Giro di Lombardia

Tegoroczny górski sezon miałem zacząć w czerwcu od śmiałej wyprawy do dalekiej Andaluzji. Z polskiego punktu widzenia byłaby to najdalsza możliwa lądowa wycieczka w ramach kontynentu europejskiego. Gdy okazało się, że na taki „projekt” nie zbiorę odpowiedniej drużyny „przestawiłem zwrotnicę” na znacznie nam bliższą Lombardię. Krótko po zmianie owych planów nasz „Stary Kontynent” został zaatakowany przez „chińskiego” wirusa, zaś wspomniany region przez długi czas wyglądał na najbardziej doświadczony przez wybuchłą pandemię. Szybko stało się jasne, że do końca wiosny mało gdzie można będzie bezpiecznie czy legalnie pojechać. Pozostając wierny pomysłowi na Lombardię przełożyłem więc tą wycieczkę z czerwca na pierwszą połowę sierpnia. Tym samym drugą z corocznych eskapad musiałem przerzucić na ostatni sensowny termin czyli wrzesień. Początek pobytu w najbogatszym z włoskich regionów zaplanowałem na 1 sierpnia. Nigdy jeszcze tak późno nie ruszałem w góry. Niemniej zwłoka ta była w pełni uzasadniona, albowiem wyboru wielkiego nie miałem.

Lombardia nie była mi obca. Począwszy od roku 2006, gdy w pierwszych dniach lipca podjechałem na Passo Gavia (2621 m. n.p.m.), byłem tam kilkukrotnie. Chociażby w sezonie 2008, gdy wraz z Piotrem Mrówczyńskim startowałem w Gran Fondo Marco Pantani, rozgrywanym na ciężkiej 172-kilometrowej trasie wokół Apriki. Jak również w roku 2014, gdy w większym gronie (by wymienić tylko Darka Kamińskiego i Daniela Pawelca) testowałem strome podjazdy w dolinie Valtellina. We wcześniejszych latach zdążyłem już poznać 34 kolarskie wzniesienia z tego regionu. W tym kolosy takie jak: Stelvio, Gavia, Spluga, San Marco, Crocedomini, Montecampione czy słynne Mortirolo. Wciąż jednak sporo zostało miałem tu do zobaczenia. Lombardia to zdecydowanie najludniejszy (przeszło 10 milionów mieszkańców) i zarazem jeden z czterech największych regionów Republiki Włoskiej (ma niemal 24 tysiące km2 powierzchni). Rozciąga się z zachodu na wschód od jeziora Maggiore i rzeki Ticino po jezioro Garda i rzekę Mincio oraz z północy na południe od granicy ze Szwajcarią po rzekę Pad, a na pewnym odcinku nawet ciut dalej. Jak podaje wikipedia aż 41% jego powierzchni zajmują tereny górskie. Sześć z dwunastu prowincji tego regionu przebiega przez łańcuch alpejski. W jego granicach piętrzą się szczyty takich pasm jak: Alpy Lepontyńskie, Alpy Retyckie (z najwyższym w Lombardii Punta Perrucchetti 4020 m. n.p.m.), Alpy Bergamaskie, grupa Ortler-Cevedale czy masyw Adamello. Poza tym Lombardia na swym południowo-zachodnim krańcu w rejonie zwanym Oltrepo Pavese zahacza też o Apeniny Liguryjskie z kulminacją na Monte Lesima (1724 m. n.p.m.).

Region ten uznać można za kolebkę włoskiego kolarstwa. Wszak w jego stolicy czyli Mediolanie (drugiej włoskiej metropolii po Rzymie) swą siedzibę ma „La Gazzetta dello Sport” czyli dziennik będący pomysłodawcą wyścigu Dookoła Włoch. Pierwsza jak i druga edycja Giro d’Italia zaczynała się i kończyła w tym mieście. Współcześnie start tej imprezy krąży po całych Włoszech (bywa też wyznaczany poza granicami Italii), lecz meta wciąż najczęściej znajduje swe miejsce na szosach Lombardii. Zazwyczaj na ulicach jej stolicy. Podczas drugiej dekady XXI wieku 5-krotnie „La Corsa Rosa” finiszowała w Mediolanie i jeden raz w Brescii. Na tym nie koniec. Il Lombardia jesienny wyścig po szosach tego regionu ma status kolarskiego monumentu czyli zaliczany jest do wąskiego grona pięciu najbardziej prestiżowych imprez jednodniowych (rangą ustępującym tylko Mistrzostwom Świata). Natomiast drugi z włoskich „monumenti” Milano – San Remo też rozpoczyna się w tych stronach. Z Lombardii pochodzi wielu kolarskich mistrzów. By wymienić tylko postacie takie jak: Felice Gimondi, Alfredo Binda, Claudio Chiappucci, Learco Guerra, Gaetano Belloni, Gianbattista Baronchelli czy Ivan Basso. Poza tym mianem „lombardo” określani są urodzeni poza tym regionem: Giuseppe Saronni i Gianni Bugno. To właśnie tu produkowane są od wielu lat rowery takich marek jak: Bianchi, Colnago czy De Rosa. W końcu zaś to na ziemi lombardzkiej znajduje się najsłynniejsze kolarskie sanktuarium czyli kościółek pod wezwaniem Madonna del Ghisallo.

Do Lombardii pojechałem wraz z Danielem Szajną z Gdyni, który choć debiutował w mojej górskiej drużynie miał własne alpejskie doświadczenia. Przed pięcioma laty kręcił już bowiem po szosach austriackiego Tyrolu. W pierwszych tygodniu towarzyszyli nam Rafał Wanat i Krzysztof Żbik z Gorzowa. Nasi koledzy mieli do swej dyspozycji tylko początkowy weekend plus cały kolejny tydzień. My dwaj szczęśliwcy wybraliśmy się w te strony aż na szesnaście dni. Mimo to uznałem, iż przesadą byłoby zaglądać do każdego z górskich rewirów Lombardii. Darowałem nam zatem zwiedzanie prowincji Varese i Sondrio. Tą drugą miałem już wcześniej dokładnie zbadaną. W sierpniu 2014 roku poznałem 21 podjazdów w tym rejonie podczas wyprawy do Valtelliny. Poza tym na GF Pantani 2008 zmęczyłem słynne Mortirolo (od Mazzo), zaś w sezonie 2011 podziwiałem uroki Splugi. Z tej pierwszej poznałem zaś w roku 2010 dwa najciekawsze wzniesienia czyli Campo dei Fiori oraz Cuvignone. Teraz postanowiłem się skoncentrować na prowincjach Como, Lecco, Bergamo i Brescia. Prolog i pierwsze 7 etapów mieliśmy „rozegrać” w okolicach Lago di Como, zaś 8 kolejnych dni zmagać się z podjazdami na szosach wschodniej Lombardii. Mając taki plan na trasie naszego przejazdu musiałem zarezerwować w sumie pięć baz noclegowych. Ostatecznie cztery pierwsze noce spędziliśmy w Garzeno po zachodniej stronie Lago di Como, zaś trzy kolejne w Bellano na wschodnim brzegu tego jeziora. Następnie na cztery doby „zameldowaliśmy się” w Barzanie nieopodal Bergamo. Potem na jedną noc zatrzymaliśmy się we wiosce Villa koło Lodrino, zaś cztery ostatnie spędziliśmy w Capo di Ponte na terenie Val Camonica.

Początki mego Giro di Lombardia nie były łatwe. Pierwszy raz zabrałem w góry około 80 kilogramów „żywej wagi”. Potem na upalnym etapie 1b pokonały mnie skurcze nóg, zaś dzień później na deszczowym zjeździe z drugiej góry zaliczyłem mocnego „dzwona”. Nazajutrz ledwie mogłem chodzić z uwagi na kontuzję prawego kolana. Ból stopniowo słabł, acz do dziś mimo upływu trzech miesięcy kompletnie nie zanikł. Początkowo obawiałem się, iż zwiedzanie Lombardii zakończę już na piątej premii górskiej lub w najlepszym razie kilka następnych etapów przyjdzie mi odpuścić. Ku swemu zaskoczeniu mogłem dalej jeździć i ostatecznie pokonałem 30 nowych gór. A do liczby tej nie wliczam małego, lecz bardzo „kąśliwego” Muro di Sormano. W mojej kolekcji znalazło się 21 kolejnych wzniesień o przewyższeniu przeszło 1000 metrów. Podczas tego wyjazdu nie wspinałem się wysoko, gdyż zazwyczaj startowałem z niskiego pułapu. Granicę dwóch tysięcy metrów n.p.m. pokonałem tylko raz. Wjeżdżając na Passo Carette di Val Bighera usytuowaną na poziomie 2130 metrów. Nieco niżej kończyły się wspinaczki na Passo San Marco (1985 m. n.p.m.) oraz Monte Padrio (1871 m. n.p.m.). Pod względem przewyższenia moimi najtrudniejszymi wyzwaniami również były Carette i San Marco (odpowiednio 1440 i 1436 metrów w pionie), zaś trzecie miejsce przypadło wspinaczce do Alpe Giumello (1343 metry). Natomiast najdłuższym podjazdem nie był wcale żaden z wyżej wymienionych. Największy dystans musiałem bowiem pokonać między miasteczkiem Lenna a stacją narciarską Foppolo (23,1 kilometra). W sumie na trasach wieczornego prologu i 15 kolejnych etapów przejechałem 983 kilometry z łączną amplitudą 32.467 metrów. W krótkich słowach: pełen sukces mimo wszelakich przeciwności. Przy okazji niemal podwoiłem swój lombardzki dorobek.

Przez kolejne osiem tygodni postaram się opowiedzieć jak nasze zwiedzanie w szczegółach wyglądało. Mam nadzieję (dla własnego dobra), że zdołam to opisać bardziej zwięźle niż to bywało w poprzednich latach. Listopad i grudzień przeznaczam sobie na relacje z Lombardii, zaś w styczniu i lutym chciałbym się już zająć sprawozdaniem z szos francuskich czyli opisem wrześniowej podróży z Adrianem po Alpach Nadmorskich i Prowansalskich.

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem na sierpniowym szlaku od Dongo po Edolo.

Mój rozkład jazdy:

1.08 – Valle San Iorio

2.08 – Monte Sighignola & Passo della Cava

3.08 – Alpe di Colonno & Monte Bisbino

4.08 – San Bartolomeo di Bugiallo

5.08 – Rifugio Roccoli del Lorla & Passo Agueglio

6.08 – Monte San Primo (via Ghisallo) & Colma di Sormano + Muro

7.08 – Valico di Moncodeno & Alpe Giumello

8.08 – Piani Resinelli (Rifugio Soldanella) & Valico di Valcava

9.08 – Malga Alta di Pora & Selvino

10.08 – Foppolo & Piani di Bobbio

11.08 – Passo San Marco & Monte Avaro

12.08 – Colli San Fermo (Colle Ballerino) & Colle San Zeno

13.08 – Passo del Baremone & Passo del Maniva

14.08 – Monte Padrio & Fabrezza

15.08 – Val Malga (Ponte del Guat) & Malga Lincino

16.08 – Passo Carette di Val Bighera & Monte Colmo

Monte Colmo

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Edolo (via Monte Colmo)

Wysokość: 1824 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1156 metrów

Długość: 12,6 kilometra

Średnie nachylenie: 9,2 %

Maksymalne nachylenie: 11,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Moim finałem miało być podwójne Mortirolo czyli pierwszy wjazd z Edolo i drugi z Grosio (Tiolo). Piątkowa pogoda pomieszała mi szyki, więc dokonałem korekt w swym programie zwiedzania. Zdecydowałem się nie wyjeżdżać poza Val Camonica i ostatecznie zakończyć tą wyprawę wspinaczką na Monte Colmo. W teorii nieco trudniejszą niż planowany podjazd na Passo della Foppa od strony Valtelliny. Niemniej o moich ostatnich trudach za chwilę. Najpierw słów kilka o wyczynie mego wspólnika. Daniel rozprawił się z Passo di Gavia (2621 m. n.p.m.), jedną z górskich legend Giro d’Italia. Trzecią pod względem wysokości kolarską górą Włoch (po Stelvio i Agnello). Zaczynając swą wspinaczkę w Ponte di Legno miał do przejechania 16,4 kilometra o średnim nachyleniu 8,1%. Ta przeciętna byłaby jeszcze większa, gdyby nie pierwsze 3 kilometry o umiarkowanym nachyleniu 5,2%. Na Gavii najtrudniejszy kilometr ma średnio 11,4%. Największa stromizna 14%. Natomiast na dwóch 3-kilometrowych odcinkach notujemy przeciętne 10% i 9,6%. Mój kolega miał do pokonania w pionie 1325 metrów. Mimo tych wszystkich liczb przełęcz ta była najłatwiejszym z pięciu gigantów jakie zaliczył na tym wyjeździe. Przynajmniej wedle wyliczeń autora strony „cyclingcols”. Zdaniem Michiela van Lonkhuyzena południowa Gavia warta jest 1120 punktów. Dla porównania południowa Spluga 1293, Montecampione 1241, południowe Stelvio 1190, zaś południowe San Marco 1156. Gavia zadebiutowała na Giro w roku 1960, gdy zdobył ją Imerio Massignan. Jednak defekty na zjeździe pozbawiły Włocha zwycięstwa etapowego. W Bormio triumfował wówczas Luksemburczyk Charly Gaul. Przełęcz ta wróciła na trasę „Corsa Rosa” dopiero w sezonie 1988 i stałą się sceną jeszcze bardziej dramatycznych wydarzeń. A to z uwagi na iście zimowe warunki pogodowe. Premię górską wygrał wtedy Holender Johan Van der Velde, etap jego rodak Erik Breukink, zaś Amerykanin Andy Hampsten odebrał koszulkę lidera Włochowi Franco Chiocciolemu.

Gavia w programie Giro była przewidziana 12-krotnie. Niemniej podobnie jak Stelvio nie zawsze okazywała się dostępna dla uczestników tego wyścigu. Odwołane zostały dwa górskie odcinki z zaplanowanym przejazdem przez tą przełęcz (w 1989 i 2013 roku). Zdobywano ją zatem 10 razy, acz zdobywców jest dziewięciu. Kolumbijczyk Jose Jaime Gonzalez wygrywał bowiem tą premię górską w latach 1999 i 2000. Kolarzom z Ameryki Łacińskiej wiodło się tu zresztą najlepiej. Oprócz wspomnianego „Chepe” jako pierwsi na Gavię wjeżdżali też jego rodacy: Hernan Buenahora (1996) i Eduardo Chalapud (2014), a także Meksykanin Julio Alberto Perez Cuapio (2008). Oprócz nich wygrywali zaś: Chorwat Vladimir Miholjević (2004), Bask Juan Miguel Garate (2006) oraz Szwajcar Johan Tschopp (2010). Ten ostatni jest zresztą jedynym zdobywcą Gavii, który sięgnął następnie po zwycięstwo etapowe. Helwet triumfował na Passo del Tonale, po tym jak jeden jedyny raz na Gavię wjechano od strony północnej. We wszystkich pozostałych przypadkach (także tych odwołanych) organizatorzy Giro wybierali podjazd południowy, a więc ten pokonany przez Daniela. Trzy etapy z południową Gavią zakończyły się w oddalonym o 25 kilometrów Bormio (1960, 1988 i 2000), zaś ten z edycji 2004 w pobliskiej stacji Bormio-2000. Na pozostałych przełęcz ta była umiejscowiona z dala od mety i nie miała większego wpływu na losy rywalizacji. Mam tu na myśli etapy do Apriki (1996, 1999 i 2006), Tirano (2008) i Val Martello (2014). Jak powiedział Owidiusz „finis coronat opus” czyli „koniec wieńczy dzieło”. Mój kompan na tej wyprawie w ciągu 15 dni zaliczył w sumie 26 premii górskich o łącznym przewyższeniu ponad 27.500 metrów. Swoją dwutygodniową „robotę” wykończył zaś w możliwie najlepszy sposób. To znaczy zdobywając dzień po dniu Stelvio i Gavię. Tydzień wcześniej w podobnym stylu rozstali się z górami Lombardii nasi koledzy z Gorzowa. Przy czym Krzysiek i Rafał pokonali Gavię w pakiecie z Mortirolo, zaś Stelvio zostawili sobie na niedzielny deser.

Moja ostatnia góra nie była równie spektakularna, acz zdecydowanie do lekkich nie należała. Monte Colmo czyli przeszło 12-kilometrowy podjazd wiodący drogą prywatną należącą do koncernu energetycznego ENEL prowadzi po zachodnim zboczu góry Monte Colmo (2288 m. n.p.m.) należącej do pasma Gruppo dell’Adamello. Pod względem średniego nachylenia była to najostrzejsza wspinaczka pośród wszystkich trzydziestu, które udało mi się zaliczyć od 1 sierpnia. Jednak co godne podkreślenia ten podjazd jest bardzo równy i nie ma przesadnych stromizn, gdyż maksymalna wynosi tu tylko 11,6%. Najtrudniejszy czyli dziesiąty kilometr ma średnio 10%, zaś wszystkie pozostałe (poza nieco łatwiejszym pierwszym) co najmniej 8%. Wspinaczka zaczyna się w pobliżu stacji benzynowej Eni (Agip), jakieś 600 metrów na południe od miejsca, z którego zaczynałem swój podjazd na Passo Carette. Po zjeździe z tej góry nie traciłem czasu i już o 12:42 zabrałem się do zmagań z Monte Colmo. Na szczęście mżawka ze szczytu poprzedniego wzniesienia nie przeszła w deszcz i po suchym zjeździe z Mortirolo zastałem w Edolo całkiem przyjemną pogodę. U podnóża swej drugiej góry miałem temperaturę 25 stopni. Jednym słowem ciepło, ale bez przesady. Zatem szczęśliwie jedynymi problemami były: zmęczenie po pierwszej wspinaczce i znacząca stromizna tej drugiej. Podjazd okazał się być bardzo kręty. Na stronie „massimoperlabici” naliczono tu aż 25 zakrętów (tornanti). Na wyjeździe z Edolo minąłem pierwszych sześć wiraży zanim zdążyłem przejechać 1,1 kilometra. Kolejny czekał na mnie kilkaset metrów dalej już na terenie Parco Regionale dell’Adamello. Potem miałem do przejechania kilometr z łąką po lewej i lasem po prawej stronie drogi. Następnie zakręty nr 8-10 położone blisko siebie. Natomiast za wirażem nr 11 drogę prowadzącą ku niewielkiemu zbiornikowi przy centrali hydroelektrycznej Enel di Edolo. Dwunasty zakręt znajdował się dopiero w połowie piątego kilometra. Kilometr za nim minąłem osadę Lares, zaś pod koniec szóstego kilometra równie niedużą Corti (1234 m. n.p.m.).

To był już niemal półmetek wzniesienia. Następnie pod koniec siódmego kilometra zostawiłem za sobą zjazd ku Ristoro al Bait. Jakieś 350 metrów wyżej nieopatrznie skręciłem w prawo, na jak się okazało ślepą drogę, przez co spędziłem około minutę poza szlakiem. Wróciwszy na właściwą ścieżkę na osiemnastym wirażu minąłem parking Predazzo (9,7 km). Z kolei na dziewiętnastym zostawiłem za plecami szutrową ścieżkę biegnącą ku Rifugio Malga Stain (1835 m. n.p.m.). Na wirażu nr 21 minąłem maszty telewizyjne, po czym napotkałem na swej drodze szlaban. Bez większego namysłu obszedłem go z lewej strony uznając, iż stanowi jedynie zakaz jazdy dla kierowców samochodów. Nie zamierzałem zatrzymywać się na wysokości 1640 metrów. Pojechałem dalej. Tuż za zakrętem nr 24 wjechałem do tunelu, który szczęśliwie nie był zbyt długi. Liczył sobie ledwie 120 metrów, więc wkrótce wyjechałem na światło dzienne i po prawej ręce miałem całkiem ładne widoki. Następnie po pokonaniu krótkiej galerii musiałem przejechać tunel znacznie dłuższy, bo aż 440-metrowy i do tego zakręcający. To był zarazem ostatni czyli 25. wiraż tego wzniesienia. Nieco światła dawały tu cztery „okna”. Jednak w sposób dostateczny oświetlały one tylko pierwszą część owej przeprawy. Pozostały fragment był ciemny i w dodatku z mokrą nawierzchnią drogi. Za zakrętem w oddali tliło się światło, ale nie dość mocne by powiedzieć mi co mam przed przednim kołem. Dlatego zszedłem z roweru i przez kilkadziesiąt sekund szedłem „z buta”. Po wyjeździe z ciemnej otchłani dokończyłem wspinaczkę. Jako rzecze „strava” segment o długości 12,47 kilometra przejechałem w 1h 11:16 (avs. 10,5 km/h z VAM 971 m/h). Gdybym odliczył fragment pokonany na piechotę i ten wcześniejszy poza właściwą trasą wyszedłby mi VAM na poziomie około 990 m/h. Szczyt drogi na Monte Colmo nie był może metą szczególnej urody, ale przynajmniej oferował ładne widoki. Tak na zachód w kierunku Edolo i Passo dell’Aprica, jak również na północ ku Monno i Passo del Mortirolo. Do Edolo zjechałem tuż przed piętnastą, zaś z Danielem spotkałem się pod supermarketem sieci U2.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/3923057310

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/3923057310

ZDJĘCIA

FILM

Passo Carette di Val Bighera

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Edolo (SS42 -> SP81)

Wysokość: 2130 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1440 metrów

Długość: 22,4 kilometra

Średnie nachylenie: 6,4 %

Maksymalne nachylenie: 15,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Ostatniego dnia wyprawy wspiąłem się w końcu powyżej 2000 metrów n.p.m. Podczas minionych dwóch tygodni blisko owej wysokości byłem tylko na Passo San Marco, ale i tam zabrakło kilkunastu metrów. Dopiero wjazd na Passo Carette gwarantował pokonanie tej bariery. Nazwa tej górskiej przeprawy brzmi tajemniczo. Dla zdecydowanej większości kolarskich kibiców to miejsce anonimowe. Nie bez racji, albowiem nie przemknął tędy żaden profesjonalny wyścig. Niemniej Carette to w praktyce słynne Mortirolo czyli Passo della Foppa (1852 m. n.p.m.) tyle, że jakby wersji „300+”. Tym samym po 12 latach wróciłem w miejsce, które poznałem „przelotnie” uczestnicząc w wyścigu GF Marco Pantani. Wtedy zdobyłem tą górę od strony Mazzo in Valtellina. Klasycznym szlakiem, który zapoczątkował modę na superstrome wzniesienia w programach Wielkich Tourów. Teraz miałem poznać jej łagodniejsze, południowe oblicze. Albano Marcarini w książce „Alti Passi. Grandi Salite” pokrótce opisał aż 10 dróg wiodących na „Mortirolo”. Dodam, iż chodzi tu o „Morti” znane w kolarskim światku, albowiem dla geografów jest nią dostępna tylko dla piechurów przełęcz o wysokości 1895 m. n.p.m. położona nieco na północ od Foppy. Dyszka wydaje się jednak liczbą mocno naciąganą. Mortirolo nie ma tylu „twarzy” co wenecka Monte Grappa. Trzeba mieć na uwadze, iż droga zachodnia będąca zwieńczeniem podjazdów „startujących” z Apriki, Stazzony, Tirano i Lombro dociera na Passo della Foppa po dłuższym odcinku biegnącym po płaskowyżu. Prawdziwą kulminacją owych wspinaczek jest Monte Padrio (1871 m. n.p.m.), względnie Valico di Baite Selena (1798 m. n.p.m.). Natomiast droga wschodnia skupiająca w sobie częściowo szutrowe podjazdy zaczynające się w Incudine oraz Vezza d’Oglio przechodzi przez wspomnianą Passo Carette, po czym zjeżdża w kierunku Mortirolo. Tym samym tak naprawdę góra ta ma „tylko” cztery trasy wspinaczkowe. Trzy północne z początkami w Valtellinie i jedną południową z podstawą w Alta Valle Camonica.

Wybrany przeze mnie podjazd z Edolo uchodzi za najłatwiejszy. Wspinaczki z Tovo di Sant’Agata oraz Mazzo in Valtellina są iście hardcorowe. Ta pierwsza ma długość 12,8 kilometra przy średnim nachyleniu 10,4%. Natomiast druga liczy sobie 12,1 kilometra i ma średnio 10,9%. W obu przypadkach do pokonania w pionie mamy ponad 1300 metrów. Bardziej przystępny jest podjazd z Grosio czyli 13,8 kilometra ze stromizną 8,3%, swymi wymiarami przypominający sławną L’Alpe d’Huez. Te trzy północne opcje mają wspólną końcówkę, albowiem droga z Grosio wpada na tą z Mazzo na wysokości 1548 metrów n.p.m., po czym na 1715 metrach łączy się z nimi szlak biegnący z Tovo di Sant’Agata. Po południowej stronie góry sprawa jest prostsza. Zasadniczo podjazd jest tylko jeden, acz możliwe są dwa punkty startu. Dojeżdżając w ten rejon z zachodu lub południa zacznie się wspinaczkę w Edolo z poziomu 690 metrów n.p.m. Natomiast docierając tu od wschodu (po zjeździe z Tonale czy Gavii) zaczynamy podjazd z pułapu 891 metrów po opuszczeniu drogi SS42. Pełen podjazd z Edolo na Mortirolo jest najdłuższy z całej czwórki, ma bowiem 17,2 kilometra długości i przeciętne nachylenie 6,8 %. Niemniej na nim też nie braknie stromych odcinków, o czym świadczy maksymalna stromizna rzędu 14%. Poza tym można go sobie skrócić o blisko trzy kilometry jeśli powyżej Monno skorzysta się ze starej drogi (vecchia mulattiera) o nazwie „La Dritta”, na której stromizna sięga ponoć 25%. Jednak ten szlak polecany jest dla cyklistów na rowerach górskich. Passo del Mortirolo zadebiutowała na Giro d’Italia w 1990 roku i jak dotychczas wspinano się ku niej 14-krotnie, acz raz premię górską zlokalizowano poniżej przełęczy Foppa. Ta nietypowa zagrywka organizatorów Giro miała miejsce w 2012 roku, gdy na etapie z metą na Passo dello Stelvio za podjazd posłużyła droga z Tovo Sant’Agata, po czym zjechano do Grosio czyli z powrotem ku Valtellinie. Premię górską wygrał wówczas Szwajcar Olivier Zaugg, zaś cały odcinek Belg Thomas De Gendt.

Na samą przełęcz wjechano zatem 13 razy. Z czego 11-krotnie od strony północnej, za każdym razem zaczynając wspinaczkę w Mazzo in Valtellina oraz 2-krotnie od flanki południowej, przy czym w 2017 roku był to podjazd z Edolo, zaś w sezonie 1990 rozpoczął się on wjazdem na drogę SP81 po wcześniejszej Passo del Tonale. Pierwszym zdobywcą tej góry został Wenezuelczyk Leonardo Sierra, który nieco później w Aprice triumfował też na mecie szesnastego etapu 73. Giro. W sumie aż 8 z 13 odcinków „Corsa Rosa”, na których peleton Giro przejechał Mortirolo kończyło się w Aprice. Ten pierwszy z roku 1990 był o tyle nietypowy, iż wykorzystano południowy podjazd pod Mortirolo i zachodni do Apriki. Potem cztery razy północne Mortirolo (od Mazzo) zgrano z łagodnym 15-kilometrowym dojazdem do Apriki od wschodu (1996, 2006, 2010 i 2015). A poza tym trzykrotnie do tych dwóch wzniesień dodano jeszcze stromą wspinaczkę na Passo di Santa Cristina (1991, 1994 i 1999). Poza tym etapy z Mortirolo w programie kończyły się też w Edolo (1997), Presolanie (2004), Tirano (2008), Bormio (2017) i Ponte di Legno (2019). Warto zauważyć, iż 6 z 14 zwycięzców premii górskiej pod hasłem „Mortirolo” cieszyło się tego samego dnia z etapowej wiktorii. Oprócz wspomnianego już Sierry, byli to sami Włosi tzn. Franco Chioccioli (1991), Marco Pantani (1994), Ivan Gotti (1996), Ivan Basso (2006) i Giulio Ciccone (2019). Pierwszym, któremu nie udała się ta sztuka był ich rodak Wladimir Belli, który w 1997 roku przegrał etapowy finisz z Pawłem Tonkowem. W późniejszych latach punktami z prestiżowej premii górskiej musieli się zadowolić: Raffaelle Illiano (2004), Antonio Colom (2008), Zaugg (2012), Steven Kruijswijk (2015) i Luis Leon Sanchez (2017). Natomiast Gotti w 1999 i Basso w 2010 roku na mecie w Aprice zdobywali coś więcej niż etap, a mianowicie różową koszulkę lidera i to tuż przed końcem wyścigu. Obaj Ivanowie rodem z Lombardii (ten pierwszy „bergamasco”, drugi „varesino”) są do dziś jedynymi dwukrotnymi zdobywcami Mortirolo.

Mój podjazd na Passo Carette był w zasadzie podrasowaną wersją południowej wspinaczki na Mortirolo. Do przejechania miałem niemal pełen dystans dzielący Edolo od Passo della Foppa. Jednak na 600 metrów przed przełęczą musiałem skręcić ostro w prawo, by pojechać na wschód ku dolinie Bighera. Na tej bocznej drodze miałem do przejechania jeszcze 6 kilometrów z finałem całej wspinaczki na wysokości 2130 metrów n.p.m. Linia tej „górskiej premii” znajduje się w miejscu, skąd krótka gruntowa ścieżka wiedzie turystów na pobliski szczyt Pianaccio (2182 m. n.p.m.). Co ciekawe o ile kolarskie Mortirolo jest o 43 metry niższe od tego prawdziwego, o tyle kolarska Carette przewyższa geograficzną przełęcz o tej nazwie o 37 metrów. Faktycznie leży ona bowiem ciut dalej na północ, gdzieś pośród obszernych pastwisk doliny Bighera. Na stronie „massimoperlabici” ów przeszło 22-kilometrowy podjazd podzielono na 5 segmentów. Pierwszy to cały odcinek na ruchliwej SS42 o długości 4,3 kilometra i przeciętnej 4,5%. Drugim jest początek drogi SP81 czyli 2-kilometrowy dojazd do Monno (1059 m. n.p.m.) ze średnim nachyleniem 8,4%. Trzeci, najdłuższy kawałek łączy wspomnianą miejscowość z mostem Ponte di Palu (1633 m. n.p.m.). Na dystansie 8,1 kilometra trzeba tu pokonać przewyższenie 574 metrów co daje średnią 7,1%. Potem mamy najbardziej stromy fragment czyli 1,7 kilometra od mostku nad potokiem Ogliolo po Trattorię Mortirolo (1812 m. n.p.m.). Tu średnia stromizna wynosi aż 10,5%. Wspomniana gospoda, a ściślej Albergo Passo Mortirolo stoi zaledwie 150 metrów przed nawrotem, który trzeba wykonać aby porzucić Mortirolo na rzecz znacznie wyższej Passo Carette. Ostatni piąty sektor ma długość 6,2 kilometra i przeciętną 5,1%. Niemniej biada temu kto pomyśli, iż to tylko kilka dodatkowych kilometrów o równym i umiarkowanym nachyleniu. Zmienny charakter finałowego sektora dobrze oddaje profil nr 2 załączony do niniejszego wpisu. Dodam tylko, że na jego czerwonym odcinku maksymalna stromizna zbliża się do 16%, zaś na żółtym przekracza 9.

W niedzielę znów wyjechaliśmy wcześnie, a przy tym powtórzyliśmy manewr sprzed dwóch dni. To znaczy ja wysiadłem z auta w Edolo, zaś Daniel pognał dalej do Ponte di Legno. Miał lepsze niż w piątek warunki do zdobycia Passo di Gavia (2621 m. n.p.m.), acz pogoda nie była już tak sprzyjająca jak w sobotę. Mój kolega miał kręcić na sporych wysokościach, więc był bardziej podatny na kaprysy górskiej aury. Ja wystartowałem około dziewiątej i na starcie miałem 22 stopni przy częściowym zachmurzeniu. Licznik włączyłem w miejscu gdzie schodzą się drogi SS39 i SS42. Tym razem interesowała mnie ta druga. Odbiłem zatem w prawo, przejechałem przez krótki tunel i ruszyłem na wschód wzdłuż rzeki Oglio. Wystartowałem dość mocno, gdyż chciałem możliwie najszybciej opuścić hałaśliwą „krajówkę” o sporym natężeniu ruchu samochodowego. Podjazd na tym odcinku zgodnie z oczekiwaniami był łagodny. Stromizna sięgnęła maksymalnie 7% w połowie trzeciego kilometra, tuż za pierwszymi serpentynami. Po przejechaniu 4,5 kilometra w około 15 minut trzeci wiraż wprowadził mnie na cichszą, lecz bardziej stromą drogę SP81. Pod koniec szóstego kilometra na odcinku z nachyleniem do 11% wjechałem do Monno. Przejazd przez to miasteczko liczył sobie niemal dwa kilometry. Po zewnętrznej stronie siódmego zakrętu przykuł moją uwagę okazały mural (6,6 km). Na wylocie z tej miejscowości stromizna sięgnęła już 12%, zaś nieco później na długiej prostej do „tornante numero 9” nawet 13%. To właśnie na tym zakręcie (po 8,7 km od startu) zaczyna się wspomniana „La Dritta” czyli stroma mulattiera, która skraca dystans (acz niekoniecznie czas) potrzebny na zdobycie Passo del Mortirolo od strony południowej. Ja trzymając się drogi SP81 skręciłem tu w prawo i przez następne półtora kilometra niejako zawracałem na wschód. Szosa szła odtąd przez las, zaś nachylenie sięgało max. 10-12%. W połowie dwunastego kilometra szlak zdecydowaniej odbił na północ, po czym trzymał ten kierunek aż do Ponte Palu (14,6 km). Na tym 3-kilometrowym odcinku był nieco lżej, max. 8,7%.

Przejechawszy mostek nad potokiem Ogliolo znalazłem się na najtrudniejszym odcinku południowego Mortirolo. Cały następny kilometr miał średnio 12,2%, zaś jego najsroższa ścianka 14,6%. Miałem tu całą serię bliskich sobie zakrętów, zaś odsapnąć mogłem dopiero po minięciu Hotel Ristorante Belvedere (15,6 km). Na początku siedemnastego kilometra jeszcze krótka ścianka o nastromieniu 12,9% i dwieście metrów za nią ostry skręt w prawo. Mając w nogach 16,3 kilometra zacząłem finałowy segment Passo Carette. Jego pierwszy kilometr był niemal płaski. Jednak na początku drugiego droga skręciła na północ i na odcinku 900 metrów podyktowała ostre warunki z maxem 15,5% pod koniec osiemnastego kilometra całej wspinaczki. Teren uspokoił się dopiero, gdy minąłem szutrową ścieżkę na Passo di Varadega. Chwilę później szosa zatoczyła szeroki łuk skręcając na południe. Następnie od połowy dwudziestego kilometra znów ruszyła na wschód. Na tym kierunku nachylenie początkowo było solidne, lecz na ostatnich dwóch kilometrach już co najwyżej umiarkowane. Nawierzchnia drogi chropowata, więc nie sprzyjała płynnej jeździe. Końcówka wiodła szeroką doliną czyli pośród górskich pastwisk. Na kilometr przed finałem minąłem gospodarstwo Malga Salina Bassa. Wspinaczkę ukończyłem w 1h 36:27 (avs. 13,9 km/h z VAM 896 m/h) w miejscu nawiedzanym przez amatorów górskich wędrówek. Na przeszło 12-kilometrowym sektorze od zjazdu z SS42 po Trattorię Mortirolo wspinałem się w tempie 974 m/h. Natomiast na niespełna 18-kilometrowym od Monno po Carette wykręciłem nawet trzeci wynik, aczkolwiek w skromnej stawce zaledwie 33 cyklistów. Na górze było rześko. Temperatura 15 stopni. Do tego nieprzyjemny wiatr i momentami mżawka. Dlatego zacząłem odwrót już po kilku minutach. Na zjeździe zrobiłem sobie dwa dłuższe przystanki. Najpierw wpadłem na Passo del Mortirolo, gdzie przybyło nieco infrastruktury od mej poprzedniej wizyty (ustawiono kontener i pomnik w formie menhiru). Następnie zrobiłem sobie jeszcze strefę bufetu w Albergo Passo Mortirolo. Do Edolo zjechałem po wpół do pierwszej.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/3923024925

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/3923024925

ZDJĘCIA

FILM