Haute-Savoie & Savoie

Po czterech latach przerwy postanowiłem wrócić do Francji. Ostatni raz przemierzałem górskie szlaki tego kraju w trakcie niezapomnianej, podwójnej Route des Grandes Alpes z przełomu czerwca i lipca 2013 roku. Eskapady, która na zawsze pozostanie jedną z najtrudniejszych i najbardziej śmiałych przygód w historii moich rowerowych wypraw. Od tego czasu wybierałem się niemal wyłącznie do pięknej Italii. Zwiedzałem środkowe i północne Apeniny, lombardzką Valtellinę, okolice Lago di Garda, Sud Tirol, Ligurię z zachodnim Piemontem czy w końcu Trentino. Jedynym wyjątkiem od tej włoskiej reguły była ubiegłoroczna Volta po szosach Katalonii i Andory. Rzecz jasna w trakcie transferu na półwysep Iberyjski spędziłem nieco czasu między zachodnim brzegu Renu a północną stroną Pirenejów, lecz na francuskiej ziemi stawałem tylko na stacjach benzynowych. W 2017 roku postanowiłem nadrobić owe zaległości. Podarowałem sobie kolejne wycieczki do Włoch, aby przypomnieć się górskim regionom Francji i Szwajcarii.

Na okres od 1 do 16 czerwca zaplanowałem przegląd kolejnych podjazdów w północnej części Alp francuskich. Tym niemniej swój “rewir łowiecki” ograniczyłem tylko do terenu dwóch departamentów: Haute Savoie oraz Savoie. Jedyny wyjątek uczyniłem dla położonego tuż za francuską granicą szwajcarskiego podjazdu do Barrage d’Emosson. Tak z racji bliskości jak i faktu, że został on przetestowany na francuskich wyścigach czyli: Criterium du Dauphine Libere 2014 i Tour de France 2016. Adekwatnie do liczby kolarskich atrakcji w każdym z departamentów na Górną Sabaudię przeznaczyłem tylko cztery dni, zaś na Sabaudię „właściwą” aż dwanaście. Na wyjazd w pełnym 16-dniowym wymiarze namówiłem dwóch kolegów z Gdańska tzn. Darka Kamińskiego oraz Tomka Busztę. Naszą pierwszą bazą w trakcie tej wyprawy było miasteczko Cordon leżące powyżej Sallanches, znanego z roli gospodarza kolarskich Mistrzostw Świata z lat 1964 i 1980. Piątego dnia  tj. w trakcie przeprowadzki do Sabaudii dołączyli do nas kompani z Mazowsza: Piotrek Podgórski i Romek Abramczyk. Po czym już w 5-osobowym składzie zameldowaliśmy się w drugiej bazie noclegowej. We wiosce Les Emptes leżącej powyżej Aigueblanche, nieopodal Moutiers. Z tego miejsca wyprawialiśmy się na podbój kolarskich wzniesień w dolinach: Beaufortain, Tarentaise oraz Maurienne.

Przy okazji naszego wyjazdu przyjrzeliśmy się asom światowego peletonu. Profesjonalistów zobaczyliśmy w Albertville przed startem do ostatniego, ósmego etapu Criterium du Dauphine. Natomiast kilka dni później w Termignon ujrzeliśmy ich następców, ruszających na trasę drugiego odcinka młodzieżowego Tour de Savoie. W trakcie owych 16 dni podjeżdżałem pod sabaudzkie przełęcze i płaskowyże. Ku stacjom narciarskim i zaporom wodnym. W końcu zaś do gospodarstw rolnych wciąż prowadzonych bądź już porzuconych pośród górskich hal. Poznałem w sumie 30 nowych podjazdów, z których 18 miało przewyższenie ponad 1000 metrów. W tym czasie przejechałem 998 kilometrów z sumą przewyższeń 33.369 metrów. Zatem w pionie wyszło mi o 1800 metrów więcej niż przed rokiem w Katalonii i Andorze. Tylko trzy razy wjechałem na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m., przeto ciężko było uciec przed 30-stopniowym upałem, który w owych dniach nawiedził Sabaudię. Największym i zarazem najtrudniejszym wzniesieniem na mojej liście był Lachat. Najdłuższym podjazdem pod względem długości (acz niekoniecznie czasu) Col du Joly. Natomiast najwyższą metą wszystkich wspinaczek Plan du Lac (Bellecombe) na terenie Parc National de Vanoise – najstarszego parku narodowego Francji.

Plan podróży jak zwykle w moim przypadku był mega-ambitny i hurra-optymistyczny. W trakcie wyprawy zarówno górska pogoda jak i moja niedoskonała kondycja nieco zweryfikowały wstępne zamierzenia. Poniżej przedstawiam listę wzniesień, które dzień po dniu udało mi się zaliczyć. Natomiast w kolejnych tygodniach postaram się napisać coś więcej o nich samych jak i moich wrażeniach z ich zdobycia.

Mój rozkład jazdy:

1.06 – Col de la Pierre Carree & Romme-sur-Cluses

2.06 – Plateau de Saix & Les Gets / Le Mont Chery

3.06 – Plateau de Solaison & Le Mole

4.06 – Barrage d’Emosson (CH) & Le Bettex

5.06 – Col de l’Arpettaz & Col des Cyclotouristes

6.06 – Val Pelouse

7.06 – Col du Joly & Col du Pre

8.06 – Signal de Bisanne & Col des Saisies

9.06 – Meribel-Mottaret & Col du Pradier

10.06 – Tignes-le-Lac & Cormet d’Areches / Plan Pichu

11.06 – Lachat & Valmorel / Club Med

12.06 – Frumezan & Col du Grand Cucheron

13.06 – La Toussuire & Col du Chaussy via Lacets de Montvernier

14.06 – Barrage de Plan d’Amont & Valfrejus

15.06 – Col du Mollard NE & Lac de Pramol

16.06 – Plan du Lac

Plan du Lac

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Termignon

Wysokość: 2362 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1060 metrów

Długość: 14,3 kilometra

Średnie nachylenie: 7,4 %

Maksymalne nachylenie: 11,3 %

PROFIL

SCENA

Początek w Termignon (Sabaudia). To wieś w górnej części Doliny Maurienne na wysokości około 1300 metrów n.p.m. Jej centrum znajduje się pomiędzy regionalną drogą D1006 a zakolem rzeki L’Arc. Termignon położone jest odpowiednio 48 i 17 kilometrów na wschód od miast: Saint-Jean-de-Maurienne czy Modane, zaś patrząc z drugiej strony 6 kilometrów na zachód od miejscowości Lanslebourg, w której rozpoczyna się podjazd do włoskiej granicy via Col du Mont-Cenis. We wsi tej mieszka około 400 osób. Wraz z sąsiednimi miejscowościami: Bramans, Lanslebourg, Lanslevillard i Sollieres-Sardieres od 1 stycznia 2017 roku tworzy gminę Val-Cenis. Z turystycznego punktu widzenia Termignon należy do domeny narciarskiej Val Cenis Vanoise obejmującej 125 kilometrów tras zjazdowych i 27 kilometrów tych biegowych. Jeszcze więcej jest tu letnich szlaków turystycznych wytyczonych na terenie Parku Narodowego Vanoise, którego spora część leży właśnie na terenie tej gminy. Podjazd na wysokogórski płaskowyż Plan du Lac wypada rozpocząć w centrum wsi na Rue de la Parrachee. Pierwsze 500 metrów prowadzi po wspomnianej już drodze D1006 biegnącej do Lanslebourga i dalej na przełęcz Mont-Cenis. Tym niemniej na pierwszym wirażu za Termignon trzeba pojechać prosto czyli kontynuować jazdę w kierunku północnym. Wjeżdżamy na węższą szosę D126 o typowo górskim charakterze. Wzniesienie od samego początku jest trudne. Już na pierwszych kilkuset metrach nachylenie sięga 9,1%. Natomiast po przejechaniu 1200 metrów od startu chwilowa stromizna po raz pierwszy przekracza poziom 10%. Na pierwszych czterech kilometrach regułą jest nachylenie w przedziale od 8,5 do 10%. Po chwili wytchnienia w pierwszej połowie piątego kilometra stromizna wraca na równie wysoki poziom. Na szóstym kilometrze trzy razy dociera do 11%. Podjazd wyraźnie odpuszcza dopiero po przejechaniu 8,3 kilometra. W połowie dziewiątego kilometra można chwilę odpocząć na przeszło 400-metrowym zjeździe w kierunku potoków Ruisseau de Sallanches i Ruisseau de la Chira.

Droga po raz pierwszy ociera się tu o Parc National de la Vanoise, po czym definitywnie wkracza na jego teren na wysokości 2050 metrów n.p.m., gdy mamy już przejechane 9,6 kilometra. To najstarszy i bodaj najsłynniejszy z francuskich Parków Narodowych. Został utworzony w 1963 roku i ma powierzchnię 528 km2. Na wschodzie sąsiaduje z włoskim Parco Nazionale del Gran Paradiso również położonym w Alpach Graickich. Razem tworzą one największy alpejski obszar chroniony, o łącznej powierzchni blisko 1240 km2. Najwyższym szczytem na terenie tego francuskiego parku jest Grande Casse (3855 metrów n.p.m.), zaś jego symbolem Koziorożec alpejski. Ostatnie kilometry wspinaczki wiodą w terenie odsłoniętym pośród hal, a czasem swego rodzaju tunelami między skałami. Na przełomie dwunastego i trzynastego kilometra mija się zabudowania osady pasterskiej, wciąż używane w sezonie letnim. Po przejechaniu 13,2 kilometra na wysokości 2307 metrów n.p.m. znajdujemy obszerny Parking du Bellecombe. Na nim kończy się wszelki ruch zmotoryzowany. Niemniej szosa biegnie znacznie dalej i początkowo także nieco wyżej. Do kresu wspinaczki brakuje jeszcze kilometra. Najpierw trzeba pokonać ostatnie dwa z piętnastu serpentyn na tej górze. Potem droga stopniowo zbliża się do potoku Ruisseau de la Chaviere. Podjazd kończy się na zakręcie w lewo tuż przed jeziorkiem, które dało nazwę tej pięknej okolicy. Tymczasem górska szosa, która nas tu przywiodła ciągnie się przez sześć dalszych kilometrów. Początkowo na północny-wschód, potem skręca na zachód. Zrazu po płaskim terenie, a następnie zdecydowanie w dół. Po drodze zajść można do schronisk: Plan du Lac, Plum Fine lub też Entre Deux Eaux. Utwardzona droga kończy się na wysokości 2030 metrów n.p.m., tam gdzie dwa górskie strumyki tworzą potok Doron de Termignon. Podjazd na Plac du Lac spełnia wszelkie kryteria premii górskiej najwyższej kategorii. Na parkingu Bellecombe jest dość miejsca na zorganizowanie finiszu górskiego etapu Tour de l’Avenir czy Criterum du Dauphine. Niemniej ze względów ekologicznych zapewne nigdy nie zawita tu żaden wyścig kolarski. Niewątpliwie jednak ta meta przecudnej urody jest godna polecenia wszystkim amatorom kolarstwa jak i fanom górskiej przyrody.

AKCJA

W ostatnim dniu naszego pobytu w Sabaudii zrobiliśmy sobie najdłuższą wycieczkę. Udaliśmy się na wschodni kraniec Valle de la Maurienne aby zwiedzić najwyżej położone tereny owej doliny. Samochodowy dojazd do Lanslebourga zabrać nam miał około godzinę i 40 minut. Naszą bazę w Les Emptes od owego miasteczka dzieliło bowiem aż 137 kilometrów. Na szczęście większość tego dystansu mogliśmy pokonać szybkimi drogami N90 i A43, po czym dopiero za Modane wskoczyliśmy na nieco wolniejszą regionalną szosę D1006. W tak długą podróż autem zabraliśmy się we czterech. Darka nie było co namawiać na tak czasochłonny wypad. Nasz kolega miał już zresztą swój własny pomysł na ostatni etap tej wyprawy. Otóż podjechał samochodem do Aime. Po czym na górskiej trasie do Beaufort i z powrotem dwukrotnie wjechał na Cormet d’Areches (2108 m. n.p.m). Najpierw od południowej i następnie od północnej strony. Za każdym razem pokonał w pionie około 1400 metrów. Do tego jeszcze w końcówkach obu wspinaczek musiał poradzić z niełatwą szutrową nawierzchnią. Wyczyn godny uznania, acz ja już nie takie „duble” w wykonaniu Darka widziałem. Wystarczy, że wspomnę sobie podwójną Faunierę lub Nivolet z Diga di Teleccio na wyprawie do Piemontu z września 2015 roku. Czy też andorański hat-trick w postaci podwójnej Galliny oraz jednej Rabassy (mimo wcześniejszego defektu) z czerwca 2016 roku. Nasz kwartet nie miał aż tak ambitnych celów na piątek. Niemniej i nasza wycieczka zapowiadała się bardzo ciekawie. Piotr z Tomkiem mieli zaliczyć Col de l’Iseran (2770 m. n.p.m.) na 32-kilometrowym szlaku z Lanslebourga czyli po drodze z wjazdem na małą Col de la Madeleine (1746 m. n.p.m.). Ich celem była zatem najwyższa drogowa przełęcz Sabaudii, Francji jak i całej Europy. Bowiem jakby nie patrzeć nieco wyższe Cime de la Bonette i Rettenbachferner oraz niebotyczna Pico del Veleta z różnych względów nie podpadają pod definicję przełęczy. Ja i Romek mieliśmy już tą przełęcz w swej kolekcji. Od północy wjechałem na nią w 2005 roku, zaś od południa osiem lat później na jedenastym etapie Route des Grandes Alpes. Przy tej drugiej okazji zaliczył ją również Romano.

Dlatego dla nas przewidziałem podjazd na Plan du Lac (2362 m. n.p.m.) będący trzecim najwyższym wzniesieniem kolarskim w Sabaudii. To znaczy ustępujący wysokością tylko wjazdom na wspomniany Iseran oraz Col du Galibier (2642 m. n.p.m.). Następnie po powrocie do Lanslebourga mieliśmy jeszcze skoczyć na Col du Mont-Cenis (2081 m. n.p.m.) co wydawało się wykonalne zważywszy, że od francuskiej strony to ledwie 9,9 kilometra podjazdu o średnim nachyleniu 6,9%. Wybierając się 16 czerwca do Doliny Maurienne musieliśmy mieć na uwadze, iż przez niemal całą jej długość przeleci tego dnia peleton 19. Tour de Savoie-Mont Blanc. Po czwartkowym finiszu w Aussois, start do drugiego etapu tej imprezy wyznaczono właśnie w Lanslebourgu. Stwierdziliśmy, iż skoro i tak spotkamy ten wyścig na swej drodze to warto pośpieszyć się na tyle by dojechać do wspomnianego miasteczka przed wystrzałem startera. Dzięki temu moglibyśmy zobaczyć na starcie honorowym przyszłe gwiazdy zawodowego peletonu. Dojechaliśmy zatem na miejsce około południa. Samochód zaparkowaliśmy za mostem nad rzeką L’Arc. Na poboczu drogi D1006, dosłownie na pierwszych metrach podjazdu pod przełęcz Mont-Cenis. Zanim przebraliśmy się w kolarskie stroje, zeszliśmy „po cywilnemu” do centrum zobaczyć młodych asów. Tomkowi zwróciłem uwagę na Egana Bernala z ekipy Androni-Giocattoli. Okazało się, że miałem nosa. Dzień wcześniej ten wielce utalentowany Kolumbijczyk poniósł pewne straty względem zwycięskich Belgów. Niemniej na piątkowej mecie w Cluses cieszył się już z pierwszego zwycięstwa etapowego, zaś dzień później po wygranej czasówce na podjeździe do stacji Valmeinier praktycznie rozstrzygnął wyścig na swą korzyść. Jedynym Polakiem uczestniczącym w tej imprezie był Przemysław Kasperkiewicz, który jednak nie dojechał do mety w Moutiers. W tym miejscu warto wspomnieć, że 12 lat wcześniej trzecie miejsce w generalce sabaudzkiego Touru zajął 19-letni wówczas Paweł Cieślik, który to od sezonu 2018 ma reprezentować zespół CCC Sprandi.

Gdy kolorowy peleton ruszył w stronę Cluses miasteczko szybko ucichło i opustoszało. Przyszykowaliśmy się do jazdy i godzinie 12:42 niemal równocześnie rozjechaliśmy się w dwie przeciwne strony. Piotr z Tomkiem na wschód, zaś ja z Romkiem na zachód do Termignon. Zakładałem, że ten około 6-kilometrowy dojazd będzie przyjemną rozgrzewką. Niestety tego dnia na terenie Haute Maurienne bardzo mocno wiało. Z naszego punktu widzenia niekorzystnie, bo w górę doliny. Tym samym nasi koledzy musieli mieć niezły wicher w plecy na pierwszych kilometrach swej eskapady. My nie chcąc się męczyć przed czekającą nas wspinaczką nawet nie próbowaliśmy walczyć z tym żywiołem. Na pierwszych pięciu kilometrach kręciliśmy w tempie około 21,5 km/h. Średnia wzrosła dopiero na ponad kilometrowym zjeździe do Termignon. Zatrzymaliśmy się  na głównej ulicy pomiędzy budynkami merostwa i lokalnej poczty. Pod górę wystartowaliśmy o godzinie 12:59 przyjmując za punkt startu początek długiej prostej na wylocie z tej miejscowości. W tym samym czasie od strony Modane nadjechało kilku cykloturystów. Niemniej wszyscy oni kilkaset metrów dalej skręcili w prawo czyli jak można było przypuszczać zdążali na Iseran, względnie Mont-Cenis. Romek ruszył bardzo spokojnie. Ja początkowo dostosowałem się do jego tempa. Liczyłem na to, że po kilku minutach spokojnej rozgrzewki zaczniemy kręcić mocniej. Niestety okazało się, że dla mojego kompana wolna końcówka na Lac de Pramol nie była chwilowym kryzysem, lecz objawem przemęczenia po całej serii wspinaczek. Romano na Plan du Lac też jechał już „na rezerwie”. Z jednej strony zaskoczył mnie in minus, bowiem raczej siebie podejrzewałbym o podatność na taki kryzys. Tym bardziej, że dla mnie był to już szesnasty dzień wyprawy, zaś dla niego „tylko” dwunasty. Z drugiej strony zaimponował mi siłą charakteru. Mimo, iż gonił resztkami sił nie odpuścił i zaliczył jeszcze te dwa ostatnie wzniesienia z gatunku HC. W tym miejscu pozwolę sobie na kulinarny żarcik dla wtajemniczonych. Poranne omlety szefa kuchni okazały się paliwem wystarczającym na 10 dni. Przed kolejną 12-dniową wyprawą (tym razem do włoskiego regionu Veneto) trzeba będzie dopracować ich recepturę 😉

Romano lojalnie dał mi znać, iż tego dnia nie będzie w stanie zmusić się do większego wysiłku. Zatem w połowie drugiego kilometra ruszyłem żwawiej do przodu. Dolna część podjazdu okazała się jednak na tyle wymagająca, iż przez kolejne siedem kilometrów jechałem ze średnią prędkością nieco ponad 11 km/h. Od początku trzeciego do połowy dziesiątego kilometra szosy biegła na ogół w cieniu lasu. Niemniej słońce potrafiło się przedrzeć przez tą osłonę. Mimo sporej wysokości było ciepło. Na starcie mieliśmy 31 stopni, zaś w dolnej fazie wspinaczki minimum 26. Dopiero na płaskowyżu temperatura spadła do 20 stopni. Las definitywnie skończył się wraz z wjazdem na teren Parku Narodowego. Górny fragment wspinaczki okazał się nieco łatwiejszy, bo z nachyleniem na poziomie około 7%. Odcinek o długości 5,3 kilometra zaczynający się po 9 kilometrach od startu przejechałem ze średnią prędkością 13 km/h. Na wysokości dawnej osady pasterskiej pasły się stada krów. Niebo było błękitne. Wiatr specjalnie nie dokuczał. Ruch samochodowy umiarkowany. Krajobraz momentami sielankowy. Innym razem typowo górski: spora przestrzeń oraz wysokie, przyprószone śniegiem szczyty. Gdy dojechałem do parkingu Bellecombe cieszyłem, że szosa równie dobrej jakości biegnie również na płaskowyż. Jeszcze kilka minut wysiłku i byłem u kresu wspinaczki. Na stravie najdłuższy segment to 12,4 kilometra pomiędzy zjazdem z drogi D1006 a parkingiem Bellecombe. Pokonałem go w 1h 01:59 (avs. 12,1 km/h z VAM 920 m/h), zaś Romano wykręcił na nim czas netto 1h 16:29.   Cel naszej wspinaczki czyli Plan du Lac bardzo mi się spodobał. Do pewnego stopnia przypomina włoskie Campo Imperatore ze środkowych Apenin. Gdy dotarłem na szczyt przejechałem sobie jeszcze 1200 metrów po płaskim terenie zanim zawróciłem. Chętnie pojechałbym dalej, ale nie wiedziałem ile straci do mnie Romek, a nie chciałem byśmy się szukali na tak obszernym terenie. Podjechałem zatem do ostatniego zakrętu na podjeździe, aby zobaczyć zobaczyć kolegę na finałowym odcinku powyżej wspomnianego parkingu. Potem razem zrobiliśmy sobie piknik nad miejscowym jeziorkiem. Romano w swoim stylu postanowił sprawdzić temperaturę wody na własnej skórze. Wokół gwizdały świstaki, zaś na pobliskim zboczu góry młodsze osobniki toczyły zapaśnicze pojedynki.

Niespecjalnie chciało mi się ruszać z tego zjawiskowego miejsca. Podziwialiśmy wysokogórską faunę i florę przed dobre 20 minut. Jednak w swych planach mieliśmy jeszcze wjazd na Col du Mont-Cenis. Dlatego kilka minut przed piętnastą zaczęliśmy w końcu powolny odwrót w stronę Lanslebourga. Do naszego samochodu zajechaliśmy o godzinie 15:55. Wkrótce dowiedzieliśmy się jednak, że Pedro i Tommy są już na zjeździe z Iseran. Nam wcześniej planowana wyprawa na Mont-Cenis z pewnością zabrałaby przeszło godzinę. Tymczasem Romano był już wykończony. Ja również nie paliłem się do kolejnej wspinaczki. Co najmniej z dwóch względów. Po pierwsze gdybym sam wybrał się na przełęcz to koledzy musieliby czekać na mój powrót przynajmniej pół godziny. Po drugie zdobyłem już to wzniesienie cztery lata wcześniej od znacznie trudniejszej włoskiej strony. Ostatecznie mogłem więc odżałować sobie tą wycieczkę, zaś zyskany czas wolny przeznaczyć na zakupy spożywczo-upominkowe dla siebie i rodziny. Tym samym moje sabaudzkie konto zamknęło się na liczbie 30 wzniesień. Tego dnia przejechałem zatem tylko 43 kilometry z przewyższeniem 1247 metrów. Natomiast w trakcie wszystkich 16 dni niemal 1000 kilometrów i przeszło 33 tysiące metrów w pionie. Nie wszystkie przedwyjazdowe plany udało mi się zrealizować. Spośród ostatecznie pominiętych wzniesień najbardziej żal mi tych najtrudniejszych czyli Chalet de l’Ebaudiaz i Croix de Dormiaz. Niemniej to dodatkowy powód by kiedyś wrócić do Sabaudii. W piątkowe popołudnie nie wiedziałem też jeszcze, że to nie koniec moich przygód na tej wyprawie. Awaria Fiata Scudo pod Genewą wydłużyła mój i Tomka powrót do kraju o przeszło dobę. Zamiast w niedzielny poranek autem dotarliśmy do Gdańska autokarem linii Sindbad w poniedziałkowe popołudnie. Dario miał jeszcze gorzej. Po zawezwaniu znajomego mechanika z nową turbiną na Ojczyzny łono dotarł dopiero we wtorkowy wieczór. Bez dwóch zdań ten feralny transfer do Trójmiasta zmęczył nas bardziej niż najtrudniejsze z rowerowych etapów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1039859357

http://veloviewer.com/activities/1039859357

ZDJĘCIA

FILMY

Lac de Pramol

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Les Resses

Wysokość: 1728 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1138 metrów

Długość: 14,5 kilometra

Średnie nachylenie: 7,8 %

Maksymalne nachylenie: 10,6 %

PROFIL

SCENA

Początek na drodze D81 na wschodnim skraju wioski Les Resses (Sabaudia). Od centrum Villargondran to miejsce oddalone jest o niespełna trzy kilometry, zaś od najbliższego miasta czyli Saint-Jean-de-la-Maurienne nieco ponad pięć. Wspinaczkę tą można też zacząć z mostu na rzece L’Arc w pobliżu zakładów metalurgicznych FerroPem czyli z poziomu około 640 metrów n.p.m. Niemniej wówczas pierwszy kilometr z małym hakiem trzeba przejechać po szosie D81a. Oba szlaki schodzą się we wsi Le Bochet na wysokości 700 metrów n.p.m. Z naszej perspektywy ten łącznik znajdował się po przejechaniu 1,6 kilometra. Podjazd do jeziora Pramol jest nieco bardziej wymagający niż może to sugerować profil zaczerpnięty z „archivio salite”. Każdy z trzynastu kilometrów powyżej wspomnianej miejscowości Le Bochet trzyma na poziomie co najmniej 7,4%. Góra jest stosunkowo stroma, ale przynajmniej równa. Dwa najtrudniejsze kilometry znajdują się jeszcze przed półmetkiem wspinaczki i mają średnio 8,8%. Na całym podjeździe mamy 16 serpentyn. Największą miejscowością w drodze na szczyt jest Montricher-Albanne (7,9 km). To wieś gminna zamieszkana przez niespełna 480 osób, lecz mogąca się pochwalić na francuskiej wersji wikipedii rozbudowanym wpisem godnym niemałego miasta. Górną część wspinaczki do Lac de Pramol można pokonać na dwa sposoby. Otóż niespełna kilometr za Montricher. To znaczy w miejscu oddalonym 8,7 kilometra od naszego startu droga D81 skręca w lewo i biegnie w kierunku Col d’Albanne (1657 m. n.p.m.). Następnie nieznacznie opada ku stacji narciarskiej Albanne i w końcu łagodnie podjeżdża do wspomnianego jeziorka od strony południowej.

My postanowiliśmy się trzymać trudniejszej wersji owego wzniesienia. Jest to tzw. szlak północny prowadzący przez nieco większy od Albanne ośrodek sportów zimowych Les Karellis. Nazwie budzącej skojarzenia z zimnym pograniczem fińsko-rosyjskim. Zbieżność zapewne przypadkowa, acz w stacji tej są dwa ośrodki wypoczynkowe o wschodniosłowiańskich szyldach tzn. Azureva i Odesia. Les Karellis to stacja otwarta w grudniu 1975 roku. Położona jest na wysokości od 1550 do 1620 metrów n.p.m. W sezonie zimowym dla amatorów białego szaleństwa oferuje 28 tras zjazdowych o łącznej długości 60 kilometrów, a także 30 kilometrów szlaków przeznaczonych dla fanów biegów narciarskich. Maksymalna wysokość, z której można zjechać na nartach w tym ośrodku to 2495 metrów n.p.m. Nasz podjazd nie kończy się jednak w tej stacji. Po dojechaniu do centrum ośrodka należy kontynuować wspinaczkę w kierunku dolnej stacji wyciągu Vinouve. Potem trzeba zaś odbić w lewo na drogę położoną już na terenie Leśnictwa Valloire. To znak, że lotem ptaka niewielki dystans dzieli nas stąd od słynnej w świecie kolarskim wioski między przełęczami Telegraphe i Galibier. Ostatnie półtora kilometra na dojeździe do Lac Pramol prowadzi więc po węższym i bardziej zacienionym szlaku. Kres owej wspinaczki znajduje się przed niewielkim jeziorkiem (wielkości stawu), użytkowanym przez lokalne towarzystwo wędkarskie. Szosa skręca tu w lewo i objeżdża ów akwen kierując się do wspomnianej już stacji Albanne. Natomiast po prawej stronie jeziorka startuje gruntowa dróżka prowadząca w jeszcze wyższe partie okolicznych gór. Podjazd do Lac de Pramol czy choćby Les Karellis nie zapisał się jak dotąd w annałach, któregoś z ważnych wyścigów etapowych. Górski finał nad samym jeziorem trudno sobie wyobrazić. Tym niemniej wspomniana stacja byłaby w stanie ugościć finisz poważnych zawodów. Przy tym dojazd do niej gwarantowałby kolarskim asom wyzwanie większe niż pobliskie wspinaczki do stacji: Valfrejus, Valmeinier czy wielce popularnej ostatnimi czasy La Toussuire.

AKCJA

Po zjechaniu z Col du Mollard do Villargondran zastanawialiśmy się czy w ogóle warto ruszać samochód z miejsca naszego postoju. Ostatecznie uznaliśmy jednak, iż rozpoznanie terenu zrobimy autem. Dojechaliśmy do drogi D81 i ruszyliśmy na południe w kierunku wioski Les Resses. Zatrzymaliśmy się po przejechaniu ledwie półtora kilometra, jeszcze na płaskim odcinku szosy biegnącym równolegle do kolejowej Ligne de la Maurienne. Tomek postanowił zrezygnować z drugiej czwartkowej wspinaczki. Dla niego tak jak i dla mnie był to już piętnasty dzień mocowania się z sabaudzkimi Alpami. Mimo lekkiej kontuzji kolana i słabszej niż w 2014 czy 2015 roku kondycji do tego momentu zaliczył już 22 premie górskie. Odrobinę pozostałej mu jeszcze energii wolał zaoszczędzić na piątek, kiedy to wraz z Piotrem miał się wyprawić na „niebotyczną” Col de l’Iseran. Tym samym na podjeździe do Lac de Pramol mogłem liczyć tylko na towarzystwo Romka. Wystartowaliśmy kwadrans po piętnastej przy temperaturze 34 stopni. Znów niebiosa nas nie oszczędzały. Już na pierwszej ściance o długości 700 metrów trzeba było się nieco wysilić, bowiem nachylenie sięgnęło tu 10,6%. Potem na pół kilometra podjazd znacznie złagodniał, po czym na dojeździe do Le Bochet stromizna znów wróciła do dwucyfrowego wymiaru. Tym razem licznik pokazał mi 10,4%. Po przejechaniu 1600 metrów nasz szlak połączył się z biegnącą ze wschodu szosą D81a. Powyżej wspomnianej wioski wjechaliśmy w teren zalesiony, lecz zielone tło nie dało nam żadnej osłony przed słońcem. Betonowe mury wybudowane wzdłuż szosy przypominały mi nieco „piekarnik” na dolnym odcinku podjazdu pod słynną L’Alpe d’Huez. Nachylenie też prawie się zgadzało, acz po raz trzeci wyskoczyło ponad 10% dopiero w połowie piątego kilometra. Jechaliśmy zgodnie z prędkością około 12 km/h. Zmęczeni tak pierwszym wzniesieniem jak i kolejnymi godzinami w ponad 30-stopniowym upale. Cel mieliśmy jeden. Zaliczyć kolejny podjazd najwyższej kategorii w tempie takim na jakie będzie nas stać. Do połowy czwartego kilometra miewaliśmy jeszcze widok na porzuconą w dole Dolinę Maurienne. Kolejne setki metrów i serpentyny przenosiły nas na coraz wyższy poziom.

Po przebyciu 7,7 kilometra dotarliśmy do położonego na wysokości około 1200 metrów n.p.m. Montricher. Według stravy 6-kilometrowy segment z przewyższeniem 500 metrów na odcinku między Le Bochet a Montricher pokonaliśmy w 29:54 (avs. 12,1 km/h z VAM 1003 m/h). Kilometr dalej na zakręcie jedenastym zawinęliśmy się w prawo, zgodnie z planem wybierając drogę D81b. Niestety Romkowi tym razem sił starczyło jedynie na 9 kilometrów. Ja postanowiłem jechać dalej w dotychczasowym tempie. O tym jak strome będą kolejne kilometry informowały mnie charakterystyczne biało-żółte kamienie przydrożne. Pod koniec dwunastego kilometra, tuż po minięciu czternastego wirażu wjechałem na teren stacji Les Karellis. Nie wiedziałem jak bardzo osłabł Romek. Postanowiłem na niego zaczekać na dużym parkingu w dolnej części owego ośrodka. Zatrzymałem się zatem po przejechaniu 12,3 kilometra. Minęła minuta, dwie i trzy, a po koledze ani śladu. Okazało się, że tym razem całkiem mocno odcięło mu prąd. Na nieco ponad trzech kilometrach stracił do mnie blisko 7 minut. Strava notuje wyniki na segmencie Le Bochet – Les Karellis o długości 10,2 kilometra. Ja miałem na nim czas 50:53 (avs. 12,2 km/h z VAM 980 m/h), zaś Romano już 57:37 (avs. 10,7 km/h). Kolejne czterysta metrów do centrum stacji pokonaliśmy razem w bardzo spokojnym tempie. Tu zapytałem swego kolegę czy da radę dojechać do Lac de Pramol. Mimo wyraźnego kryzysu nie złamał się. Odrzekł, że poradzi sobie, ale żebym się na niego nie oglądał. Tym samym finałowy leśny odcinek pokonaliśmy osobno. Ja końcowe 1,5 kilometra przejechałem w 7:16 (avs. 12,4 km/h z VAM 942 m/h) czyli z grubsza trzymałem swój rytm jazdy. Romano wjechał to „na oparach” w niespełna 10 minut. Nagrodą był sielankowy widok na mecie wspinaczki. Mogliśmy też schłodzić nogi w jeziorku pełnym ciekawskich rybek. Miejsce to wydało nam się bardzo przyjemne, więc spędziliśmy tam przeszło 20 minut. Dopiero równo o siedemnastej rozpoczęliśmy zjazd do strzeżonego przez Tomka samochodu. Swój piętnasty etap zakończyłem po przejechaniu 68,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 2192 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1038331774

http://veloviewer.com/activities/1038331774

ZDJĘCIA

FILM