Rifugio Panarotta

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Assizzi

Wysokość: 1782 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1243 metry

Długość: 15,2 kilometra

Średnie nachylenie: 8,2 %

Maksymalne nachylenie: 10 %

PROFIL > cyclingcols

Na ostatni dzień pobytu w Trentino zaplanowałem nam zwiedzania najbliższych okolic bazy. Mając w perspektywie długą drogę do Polski nie chciałem nas męczyć dodatkowymi godzinami w aucie na dojeździe do podnóża premii górskich. Lokal mieliśmy wynajęty jeszcze na kolejną noc czyli do przedpołudnia 22 sierpnia. W niedzielę mogliśmy więc teoretycznie zorganizować całkiem normalny etap z dwoma solidnymi podjazdami. Mało komu jednak uśmiechał się wyjazd z Italii o poranku skutkujący dojazdem do domu nocą z poniedziałku na wtorek. Dlatego zdecydowaliśmy się rozpocząć podróż powrotną już w niedzielny wieczór. Z tej przyczyny nasze sportowe plany na niedzielny finałowy odcinek uległy zasadniczej korekcie. Uprzednio zakładałem, że będę mógł tego dnia zaliczyć dwie premie górskie. Najpierw miałem podjechać do Rifugio Panarotta (1780 m. n.p.m.), zaś w drodze powrotnej do bazy chciałem jeszcze zahaczyć o stromą wspinaczkę pod Passo di Vezzena (1415 m. n.p.m.). Po zmianie terminu naszego wyjazdu musiałem ze swych planów skasować jedno z tych wzniesień. Wybór padł na mniejsze z nich. Schronisko Panarotta musiałem odwiedzić, gdyż nie dalej jak w 2014 roku finiszowali przed nim uczestnicy Giro d’Italia. Działo się to na etapie osiemnastym tej imprezy. O zwycięstwo na tym odcinku walczyli dobrzy górale z mocnej ucieczki. Najszybciej do linii mety dotarł filigranowy Kolumbijczyk Julian Arredondo, który na tym wyścigu wygrał też klasyfikację górską. Kolarz ekipy Trek wyprzedził o 17 sekund swego rodaka Fabio Duarte i o 37 Irlandczyka Philipa Deignan. Najlepszy pośród możnych tego wyścigu Włoch Fabio Aru był dziewiąty ze stratą 2:43. Natomiast nasz Rafał Majka finiszował czternasty 2:49 po zwycięzcy. Peleton wyścigu Dookoła Włoch jadąc ku Rifugio Panarotta rozpoczynał finałowy podjazd w miejscowości Levico Terme. Tym samym kolarze pokonali niemal w całości znany z kilku edycji Giro podjazd do stacji Vetriolo Terme. Ja też już wcześniej poznałem to wzniesienie. W 2010 roku na dzień przed startem w GF Marcialonga. Wiedząc, że istnieje alternatywna opcja podjazdu do Panarotty nie zamierzałem iść w ślady profich. Postanowiłem zaatakować Panarottę od strony wioski Assizzi, zaś na szlak z Giro 2014 wjechać dopiero na ostatnich (nieznanych mi) 5 kilometrach tzn. na wysokości wioski Compet.

Na trasę niedzielnego odcinka nie ruszyliśmy wszyscy. Dario i Pedro zrezygnowali ze startu chcąc być wypoczętymi przed męczącym transferem samochodowym. Jakiś kwadrans przed południem wyjechałem z Barco na rowerze w towarzystwie Adama i Romka. Najpierw zjechaliśmy przeszło kilometr w stronę Valsugana. Pod koniec drugiego kilometra po wiadukcie przeskoczyliśmy na drogą krajową SS47. Kilkaset metrów dalej wjechaliśmy na szosę SP228 kierując się na zachód. Po chwili przemknęliśmy przez obrzeża Levico Terme nie wjeżdżając jednak do centrum owego uzdrowiska. Potem na szóstym i siódmym kilometrze jechaliśmy wzdłuż północnego brzegu Lago di Levico. Po przejechaniu 10,5 kilometra w czasie niespełna 24 minut dotarliśmy w końcu do podnóża czekającego nas wzniesienia. Według „cyclingcols” przed sobą mieliśmy podjazd o długości 15,3 kilometra i średnim nachyleniu 8,3% z przewyższeniem 1241 metrów. Trudny, lecz bardzo równy. Wszystkie kilometrowe odcinki na tej górze trzymają na poziomie od 7,5 do 9,5%, zaś maksymalna stromizna wynosi tu 10,6%. Na starcie wspinaczki wszyscy byliśmy w dobrych humorach. Ja miałem zaś dobrze w pamięci słowa Darka, iż poprzedniego dnia na Monte Varagna uciekając przede mną dobre 5 kilometrów przejechał „w pedałach”. Pół żartem-pół serio rzuciłem chłopakom uwagę, iż bijemy rekord naszego kolegi. Zatem zaraz po skręcie w SP12 wszyscy wstaliśmy z siodełek podejmując to wyzwanie. Przyznam, że mi znudziło się pierwszemu. Pod koniec pierwszego kilometra droga wypłaszczyła się na moment w okolicy małego mostku i dałem sobie spokój z tą ciągłą jazdą „na stojaka”. Jednak moi dwaj koledzy nie odpuszczali. Niemniej chcąc jechać w ten sposób musieli oszczędnie gospodarować siłami. Przez to w połowie trzeciego kilometra nieszczególnie przyśpieszając odjechałem im obu. Czas jakiś jeszcze oglądałem się za siebie czy do mnie dojadą. Potem na zakręcie pod koniec czwartego kilometra zatrzymałem się nawet na krótko licząc, że są całkiem blisko. Nie doczekałem się jednak na ich przyjazd. Postanowiłem ruszyć dalej sam i to szybciej niż dotąd, acz nie do samego końca. Na ostatniej górze wyprawy miło urządzić sobie swoisty „etap przyjaźni”. Z drugiej strony człowieka aż korci by przetestować swą formę i zobaczyć co mu dał cały ten wyjazd. Znalazłem na ten dylemat iście salomonowe rozwiązanie. Miałem mocno przejechać najbliższe 6 kilometrów z hakiem do Compet i tam poczekać na przyjazd swych kompanów by już razem z nimi pokonać finałowy (niespełna 5-kilometrowy) odcinek tego wzniesienia.

Pod koniec szóstego kilometra minąłem zjazd do wioski Vignola czyli drogę, którą kilka dni wcześniej przetestował Adam, gdy po wjechaniu do Vetriolo Terme przeskakiwał w dolinę, z której miał zaatakować Passo del Redebus. Nieco dalej na rzadkim na tej górze odkrytym odcinku drogi minąłem osadę Maso Emer (6,5 km). Już wkrótce szosa znów schowała się w lesie. Przydrożne tabliczki dokładnie informowały nas o średnim nachyleniu każdego z kolejnych kilometrów. W końcu na początku jedenastego kilometra wyjechałem z lasu. Jakieś 250 metrów dalej stanąłem na skrzyżowaniu dróg by poczekać na kolegów. Adam dojechał jako pierwszy i powiedział, że Romano jedzie wolniej, bo w przeciwieństwie do niego wciąż próbuje przetrwać całą górę na stojąco. Ja poprzedzający miejsce postoju odcinek z Vignola do Compet o długości 3,8 km i przewyższeniu 318 metrów przejechałem w 17:51 (avs. 13,3 km/h i VAM 1068 m/h). Adamo na tym segmencie uzyskał czas 18:36 (avs. 12,7 km/h), zaś niezłomny Romek 21:04 (avs. 11,2 km/h). Gdy byliśmy już razem odbiliśmy w lewo na finałowy odcinek całej wspinaczki. Postanowiliśmy asystować Romanowi w jego ciężkiej próbie sił i charakteru. Podjazd na szczęście nie zaskakiwał. Wciąż trzymał na równym, acz wymagającym poziomie nieco powyżej 8%. Trzeba było tylko mieć nadzieję, że Romkowi starczy sił i chęci do zwieńczenia swego wielkiego dzieła. W połowie trzynastego kilometra droga skręciła na wschód, ale wciąż stawiała nam twarde warunki. Jakieś czterysta metrów przed finałem szosa rozszerzyła się robiąc po swej prawej stronie sporo miejsca na parkowanie samochodów. W tym przestronnym miejscu kończył się zapewne wspomniany przeze mnie 18 etap Giro d’Italia 2014. My jednak po przejechaniu strefy parkingowej na wysokości schroniska skręciliśmy w prawo. Ominęliśmy opuszczony szlaban i podjechaliśmy 150 metrów nieco wyżej położony placyk, na którym powitały nas kozy wielce zainteresowane prowiantem moich kolegów. Finałowy odcinek pokonaliśmy wspólnie w czasie 23:15 (avs. 11,3 kmh i VAM 1036 m/h). Natomiast cały podjazd pod Panarottę pokonałem w czasie netto 1h 13:01. Co w poziomie dało średnią prędkość 12,3 km/h, zaś w pionie VAM 1020 m/h. Całkiem przyzwoicie zważywszy na fakt, iż co najwyżej połowę tego podjazdu przejechałem na optymalnych obrotach.

Na górze zrobiliśmy sobie tradycyjne zdjęcia zdobywców. Pierwsze jeszcze na finiszowym placu, następne w pobliżu wyciągu narciarskiego, zaś ostatnie przed tablicą z uwidocznionym profilem wzniesienia. Po niespełna 20 minutach rozpoczęliśmy zjazd. Zawczasu uzgodniliśmy, że nie jedziemy od razu na dół. Najpierw mieliśmy się zatrzymać na bufecie w Compet. Tam też zastałem swoich kolegów. W miejscowej Ristorante L’Istciot, gdzie widać było jeszcze ślady po wizycie Giro 2014, zamówiliśmy sobie po ciastku i kawie. Adam dodatkowo skosztował jeszcze popularną w północnych Włoszech polentę. Odpoczynek w promieniach popołudniowego słońca tak nam się spodobał, że rozleniwieni spędziliśmy tam blisko 50 minut. Dopiero po tak długim czasie wróciliśmy na szlak do Assizzi. Adam i Romek zjeżdżali szybciej, zaś ja zawsze z licznymi przystankami na foto dokumentację. Kompani poczekali na mnie na samym dole, po czym całkiem żwawo ruszyliśmy w kierunku Levico Terme. Droga wiodła nas w kierunku południowo-wschodnim niemal cały czas delikatnie opadając dzięki czemu przez kilka kilometrów trzymaliśmy prędkość około 40 km/h. Przed powrotem na bazę chcieliśmy jeszcze dotrzeć nad brzeg zachwalanego przez Piotra Lago di Levico. Dlatego po przejechaniu 6,5 kilometra zjechaliśmy do zatłoczonego parku nad wodami owego zbiornika wodnego. Niestety nie mieliśmy tak czasu jak i warunków do tego by zrobić tam sobie piknik. Nad naszymi głowami kłębiły się coraz ciemniejsze chmury i wzmagał się wiatr. Wszystkie znaki na niebie wskazywały na to, iż zbiera się tu na niezłą burzę. Szybko wróciliśmy więc na drogę powrotną do bazy. Wkrótce przemknęliśmy przez Levico, po czym przeskoczyliśmy nad drogą krajową. Za wiaduktem jeszcze krótki zjazd i odrobina płaskiego terenu pośród upraw jabłek i kukurydzy. Po czym na sam koniec 1100 metrów podjazdu o maksymalnym nachyleniu 8,5% do naszej mety przed Casa Roberto na wysokości 520 metrów n.p.m. W sumie tego dnia przejechałem 54 kilometry o łącznym przewyższeniu 1496 metrów. Niemniej Adamowi to było za mało. Postanowił sprawdzić jak wysoko ciągnie się przydomowa Via per Sella. Okazało się, że tą ulicą można dotrzeć do poziomu 670 metrów n.p.m. Dobrze, że tylko tyle, gdyż inaczej nasz kolega zostałby zlinczowany przez siły natury. Przed szesnastą byliśmy już wszyscy bezpieczni pod dachem naszego lokalu. Niespełna kwadrans później rozpętała się ulewa, którą Dario uwiecznił na swym krótkometrażowym filmie.

Po obiedzie mogliśmy się spokojnie przygotować do wyjazdu. Nasi gospodarze nieco się zdziwili, że ruszamy już w niedzielę. To znaczy, że aż tak śpieszy się nam do kraju i pracy. Niespodziewanie nie skasowali nas za tzw. końcowe sprzątanie ufając, że zostawiliśmy apartament w dobrym stanie. Zgodnie z naszą uświęconą tradycją Pedro i Romano szybciej wyszykowali się do drogi. Tym niemniej naszej trójce też udało sie ruszyć przed zmierzchem. Z całego wyjazdu mogłem być zadowolony. W ciągu jedenastu dni przejechałem w sumie 728 kilometry o łącznym przewyższeniu 24.872 metrów. W tym czasie zaliczyłem 21 zupełnie nowych dla mnie podjazdów. Wśród nich tak strome bestie jak: Rifugio Alpo, Malga Campo, Malga Buse di Sasso, Val Campelle, Monte Finonchio, Monte Varagna i przede wszystkim Punta Veleno. Zdobycie każdej z nich było dla mnie niezłym testem charakteru. Do tego doszły znane z Giro d’Italia wzniesienia: Passo Manghen, Polsa czy finałowa Panarotta. Natomiast wśród pozostałych wyróżniłbym przede wszystkim duże i na ogół piękne wspinaczki pod Rifugio Cornisello, Passo di Tremalzo, Malga Preghena oraz Monte Zugna. Dopiąłem też swego w kwestii zdobycia kultowej Monte Bondone od każdej możliwej strony oraz dotarłem do popularnego Rifugio Graziani w masywie Monte Baldo. Jednym słowem pełen sukces.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/684009062

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/684009062

ZDJĘCIA

Monte Varagna

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Torbole

Wysokość: 1529 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1461 metrów

Długość: 15,2 kilometra

Średnie nachylenie: 9,6 %

Maksymalne nachylenie: 12,5 %

PROFIL

Gdy dojechaliśmy do miasta na północno-wschodnim krańcu Lago di Garda było tam zbyt tłoczno aby spokojnie wypakować się z samochodów. Dlatego postanowiliśmy podjechać jeszcze półtora kilometra do położonego przeszło 140 metrów ponad taflą jeziora miasteczka Nago. Tam znaleźliśmy parking nieopodal dużego ronda na drodze SS240. Na wąskim odcinku z Torbole do Nago obowiązuje zakaz jazdy rowerami. Na szczęście równolegle do owej krajówki biegnie służąca przede wszystkim rowerzystom Via Europa. Dzięki niej bez łamania prawa mogliśmy zjechać do Lungolago na start naszej drugiej wspinaczki. Czekał nas kolejny tego dnia podjazd najwyższej kategorii. Gdy nie fakt, że tego dnia spotkaliśmy się już z Punta Veleno uznalibyśmy go za nie lada wyzwanie. Jednak po pokonaniu wcześniejszej przeszkody już nic nie było w stanie nas wystraszyć. Tymczasem było się czego obawiać. Według „cyclingcols” podjazd z Torbole do Prati di Nago alias Monte Varagna (1520 m. n.p.m.) liczy sobie 15,6 kilometra o średnim nachyleniu 9,3% i max. 12,5%. Trzeba na nim pokonać przewyższenie aż 1445 metrów. Na podjeździe tym aż dziesięć jednokilometrowych odcinków trzyma na średnim poziomie co najmniej 9%. Na ostatnich sześciu kilometrach stromizna utrzymuje się na poziomie od 10,5 do 12,5%. Do tego owa stopniowo rośnie by swe apogeum osiągnąć na ostatnim kilometrze! Do nierównego starcia z tym olbrzymem wystartowaliśmy o godzinie 17:20. Sam dojazd do Nago trzymał na poziomie około 9%, więc wolałem zacząć go ostrożnie. Romano poszedł bardzo ostro od startu. Pierwsze 1400 metrów pokonał w czasie 7:11 (avs. 12,3 km/h i VAM 1157 m/h). Darek stracił do niego 23 sekundy, ja 31, zaś Adam 45. Dojechawszy w rejon naszego parkingu Romek pojechał prosto po Scipio Sighele. Biorąc swego lidera za przewodnika podążyliśmy jego śladem. To był nasz wspólny błąd. Tym samym zamiast skręcić na południe pojechaliśmy na wschód. Niebawem dogoniłem Romka i razem wjechaliśmy na „Pista Ciclabile Mori-Torbole”. Darek i Adam jechali za nami z niewielką stratę. Droga od czasu do czasu pięła się do góry, lecz zdecydowanie za słabo jak na moje wyobrażenie o trudnym podjeździe pod Monte Varagna. Na czwartym kilometrze za Torbole falsopiano zmieniło się w zupełnie płaski teren, więc nabrałem pewności, że jedziemy po niewłaściwej drodze. Postanowiliśmy zawrócić w kierunku Nago i tam poszukać dalszej części górskiego szlaku. Po drodze minęliśmy kolegów, którzy na własną rękę postanowili odnaleźć wiodącą do Prati di Nago via Monte Baldo.

Dario wjechał na SS240 i dotarł do Nago przez via Masera, po czym dobił do wspomnianej drogi na wysokości 260 metrów n.p.m. Adam po prostu zawrócił i ostatecznie odnalazł właściwy szlak w podobny sposób co Darek. Natomiast my postanowiliśmy zjechać do parkingu by dopiero tam skorygować błąd w nawigacji. Niestety Romano przebił na zjeździe gumę i musiał dłużej zostać przy aucie. Chciałem na niego poczekać, ale odrzekł bym nie tracił na to czasu. Rozejrzałem się po okolicy i wjechałem na Via al Castel Penede. Tym niemniej ruszyłem na zachód. Ta opcja już po trzystu metrach okazała się być ślepą drogą. Zawróciłem więc w kierunku parkingu i pojechałem ta samą ulicą, lecz w przeciwnym kierunku. Z początku nie wyglądało to obiecująco, gdyż nachylenie było ledwie umiarkowane. Niemniej już 800 metrów za parkingiem stromizna wyskoczyła ponad 10% i stało się jasne, że jadę tam gdzie trzeba. Na początku drugiego kilometra mój szlak połączył się z tym, który kilka minut wcześniej wybrali Adam z Darkiem. Oczywiście w tym momencie nie nie wiedziałem czy i jak prędko oni znaleźli tą prawidłową ścieżkę. Jednym słowem pełna zagadka. Gonię czy jestem goniony? Zresztą czy to ważne. Na tak trudnym podjeździe amatorom ciężko o wysublimowaną taktykę. Trzeba po prosto jechać przed siebie na poziomie 90-95 % własnych możliwości. Pierwsze 1300 metrów na via Monte Baldo przejechałem w 7:08 (avs. 11,6 km/h i VAM 1180 m/h). Już tu nadrobiłem nad kolegami nieco ponad minutę. Darek przyznał, iż ze względów taktycznych zaczęli spokojnie by mieć siły na odparcie pościgu jak już zobaczą mnie za swymi plecami. Dojrzałem ich w oddali na końcu długiej prostej w okolicy Malga Zures (680 m. n.p.m.). Oczywiście „zające też wyczuły charta” i zaczęła się jazda na całego. Tymczasem do szczytu pozostało nam stąd jeszcze około osiem kilometrów, z czego najbliższe pięć na równym poziomie od 9,2 do 10,8%. Energii mi nie brakowało, więc za cel postanowiłem sobie dogonienie obu znamienitych górali. Nie było o to łatwo. Dla przykładu trzykilometrowy odcinek pomiędzy wysokościami 820 a 1120 metrów n.p.m. przejechałem w 17:09 (avs. 10,6 km/h i VAM 1105 m/h). Pomimo to nad Adamem nadrobiłem ledwie 28 sekund, zaś nad Darkiem tylko 42. Co ciekawe jadący za nami Romek też trzymał ten poziom uzyskując tu czas 17:19. Odrabianie dystansu szło mi zatem bardzo mozolnie, ale też mobilizowało do wytężonej pracy. Przyznam, że takie nasze przyjacielskie pojedynki najbardziej sobie cenię. Góry na których wszyscy byliśmy w gazie i chętni do mocnego kręcenia.

Powyżej Dos Remit (1140 m. n.p.m.) podjazd stał się jeszcze bardziej stromy. Ostatnie 3500 metrów prowadziło krętym szlakiem przez dziesięć jodłowych wiraży tzw. „tornanti degli abeti”. Około dwa kilometry przed szczytem dotarłem do osady Prati di Nago (1298 m. n.p.m.). Nachylenie nieco tu odpuściło, ale już wkrótce użądliło ze zdwojoną mocą. Na końcówce Adam nieco osłabł. Udało mi się go dopaść i wyprzedzić. Do Darka też miałem coraz bliżej. Niemniej ostatecznie nie starczyło mi szosy. Mój starszy kolega dzielnie się bronił. Na finałowym odcinku 2,1 kilometra o średniej 12% stracił do mnie tylko 26 sekund. Przejechałem tą końcówkę w 13:13 (avs. 9,6 km/h i VAM 1149 m/h). Dario uzyskał tu czas 13:39, zaś Adam 15:37. Niemniej i tak najszybciej z nas finiszował tu później Romano pnąć się do kresu szosy w czasie równo 13 minut. Darek resztkami sił obronił się przed moim pościgiem. Naszą wspinaczkę zakończyliśmy na małym parkingu, gdzie asfalt stopniowo ustępował pola kamienistej drodze wiodącej dalej ku Rifugio Altissimo Damiano Chiesa (2079 m. n.p.m.). Dotarliśmy nieco wyżej niż wskazuje to załączony profil wzniesienia, bo na wysokość około 1550 metrów n.p.m. Ostatnie dwieście metrów było znacznie bardziej strome niż awizowane maksimum. Zakończyłem jazdę po przejechaniu 20,3 kilometra w czasie netto 1h 37:05 (avs. 12,6 km/h). Jeśli chodzi o czystą wspinaczkę to na stravie najdłuższy znaleziony segment obejmuje ostatnie 11,8 kilometra tego wzniesienia. Ten sektor o przewyższeniu 1288 metrów i średniej 10,9% przejechałem w 1h 08:45 (avs. 10,4 km/h i VAM 1124 m/h). Liderem na nim jest David Dario Cioni – czwarty kolarz Giro d’Italia z sezonu 2004, który jako jedyny złamał tu godzinę czasem 57:38 (avs. 12,4 km/h i VAM 1341 m/h). Cała nasza ekipa spisała się wybornie. Na tej górze zarejestrowano dotąd czasy aż 1155 ludzi. W tak dużym peletonie wszyscy mieścimy się w czołowej „50-ce”! Mój wynik daje mi na razie dziewiętnaste miejsce. Darek jest 34. z czasem 1h 12:23, Romek 43. z 1h 13:06, zaś Adam 49. z 1h 14:09. Przy czym Romano wykręcił tu czas netto 1h 10:56 co dałoby mu 24 pozycję. Na górze było tylko 16 stopni i zaczęło padać. Strzeliliśmy sobie pamiątkową fotkę i czym prędzej zaczęliśmy odwrót. Na drugim kilometrze zjazdu spotkaliśmy finiszującego Romka. Niestety z uwagi na późną porę dnia i pogorszenie pogody o dobrych zdjęciach z tej trasy mogłem zapomnieć. Na parking w Nago dotarłem kilka minut przed dwudziestą. Tego dnia przejechałem w sumie 52,5 kilometra z przewyższeniem 2538 metrów. Ilość średnia, lecz jakość najwyższa z możliwych.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/683067372

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/683067372

ZDJĘCIA

Punta Veleno

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Brenzone sul Garda

Wysokość: 1156 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1076 metrów

Długość: 9,3 kilometra

Średnie nachylenie: 11,6 %

Maksymalne nachylenie: 20 %

PROFIL

Przedostatni dzień naszej trydenckiej wyprawy miał być tym najtrudniejszym. Czekały nas dwie bardzo trudne wspinaczki w okolicach pięknego Lago di Garda. Ponownie mieliśmy się trudzić na zboczach masywu Monte Baldo. W sobotę na pierwszy ogień miał pójść ekstremalnie stromy podjazd z Brenzone na Punta Veleno (1156 metrów n.p.m.). To znaczy wspinaczka zaprezentowana kolarskiemu światu przed czterema laty na wyścigu Giro del Trentino. Potem na dobicie czekał nas jeszcze wyższy, większy i dłuższy, acz nie aż tak stromy jak ten pierwszy wjazd z Torbole na Monte Varagna (1529 m. np.m.). Na stronie „archivio salite” obie wspinaczki są notowane nieco wyżej niż mityczne Passo dello Stelvio. Na mojej prywatnej liście miały one wkrótce zająć ósme i jedenaste miejsce wypychając wspomniane Stelvio z pierwszej „10”. Punta Veleno została wyceniona na 1467 punktów, zaś Monte Varagna na 1415. Ku takim celom warto było jechać z Barco nawet przez półtorej godziny. Mieliśmy pokonać samochodami odcinek o długości aż 86 kilometrów. Wyjechaliśmy późno, bo dobrze po godzinie jedenastej. Większą część trasy znaliśmy z dnia poprzedniego. Po przejechaniu przez Mori musieliśmy jechać dalej na zachód drogą SS240 ku największemu z alpejskich jezior Italii. Minęliśmy Loppio skąd Pedro dzień wcześniej atakował Monte Fae. Parę kilometrów dalej rozśmieszył mnie widok tablicy drogowej „Passo San Giovanni 287 m. s.l.m.”. Pomyślałem sobie, że to musi być najbardziej niepozorna ze wszystkich włoskich przełęczy. Jest nieco niższa niż premia górska na kaszubskiej Wieżycy. Do tego wschodni dojazd na przełęcz św. Jana jest niemal płaski. Od strony zachodniej jest troszeczkę zabawy czyli 3,2 kilometra podjazdu o średnim nachyleniu 6,6 %. Niebawem w okolicy miasteczka Nago musieliśmy się rozdzielić. Piotrek nie miał zamiaru się zmagać z długimi odcinkami mozolnej wspinaczki o stromiźnie między 10 a 20%. Zasugerowałem mu zaliczenie wymagających podjazdów pod Passo Santa Barbara i Passo Bordala. Dlatego mazowiecki wóz techniczny przed dotarciem do Brenzone musiał sobie zrobić przystanek w Arco, gdzie Pedro postanowił rozpocząć swój sobotni etap. Tymczasem my zjechawszy do Torbole ruszyliśmy szosą SR249 na południe wzdłuż wschodniego brzegu Gardy.

Po kilku kilometrach wyjechaliśmy z regionu Trentino i wjechaliśmy do Veneto, bowiem owa piekielna góra znajduje się na „weneckiej ziemi”. Początek podjazdu w Brenzone sul Garda znaleźliśmy bez problemu. Trudniej było wybrać miejsce do zaparkowania samochodu. Dlatego zdecydowaliśmy się pokonać ciasny zakręt w lewo i wjechać na pierwszy kilometr wzniesienia. Po przejechaniu 500 metrów znaleźliśmy zatoczkę, w której postanowiliśmy się zatrzymać by poczekać na przyjazd Romka. Przed nami był podjazd jakich mało. Według „archivio salite” ma on długość 10 kilometrów ze średnim nachyleniem 10,8%. Niemniej to źródło zakłada start nieco bardziej na północ w miejscowości Assenza di Brenzone. Ta opcja wydłuża zaś stosunkowo łatwy początek wzniesienia i ma nieco mniejsze przewyższenie tzn. 1081 metrów netto i 1096 metrów brutto. Z kolei „cyclingcols” dodaje, że maksymalna stromizna na Punta Veleno wynosi 20%. Niemniej to co w największym stopniu stanowi o charakterze tego podjazdu to średnie nachylenie na 6-kilometrowym odcinku w samym środku owego wzniesienia. Otóż trzeba na nim pokonać w pionie aż 912 metrów co daje średnie nachylenie aż 15,2%!!! Swego czasu wyliczyłem, że żaden inny podjazd spośród tych, które mieli okazję pokonać profesjonalni kolarze nie był równie stromy. Jedynie zachodni Monte Zoncolan, czterokrotnie wypróbowany na Giro d’Italia, jakoś wytrzymuje porównanie gdyż na najtrudniejszych sześciu kilometrach owej góry trzeba pokonać 894 metrów co daje średnią 14,9%. Wszystkie inne góry mogą się schować. Hiszpańskie Alto de Angliru na tak samo długim odcinku zmusza do pokonania 816 metrów, zaś słynne Mortirolo (od strony Mazzo di Valtellina) 741 metrów. Przereklamowane L’Alpe d’Huez wydaje się łagodną górą, bowiem na jej najbardziej stromym 6-kilometrowym segmencie wystarczy pokonać ledwie 522 metry. Pośród francuskich wzniesień za najbardziej stromy podjazd rodem z Tour de France uchodzić może zachodni Mont du Chat. Podjazd ten wypróbowany w 1974 roku powróci na trasę „Wielkiej Pętli” w sezonie 2017 na etapie dziewiątym do Chambery. Na tej górze do pokonania jest segment o przewyższeniu 680 metrów.

Punta Veleno jak dotąd została przetestowana tylko raz. Na trzecim odcinku Giro del Trentino 2012. Według programu tego wyścigu podjazd miał 9,1 kilometra długości i przewyższenie 1099 metrów co daje średnią 12%. Metę tego etapu zlokalizowano co prawda we wiosce Prada Alta położonej 2,5 kilometra za linią górskiej premii. Niemniej sama końcówka była mało istotna. Wyniki rywalizacji ułożył morderczy podjazd. Najszybciej pokonał go filigranowy Włoch Domenico Pozzovivo (165 cm wzrostu i 53 kg wagi) jakby stworzony przez naturę do pokonywania tego rodzaju wspinaczek. Kolarze zmagali się z tym wzniesieniem pojedynczo. Każdy właściwym sobie tempem. Jedynym asem, który próbował nawiązać walkę z „Pozzo” był nasz rodak Sylwester Szmyd. „Sylwas” przemknął przez linię mety ze stratą 23 sekund. Pozostali zawodnicy stracili do zwycięzcy już ponad minutę. Trzeci Damiano Cunego (+ 1:12), czwarty Jose Rujano (+ 1:20), zaś piąty Roman Kreuziger (+ 1:40). Godzi się pamiętać, że wysoko finiszował też Bartosz Huzarski. „Huzar” przyjechał siódmy ze stratą 2:12. Gdy nadjechał Romano mogliśmy się w końcu zabrać do naszej nierównej walki z tym „górskim potworem”. Rzecz jasna rozpoczęliśmy wszystko od miłego zjazdu do podnóża góry. Dzień był gorący. Na starcie podjazdu mój licznik zanotował 32 stopnie Celsjusza. Naszym faworytem był zdecydowanie najlżejszy pośród nas Dario. Do tej wspinaczki przygotował się bardzo drobiazgowo. Ubrał minimalistyczny strój rodem z zawodów triatlonowych. Pod siodełkiem zamontował sobie niewielki dzwoneczek, który wydawał dźwięki słyszane na szwajcarskich halach. Na starcie pomyślałem sobie, że jadę swoje od początku do końca. Nie patrzę na nikogo, a już najmniej na lżejszego o te kilkanaście kilogramów Darka. Chciałem zacząć spokojnie, a jak przyjdzie to najgorsze miałem przede wszystkim zadbać o równy rytm jazdy i dobry oddech aby możliwie najpóźniej wejść w swoją „czerwoną strefę”. Ruszyliśmy pod górę dokładnie o 13:30. Zacząłem bardzo oszczędnie. Romek i Adam podobnie do mnie. Zbyt wielki czułem respekt do tej góry by chcieć się męczyć już na jej pierwszym kilometrze. Natomiast Dario ruszył mocno i szybko zniknął nam z pola widzenia. Tym lepiej pomyślałem. Nie dość, że męczyć mnie będzie stromizna to jeszcze miałby mnie „dobijać” ów dzwonek zakupiony w Helvetii.

Pierwsze 1200 metrów prowadzące wąską alejką o bardzo dobrej nawierzchni było w zasadzie miłą rozgrzewką. Przez moment pokazała się tu stromizna rzędu 10%, ale były też zupełnie płaskie kawałki. Na tym odcinku w pionie pokonaliśmy ledwie 60 metrów. Przejechaliśmy przez Boccino docierając do Castello. Za tą drugą wioską należało odbić w prawo ku Zignago wybierając jazdę po Via Ugo Foscolo. Już na dojeździe do tego rozdroża Dario nadrobił nad nami po 45-50 sekund. Jednak prawdziwa „zabawa” miała się dopiero zacząć. Każdy z kolejnych sześciu kilometrów miał trzymać na poziomie od 12 do 17%. Takie nachylenie już na odcinku kilkuset metrów robi wrażenie. A co dopiero powiedzieć o wzniesieniu, na którym po każdym tak stromym półkilometrowym segmencie czeka nas następny sektor tego typu i to nierzadko trudniejszy od poprzedniego. Tu nie można się przez chwilę szarpnąć, bo w najbliższej przyszłości nie ma gdzie złapać oddechu. Postanowiłem spokojnie przepychać korby. Trzymać równy oddech. Uważać na niedoskonałości drogi. Powoli brnąć przed siebie, jak się uda prosto a nie zygzakami. Za punkt honoru postawiłem sobie wjechanie na szczyt bez kryzysu czy potknięcia. Byleby nie postawić stopy na asfalcie. Zresztą jak miałbym ruszyć znów pod górę na takiej ścianie. Moimi mini-celami był każdy kolejny wiraż. Powyżej Zignago było ich w sumie dwadzieścia. Pierwsze dziewięć między 1,7 a 3,2 kilometra od startu, zaś kolejne jedenaście między 4,6 a 7,6 km od podnóża. Co kilometr witała nas mała tabliczka na wyniosłym słupie z informacją o tym ile zostało nam do szczytu, na jakiej wysokości już jesteśmy oraz jak stromy będzie najbliższy kilometr. Dojazd do Zignago (1,6 km) był jeszcze umiarkowanie trudny z maxem niespełna 13%. Tuż przed drugim zakrętem stromizna po raz pierwszy przekroczyła 15%. Po przejechaniu 2300 metrów ponownie wróciła do tego poziomu i przez przeszło cztery kilometry ani na moment nie zjechała poniżej 12%! Użytkownicy stravy rozpracowali tą górę w najdrobniejszych szczegółach. Można tu znaleźć wyniki z kolejnych segmentów o długości około 1000 metrów. Dzięki temu mogłem później przeanalizować naszą wspinaczkę pod Punta Veleno. Z naszej trójki początkowo najlepiej spisywał się Romano. Na drugim kilometrze stromizny nadrobił nade mną 18 sekund, zaś nad Adamem 29. Nawet Dario stracił tu do Romka 24 sekundy. Wkrótce jednak zapłacił za swój „zryw”, bowiem już na trzecim kilometrze tracił do wszystkich. Do mnie i Darka 47-48 sekund, zaś do Adama 22.

Nie ma tu sensu mnożyć zbyt wielu liczb i podawać czasów całej naszej czwórki na każdym kolejnym kilometrze. Mnie w owych tabelkach najbardziej interesowało jak ja sam wyglądałem na tle naszego lidera. Po tym jak na dole straciłem do Dario aż 52 sekundy, wyżej szło mi już znacznie lepiej. Na pierwszym kilometrze stromizny straciłem do niego jedenaście sekund, na drugim odrobiłem sześć, na trzecim zyskałem jedną sekundkę, na czwartym oddałem osiem, na piątym straciłem jedną, zaś na szóstym odzyskałem czternaście. Jeśli by to wszystko „złożyć do kupy” to na morderczych 6 kilometrach odrobiłem do Darka sekundę! Świadectwem naszego wyrównanego pojedynku „na odległość” są wyniki zarejestrowane na sektorze zwanym „The worst 4km in the World” wyznaczonym między punktami znajdującymi się 2,1 a 6,4 kilometra od startu. Obaj pokonaliśmy ten odcinek w czasie 37:05 (avs. 6,6 km/h i VAM 1128 m/h). Romek i Adam przejechali tą część podjazdu o jakieś trzy minuty wolniej, acz na podobnym do siebie poziomie. Romano wykręcił tu czas 40:05, zaś Adamo 40:15. Dwucyfrowa stromizna na dobre skończyła się po przejechaniu 7,6 kilometra. Pod koniec podjazdu czułem, że dobrze rozłożyłem swe siły i zostało mi nieco energii na finisz. Przed sobą zacząłem widywać Darka jakby coraz bliżej. Na wypłaszczonym dziewiątym kilometrze można było mocno przyśpieszyć z użyciem dużej tarczy. Z rozpędu przejechałem ostatnie 150 metrów, choć stromizna skoczyła tam do 9%. Finiszowałem jakieś kilkanaście sekund po zwycięskim Darku. Przejechałem w sumie 9,3 kilometra w czasie 1h 00:38 (avs. 9,3 km/h). Na stravie najdłuższy oficjalny segment ma w teorii 7,7 kilometra, zaś faktycznie 8,1 bowiem obejmuje odcinek od rozdroża za Castello do samego końca wspinaczki. Przejechałem go w czasie 55:09 (avs. 8,5 km/h i VAM 1147 m/h) i nadrobiłem do Darka 34 sekundy, acz pewnie większość z tego na łagodnej końcówce. Jednak to Darek był z nas najszybszy. Ja spisałem się lepiej niż zakładałem. Może nawet zacząłem zbyt konserwatywnie. Romek z Adamem dojechali do nas po około czterech minutach. Wszyscy mogliśmy czuć się zwycięzcami. Na górze spędziliśmy jakiś kwadrans. Przy tej stromiźnie również zjazd do Brenzone miał swą specyfikę. Obręcze aż piszczały od uścisku klocków hamulcowych. Adam przebił gumę. Ostatecznie jednak bezpiecznie zjechaliśmy na nasz parking o 15:30. Teraz trzeba było podjechać do Torbole na spotkanie z Piotrem i ustawkę z Monte Varagną.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/683067350

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/683067350

ZDJĘCIA

FILM