Riva di Tures

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Campo Tures

Wysokość: 1675 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 808 metrów

Długość: 12,1 kilometra

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL

OPIS

Przy Lago di Neves spędziliśmy około dwudziestu minut. Jako pierwszy w dół popędził Romek, któremu cały zjazd zajął 25 minut. Dla niego było to już ostatnie wzniesienie, albowiem umówił się z Arturem na szybszy powrót do kraju. Nasi koledzy z Mazowsza chcieli ruszyć jeszcze w niedzielne popołudnie. Ja tradycyjnie zjeżdżałem najwolniej, zatrzymując się na zdjęcia w co ciekawszych dla oka miejscach. Na drugim kilometrze zjazdu minąłem się z Danielem, Darkiem i Rafałem nieśpiesznie zdążającymi do swej ostatniej premii górskiej. Do drogi krajowej dotarłem kwadrans po czternastej. Następnie odbiłem w lewo czyli w górę Valle Aurina. Przejechałem jakiś kilometr w kierunku Campo Tures (niem. Sand in Taufers). Tu od razu skręciłem w Via Wiesenhof, ale Adama i Tomka nie spotkałem. W rozmowie telefonicznej wyjaśniło się, że obaj wrócili na chwilę do samochodów. Podjechałem więc dalsze kilkaset metrów do centrum tej miejscowości i tu postanowiłem zaczekać na moich wspólników w ostatniej akcji. Wspólną jazdę rozpoczęliśmy od przejechania mostku nad potokiem Aurina (niem. Ahr). Następnie musieliśmy skręcić w prawo na drogę SP43. Do pokonania mieliśmy podjazd o długości 12,1 kilometra przy średnim nachyleniu 6,7% z przewyższeniem 808 metrów. Całkiem solidna premia górska na koniec całej zabawy. W odróżnieniu od wspinaczki pod Lago di Neves tu największe wrażenie robiły pierwsze kilometry. Znak drogowy u skraju szosy straszył nawet stromizną na poziomie 17%, ale to była drobna przesada. Wedle danych odczytanych z Garmina maksymalne nachylenie sięgnęło tu kilkakrotnie 15 % na pierwszych siedmiu kilometrach podjazdu. Przez dwa pierwsze kilometry jechaliśmy w cieniu gęstego lasu. Po przejechaniu trzech kilometrów minęliśmy drogę odchodzącą w lewo ku wiosce Acereto (niem. Ahornach). Czterysta metrów dalej „przeskoczyliśmy” na południowy brzeg potoku Reinbach, którego szum miał nam towarzyszyć niemal do końca dziewiątego kilometra. Na szóstym i siódmym kilometrze przejechaliśmy pod trzema galeriami, z których najdłuższa była druga.

Podczas tej wspinaczki dość szybko wyszło na jaw, że pierwszy podjazd najwięcej sił wyssał z Tomka. Ja czułem się nadspodziewanie dobrze i mogłem dyktować znacznie szybsze tempo. Z czasem okazało się ono za mocne także dla Adama. Mimo to miarkowałem swe siły, chcąc zachować kontakt wzrokowy z kolegami jadącymi za mną. Gdy po przejechaniu 7,4 kilometra skończyła się najtrudniejsza część tego wzniesienia zwolniłem tak by dojechał do mnie Adam. Od wjazdu do Riva di Tures (10,4 km) dzieliły nas niemal płaskie trzy kilometry. Na tym łatwym odcinku jechaliśmy bardzo spokojnie, aby i Tomek złapał z nami kontakt. Wiedziałem, że przed samą miejscowością droga się rozchodzi i trzeba będzie odbić w lewo. Dojeżdżając razem do tego miejsca miałem przynajmniej pewność, że się tu nie rozjedziemy w różnych kierunkach. Do końca wspinaczki mieliśmy jeszcze 2100 metrów o średnim nachyleniu 7,6%. Na początek dwa wiraże przy przejeździe przez Riva di Tures, z czego ten drugi przy typowym tyrolskim kościele ze strzelistą wieżą. Znowu nieco podkręciłem tempo przejeżdżając finałowy segment z prędkością ponad 15 km/h. Jak można było się spodziewać „ugotowany” Tomek szybko odpadł. Adam trzymał się blisko, więc do końca asfaltowej drogi dojechaliśmy praktycznie razem. Zatrzymaliśmy się przy parkingu na początku drogi szutrowej biegnącej ku Passo Gola (niem. Klammljoch). To przełęcz na granicy z Austrią położona na wysokości 2291 metrów n.p.m. Gdybyśmy chcieli na nią dotrzeć musielibyśmy jeszcze przejechać odcinek 6,9 kilometra o średnim nachyleniu 8,9%. Początek owej „strada bianca” wyglądał całkiem zachęcająco, ale nie mieliśmy czasu i ochoty na podjęcie tego ryzyka. Zakończyłem więc swój ostatni podjazd po przejechaniu 12,5 kilometra w czasie 54:51 (avs. 13,7 km/h). Jakimś dziwnym zrządzeniem losu zajął mi on co do sekundy tyle samo czasu co Passo San Lugano zdobyte na samym początku tej wyprawy. Gdy staliśmy na górze zgasł mi Garmin, którego zapomniałem podładować. Z kolei Adamowi już na samym dole zepsuł się „bębenek”, więc do naszego parku maszynowego dojechał holowany przez Tomka. To były już chyba znaki od niebios, iż czas kończyć naszą przygodę w Południowym Tyrolu. Ja wraz z Danielem i Darkiem opuściłem gościnne progi Hausstatterhof jeszcze wieczorem czyli po godzinie 20-tej. Jedynie Rafał i spółka przed powrotem do Polski spędzili jeszcze jedną noc na swej stancji pod San Martino in Badia.

Spisaliśmy się bardzo dzielnie na przekór nie zawsze uprzejmej dla nas pogodzie. Ja dodałem do swej kolekcji 20 premii górskich, z czego 15 o przewyższeniu przynajmniej 1000 metrów! W tej liczbie 19 zupełnie nowych podjazdów. Plus „stara znajoma” czyli Costalunga, którą poznałem jedenaście lat wcześniej, acz wtedy w niepełnym wymiarze. Tym razem wespół z siedmioma kolegami przejechałem ją w pełnej 26-kilometrowej wersji od tunelu w Cardano. W sumie podczas tych jedenastu etapów przejechałem 729 kilometrów, z czego 355 pod górę. Łączne przewyższenie moich wszystkich premii górskich wyniosło 22.726 metrów. Tym samym moja „przeciętna góra” na tym wyjeździe miała długość niespełna 17,8 kilometra i amplitudę 1136 metrów. Koledzy też nie próżnowali. Nasze codzienne trasy nie zawsze się pokrywały. W miarę logistycznych możliwości działaliśmy bowiem wedle zasady: „każdemu wedle potrzeb”. Po to by każdy z nas wyniósł z tego wyjazdu maksimum satysfakcji z własnych odkryć i dokonań. Jeśli dobrze policzyłem Adam również przejechał 20 podjazdów o przewyższeniu co najmniej 500 metrów. Darek zrobił ich 19, Romek 18, Artur i Tomek po 16, Rafał 14 i Daniel 13. Członkom tej drużyny nie straszne było niebotyczne Stelvio, zimne Rombo, deszczowa Sella, strome Pampeago czy kamienisty Kronplatz. Najważniejsze jednak, że potrafiliśmy ze sobą współpracować, a nawet poratować się w potrzebie czego przykładem była akcja-ewakuacja spod Arabby. W tym składzie możemy zawojować niejeden region Europy. Na koniec pozostaje mi tylko dodać: „Grazie Ragazzi & Ci vediamo a Trentino”. Z większością tej ekipy spotkam się, bowiem w sierpniu 2016 roku na szosach Trydentu. Wcześniej bo na przełomie maja i czerwca zamierzam się sprawdzić na górskich drogach Katalonii i Andory w towarzystwie Darka i Rafała.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/376586433

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/376586433

ZDJĘCIA

Riva di Tures_001

Zdjęcie 1 z 25