Valle d’Aosta & Piemonte

W Piemoncie byłem ostatnio we wrześniu 2015 roku. W Dolinie Aosty całkiem niedawno, bo w sierpniu roku 2019. Obie te krainy należą do moich ulubionych górskich rewirów na terenie Włoch. Tym niemniej u progu tegorocznego sezonu wcale nie zamierzałem do nich wracać. O wyprawie do północno-zachodniej Italii nawet nie myślałem. Plan był taki by na początku czerwca pojechać we francuskie Pireneje wschodnie. Po czym wzmocniwszy się tą solidną dawką górskich podjazdów pod koniec sierpnia wybrać się w końcu do austriackiej Karyntii. Niestety znów głównym rozgrywającym na rynku turystycznym był niejaki Covid-19 i swoje śmiałe plany chcąc nie chcąc musiałem mocno zrewidować. Paszporty sanitarne ułatwiające podróże po Europie nabierały mocy praktycznie od 1 lipca, więc czerwcowy wyjazd do Francji trzeba było anulować. Z kolei wyprawa do południowej Austrii na spotkanie z wieloma nieziemsko trudnymi wspinaczkami bez wcześniejszej ostrej zaprawy w Pirenejach wydała mi się misją zgoła „samobójczą”. Wolałem już raczej przełożyć góry Oksytanii na ów sierpniowy termin. Niemniej ostatecznie na to się nie zdecydowałem. Uznałem, że całość swego programu na rok 2021 przełożę na kolejny sezon. Poniekąd we własnym interesie, ale też z uwagi na preferencje mych kompanów. Po pierwsze chcę po wielu latach wybrać się do Francji ze swym „starym druhem” Piotrem Mrówczyńskim. Po drugie koledzy, z którymi zaplanowałem sobie tegoroczną podróż woleli wyjazd nieco bliższy niż ten w Pireneje.

Tym samym do gry wróciła atrakcyjna włoska para: Signore Piemonte & Signora Aosta. Wcale nie byłem zmartwiony tym faktem. Tym bardziej, że pomimo swych kilku wcześniejszych doświadczeń wciąż miałem tam wiele ciekawych wzniesień do zobaczenia. Poza tym jechałem do Włoch w doborowym towarzystwie osób już uprzednio sprawdzonych na górskich szlakach. Z Adrianem przemierzałem rok wcześniej południową część francuskich Alp. Przez trzy-czwarte owej wyprawy mieli nam towarzyszyć Rafał i Krzysiek. Moi dobrzy znajomi z Gorzowa Wielkopolskiego. Ten pierwszy był już ze mną wcześniej na czterech wyjazdach. Poznaliśmy się na szosach włoskiego Tyrolu Południowego w 2015 roku. Natomiast Żbiku był moim wspólnikiem już na dwóch wyprawach. Debiutował zaś w 2018 roku na ziemi francuskiej w Wysokich Pirenejach. Dla siebie i Adka przewidziałem w sumie szesnaście górskich etapów, oczywiście bez żadnych dni przerwy po drodze. Dla całej naszej grupy przewidziałem tylko dwie bazy noclegowe. Pierwszą w Pont-Saint-Martin w Dolinie Aosty, ale przy samej granicy z Piemontem. Z niej przez pierwsze osiem dni mieliśmy poznawać górskie podjazdy nie tylko na terenie najmniejszego z włoskich regionów, ale też w północno-zachodniej części Piemontu. Dziewiątego dnia czekał nas transfer na wschód z dwoma wspinaczkami w okolicy miasteczka Coggiola (prowincja Biella). Drugi lokal wynająłem zaś w Omegni. Miejscowości położonej na północnym krańcu urokliwego jeziora Orta. To miała być nasza brama do podjazdów w północno-wschodniej części Piemontu.

Pierwsze dni owej wyprawy były dla mnie nerwowe. Wpakowałem się w kłopoty techniczne z rowerem. W sumie na własne życzenie, gdyż nie zleciłem wystarczająco dokładnego przeglądu swego Scotta Addicta po powrocie z drugiej wyprawy roku 2020. Na szczęście prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Mogłem liczyć tak na starych jak i nowych znajomych. Jednak przez trzy pierwsze dni tej podróży mój program zwiedzania mogłem realizować jedynie połowicznie. Jedna górka dziennie i to na pożyczonych rowerach. Dopiero fachowcy z piątego odwiedzonego w tym czasie warsztatu uwolnili mnie od zapieczonej „na amen” sztycy podsiodłowej. Począwszy od czwartego etapu mogłem już spędzać te rowerowe wakacje w stylu do którego przez lata przywykłem. Ostatecznie między popołudniem 22 sierpnia a przedpołudniem 6 września zdążyłem poznać 28 nowych podjazdów, z czego jeden na terenie szwajcarskiego kantonu Wallis. Piętnaście z nich miało przewyższenie powyżej 1000 metrów. Dwa największe podjazdy tzn. Simplonpass oraz Valle di Gressoney (Staffal) amplitudę przeszło 1500 metrów. Najwyższą metą była wspinaczka do Cheneil w pobliżu doliny Valtournenche kończąca się na wysokości 2032 metrów n.p.m. Mój jedyny w tym sezonie nowy „dwutysięcznik”, gdyż na Simplona już wcześniej wjechałem od przeciwnej strony. Najdłuższym blisko 38-kilometrowy podjazd z Pont-Saint-Martin do Staffal biegnący przez całą długość doliny Gressoney vel Lys. Na dobrą sprawę szósty pośród najdłuższych w moim życiu. Natomiast do najtrudniejszych zaliczyłbym tercet wzniesień z największym średnim nachyleniem i zarazem przewyższeniem przeszło 1000 metrów. To znaczy Santa Maria Maddalena (Piani di Tavagnasco), Lago di Teleccio oraz Alpe Pescia.

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem w sierpniu i wrześniu 2021 roku na szlaku od Pont-Saint-Martin po Omegnę.

Mój rozkład jazdy:

22.08 – Valle di Gressoney / Staffal

23.08 – Planaval

24.08 – Thouraz

25.08 – Piamprato & Pian del Lupo

26.08 – Nissod & La Veulla / Monte Avic

27.08 – Lago di Teleccio & Santuario di Prascondu

28.08 – Galleria di Rosazza & Santa Maria Maddalena

29.08 – La Magdeleine & Cheneil

30.08 – Valico di Bielmonte & Alpe Noveis

31.08 – Mottarone E & Monte Ologno

1.09 – Simplonpass (CH) & San Domenico

2.09 – Val Sermenza / Rima & Alpe di Mera

3.09 – Alpe Devero & Alpe Pescia

4.09 – Alpe San Bernardo & Alpe Lusentino / Domobianca

5.09 – Alpe Cheggio & Alpe Camasca

6.09 – Campello Monti

Campello Monti

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Omegna (via De Angeli)

Wysokość: 1295 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 989 metrów

Długość: 19,2 kilometra

Średnie nachylenie: 5,2 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Każda przygoda kiedyś się kończy, więc i nam przyszło powiedzieć „Arrivederci Italia”. Na „do widzenia” górka była tylko jedna, a przy tym do wyhaczenia prosto z bazy. Ostatnią premią górską naszego Giro-2021 była Campello Monti. Górska osada na krańcu doliny Strona, przez swych pierwotnych mieszkańców nazwana Kampel. To zaś zdradza, że byli nimi Walserowie. Górale wywodzący się z germańskiego plemienia Alemanów. W XIII wieku opuścili oni swą małą ojczyznę w dolinie Goms u źródeł Rodanu i rozpierzchli się po Alpach. Przede wszystkim zasiedlili zaś niektóre aostańskie i piemonckie doliny po południowej stronie masywu Monte Rosa, tym okolice Valsesia. Grupa rodem z Rimelli (Alta Val Mastallone) dała początek osadzie znanej dziś jako Campello Monti. Odkryli oni zalety łąk po drugiej stronie najbliższych sobie gór. To znaczy ziemie na terenie Valle Strona. W XIV wieku postanowili się tu osiedlić. Niemniej przez całe dwa stulecia mieli pewien ważki problem. Chcąc pochować swych bliskich na „uświęconej ziemi” musieli transportować ich ciała do starej doliny Mastallone przez przełęcz Bocchetta di Campello (1924 m. n.p.m.). Własnego cmentarza doczekali się w 1551, zaś kościoła czyli Chiesa di San Giovanni Battista dopiero w 1759 roku. Od roku 1816 Campello Monti było nawet samodzielną „komuną”, po czym w 1928 zostało włączone nowo utworzonej gminy Valstrona. Od połowy XIX wieku przez całe stulecie poza pasterstwem zajmowano się tu również wydobyciem niklu. Dziś dawne Kampel nie ma żadnych stałych mieszkańców. Zimą droga powyżej Forno (888 m. n.p.m.) jest nieprzejezdna. Osada ożywa dopiero w cieplejsze miesiące. Wpadają tu potomkowie dawnych mieszkańców jak i przede wszystkim turyści. Ponoć na halach nadal odbywa się letni wypas. Niemniej magnesem dla gości są piesze szlaki biegnące przez Parco Naturale Alta Val Sesia e dell’Alta Val Strona. Największą atrakcją jest podejście na szczyt Cima di Capezzone (2421 m. n.p.m.) oraz ku leżącemu na wysokości 2100 metrów jeziorku o tej samej nazwie.

Cała nasza wspinaczka miała wieść przez Valle Strona, a przy tym szosami aż pięciu gmin. Powyżej dużej Omegni były to kolejno: Germagno, Loreglia, Massiola i przede wszystkim Valstrona. Tradycyjną działalnością mieszkańców owej doliny była zawsze obróbka drewna. Dlatego niegdyś zyskała sobie ona przydomek „Val di cazzuji”, co w miejscowym dialekcie oznacza „Dolina łyżek”. Wyrób wszelakich łyżek i chochli był bowiem specjalnością miejscowych rzemieślników. Współcześnie miejscowi przerzucili się na produkcję figurek Pinokia, czego dowodem był wystrój jednego z zakładów pracy na tym szlaku. Przed nami był podjazd relatywnie długi, lecz nieszczególnie trudny. Mieliśmy do pokonania z grubsza 1000 metrów przewyższenia na dystansie około 19 kilometrów czyli przy niewygórowanym przeciętnym nachyleniu nieco ponad 5%. Niemniej było to wzniesienie – w mojej prywatnej terminologii – typu „skorpion” czyli pozornie niegroźne, lecz wyposażone w jadowitą końcówkę. Uogólniając wszelkie szczegółowe dane na temat owej góry podane na kartach przewodnika spod znaku „Passi e Valli in Bicicletta” mieliśmy tu najpierw 13,5 kilometra o przeciętnym nachyleniu tylko 3,8%. Po czym powyżej osady Otra (814 m. n.p.m.) zupełnie inne 6 kilometrów o średniej 8,2%. W sumie zaś im dalej, tym trudniej. Na ostatnich 2 kilometrach czyli po minięciu Piana di Forno stromizna wynosiła już 8,9%. Natomiast w samej końcówce wiodącej wąską dróżką przez gęsty las należało się zmierzyć z odcinkiem 500 metrów o wartości aż 13,4%. W książce profil tego wzniesienia podzielono na 39 półkilometrowych odcinków. Przed Otrą tylko 7 z 27 tego typu kawałków miało średnie nachylenie powyżej 5%. Natomiast powyżej tej osady wszystkie 12. Przy tym „najłagodniejszy” sektor liczył sobie 5,8%, zaś 10 z nich miało stromiznę na poziomie co najmniej 7%. Nasz drugi wspólny Wielki Tour wypadało zakończyć „etapem przyjaźni”. Podjazd w typie Campello Monti ze względu na umiarkowane nachylenie idealnie pasował do odegrania tej roli.

W trasę ruszyliśmy o wpół do dziesiątej. Zaraz po starcie musieliśmy pojechać na północ, a nie jak w niedzielę na zachód. Po minięciu centrum miasta wpadliśmy na via De Angeli wiodącą w kierunku Crusinallo. Niemniej po przejechaniu mostu nad potokiem Strona zamiast w prawo do owej dzielnicy musieliśmy odbić w lewo, by dokładnie po przejechaniu 1,3 kilometra od naszej bazy zacząć podjazd. Wjechaliśmy na Via Vallestrona czy jak reklamowała to inna tablica na owym rozdrożu „Le Vie del Legno”. Przez pierwsze kilkaset metrów droga wiodła na południe, po czym skręciła na północny-zachód. Pierwszy kilometr na drodze SP52 całkiem solidny, bo ze średnim nachyleniem 6,3%. Drugi już łatwiejszy o przeciętnej 4,3%. Dokładnie po dwóch kilometrach dojechaliśmy do osady Canova del Vescovo (412 m. n.p.m.), skąd w prawo skręca stroma szosa wiodącą do Alpe Quaggione (1156 m. n.p.m.). My jednak musieliśmy jechać prosto. Przez kolejne półtora kilometra było zupełnie płasko. Potem od połowy czwartego do końca piątego kilometra trafiło się parę odcinków o umiarkowanym nachyleniu. W połowie piątego kilometra droga skręciła wyraźniej na zachód i niebawem minęliśmy Prelo (4,8 km). Na kilometrze szósty, siódmym i ósmym „stromizna” ani na moment nie skoczyła powyżej 5%. Na przełomie siódmego i ósmego kilometra przejechaliśmy przez wioskę Strona di Luzzogno czyli „stołeczny” ośrodek gminy Valstrona o czym świadczył obwieszony trzema flagami budynek lokalnego „sindaco”. W pierwszej połowie dziewiątego kilometra nachylenie było już umiarkowane. Ten odcinek zawiódł nas do Piana di Fornero, gdzie po lewej stronie szosy ostro pracowała stolarnia „pod patronatem” Pinokia. Trzymając się dalej lewego brzegu Strony w połowie dziesiątego kilometra wpadliśmy do Marmo, gdzie na jednym z domów hasały kolejne bajkowe postacie. Pod koniec dziesiątego kilometra mój licznik pierwszy raz zanotował chwilową stromiznę powyżej 8%. W połowie jedenastego szybko minęliśmy osadę Ovasca (683 m. n.p.m.).

W połowie dwunastego kilometra droga skręciła wyraźniej na północ i jednocześnie złagodniała. Za Rosarolo (13 km) na kilkaset metrów przejechaliśmy na prawy brzeg potoku. Tu w połowie czternastego kilometra dotarliśmy do wspomnianej już Otry, za którą nachylenie miało już na stałe przybrać poważniejszych wartości. Na kolejnym kilometrze minęliśmy Preię oraz Forno, znane z kościoła pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła oraz Muzeum Sztuki Sakralnej. Na dojeździe do Cerani (15 km) mój telefon jak widać na linkach z górskich ścieżek skończył nagrywanie. Droga wkrótce skręciła na południe i po 17,1 kilometra od początku podjazdu dotarliśmy do Piana di Fornero. W dole po lewej stronie widać było kościół i budynki owej osady. Natomiast po prawej stronie drogi powitała nas dwujęzyczna tablica m.in. z napisem „Kampelj Walser Land – Wol chomne”. Wjechaliśmy na finałowy odcinek czyli via del Sasso. Z początku jechaliśmy dalej na zachód, po czym droga skręciła nieco na północ i nadal brnąc przez las zaserwowała nam doprawdy wysokie procenty. Na tym finałowym odcinku musiałem się już mocno spiąć by nie puścić koła kolegi w samej końcówce. Po wyjeździe z lasu jeszcze chwila stromizny, po czym płaski finał po kostce do samego Campello Monti. Na poboczu stał samochód „Guardia di Finanza”. Pytanie od kogo ściągają tu podatki, skoro nikt na stałe w Kampel nie mieszka? Dojechawszy do końca brukowanego odcinka zeszliśmy z rowerów i przeszliśmy mostkiem do centrum miejscowości. Dostrzegłem tu miejscowy kościół jak i budynek szkoły podstawowej. Kto by zgadł, że zimą nie ma tu żywego ducha! Najdłuższy 19-kilometrowy segment przejechaliśmy w 1h 08:49 (avs. 16,6 km/h z VAM 826 m/h). Nie jechaliśmy wcale jakoś bardzo oszczędnie. Na odcinku 4,76 kilometra powyżej Forno zdobywaliśmy wysokość w tempie 993 m/h, zaś na ostatnich dwóch kilometrach nawet 1061 m/h. Na zjeździe nigdzie nie zatrzymaliśmy się na dłużej. Do bazy wróciliśmy kwadrans po dwunastej. W sumie można było tego dnia zrobić nieco więcej.

Była ku temu dobra okazja. Mogliśmy bowiem przerwać nasz zjazd w Canova del Vescovo, po czym dorzucić sobie wspinaczkę pod Alpe Quaggione. Z tego poziomu byłyby to dodatkowe 744 metry w pionie czyli podjazd o długości 7,7 kilometra i średniej stromiźnie aż 9,7%. Adrian pewnie „połknąłby” taką premię górską w 40 minut, ja raczej w 45. Parę minut spędzilibyśmy na górze plus nieco czasu zgubili na zjeździe. Zakładam, że wówczas wylądowalibyśmy na stancji około wpół do drugiej. Niemniej z ostrożności i dla lepszego wypoczynku przed długą podróżą do ojczystego kraju „przytrzymaliśmy się” oryginalnego planu. Wyjazd z Omegni zaplanowaliśmy sobie na siedemnastą, więc przesadnie dużo czasu na wypoczynek, obiad oraz spakowanie wszystkich waliz, toreb, plecaków i pomniejszych tobołków wcale nie było. Ostatecznie nasze górskie liczniki stanęły na 28 podjazdach. Adrian przez szesnaście dni przejechał 1082 kilometry, zaś w pionie pokonał 32.659 metrów. Nie wszystkie jego góry były moimi wzniesieniami. Mój ogólny dystans i amplituda zapewne były nieco niższe. Niemniej z racji licznych zakłóceń w kontaktach ze stravą nie podejmuje się orzec „jak daleko i wysoko” tym razem zajechałem. Po powrocie do kraju zakupiłem Garmina Edge530 i mam nadzieję, że ten posłuży mi co najmniej przez osiem lat jak jego starszy „kolega”. Alpe Quaggione na dalszą przyszłość wcale nie jest wykluczone. Może uda mi się kiedyś raz jeszcze pojeździć po górskich drogach: Doliny Aosty, Piemontu i Lombardii. Wówczas pozbieram sobie wszystkie nie poznane wcześniej podjazdy na obszarze od Monte Bianco po Lago di Garda. Niemniej w najbliższych sezonach Bella Italia raczej nie będzie stała na pierwszym planie. Najwyższy czas zmierzyć się z najeżoną stromymi podjazdami Karyntią. Chcę się również przypomnieć francuskim Pirenejom. Poza tym nie zapominam o Szwajcarii i przede wszystkim mam na uwadze Hiszpanię. Górska Iberia to grubszy temat do rozpracowania. Najpewniej wymagał będzie zorganizowania trzech lub czterech wypraw. Oby tylko w ramach Unii wróciła „wolność podróży”.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5914442883

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5914442883

CAMPELLO MONTI by Adriano

https://www.strava.com/activities/5914323949

ZDJĘCIA

FILM

Alpe Camasca

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Omegna (via Comoli)

Wysokość: 1211 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 916 metrów

Długość: 11,8 kilometra

Średnie nachylenie: 7,8 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Dwie ostatnie góry tej wyprawy mogliśmy zaatakować z „własnego podwórka”. To znaczy z ulic miejscowości, w której pomieszkiwaliśmy już od tygodnia. Omegna ma przeszło 14.300 mieszkańców i jest trzecią pod względem liczby mieszkańców miejscowością prowincji Verbano-Cusio-Ossola. Większe od niej są tylko Verbania i Domodossola. „Nieformalna” stolica rejonu Cusio leży na północnym krańcu urokliwego Lago d’Orta. Prawa miejskie uzyskała dopiero w roku 1939. Z grubsza dekadę po tym jak w latach 1927-28 wchłonęła sąsiednie wsie: Agrano, Cireggio i Crusinallo. Peleton Giro d’Italia w minionym roku przejeżdżał ulicami Omegni. Kolarze zaczynali tu podjazd na Passo della Colma podczas etapu dziewiętnastego do stacji Alpe di Mera. W obecnym stuleciu wyścig Dookoła Włoch podobną „przelotną” wizytę złożył temu miastu także w latach 2003 i 2011. To znaczy na etapach do Cascata del Toce oraz Macugnagi. W poważniejszej, acz w sumie drugoplanowej roli Omegna wystąpiła na Giro tylko w sezonie 1975. W mieście tym zaczął się etap 17a owej edycji, który prowadził do lombardzkiego miasteczka Pontoglio (prov. Brescia). Ten płaski odcinek wygrał znakomity belgijski sprinter Patrick Sercu. Można powiedzieć, że nasza Omegna „załapała” się wówczas na organizację etapowego startu, albowiem odcinek 16 tej imprezy zakończył się w pobliskiej „turystycznej perełce” Orta San Giulio. Panowie zatem nigdy nie ścigali się tu o prestiżowe zwycięstwo etapowe. Co innego panie. Wokół Omegni wytyczono bowiem trasę piątego etapu Giro Rosa z roku 2018. Skuteczną ucieczką na tym 118-kilometrowym odcinku popisały się trzy zawodniczki: dwie Amerykanki oraz Włoszka. Kolarki zza Atlantyku, choć jadące w różnych ekipach, nie dały szans reprezentantce gospodarzy. Triumfowała Ruth Winder o sekundę przed Tyler Wiles i Alice Marią Arzuffi. Peleton finiszował ze stratą 1:17. Dużą grupę przyprowadziła słynna Holenderka Marianne Vos, która w latach 2007-2021 wygrała w sumie 30 etapów Giro Donne vel Rosa.

Naszą przedostatnią wspinaczkę zacząć mieliśmy na ulicach Omegni. Natomiast jej metą miała być leżąca na południowy-zachód od szczytu Monte Mazzoccone (1424 m. n.p.m.) polana Alpe Camasca. Kolejne w tych dniach „alpeggio”. To znaczy górskie pastwisko od XV wieku wykorzystywane przez mieszkańców pobliskiej wsi Quarna. Ta ostatnia miejscowość, a ściślej Quarna Sotto też leżała na naszym górskim szlaku. Quarna to wieś mająca nieco ponad 350 mieszkańców. Reklamuje się jako „Paese per la Musica”, jako że od I połowy XIX wieku słynie z produkcji dętych instrumentów muzycznych. Swoją siedzibę ma w niej firma „Rampone & Cazzani” specjalizująca się w produkcji saksofonów. Z kolei leżąca nieco na uboczu Quarna Sopra (czyli Górna) pochwalić się może tarasem widokowym, z którego roztacza się zjawiskowy widok na Lago d’Orta, Omegnę oraz górę Mottarone piętrzącą się na wschód od jeziora. Czekał nas podjazd niedługi, lecz bez cienia wątpliwości wymagający. Mieliśmy do „przerobienia” przeszło 920 metrów przewyższenia na dystansie niespełna 12 kilometrach. W dużym skrócie: lekki wstęp i ciężkie 10 kilometrów. Na podstawie nieco uogólnionych danych z „massimoperlabici” można na tym wzniesieniu wyróżnić cztery segmenty. Pierwszy 2-kilometrowy o przeciętnym nachyleniu tylko 3,6% na dojeździe do Cireggio (367 m. n.p.m.). Potem solidne i regularne 5,4 kilometra o średniej stromiźnie 8,1% na odcinku do Quarna Sotto (802 m. n.p.m.). Następnie nieco trudniejszy kawałek o zmiennym nachyleniu, a przy tym niepozbawiony kilkunasto-procentowych stromizn. W sumie 2,9 kilometra z przeciętną 8,5%. Na sam koniec zaś półtora kilometra o średniej 11,2%, z tego czym sama końcówka o długości 400 metrów z wartością 12,5%. Po drodze 26 alpejskich zakrętów czyli „tornanti”. Najpierw 11 na dwukilometrowym odcinku za Cireggio. Kolejnych 10 na dwóch kilometrach przed Quarna Sotto. Natomiast 5 ostatnich na finałowym sektorze o długości 1500 metrów. Asfalt na górnym segmencie naszej trasy tj. od Quarny do Alpe Camasca został wylany w roku 1970.

Jak już wspomniałem do tej góry nie przystąpiliśmy z marszu, lecz po dwugodzinnym odpoczynku w naszym apartamencie. Najpierw lekki obiad, potem leżakowanie. Jednym słowem zbawcza dla ciała „akcja-regeneracja”. Niespełna kwadrans po czwartej wypadliśmy na ulice Omegni. Było ciepło, acz nieprzesadnie upalnie. Na starcie przy via Novara mieliśmy 27 stopni, zaś na trzecim kilometrze nawet 30. Najpierw objechaliśmy północny kraniec jeziora, aby wjechać na ciągnącą się wzdłuż jego zachodniego brzegu via L. Comoli. Po 900 metrach od domu szosa zaczęła się delikatnie wznosić. Przez pierwszy kilometr nachylenie utrzymywało się na poziomie od 2 do 4%. Po tym łagodnym odcinku dotarliśmy do ronda przed salonem samochodowym Autocalvi. Byliśmy tu już w minioną, środę gdy samochodem zdążaliśmy ku podjazdom z Valsesia. Wtedy jadąc szlakiem Giro 2021 wybraliśmy tu trzeci zjazd. Tym razem trzeba było wskoczyć na pierwszą uliczkę w prawo prowadzącą do Cireggio. W połowie trzeciego kilometra naszej „wycieczki” wjechaliśmy na szosę SP51 i niebawem minęliśmy pomnik poświęcony pamięci kapitana Filippo Beltramiego. Architekta, który pod koniec II Wojny Światowej dowodził lokalnym oddziałem partyzanckim. Na wylocie z Cireggio nachylenie wzmogło się w okolicy pierwszego wirażu. Po nim zaczęliśmy blisko 3-kilometrowy odcinek wiodący niemal prosto na południowy-zachód. Przerywany pięciokrotnie za sprawą par wiraży pt. „najpierw w prawo, potem w lewo”. Odtąd aż po Quarna Sotto nachylenie było solidne, a przy tym bardzo regularne. Dość powiedzieć, że według mojego książkowego przewodnika na jedenastu kolejnych 500-metrowych odcinkach średnia stromizna utrzymywała się na poziomie od 7 do 8,4%. Jednym zdaniem było tu dość trudno, ale równo. Maksymalne chwilowe nachylenie miało sięgać 10%. Jakiś kilometr przejechaliśmy razem, po czym Adrian odpalił z pełną mocą. Okazało się, że nie tylko jego Honda, lecz również aluminiowy Cannondale caad 10 posiada „szósty bieg”.

Naprawdę wydawało mi się, że jadę mocno. Taki regularny odcinek jak najbardziej mi pasował. Do tego byłem wypoczęty po wizycie na stancji. Tymczasem Adek błyskawicznie mi odjechał. Na przeszło 6-kilometrowym segmencie od ronda przy autosalonie do Quarna Sotto nadrobił nade mną 4:05. Sprawdziłem na bazie prawdziwego przewyższenia (do tego rodzaju danych ze stravy trzeba podchodzić z nieufnością) jak szybko wspinaliśmy się na tym odcinku. Wyszło mi, że ja zyskiwałem wysokość w tempie 1051 m/h. Tymczasem Adi „frunął” z VAM na poziomie aż 1219 m/h! Szacun, równie szybko co ja za najlepszych lat. W połowie ósmego kilometra od domu wjechałem do Quarny, zaś 600 metrów dalej skręciłem ostro w lewo zostawiając za plecami drogę do Quarna Sopra. Po kolejnych 400 metrach w łatwiejszym terenie przejechałem przez niewielki plac i wpadłem na pierwszą ściankę. Na najbliższym rozjeździe trzeba było wybrać prowadzącą do osady Cregno via Camasca. Odtąd już niemal do końca droga wiodła przez las. Jeśli wierzyć źródłom pisanym najpierw biegła w cieniu kasztanów i dębów, zaś wyżej pośród modrzewi. W połowie jedenastego kilometra minąłem dróżkę do osady Alpe Costaccia. Tu zaczął się finałowy sektor o długości półtora kilometra. Łatwo nie było, ale jakoś się wybroniłem na tej stromiźnie. Natomiast mój telefon „poległ” kilkaset metrów przed finałem. Na wysokości Capella Alpina minąłem odpoczywającego już Adriana, który krzyknął że jestem blisko finału. Faktycznie asfalt kończy się 120 metrów za ową kaplicą. Dalsze dróżki są już jedynie kamienistymi duktami. Podjazd skończyłem w czasie poniżej 57 minut od wyjechania z domu. Według stravy przeszło 10-kilometrowy segment od ronda przed Cireggio Adrian przejechał w czasie 43:27, zaś ja w 51:32. Po mojemu miał on długość 10,6 kilometra i przewyższenie 888 metrów. To dałoby mojemu koledze avs. 14,6 km/h i VAM 1226 m/h. Natomiast mi wartości 12,3 km/h i VAM 1034 m/h. Adek na ostatnich 4 kilometrach z hakiem cisnął VAM 1241 m/h! Ze mnie odrobinę zeszło powietrze, bo miałem tu przyzwoite, acz dalekie od rewelacji 1023 m/h.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5911107185

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5911107185

ALPE CAMASCA by Adriano

https://www.strava.com/activities/5911173857

ZDJĘCIA

FILM