Hautes-Pyrenees & Haute-Garonne

To była moja trzecia wyprawa w Pireneje. W góry, które od przeszło stu lat wespół z Alpami tworzą podniebną scenę, na której rozstrzygają się losy kolejnych edycji Tour de France. Co ważne to one dały nam aż 3 z 5 polskich zwycięstw etapowych na trasach „Wielkiej Pętli”. Po raz pierwszy dotarłem do nich w połowie lipca 2007 roku w towarzystwie Piotra Mrówczyńskiego. Naszym głównym celem był wówczas udział w L’Etape du Tour na blisko 200-kilometrowej trasie z Foix do Loudenvielle. Podczas tygodniowego pobytu z noclegami w Bagneres-de-Bigorre i Ax-les-Thermes poznałem 13 pirenejskich wzniesień, w tym 5 o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Zanotowałem wówczas swój najlepszy z trzech występów w L’Etape. Niemniej najbardziej zapadł nam w pamięci skomplikowany powrót na ojczyzny łono, po tym jak zepsuł się nasz samochód. Dzięki talentom organizacyjnym Piotra wróciliśmy na Mazowsze z dalekiego Carcassonne dość szybko i sprawnie autami pożyczanymi w Narbonne i Lyonie. Dziewięć lat później pod koniec maja 2016 roku wraz z Darkiem Kamińskim i Rafałem Wanatem, wybrałem się jeszcze dalej. To znaczy po raz pierwszy w życiu aż za hiszpańską granicę. Celem naszej 16-dniowej podróży były podjazdy znajdujące się po iberyjskiej stronie Pirenejów. Tym razem obyło się bez kłopotliwych niespodzianek. Na długim szlaku z Navaty przez Montseny, Bagę, Encamp, Espot do Vielhy zaliczyłem aż 30 premii górskich, w tym 17 o amplitudzie ponad 1000 metrów. W sumie 21 z nich znalazłem na drogach Katalonii, 8 w granicach Księstwa Andory i 1 na terenie sąsiedniej Aragonii.

Można powiedzieć, że jak na 15 lat podróżniczych doświadczeń rzadko zaglądałem w te wysokie góry oddzielające Republikę Francuską od Królestwa Hiszpanii. W końcu nadszedł jednak czas bym zaczął nadrabiać owe zaległości. Przed paroma laty policzyłem, iż w samych tylko francuskich Pirenejach warto byłoby – oprócz 13 wcześniejszych – poznać jeszcze 80 kolejnych wzniesień! Zatem trzymając się sprawdzonej przez lata formuły zwiedzania pt. „dwie premie górskie dziennie” potrzebowałbym na to aż sześciu tygodni. Podzieliłem przeto swoje ogólne plany wobec francuskiej strony Pirenejów na trzy „rewiry łowieckie”. Z przyczyn praktycznych ów podział przeprowadziłem według kryterium geograficznego: strefa 1 (zachodnia) to podjazdy w departamencie Pyrenees-Atlantiques, strefa 2 (centralna) to wzniesienia w departamentach Hautes-Pyrenees oraz Haute-Garonne i w końcu strefa 3 (wschodnia) to premie górskie w departamentach Ariege oraz Pyrenees-Orientales. Wybór na co „rzucić się” w pierwszej kolejności był prosty. Najciekawszym celem wydał mi się rejon środkowy, gdzie znajdują się najsłynniejsze pirenejskie przełęcze oraz górskie stacje najczęściej bywałe na trasach Tour de France. Tu bowiem można poznać: Tourmalet, Soulor-Aubisque, Peyresourde i Aspin, a także zobaczyć: Saint-Lary-Soulan (Pla d’Adet), Luz-Ardiden, Hautacam czy Suberbagneres.

Miałem już zatem cel swej kolejnej podróży. Pozostało tą wyprawę rozplanować w szczegółach i zebrać zgraną kompanię do tak dalekiej eskapady. Ostatecznie ruszyliśmy ku Pirenejom w składzie pięcioosobowym. Oprócz mnie w tej przygodzie wzięli udział: Darek Kamiński z Gdańska (mój stały towarzysz wycieczek wszelakich od roku 2009), Piotr Podgórski z Warszawy (sprawdzony w latach 2016 i 2017 na trasach Trentino, Sabaudii i Valais), Rafał Wanat z Gorzowa Wielkopolski (górskie doświadczenia zbierający uprzednio w Południowym Tyrolu’15 i Katalonii’16) oraz krajan Rafała – Krzysztof Żbik (jedyny górski debiutant w tym gronie). Program naszego zwiedzania Środkowych Pirenejów podzieliłem na 12 etapów, z czego 9 mieliśmy „do rozegrania” na terenie departamentu Wysokich Pirenejów. Zakładałem, że w terminie od 4 do 15 czerwca będziemy mogli zaliczyć m/w 25 najciekawszych wzniesień w tej okolicy. Na ten czas przez booking.com znalazłem dla nas dwie bazy noclegowe. Pierwszą na 6 nocy w miasteczku Argeles-Gazost na zachodzie owej strefy, drugą na 7 nocy we wsi Aneres położonej 11 kilometrów na południowy-wschód od miasta Lannemezan.

Na miejscu dopadł nas okres wyjątkowo brzydkiej aury. Nie zakładałem, że w kojarzących się ze słońcem i upałami Pirenejach napotkamy aż taki pogodowy niefart. Liczba dni pochmurnych czy wręcz deszczowych zdecydowanie dominowała tu nad tymi względnie pogodnymi lub prawdziwie słonecznymi. Po paru dniach soczystych opadów miejscowe rzeki i potoki już niemal wylewały się ze swych koryt. Niemniej moja drużyna stanęła na wysokości zadania. Każdy z nas zrealizował swoje cele. Darek przebił nas wszystkich przejeżdżając piątego dnia na solo arcytrudną trasę pirenejskiego La Marmotte z łącznym przewyższeniem około 5500 metrów. Ja swój plan wykonałem w jakiś 95 procentach. Zaliczyłem 25 nowych wzniesień znaczącej wielkości plus dwa drobne dodatki warte zobaczenia, acz niekwalifikujące się do odnotowania w tabeli „górskie skalpy”. W sumie przejechałem zaś 806 kilometrów z łącznym przewyższeniem 26.387 metrów. Przesadą było stwierdzić, że wyzwania były równie wielkie jak przed rokiem w szwajcarskim kantonie Valais. Niemniej mogę odnotować, iż na tym wyjeździe przejechałem dystans o 10% dłuższy niż na porównywalnych wypadach do Lombardii, Sud Tirolu czy Trentino z lat 2014-16. Przede wszystkim jednak zrobiłem na nim o 1500-2500 metrów więcej w pionie.

Do swojej sieci złowiłem kilka grubych ryb. Po pierwsze pięć wzniesień wysokich na ponad 2000 metrów n.p.m. Najwyższą z nich był, debiutujący w tym roku na Tour de France, częściowo szutrowy Col du Portet (2215 metrów n.p.m.). Niewiele niższe były zaś Col des Tentes, Lac de Cap de Long et Lac d’Aumar, Col du Tourmalet oraz Cirque de Troumouse. Pośród tuzina premii górskich o przewyższeniu przeszło 1000 metrów największą była Tentes (1524 metry amplitudy), a poza tym jeszcze Portet i Tourmalet zmuszały do pokonania w pionie nieco ponad 1400 metrów. Dwa podjazdy miały przy tym długość blisko 30 kilometrów tzn. Col du Aubisque via Soulor (29,6 km) i wspominany już Tentes (29,2 km). Zdaniem specjalistów z „archivio salite” za najtrudniejszą w całym tym dorobku uchodzić powinna wspinaczka na Portet, warta w ich ocenie 1184 punktów. To wszystko mogę zapisać po stronie swych najcenniejszych aktywów z tej wyprawy. Pasywów było niewiele, ledwie kilka. Na zjeździe z Aubisque z uwagi na fatalną pogodę nie udało się zahaczyć o Vallee d’Arrens. Dwa dni później nie dałem rady dotrzeć do Port de Boucharo (2270 m. n.p.m.), gdyż droga powyżej przełęczy Tentes okazała się nieprzejezdna. Poza tym tego samego dnia podczas zdobywania Cirque de Troumouse nie obyło się bez paru odcinków przymusowego trekkingu, gdyż na naszej drodze napotkaliśmy śnieżne zaspy. W tych okolicznościach tym bardziej cenię sobie to czego udało nam się w tych dniach dokonać. Chapeau Bas – Panowie.

Poniżej przedstawiam listę wzniesień, które dzień po dniu udało mi się zaliczyć. Natomiast w kolejnych tygodniach postaram się napisać coś więcej o nich samych jak i moich wrażeniach z ich zdobycia.

Mój rozkład jazdy:

4.06 – Col du Soulor & Col des Spandelles

5.06 – Col d’Aubisque & Col de Borderes + Lac d’Estaing

6.06 – Cauterets / Pont d’Espagne

7.06 – Col de Tentes & Cirque de Troumouse

8.06 – Luz Ardiden & Col du Tourmalet (W)

9.06 – Col du Couraduque & Nistos-Cap Nestes

10.06 – Port de Bales (S) & Hospice de France

11.06 – Col d’Artigaux & Station du Mourtis

12.06 – Superbagneres & Col du Portillon

13.06 – Hourquette d’Ancizan, Col d’Aspin (E) & Col de Beyrede

14.06 – Col de Portet, Col d’Azet (W) & Station du Peyragudes

15.06 – Piau-Engaly & Lac de Cap de Long + Lac d’Aumar

 

Lac de Cap de Long + Lac d’Aumar

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Fabian

Wysokość: 2167 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1005 metrów

Długość: 13,3 kilometra

Średnie nachylenie: 7,6 %

Maksymalne nachylenie: 10,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Z Piau-Engaly zjechaliśmy do rozdroża przed Route de Lacs. Pogoda nadal nam sprzyjała. Było słonecznie przy temperaturze 23 stopni. Pomimo to nie od razu wjechaliśmy na szlak prowadzący ku dwóm górskim jeziorom. Najpierw zrobiliśmy sobie strefę bufetu w barze Le Relais de Neouvielle. Zestaw kawa & ciastko miał nam dodać energii przed drugą wspinaczką. Nasza sjesta trwała 25 minut, więc pod górę ruszyliśmy tuż przed czternastą. Ten podjazd mogliśmy skończyć na dwa sposoby. Przede wszystkim można było pojechać do końca drogi D929 i finiszować przy zaporze na Lac de Cap de Long (2161 metrów n.p.m.). Alternatywą była zaś nieco wyżej położona meta u brzegów Lac d’Aumar (2192 m. n.p.m.), po krótkim zjeździe i następnie stromej końcówce na szosie D177. Ponieważ nie przepadam za zjazdami na podjazdach wybrałem to pierwsze rozwiązanie. Każde z tych wzniesień podczas Tour de France zasłużyłoby na miano premii najwyższej kategorii. Tym bardziej, że podjazd zaczynano by przecież w Saint-Lary-Soulan. Jednak „Wielkiej Pętli” zapewne nigdy na tym górskim szlaku nie ujrzymy. Podobnie jak w przypadku Pont d’Espagne przeszkodą są względy środowiskowe. Co prawda pierwsze z owych jezior nie leży jeszcze na obszarze ściśle chronionym, lecz i tak bezpośrednio przylega do granic Parku Narodowego Pirenejów oraz Narodowego Rezerwatu Przyrody Neouvielle. Drugie jak i ostatnie 4 kilometry wspinaczki ku niemu leży już na terenie wspomnianego rezerwatu. Biorąc to pod uwagę wypada się cieszyć, iż te urokliwe trasy są otwarte dla amatorów kolarstwa. Najwyraźniej francuskie przepisy są łagodniejsze od regulaminu Tatrzańskiego Parku Narodowego, w którym już od dwudziestu lat obowiązuje zakaz jazdy rowerem do Morskiego Oka.

Podjazd do Lac de Cap de Long w całości prowadzi doliną wytyczoną przez potok La Neste de Couplan. Jezioro to jest drugim pod względem wielkości we francuskich Pirenejach. Większe od niego jest tylko Lac de Lanoux, leżące w Pirenejach Wschodnich nieopodal przełęczy Puymorens. Jak donosi mądra „Wiki” Cap de Long ma powierzchnię 110 hektarów, maksymalną głębokość 130 metrów i objętość 67 milionów m3. W swej aktualnej postaci powstało w 1953 roku, po tym jak ukończono budowę zapory wysokiej na 101 metrów. Wcześniejszy zbiornik na bazie tamy z 1908 roku był niemal 10-krotnie mniejszy. Od zachodu jezioro to graniczy z wysokimi na ponad 3000 metrów szczytami masywu Neouvielle. Swą nazwę zawdzięcza zresztą najwyższemu w tej grupie wierzchołkowi Pic Long (3192 m. n.p.m.). Massif de Neouvielle jest co prawda dopiero szóstym pod względem wysokości w całych Pirenejach, gdyż wyższe są: Maladeta, Posets, Mont-Perdu, Vignemale i Perdiguere. Niemniej jest on najwyższym pośród masywów w całości leżących na terenie Francji. Chcąc to wszystko zobaczyć trzeba było najpierw solidnie popracować czyli pokonać przeszło 1000 metrów w pionie na dystansie niespełna 14 kilometrów. Na pierwszych kilometrach tej wspinaczki nadspodziewanie mocno jechał Rafał. Nasz kolega drugą połowę podjazdu do Piau-Engaly miał słabszą, więc można było podejrzewać, iż odczuwa już zmęczenie całą wyprawą. Byłoby to zresztą zrozumiałe w dwunastym dniu podróży, w dodatku po dwóch wcześniejszych etapach, na których zaaplikował sobie po trzy górskie premie. Tymczasem tu w dolnych partiach Route de Lacs niesłychanie nam się ożywił i można powiedzieć, że przez kilka pierwszych kilometrów grał pierwsze skrzypce w naszym tercecie. Najwyraźniej miał zamiar dogonić grupkę Hiszpanów, którzy to zaczęli ten  podjazd jakieś osiem minut przed nami.

Już po trzystu metrach od startu nachylenie drogi przekroczyło 10%. Potem podobna wartość na licznikach pokazywała się nam wielokrotnie, acz z drugiej strony stromizna ani razu nie dobiła to poziomu 11%. Podjazd ten był zatem niemal cały czas wymagający, ale nigdy przesadnie trudny. Na początku drugiego kilometra przejechaliśmy na lewy brzeg La Neste de Couplan, lecz po tej stronie potoku spędziliśmy tylko następne 2200 metrów. Pierwsze wiraże pojawiły się dopiero na początku piątego kilometra, dwa kolejne w połowie kilometra szóstego. Dopiero w tej okolicy po prawej stronie szosy otworzyły się przed nam górskie widoki. Wcześniej niemal cały czas droga była ukryta w lesie. Rafał spuścił z tonu pod koniec piątego kilometra. Tym niemniej do połowy ósmego trzymał się dzielnie razem z nami. Jadąc w trójkę zdążyliśmy wyprzedzić dwóch cyklistów z południowej strony Pirenejów. Niedługo po tym jak rafa podziękował nam za współpracę, tempo Darka okazało się dla mnie za mocne. Gdy pierwszy raz zostałem, zmobilizowałem się jeszcze na chwilę i dla żartu mocno przyśpieszyłem „młynkiem” a’la Froome wyprzedzając kolegę. Dario ten „kontratak” przyjął ze spokojem i kontynuował jazdę w swym rytmie. Niebawem zgubił mnie definitywnie na krętym odcinku pod koniec ósmego kilometra zwanym Lacets de Myrtilles. Kilometr dalej po kolejnej serii jeszcze bardziej efektownych serpentyn czyli Lacets des Edelweiss traciłem do niego już 40 sekund. Jednym słowem kilometr dziewiąty był dla mnie kryzysowy. Potem szło mi już lepiej. Na wspomnianym styku dróg D929 i D117, który minęliśmy po przejechaniu 9,6 kilometra różnica między nami była taka sama. Rafał tracił tu do Darka już 5:30, więc jako jedyny z nas minął się w tej okolicy z Piotrem, wracającym już z Lac d’Aumar.

Na początku dwunastego kilometra po prawej stronie ujrzałem w oddali Barrage Lac de Cap de Long. Na przełomie dwunastego i trzynastego mieliśmy krótki zjazd o długości 300 metrów. Nieco wcześniej dostrzegłem przez sobą trzeciego Hiszpana z 5-osobowej grupki widzianej na dole. To zmobilizowało mnie do wzmożonego wysiłku i jakiś kilometr przed finałem udało mi się tego cyklistę wyprzedzić. Czwartego minąłem zaś już na ostatnich serpentynach przed zaporą. Tylko jeden z rodaków obecnego mistrza świata okazał się dla mnie i Darka nieuchwytny. Według stravy najdłuższy segment tej góry o długości 13,42 kilometra przejechałem w 1h 06:36 (avs. 12,1 km/h z VAM 921 m/h). Darek był przeszło minutę szybszy z wynikiem 1h 05:17 (avs. 12,3 km/h). Natomiast Rafał wykręcił tu czas 1h 18:50 (avs. 10,2 km/h). Wcześniej Piotr wjechał na tą górę w 1h 15:16 (avs. 10,7 km/h). Nasza prędkość pionowa nie była tu zatem rewelacyjna, acz samą końcówkę pojechaliśmy dość mocno. Darek finałowy segment długości 5,77 kilometra pokonał w 23:21 (avs. 14,8 km/h), zaś ja w 24:36 (14,1 km/h). To oznaczało VAM na poziomie 1059 m/h oraz 1005 m/h. Walka do samego końca nieco mnie podcięła. Na szczęście po lewej stronie placu znalazłem otwarty bar Le Garlitz. Zamówiłem w nim naleśniki i colę. Posiłek ten acz skromny i przepłacony, w tych okolicznościach był mile widziany. Z krzesła przy stoliku miałem bonus w postaci widoku na stalowo-srebrne wody Lac de Cap de Long. Najwyraźniej woda w tym jeziorze musiała być lodowata. W głębi tego akwenu widać było kry. Śniegu nie brakowało na otaczających jezioro wschodnich zboczach masywu Neouvielle. Jego nazwa w języku oksytańskim oznacza zresztą „stary śnieg”. Na mecie przy Lac de Cap de Long, podobnie jak wcześniej w Piau-Engaly, spędziłem około 40 minut.

Po dwóch głównych daniach czekał nas jeszcze piątkowy deser. To znaczy około 4-kilometrowy podjazd do Lac d’Aumar. Uzgodniliśmy, że pokonamy go razem czyli na spokojnie. W ten sposób chcieliśmy nawiązać do wspólnej wycieczki pod Pla de Beret, która kończyła naszą katalońską wyprawę sprzed dwóch lat. Kwadrans przed czwartą zaczęliśmy zjazd do położonego przeszło 300 metrów niżej Lac d’Oredon. Najpierw 3,6 kilometra drogą D929 do rozdroża na wysokości 1900 metrów n.p.m. Potem kolejne 900 metrów do zapory na wspomnianym jeziorze. Jako, że tradycyjnie robiłem zdjęcia zjeżdżałem jako ostatni. Niemniej zgodnie z umową nikt nie wyrywał się do przodu. Rafał poczekał na mnie na rozdrożu, zaś Darek zaczekał na nas obu w pobliżu Refuge Hotel d’Oredon. Po chwili razem wjechaliśmy w granice Reserve Naturelle du Neuovielle. Ten rezerwat został utworzony już w roku 1935. Obecnie obejmuje obszar 2313 hektarów. Żyje w nim 370 gatunków zwierząt. Cała eskadra podniebnych drapieżników i padlinożerców czyli: orły przednie, sępy płowe, orłosępy i ścierwniki. Poza tym gatunki endemiczne takie jak: kozica południowa, traszka pirenejska i mój osobisty „faworyt” wychuchol (chochoł) pirenejski – kuzyn naszego kreta, który jednak najlepiej czuje się w środowisku wodnym. Za wjazd na teren rezerwatu turyści zmotoryzowani muszą płacić. Piesi i cykliści mogą podziwiać cuda górskiej przyrody gratis. Podjazd jest krótki, lecz konkretny. Średnia tego wzniesienia to 8,5%, zaś najtrudniejszy 500-metrowy odcinek trzyma na poziomie aż 11,5%. Na pewno można się tu zmęczyć, lecz my nie daliśmy sobie na to szansy. Wspinaliśmy się w tempie ledwie 8-9 km/h. Mnie taka jazda nieco nużyła, więc niekiedy wrzucałem bieg drugi, po czym musiałem czekać na swych wyluzowanych kolegów na najbliższym zakręcie. Na górę wjechaliśmy w 28:40 (avs. 8,4 km/h) czyli blisko 6 minut wolniej od Pedra.

Prawdziwy podjazd skończył się ćwierć kilometra przed Lac d’Aumar. Dojechawszy do jeziora przejechaliśmy jeszcze 400 metrów wzdłuż jego południowego brzegu i na tym poprzestaliśmy. Ta asfaltowa droga kończy się niecały kilometr dalej, przy zaporze na Lac d’Aubert (2148 m. n.p.m.). Tym niemniej skoro to jeziorko leży niżej uznaliśmy, że podjazd mamy już zaliczony. Zrobiliśmy sobie zatem zdjęcia na tle Lac d’Aumar, po czym wjechaliśmy jeszcze na gruntową ścieżkę przecinającą wąski kanał biegnący między oboma jeziorami. Pogoda zaczęła się psuć. Na tej górskiej mecie było już tylko 16 stopni. Co gorsza widzieliśmy jak z zachodu szybko nadciągają ciemne deszczowe chmurzyska. Gdy kilka minut przed siedemnastą rozpoczęliśmy nasz pośpieszny odwrót zaczęło kropić. Mżawka szybko przeszła w ulewę, więc porządnie zmokliśmy już na zjeździe do Lac d’Oredon. Uznałem jednak, iż Route de Lacs musi zostać godnie uwieczniona na zdjęciach. Przynajmniej na tyle dobrze, na ile tylko będzie to możliwe. Koledzy mogli czym prędzej zjeżdżać do Saint-Lary-Soulan. Oczywiście na tyle szybko, na ile było to dla nich bezpieczne. Ja musiałem się zatrzymywać tu i tam by pstryknąć fotki w co ciekawszych miejscach. Ten mokry zjazd przy temperaturze 12 stopni okazał się rzeczowym podsumowaniem warunków pogodowych z jakimi musieliśmy się zmagać na tej wyprawie. Deszcz odpuścił dopiero poniżej Fabian. Na parking zjechałem tuż po godzinie osiemnastej, przemoczony do „suchej nitki”. Biorąc pod uwagę deszczową aurę, która nawiedziła Pireneje w pierwszej połowie czerwca 2018 roku mogłem być więcej niż zadowolony z tego co udało mi się w tym czasie zrobić. Koledzy też stanęli na wysokości zadania realizując własne cele lub jak w przypadku Krzyśka zbierając nowe doświadczenia kolarskie.

Na koniec geograficzna ciekawostka, z której zdałem sobie sprawę dopiero w trakcie pisania ostatniego odcinka tego pamiętnika. Choć jeździliśmy po szosach tylko dwóch francuskich departamentów (Hautes-Pyrenees i Haute-Garonne) to zarazem byliśmy obecni tak na wschodniej jak i zachodniej półkuli. Nasz pierwszy gospodarz czyli miasteczko Argeles-Gazost leży bowiem na zachód od londyńskiego Greenwich. Podobnie jak inne odwiedzane przez nas miejscowości czyli: Cauterets i Luz-Saint-Sauveur. Ta ostatnia położona jest zresztą niemal idealnie na południku zero (ma długość geograficzną 0° 00′ 02″ W). W trakcie piętnastu lat swych podróży po zachodniej stronie globu zaliczyłem tylko Hautacam. Teraz podczas niespełna dwóch tygodni poznałem dziewięć kolejnych lokalizacji na zachodniej półkuli. W kolejności chronologicznej były to: Soulor, Spandelles, Aubisque, Borderes & Estaing, Pont d’Espagne, Tentes, Luz-Ardiden i Couraduque. Dodać jeszcze można, iż podczas czwartego, piątego i szóstego etapu tej wyprawy operowaliśmy w obu hemisferach. Za każdym razem zaczynając dzień na zachodzie i kończąc naszą „zabawę” na wschodzie. Natomiast deszczowy i wietrzny Col du Aubisque wyznacza odtąd zachodni kres moich górskich podbojów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1640653031

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1640653031

https://www.strava.com/activities/1640652974

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1640652974

ZDJĘCIA

FILMY

Piau-Engaly

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Lary-Soulan

Wysokość: 1870 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1053 metry

Długość: 19,4 kilometra

Średnie nachylenie: 5,4 %

Maksymalne nachylenie: 10,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W piątkowe przedpołudnie przetartym dzień wcześniej szlakiem udaliśmy się do Saint-Lary-Soulan. Zaparkowaliśmy w tym sam miejscu co w czwartek. Tym razem mieliśmy obejrzeć najciekawsze kolarskie wzniesienia w górnej części Vallee d’Aure. To znaczy położone na południe od wspomnianego miasteczka. Ja w planach miałem podjazd do wizytowanej niegdyś na Tour de France stacji narciarskiej Piau-Engaly oraz wspinaczkę ku górskim jeziorom Cap de Long i Aumer leżącym na wysokości przeszło 2100 metrów n.p.m. Ten pierwszy cel przyciągał mnie swą kolarską historią. Stosunkowo skromną, ale jak by nie patrzeć szacowną. W końcu nie każdy ośrodek sportów zimowych w Alpach czy Pirenejach dostąpił już zaszczytu goszczenia „Wielkiej Pętli”. Z kolei Route de Lacs kusiła swą urodą czyli pięknem górskiej natury otaczającej tą drogę. Można ją podziwiać choćby na filmie zamieszczonym na stronie colscollective.com Oba cele były wystarczająco wymagające by stanowić wyzwanie godne naszych sportowych ambicji. Pozostawało jednak pytanie: w jakiej kolejności pokonać owe wzniesienia. Należy przy tym dodać, iż podjazdy te mają wspólny, niemal 10-kilometrowy, początek na drodze D929. Ostatecznie podzieliłem swój dwunasty etap na dwa m/w równe kawałki. Każdy miał mieć przeszło 1000 metrów przewyższenia. Tym samym pierwszą wspinaczkę musiałem skończyć w Piau-Engaly. Następnie miałem wrócić do rozjazdu przy wiosce Fabian (1142 m. n.p.m.), by z tego miejsca zacząć 14-kilometrowy podjazd do Lac de Cap de Long. Na sam koniec zostawiłem sobie położone nieco wyżej Lac d’Aumer. Jednak nie miałem zamiaru powtarzać ani fragmentu z wcześniejszych wzniesień. Deserem miała być zatem niespełna 4-kilometrowa wspinaczka z poziomu Barrage d’Oredon (1852 m. n.p.m.). Darek i Rafał przystali na mój plan. Natomiast Krzysiek z Piotrem woleli ograniczyć swe zwiedzanie do obejrzenia obu końcówek Route de Lacs. Tak czy owak po raz pierwszy udało nam się wystartować razem o tej samej porze. W optymalnym 5-osobowym składzie.

Podczas „odprawy” na parkingu rozmawialiśmy o taktyce na wspólne kilometry. Zgodziliśmy się, iż trzeba wystartować spokojnie, aby każdy zachował siły na trudniejsze segmenty swojej wspinaczki czyli odcinki powyżej rozjazdu. Takie były ustalenia, lecz nic z nich nie wyszło. Pomysł sprawdził się jedynie przez kilometr czyli podczas przejazdu przez Saint-Lary-Soulan. Potem na czoło grupy wyszedł Piotr i zaczął dokazywać. Poczuł się jak ryba w wodzie na pierwszych kilometrach tego wzniesienia. Na stromych podjazdach słuszny wzrost i solidna waga bywają jego osobistymi wrogami. Jednak na delikatnym dojeździe do Fabian (9,6 kilometra przy średniej 3,2%) nie miały już one większego znaczenia. Pedro postanowił zatem skorzystać z okazji do naciągnięcia swych kolegów-górali. Aczkolwiek moim zdaniem określenie to pasuje tylko do sylwetki Darka. Podyktował mocne tempo niemal na całym początkowym odcinku wzdłuż La Neste d’Aure. Za jego plecami nikt nie pękał, lecz niektórzy oddychali rękawami. Byłem chyba jedynym, któremu to tempo względnie pasowało. Gdy trafiały się krótkie ścianki o nachyleniu 7-8%, na krótko zmieniałem Piotra na prowadzeniu. Kolejne kilometry upływały nam zatem szybciej niż można było się spodziewać. Po niespełna 14 minutach byliśmy już w Tramezaigues (4,2 km), gdzie zaczyna się początkowo asfaltowy podjazd do Hospice de Rioumajou (1560 m. n.p.m.). Dojazd do Eget-Cite (6,7 km) zabrał nam nieco ponad 20 minut, zaś do Pont du Moudang (8,1 km) około 24. W połowie dziesiątego kilometra minęliśmy elektrownię wodną w Fabian, zaś trzysta metrów dalej na mostku ponad La Neste de Couplan przyszło się nam rozstać. Piotr z Krzyśkiem skręcili w prawo, nadal trzymając się drogi D929. Natomiast nasza trójka odbiła w lewo wjeżdżając na szosę D118. Według stravy segment o długości 8,82 kilometra zaczynający się na wylocie z Saint-Lary-Soulan przejechaliśmy wszyscy w czasie 26:06 (avs. 20,3 km/h).

Wybrawszy ten kierunek dalszej wspinaczki mieliśmy dwie możliwości jej zakończenia. Decyzję trzeba było podjąć po przejechaniu 13,3 kilometra, na wysokości 1340 metrów n.p.m. Jazda na południe drogą D173 oznaczałaby finał przy wjeździe do Tunelu Aragnouet-Bielsa (1821 m. n.p.m.). Ta przeprawa pod Pirenejami została oddana do użytku w roku 1976. Ma długość 3070 metrów, z czego 60% wykuto po francuskiej stronie granicy. Wylot na iberyjską stronę tej czeluści znajduje się na wysokości tylko 1664 metrów n.p.m. Gdybyśmy wybrali tą opcję musielibyśmy pokonać jeszcze 6 kilometrów o średnim nachyleniu 8%. My jednak wybraliśmy dłuższą końcówkę z finałem w Piau-Engaly. To stacja narciarska, która w swej ofercie ma 41 tras zjazdowych o łącznej długości 68 kilometrów. Na fanów snowboardu czekają tu areny do konkurencji Big Air oraz boardercross. Ośrodek ten jest znacznie mniejszy od pobliskiego Saint-Lary. W godzinę tutejsze wyciągi mogą przewieźć ledwie 14.560 osób. Tym mniej szusować można z nieco wyższej wysokości. Pod koniec XX wieku ta stacja miała też swoje „pięć minut” na kolarskich trasach. Najpierw w sezonie 1997 zakończył się tu przedostatni etap Tour de l’Avenir. Wygrał go Francuz Laurent Roux z przewagą 1:00 nad swym rodakiem Lylianem Lebretonem i 1:23 nad Amerykaninem Kevinem Livingstonem. Dzięki temu zwycięstwu Roux zwyciężył w 34. Tourze Przyszłości. Dwa lata później dojechał w te strony Tour de France. Na etapie piętnastym TdF 1999 przed finałowym podjazdem trzeba było pokonać aż pięć przełęczy tzn. Ares, Mente, Portillon, Peyresourde i Azet. Na czwartej z nich do wcześniejszej ucieczki dojechał Hiszpan Fernando Escartin. Następnie na piątym podjeździe Aragończyk zostawił wszystkich w tyle i do mety dojechał o 2:01 przed Szwajcarem Alexem Zulle oraz Francuzem Richardem Virenque. Jadący po swój pierwszy triumf w „Wielkiej Pętli” Lance Armstrong był czwarty ze stratą 2:10. Escartin dzięki swej śmiałej akcji awansował z piątego na drugie miejsce. W Paryżu stanął jednak na trzecim stopniu podium, bowiem po czasówce wokół Futuroscope wyprzedził go Zulle.

Z rozjazdu koło Fabian do placu w Piau-Engaly zostało nam jeszcze 10,5 kilometra. Z czego 3,5 kilometra w dolinie i pozostałe 7 kilometrów na bardziej górskim szlaku. Piotr do tego czasu zrobił swą „mokrą robotę” i zostawił nas swemu losowi. Na Darku i Rafale dotychczasowe tempo zrobiło wrażenie. Tymczasem już na samym początku drogi D118 trzeba było sobie poradzić ze stromizną dochodzącą do 11%. Ta ścianka wymusiła zmianę rytmu jazdy i podcięła nogi moim kolegom. Już po chwili zostali za moimi plecami, przy czym Dario przez kilka kilometrów trzymał się jeszcze blisko. Kolejny trudniejszy fragment, również z nachyleniem blisko 11%, musieliśmy pokonać na dojeździe do Aragnouet (11,7 km). W tej miejscowości miałem już 40 sekund przewagi nad Darkiem. Rafał tracił tu blisko trzy minuty. To oznaczało, że mój kolega z Gorzowa zaczął już oszczędzać siły na kolejne piątkowe podjazdy. W dolinie Aure nachylenie było zmienne. Tuż za wspomnianą wioską był nawet krótki odcinek zjazdu. Zaraz po nim niemal cały kilometr trzynasty trzymał na poziomie od 6,6 do 9,6%. Dopiero na ostatnich czterystu metrach przed drugim rozjazdem można było wrzucić twardsze przełożenie. Za romańskim Eglise des Templiers skręciliśmy w prawo. Darek nie odpuszczał. Na moście ponad La Neste d’Aure tracił do mnie tylko 32 sekundy. Tym razem nie czekałem na kolegę. Miałem prawo do małego rewanżu za „porażki” na Portet i Peyragudes. Teren nie dawał żadnemu z nas przewagi. Średnie nachylenie ostatnich siedmiu kilometrów miało wynieść 7,5%. Przy stromiźnie na poziomie 8-10% ostatnimi czasy rządzi Darek. Ja byłem w stanie dyktować warunki na łagodniejszych podjazdach o nachyleniu 5-7%. W każdym razie cieszyła mnie górska forma mego wspólnika. Zresztą utrzymująca się na dobrym poziomie od sezonu 2015. Tak jest ciekawiej. W zależności od nastroju lub uzgodnień możemy przejechać cały podjazd razem w solidnym tempie lub powalczyć nie tylko z własną słabością.

Zaraz po zakręcie minęliśmy ostatnią na tym szlaku górską osadę czyli Le Plan (13,7 km). W tym miejscu chwilowa stromizna sięgnęła 10,5%. Na wprost widzieliśmy już ośnieżone szczyty 3-tysięczników górujących nad stacją Piau-Engaly. Kilkaset metrów dalej droga skręciła w lewo, po czym przeskoczyła nad potokiem La Neste de Badet (14,3 km). Do końca piętnastego kilometra prowadziła w kierunku południowym. Na tym odcinku dobrze widoczna była odwiedzana przez ciężarówki droga D173 do Tunelu Bielsa. W połowie szesnastego kilometra przejechaliśmy pod wyciągiem krzesełkowym Hourc. To był pierwszy widomy znak, iż zbliżamy się do mety w stacji narciarskiej. Na kilometrze siedemnastym i osiemnastym droga wiła się po regularnie rozłożonych serpentynach. Na dystansie półtora kilometra przejechaliśmy tu sześć wiraży. Na trzy kilometry przed finałem miałem półtorej minuty zapasu nad Darkiem. Po zakrętach w połowie dziewiętnastego kilometra widać już było hotele. Tuż przed wjazdem do ośrodka szosa minęła dwa strumienie, które dały mu nazwę. Pierwszym był Engaly, zaś drugim Piau. Na terenie stacji droga nadal była kręta czyli jeszcze sześć wiraży i dwa ronda. Z pierwszego można było zjechać na spory parking. Niemniej nasza meta znajdowała się wyżej, na mniejszym placu pomiędzy hotelami Azureva i Campbielh. Zatrzymałem się tam po przejechaniu 20,3 kilometra w czasie 1h 14:11. Najdłuższy segment na stravie obejmował 19,4 kilometra czyli pomijał nasz przejazd przez Saint-Lary-Soulan. Na tym dystansie uzyskałem czas 1h 09:38 (avs. 16,7 km/h z VAM 878 m/h). Prędkość pionowa nie mogła być wysoka z uwagi na pierwsze 9 kilometrów w typie „falsopiano”. Niemniej na górnym sektorze o długości 7,12 kilometra wycisnąłem VAM na poziomie 1004 m/h. Dario pojawił się na szczycie ze stratą ponad trzech minut, gdyż wykręcił czas 1h 12:59 (avs. 16,0 km/h). Dłużej poczekaliśmy na Rafała, który na plac wjechał od przeciwnej strony. Na dotarcie do Piau-Engaly potrzebował równo półtorej godziny. Na górze było ciepło, 21 stopni. Mogłem suszyć mokrą od potu koszulkę na rozgrzanym słońcem kamieniu.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1640642725

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1640642725

ZDJĘCIA

FILM