Lago di Como & Lago d’Iseo

Pomysł na tą, bardziej turystyczną niż sportową, wyprawę zrodził się w mojej głowie niemal rok wcześniej. Gdy w sierpniu 2020 roku poznawałem wraz z Danielem, Rafałem i Krzyśkiem górskie drogi Lombardii stwierdziłem, że przy najbliższej okazji trzeba będzie wybrać się z Iwoną nad piękne Lago di Como. Najlepiej na dwa tygodnie i to może nie tylko nad to jedno jezioro. Nie byłaby to zresztą nasza pierwsza wspólna wycieczka z pobytem nad alpejskimi Laghi. Już podczas pierwszej wspólnej wyprawy z lipca 2010 roku spędziliśmy we dwoje nieco pięknych chwil w rejonie jezior Varese, Maggiore i Orta. Natomiast pięć lat później w pełnym składzie rodzinnym z Adamem cieszyliśmy się wspólnymi wakacjami nad wielkim Lago di Garda. Tym razem „młody” już niemal pełnoletni nie był zainteresowany podróżą ze swymi „starymi” co dało nam okazję do spędzenia wakacji we dwoje w pięknych okolicach Lago di Como oraz Lago d’Iseo. Swój pobyt w Lombardii podzieliśmy bowiem na dwie równe części znajdując sobie na cały ten czas dwie bazy noclegowe. Pierwszą we wiosce Dorio na wschodnim brzegu jeziora Como, zaś drugą w miasteczku Lovere na północno-zachodnim krańcu jeziora Iseo.

Oczywiście w środku kolarskiego sezonu nie mogłem się rozstać z rowerem na długie dwa tygodnie. Jeden tydzień bez wszelkiej aktywności można by sobie jeszcze wybaczyć, ale dwa mogłyby mi się odbić czkawką w przygotowaniach do późno-letniej wyprawy z chłopakami. Na koniec sierpnia planowałem zaś początkowo wypad do południowej Austrii z silnym akcentem na Karyntię. Potem zamieniałem ten „projekt” na wyjazd we francuskie Pireneje Wschodnie, który „nie wypalił” mi w czerwcu. Ostatecznie zaś raz jeszcze udałem się do Italii by w zacnym towarzystwie Adriana i dwójki wspomnianych już Gorzowian poznawać kolejne wzniesienia Piemontu i Doliny Aosty. O tej eskapadzie przyjdzie jeszcze pora opowiedzieć. Tymczasem na kilka tygodni przed nią miałem szansę oswoić się z rytmem górskich wspinaczek w czasie spędzanym głównie na zwiedzaniu: Mediolanu, Brescii oraz pomniejszych, acz wielce urokliwych miasteczek leżących nad dwoma wspomnianymi jeziorami. Ten lipcowy wyjazd dał mi też okazję do poznania kolarskich gór, na które nie starczyło czasu bądź możliwości rok wcześniej. Poznałem zatem 10 nowych wzniesień, z czego cztery w okolicach Bergamo i po dwie w granicach prowincji Como, Lecco i Brescia. Na sam koniec wycieczki pozwoliłem sobie na „lajtowe” Giro del Lago d’Iseo czyli zrobiłem pełne kółko wokół tego jeziora. Przyjemną trasę o długości 60-kilku kilometrów w terenie – o zgrozo – niemal zupełnie płaskim 😉

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem na lipcowym szlaku między Dorio a Lovere.

Mój rozkład jazdy:

11.07 – Bodone

12.07 – Monte Cornizzolo

14.07 – Artesso

16.07 – Alpe di Paglio

17.07 – Passo di Ganda

18.07 – Passo di Passabocche

19.07 – Ceratello

20.07 – Croce di Salven

21.07 – Passo di Zambla

22.07 – Colle Martinazzo

Colle Martinazzo

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Tavernola Bergamasca (SP469)

Wysokość: 1016 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 826 metrów

Długość: 14,3 kilometra

Średnie nachylenie: 5,8 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Tym razem zwyczajowym programie naszych dziennych aktywności dokonaliśmy zasadniczej roszady. Czwartek zacząłem zatem od lekcji włoskiej kultury, a na moje solowe zajęcia sportowe ruszyłem dopiero w porze poobiedniej. Przed południem wybraliśmy się na zwiedzanie Brescii. Drugiego pod względem wielkości miasta Lombardii. To ważny ośrodek przemysłowy, ale też miasto o długiej i bogatej historii. Założone przez Celtów, potem oczywiście rządzone przez Rzymian, zaś we wczesnym średniowieczu ważny ośrodek państwa Longobardów. W owych czasach znana pod łacińską nazwą Brixia, która kibicom kolarskim może się kojarzyć z etapowym wyścigiem rozgrywanym w jej okolicach przez pierwszych 11 sezonów XXI wieku. Przyznam, że miejscowość ta pozytywnie zaskoczyła mnie swą ofertą turystyczną. Zwiedzanie zaczęliśmy od okazałego Castello di Brescia (alias Falcone d’Italia) powstałego między XIII a XVI stuleciem na wzgórzu Cidneo. Na Starym Mieście też było na czym zawiesić oko. Na Piazza Paolo VI stoją bezpośrednio sąsiadujące z sobą dwie katedry. Stara czyli „La Rotonda” wybudowana w XI wieku, oczywiście w stylu romańskim. Obok niej zaś Nowa budowana od początków wieku XVII, zwieńczona okazałą kopułą. Na liście UNESCO znalazł się zaś miejscowy kompleks monastyczny San Salvatore-Santa Giulia, którego dzieje sięgają VIII wieku oraz Forum z czasów rzymskich obejmujące Capitolium oraz amfiteatr. Co ciekawe na chodniku uliczki łączącej Zamek ze Starówką upamiętniono wszystkie ofiary zamachów terrorystycznych we Włoszech od końca lat 60. do początków lat 80. czyli w czasach „anni di piombo”. Nieprzypadkowo, bowiem jeden z nich miał miejsce na pobliskim Piazza della Loggia. Pełni pozytywnych wrażeń wróciliśmy do Lovere wczesnym południem. Niemniej z wypadem na rower poczekałem do wpół do piątej, a że do wybranej góry musiałem jeszcze dojechać autem całą zabawę zacząłem dopiero około siedemnastej.

Moim celem była Monte Creo (1106 m. n.p.m.). Góra na zachodnim brzegu Lago d’Iseo wznosząca się przeszło 900 metrów ponad poziom jeziora i łatwo rozpoznawalna za sprawą masztów telewizji RAI umieszczonych na jej wierzchołku. Co ciekawe na sam jej szczyt można wjechać rowerem szosowym. O ile tylko los będzie sprzyjał śmiałkowi. Ten specyficzny podjazd miałem dobrze rozpoznany. Do przejechania jest tu 15,7 kilometra o średnim nachyleniu 5,8%. Najpierw umiarkowane 7 kilometrów o regularnym średnim nachyleniu 5-6%. Potem łatwiejsze i nieregularne 5,5 kilometra o przeciętnej tylko 3,7%. Następnie po zjeździe z drogi SP78 tuż przed Parzanicą dwa ciężkie kilometry. Pierwszy z nachyleniem 9,7% i drugi z masakryczną średnią stromizną 16,1% i max. 20%. Na koniec zaś dość luźne 1200 metrów. Tyle w teorii. Niestety nie było mi dane zmierzyć się z tą „ścianą” i stanąć na szczycie owej góry. Wszystko przez roboty drogowe, ale po kolei. Dojechawszy do Tavernola Bergamasca zatrzymałem się na wysokości miejscowej cementowni. Zanim przystąpiłem do wspinaczki zrobiłem sobie jeszcze przeszło 4-kilometrową rozgrzewkę w terenie płaskim na drodze SP469. Podjazd należało zacząć od wjazdu na via Valle w północnej części miasteczka. Wiedziałem, że pierwsze kilometry tego podjazdu będą miały umiarkowane i przy tym równe nachylenie co było dla mnie sprzyjającą okolicznością. Mniej cieszyłem się z upału, który na początku wzniesienia sięgał 32 stopni. Wąska szosa SP78 przez kilka pierwszych kilometrów pięła się po serpentynach. Tu i ówdzie pośród sadów i gajów oliwnych. Do początku szóstego kilometra zaliczyłem w sumie jedenaście wiraży. Na drugim kilometrze i początku trzeciego przejechałem przez wioskę Cambianica. Tu zaniepokoił mnie widok zablokowanej drogi będącej wschodnią opcją dojazdu do Parzaniki. Ja jednak miałem skorzystać z wariantu zachodniego i odbić na północ dopiero pod koniec siódmego kilometra, dojechawszy do Vigolo (588 m. n.p.m.).

Niestety gdy dotarłem do tego miejsca również ta odnoga drogi SP78 była szczelnie zablokowana. Pojedynczy znak drogowy pewnie bym zignorował jak to drzewiej bywało. Niemniej wolałem nie przeskakiwać płotu ustawionego na całą szerokość szosy. Postanowiłem jechać dalej przed siebie czyli na zachód. Przejechałem przez całe, całkiem ładne zresztą, Vigolo po czym wjechałem na via degli Alpini. Miałem jeszcze cień nadziei, że uda mi się dotrzeć na Monte Creo od jakiejś trzeciej „nieoficjalnej” strony. Po dziewięciu kilometrach podjazdu chcąc kontynuować wspinaczkę ominąłem tablicę z napisem „strada chiusa”. Do połowy dziesiątego kilometra nachylenie wciąż było przyzwoite. Potem przez 1200 metrów teren delikatnie opadał, zaś droga miejscami była zniszczona. Jeszcze kilkaset metrów i po przejechaniu 11,4 kilometra zatrzymałem się na rozdrożu dróg w okolicy Bratta. Tu już stało się jasne, że tego dnia nie wjadę na Monte Creo. Zaciekawiła mnie za to stroma dróżka odchodząca w lewo i zmierzająca początkowo na południowy-zachód. Postanowiłem sprawdzić gdzie też ona wiedzie. Przejechałem na niej jeszcze 2600 metrów. Miejscami musiałem się mierzyć z nachyleniem na poziomie 12-13%. Stromizna nie była tu jednak problemem. Bardziej utrudniały jazdę poprzeczne kanaliki na wodę rozmieszczone dosłownie co kilkadziesiąt metrów. Wspinaczkę zakończyłem na końcu asfaltowej drogi, w pobliżu szczytu Colle Martinazzo (1037 metrów n.p.m.). Przed sobą miałem odcinek bardziej szutrowy niż szosowy. Tym niemniej nie wykluczone, że gdybym pojechał dalej to trafiłbym jeszcze na segmenty z przyjemniejszą nawierzchnią. Na mapach widać, że szlak ten wnosząc się wyżej już bardziej delikatnie dociera na Colle di Caf (1242 m. n.p.m.), po czym opada na południe w rejon znanego z tras Giro d’Italia wzniesienia Colli San Fermo.

Dla mnie było jednak za późno na wycieczkę w nieznane, tym bardziej po dukcie podejrzanej jakości. Nie dotarłem tak wysoko jak zamierzałem, ale jakoś ten wypad uratowałem. Przekroczyłem wysokość 1000 metrów n.p.m. i zaliczyłem podjazd o przewyższeniu niemal 830 metrów. Poniekąd była to dla mnie powtórka z rozrywki. Cztery lata wcześniej podczas wyprawy do szwajcarskiego kantonu Wallis pewnego dnia zamiast dotrzeć do górskiej osady Alpe Galm wylądowałem w niżej położonej Bachalp. Wtedy jednak nazajutrz miałem okazję do poprawki. Tu nie mogłem liczyć na to, że w piątek górna część drogi SP78 nagle stanie przede mną otworem. Poza tym na ostatni dzień nad Lago d’Iseo miałem już w głowie inny pomysł. Spędzając rozmaite wakacje nad Lago di Garda, Lago Maggiore czy Lago di Como jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy by objechać te akweny dookoła za jednym zamachem. Po pierwsze za dużo ciekawych górskich wyzwań miałem w ich okolicy. Po drugie zaś sam rozmiar owych jezior wymagałby pokonania dystansu na miarę wyścigu Gran Fondo. Tymczasem Lago Sebino wręcz kusiło długością swego obwodu. Nieco ponad 60 kilometrów czyli w sam raz na spokojną dwugodzinną przejażdżkę. Jak pomyślałem tak zrobiłem ruszając z Lovere w stronę Pisogne w piątkowy poranek około dziewiątej. Jezioro objechałem w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. Na wschodnim brzegu musiałem w pewnym momencie zjechać z drogi SP510 na przybrzeżne alejki, zaś miejscami skorzystać też z chodnika. Na zachodnim wybrzeżu można było cały czas jechać po szosie SP469. Jedynym problemem okazała się awaria oświetlenia w długim tunelu za Tavernolą. Ze względów bezpieczeństwa wolałem tam zejść z roweru i kilkaset metrów przejść po omacku poboczem szosy. Trasa owego Giro del Lago była generalnie płaska, więc niewiele metrów dodałem do ogólnego przewyższenia z wyprawy. Od 11 lipca przejechałem tylko nieco ponad 320 kilometrów, ale o łącznej amplitudzie blisko 8800 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5670289099

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5670289099

ZDJĘCIA

FILM

Passo di Zambla

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Ponte Nossa (SS671)

Wysokość: 1258 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 806 metrów

Długość: 13,9 kilometra

Średnie nachylenie: 5,8 %

Maksymalne nachylenie: 10 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na środę w planach mieliśmy wycieczkę wzdłuż zachodniego brzegu Lago d’Iseo, po czym zwiedzanie turystycznej trasy z widokami na Piramidi di Zone. To znaczy „bajeczne kominy” czyli formacje skalne podobne do tych, z których słynie choćby turecka Kapadocja. W sumie szykował nam się objazd jeziora samochodem w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. Po drodze zaś dwa przystanki przeznaczone na dwa nieśpieszne spacery. Pierwszy w Sarnico po płaskim terenie nad wodą. Drugi już w bardziej górskiej scenerii, albowiem Zone leży niemal 500 metrów powyżej Lago Sebino. Aby dojechać do owego rezerwatu przyrody trzeba odbić z drogi wiodącej wzdłuż wybrzeża na wysokości miejscowości Marone. To wszystko jednak było przewidziane na popołudnie. Zatem przed południem miałem parę godzin na zorganizowanie sobie nieco dłuższego niż zwykle kolarskiego wypadu. Potrzebowałem ciu więcej czasu nie dlatego, że moja kolejna górka była jakoś szczególnie dłuższa czy cięższa niż inne wzniesienia poznane na tym wyjeździe. Wszystkie rzekłbym były premiami górskimi pierwszej i drugiej kategorii. Kolejne w życiu podjazdy HC zostawiłem sobie dopiero na przełom sierpnia i września. Tego dnia jednak chcąc dojechać do podnóża kolejnej wspinaczki musiałem spędzić co najmniej pół godzinki w aucie. Z rana miałem bowiem do pokonania blisko 25-kilometrową trasę do Ponte Nossa, szlakiem przez Sovere, Fonteno i okolice Clusone. To ostatnie miasteczko to rodzinna miejscowość Paolo Savoldellego, zwycięzcy Giro d’Italia z lat 2002 i 2005. Moim celem była zaś Passo di Zambla, która trzy miesiące później znalazła się na trasie klasyku Il Lombardia. Uczestnikom tego wyścigu za podjazd posłużyła jednak przeciwna, bo zachodnia strona tego wzniesienia. Ja wybrałem sobie solidną 14-kilometrową wspinaczkę z początkiem w Alta Val Seriana.

„Profi” musieli się zmierzyć z dłuższym i nieregularnym podjazdem przez Dossenę. Zaczynanym w pobliżu San Pellegrino Terme, gdzie z kolei urodził Ivan Gotti triumfator „La Corsa Rosa” z lat 1997 i 1999. Moja Zambla zasługuje na miano największego szosowego podjazdu w dolinie Seriana, acz z pewnością nie jest najtrudniejszym w tej okolicy. Za takowe uchodzą bowiem krótsze, ale znacznie bardziej strome wspinaczki z Gandino na Monte Farno czy też Vertovy na Monte Cavlera. Tym niemniej wschodnia Zambla jest jedynym wzniesieniem, który amatorom górskich podjazdów czy też przyszłym mistrzom kolarstwa, oferuje tu okazję do pokonania przeszło 800 metrów w pionie. Poza tym jest to górka mająca za sobą „występy” na wielkim Giro. Wykorzystana została na tym wyścigu dwukrotnie w latach 70. Co ciekawe rok po roku. Najpierw w sezonie 1976 przejechano ją od wschodu na etapie nr 21 z Comano Terme do Bergamo. Na swojej ziemi rządziły tu wówczas miejscowe asy. Gianbattista Baronchelli jako pierwszy zameldował się na przełęczy, zaś Felice Gimondi wygrał finisz z 9-osobowej grupki po zwycięstwo etapowe. Ten drugi dzień później po czasówce odebrał też prowadzenie w całym wyścigu Belgowi Johanowi De Muynckowi i wygrał swe trzecie Giro w karierze. Rok później na etapie 19 z Pinzolo do San Pellegrino Terme znów przetestowano wschodni podjazd, ale aż takich emocji nie było. Zarówno na górze jak i mecie pierwszy był nie liczący się w „generalce” Włoch Renato Laghi. Wschodni podjazd pod Colle di Zambla prowadzi przez Valle del Riso, dolinę która od starożytności znana była ze swych kopalni cynku i ołowiu. Jego pierwsza 4,5-kilometrowa tercja to najpierw łagodne 2000 metrów na wprowadzenie do tematu, a potem całkiem solidny odcinek o średniej 7,6%. Środkowe pięć kilometrów to zrazu dwa luźne odcinki ze stromym przerywnikiem na dojeździe do Onety, zaś potem bardziej regularne 2,5 kilometra o przeciętnej 5,5%. Najtrudniejsza jest faza trzecia czyli 4,5 kilometra o średnim nachyleniu 7,8%.

Na miejsce pomimo pewnych kłopotów nawigacyjnych na wylocie z Lovere dotarłem już około dziewiątej. Dzięki tak wczesnej godzinie nie musiałem się martwić upałem, acz już w porze śniadania było tu 25 stopni. Z uwagi na znikome nachylenie pierwszych kilometrów na drodze SP46 podjazd ten mogłem zacząć na dużej tarczy. Jeszcze na falsopiano minąłem pomnik poświęcony miejscowym górnikom, a potem Santuario del SS Crocifisso. Nachylenie stało się solidniejsze pod sam koniec drugiego kilometra. W połowie czwartego kilometra minąłem boczną drogę prowadzącą do wioski Gorno. Potem przejechawszy 4,3 kilometra skończyłem pierwszy z trudniejszych odcinków tego wzniesienia. W połowie kilometra szóstego dotarłem do Onety, zaś pod koniec siódmego przeskoczyłem na prawy brzeg potoku Riso. Odtąd mój szlak wiódł już do końca po północno-wschodnim zboczu góry Monte Alben (2019 m. n.p.m.). Za mostem przejechałem przez osadę Scullera (7,2 km), na odcinku który do końca ósmego kilometra zmierzał na południe. Po nawrotce na północ i przejechaniu kolejnych 800 metrów minąłem boczną dróżkę do Santuario del Frassino. W połowie dziesiątego kilometra zaczęła się najtrudniejsza część wzniesienia. Na początku jedenastego wjechałem do Cantoni d’Oneta. Odtąd zacząłem jechać na zachód, krętym szlakiem z sześcioma serpentynami. Dopiero niespełna kilometr przed finałem szosa znów odbiła na północ. Dojechawszy na górę po prawej zastałem mały parking, zaś po lewej dróżkę wiodącą na Passo della Crocetta (1267 m. n.p.m.). Przed sobą miałem zaś zjazd górską dolinką Val Parina ku większej i słynniejszej Valle Brembana. Wjechałem na przełęcz w czasie niespełna 52 minut. Średnia prędkość powyżej 16 km/h wyglądała nieźle, lecz VAM na poziomie 936 m/h już gorzej. Takie wyniki były jednak do przewidzenia zważywszy na umiarkowaną stromiznę tej góry. Na stravie jej „królem” jest Mattia Cattaneo czyli „pros” z ekipy Deceunick pochodzący z nieodległego Alzano Lombardo.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5663746022

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5663746022

ZDJĘCIA

FILM