było widać, ale można ją było poczuć w nogach i płucach. Poza tym droga była ruchliwa, więc jechałem przy akompaniamencie samochodowych i motorowych silników. Przez pierwsze dwa kilometry szosa wiodła na południe, po czym skręciła na północny-wschód. W połowie piątego kilometra przejechałem przez Rosaro (4,5 km), zaś na początku siódmego minąłem zjazd ku wiosce Azzago 6,1 km). Jeszcze kilkaset metrów i najtrudniejszą kwartę całego wzniesienia, w tym chwilowe stromizny do 12,5 %, miałem już za sobą. Wkrótce dojechałem do położonego na wysokości 730 metrów n.p.m. Cerro Veronese (8,7 km). Miejscowość ta ma niemal 2,5 tysiąca mieszkańców, zaś jej najsłynniejszym „synem” jest Damiano Cunego triumfator Giro z roku 2004. Chyba wszyscy mamy w pamięci swoistą rewolucję pałacową jaką „Mały Książe” przeprowadził w ekipie Saeco dystansując wówczas nie tylko swych zdeklarowanych rywali, ale też swego nominalnego „szefa” Gilberto Simoniego. Tym niemniej godzi się jeszcze przypomnieć, że Cunego wygrał też trzykrotnie klasyk Giro di Lombardia (2004, 2007 i 2008) oraz został wicemistrzem świata podczas czempionatu rozgrywanego wokół Varese (2008). Okolice Cerro Veronese były zdecydowanie najłatwiejszym odcinkiem tego podjazdu. Trudniej zrobiło się znów pod koniec dwunastego kilometra jeszcze przed dotarciem do Corbiolo (12,5 km). Jadąc dalej główną droga dotarłem w końcu do Santa Margherita (16,2 km) położonej u progu Bosco Chiesanuova, najważniejszej miejscowości na tym szlaku. Już trzykrotnie gościła ona uczestników Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1957 roku gdy czasówkę wygrał Luksemburczyk Charly Gaul. Rok później etap ze startu wspólnego padł łupem Włocha Ercole Baldiniego. W końcu zaś w 1979 roku najszybciej dotarł tu Szwed Bernt Johansson. Co więcej w miasteczku tym urodziła się Paola Pezzo, mistrzyni MTB – złota medalistka olimpijska z Atlanty i Sydney oraz mistrzyni świata z lat 1993 i 1997.

Chcąc przejechać przez centrum tego miasteczka, skręciłem w Via Sant’Antonio i tym samym na jakiś czas rozstałem się z szosą SP6. Dojechawszy do miejscowej starówki (16,9 km) przejechałem plac na wprost kierując się na Via Monti Lessini. W połowie osiemnastego kilometra byłem już z powrotem na prowincjonalnej „szóstce” i wkrótce minąłem osadę Larici (18 km). Dwa kilometry dalej przejechałem obok gospodarstw rolnych przy wiosce Grietz (20 km). Za nią przyszła pora na kilkusetmetrowy zjazd. Ostatnia faza podjazdu zaczęła się około 5 kilometrów przed szczytem. Po drodze było parę malutkich osad: Coville (21 km) i Maregge (21,4 km). Następnie przez dobry kilometr jechałem wzdłuż granic Parco Naturale Regionale della Lessinia, ostatecznie wjechawszy na jego teren na wysokości Tracchi (22,8 km). Po przejechaniu 23,6 kilometra minąłem zjazd w lewo na Rifugio Bocca di Selva. Wyżej było jeszcze parę porzuconych latem zabudowań w połowie 25-tego kilometra. Potem już tylko finałowy odcinek z trzema serpentynami i łagodnym zakrętem w lewo na sam koniec. Kulminację wzniesienia nie sposób przeoczyć dzięki sporych rozmiarów tablicy. Trafił się nawet jakiś dobry człowiek, który zrobił mi zdjęcie na jej tle. Po drugiej stronie przełęczy widać było leżącą na wysokości 1498 metrów n.p.m. stację narciarską San Giorgio. Cały podjazd o długości 26,2 kilometra przejechałem w czasie 1h 30:26 przy średniej prędkości 17,4 km/h i skromnym VAM 862 m/h. Niemniej ów niski wskaźnik tłumaczyło średnie nachylenie na poziomie 5,1 %, w tym kilka niemal płaskich kilometrów. Na stravie nie mam swojego wyniku z całego wzniesienia. Zapewne dlatego, że w okolicy Bosco Chiesanouva zjechałem na ponad kilometr z oficjalnego szlaku. Znalazłem za to dwa większe rezultaty cząstkowe. Po pierwsze odcinek 6,7 kilometra przy średniej 4,8 % między Cerro Veronese a Bosco Chiesanuova, który przejechałem w 21:53 (av. 18,5 km/h). Po drugie 8,5 kilometra przy 5,1 % między Bosco a Valico Branchetto „zrobione” w 30:50 (av. 16,8 km/h). Zważywszy, iż oba fragmenty trasy miały podobne nachylenie stwierdzić muszę po fakcie, że w końcówce nieco osłabłem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/362072748

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/362072748

ZDJĘCIA