Pireneje od Trójmiasta dzieli dystans co najmniej 2300 kilometrów. To oznacza długą podróż. W samochodzie trzeba spędzić niemal dobę. Zatem raczej nie może dziwić fakt, iż w te wysokie i ważne dla historii światowego kolarstwa góry zaglądałem jak dotąd sporadycznie. Znacznie rzadziej niż w „bliskie” nam Alpy. W ciągu minionych dwóch dekad odwiedziłem je tylko trzykrotnie. Po raz pierwszy w lipcu 2007 roku kiedy to mnie jak i Piotra Mrówczyńskiego zwabiła tam możliwość uczestnictwa w L’Etape du Tour. Masowej imprezie kolarskiej ze startem we Foix i metą w Loudenvielle. Ów dojazd w Pireneje rozłożyliśmy sobie zresztą na raty. Robiąc w drodze aż trzy „kolarskie przystanki”. Jeden w Wogezach i dwa w Masywie Centralnym. W samych Pirenejach spędziliśmy zaś tylko tydzień pomieszkując w dwóch górskich kurortach. Najpierw w Bagneres-de-Bigorre, a następnie w Ax-les-Thermes. W tym czasie udało mi się poznać 14 pirenejskich podjazdów na sporym obszarze od departamentu Hautes-Pyrenees na zachodzie, po Ariege i Andorrę na wschodzie. Pięć z nich przejechałem na trasie wspomnianego już wyścigu, na którym zresztą wykręciłem swój najlepszy wynik spośród trzech edycji L’Etape, w których dane mi było uczestniczyć. Do moich najcenniejszych „górskich skalpów” z tej wyprawy należały zaś: kultowy Tourmalet podjechany od wschodniej strony, stacje Hautacam i Plateau de Beille oraz jej wysokość Envalira.
Z kolejną wyprawą w te dalekie góry zwlekałem aż do roku 2016. Wówczas to na przełomie maja i czerwca wybrałem się ku nim wraz z Darkiem Kamińskim i Rafałem Wanatem. Naszym celem była ich iberyjska strona. Podczas 16 dni podróży po Katalonii i Andorze zaliczyłem wówczas aż 30 wzniesień. Zdecydowana większość owych „premii górskich” (acz nie wszystkie) znajdowała się na obszarze Pirenejów, z czego 8 w granicach wysokogórskiego Księstwa. Ta wielodniowa „Volta” była dość skomplikowanym przedsięwzięciem, gdyż wymagała znalezienia aż sześciu baz noclegowych na rozległym obszarze od okolic Figueres na wschodzie po Vielhę (Val d’Aran) na zachodzie. Podczas trzeciej wizyty z czerwca 2018 roku rozmach poznawczy miałem mniejszy, lecz kompanię liczniejszą. W Pireneje tym razem pojechałem z Darkiem Kamińskim i Piotrem Podgórskim. Natomiast Rafał zabrał się w tą podróż ze swym gorzowskim krajanem Krzyśkiem Żbikiem. Skupiłem się wówczas na poznawaniu podjazdów w środkowej części francuskich Pirenejów. Korzystając jedynie z dwóch baz noclegowych, pierwszej w Argeles-Gazost i drugiej w Aneres zwiedzaliśmy górskie drogi departamentów Hautes-Pyrenees oraz Haute-Garonne. Pomimo nierzadko deszczowej aury udało mi się wówczas zaliczyć 25 kolejnych podjazdów w tych górach.
Po wspomnianych trzech wyprawach pozostały mi jeszcze do odkrycia Pireneje zachodnie. To znaczy cały obszar od Col d’Aubisque po Atlantyk i to po obu stronach francusko-hiszpańskiej granicy. Ponadto chciałem lepiej poznać francuskie Pireneje wschodnie, które przed kilkunastu laty poznałem jedynie pobieżnie. W tym roku udało mi się zorganizować wyjazd właśnie w ten drugi rewir. Do tej wyprawy namówiłem Piotra Mrówczyńskiego, dla którego był to powrót na wysokogórskie trasy po ośmiu sezonach „kręcenia” niemal wyłącznie na krajowych szosach. Dla mojego przyjaciela dodatkowych magnesem była możliwość zahaczenia w drodze powrotnej z Pirenejów o słynną Mont Ventoux. Dobowy hat-trick na tej górze miał być dla nas niejako wisienką na pirenejskim torcie. W sumie mój projekt zakładał dwanaście etapów do przejechania w Pirenejach, acz poprzedzonych jedną solidną górą na południowych rubieżach Masywu Centralnego oraz dwa finałowe odcinki na zboczach „Prowansalskiego Giganta”. Po dojeździe do Oksytanii pierwszą noc spędziliśmy w Mazamet (w departament Tarn). Trzy następne bazy wypadowe mieliśmy już w Pirenejach. Na cztery pierwsze doby zatrzymaliśmy się w Boussenac nieopodal Col de Port, tyleż samo spędziliśmy w poznanym przed laty Ax-les-Thermes, a potem jeszcze trzy w „katalońskim” kurorcie Vernet-les-Bains. Na sam koniec przenieśliśmy się na teren niegdyś papieskiego Hrabstwa Venaissin, a ściślej do miasta Carpentras by mieć blisko do wietrznej „Łysej Góry”.
Tym samym prolog urządziliśmy sobie na Pic de Nore czyli przydomowej górze Laurenta Jalaberta. Następnie przez 12 dni bawiliśmy już wyłącznie na górskich drogach dwóch wschodnio-pirenejskich departamentów. Całe „dzieło” zwieńczyliśmy zaś na szosach Prowansji. Na ten wyjazd nie udało mi się przygotować zadowalającej kondycji fizycznej. Mój kompan mimo długiego rozbratu z górami był w stanie je pokonywać w wyraźnie lepszym tempie. Jednak z biegiem dni moja forma powolutku szła do góry i pod koniec wyprawy mniej kosztowało mnie zdobywanie gór wielkich niż w pierwszym tygodniu podjazdów dużych czy ledwie średnich. Ogółem w trakcie dwóch tygodni od 29 maja do 11 czerwca udało mi się zaliczyć 25 solidnych wzniesień, w tym 24 jak dla mnie nowe. Powtórką była jedynie Mont Ventoux od Bedoin zmęczona przeze mnie w upalnym finale L’Etape du Tour 2009. Spośród 24 „nowości” aż czternaście gór znajdowało się w granicach departamentu Ariege, zaś kolejnych siedem już na terenie Pyrenees-Orientales. W tym gronie znalazło się 10 nowych premii górskich o przewyższeniu co najmniej tysiąca metrów. Największa była jednak „moja stara znajoma” czyli klasyczny podjazd pod Mont Ventoux o amplitudzie 1600 metrów. Tuż za nią jej ciut mniejsza sąsiadka z Malaucene, na której różnica wzniesień wynosi 1580 metrów. W Pirenejach aż tylu metrów w pionie nie trzeba było robić. Tam prym wiodły podjazdy pod Col de Mantet (1311 metrów) oraz Port de Pailheres (1277 metrów).
Mierząca „ledwie” 1910 metrów n.p.m. przesławna góra z departamentu Vaucluse nie mogła się jednak równać z pirenejskimi wzniesieniami pod względem bezwzględnej wysokości. W pobliżu hiszpańskiej granicy zaliczyliśmy bowiem cztery „dwutysięczniki”. Dwie najwyższe czyli Puigmal (2229 m. n.p.m.) i Cima de Coma Morera (2205 m. n.p.m.) zdobyliśmy tego samego dnia czyli 6 czerwca podczas transferu z Ax-les-Thermes do Vernet-les-Bains. Na trasie naszego przejazdu nie brakowało też długich podjazdów. Osiem miało długość przeszło 20 kilometrów. Oczywiście każda wspinaczka na Mont Ventoux wiązała się z koniecznością pokonania tak sporego dystansu. Najdłuższą była ta najłatwiejsza czyli wschodnia od miasteczka Sault, która liczyła sobie 24,3 kilometra. Drugim w tej kategorii był zaś najdłuższy pośród 21 pirenejskich podjazdów czyli Col de Jau. Nie ulega wątpliwości, iż do naszych najtrudniejszych wyzwań w trakcie tej wyprawy należały dwa pierwsze podjazdy na Mont Ventoux czyli późno-piątkowy od Bedoin oraz wczesno-sobotni od Malaucene. Jeśli chodzi o Pireneje to znów muszę wymienić przede wszystkim Pailheres i Mantet, zaś w dalszej kolejności Pic de la Tossa, Bout de Touron i Vallee d’Aston (alias Pla des Laspeyres).
Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem w maju i czerwcu 2022 roku na szlaku od Mazamet po Sault i Malaucene.
„Co się odwlecze, to nie uciecze”. Północne Mont Ventoux czyli podjazd od strony Malaucene miałem poznać już we wrześniu 2020 roku. Miał być zwieńczeniem skądinąd bardzo udanej podróży po Alpach Nadmorskich i Prowansalskich, która odbyłem wraz se swym sopockim krajanem Adrianem Zdrojewskim. Mój plan na piętnasty i ostatni dzień owej wyprawy zakładał, iż dojedziemy autem na szczyt niewielkiej Col de la Madeleine (451 m. n.p.m.) i z tego miejsca rozjedziemy się w dwie przeciwne strony. Ja miałem się udać na północ czyli do Malaucene, zaś „Adriano” na południe do Bedoin. Każdy miał zrobić swój podjazd i tym sposobem spotkalibyśmy się na szczycie. Niestety tego dnia jakakolwiek wspinaczka okazała się niemożliwa. Już na dojeździe w rejon góry powitała nas ulewa. Zaparkowaliśmy w Malaucene i przez dobre trzy godziny czekaliśmy aż niebiosa się nad nami zlitują. Niestety z czasem było jeszcze gorzej. Pojawiła się nawet burza z piorunami. Rozjaśniło się dopiero popołudniu, gdy już musieliśmy się pakować i ruszać w długą podróż do ojczystego kraju. Tym samym moje pierwsze „podejście” pod północne MV spaliło na panewce w strugach rzęsistego deszczu. Niemniej „nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”. Po dwóch latach w drodze powrotnej ze wschodnich Pirenejów plan wypalił i to w stu procentach. Udało mi się wraz z Piotrem ustrzelić piękny hat-trick na kultowej górze, acz rozłożony na dwa dni. Stoczyliśmy trzyrundowy pojedynek z „Olbrzymem Prowansji”. Trzeba dodać zwycięski, bowiem naszym celem było zaliczenie każdego z trzech szosowych podjazdów na MV bez względu na czas. Wszak dla zwykłego śmiertelnika już samo zdobycie takiej góry jest sportowym osiągnięciem.
Wspinaczkę południową ogarnęliśmy w piątkowe popołudnie. Na sobotę zostawiliśmy sobie północną i wschodnią. Skoro nocowaliśmy w Carpentras to logicznym było rozpoczęcie czternastego etapu naszej wyprawy od podjazdu z Malaucene. Poza tym taką kolejność podpowiadał też rozsądek, bowiem jest to zdecydowanie trudniejsza z dwóch dróg jakie pozostały nam do przebycia. Wstaliśmy wcześnie rano by drogą D938 podjechać do wspomnianego miasteczka. Chcieliśmy zacząć nasze wspinaczki wcześnie, bowiem zapowiadał się słoneczny i gorący dzień. Wystartowaliśmy już kwadrans po ósmej i dzięki temu przynajmniej pierwszy podjazd zrobiliśmy przy umiarkowanej temperaturze. Na starcie mieliśmy jeszcze dość rześkie 18 stopni, zaś około dziesiątej na Mont Ventoux tylko 22 stopni. Upału ostatecznie nie sposób było uniknąć (na mecie było już 35 stopni), ale przynajmniej nie męczył nas on na całej trasie. Niewielkie Malaucene (według ostatniego spisu mające 2736 mieszkańców) przed rokiem przeżyło swoje kolarskie święto. Po raz pierwszy wielki Tour de France zawitał do niego na dobre, a nie jak dotąd przemknął tylko pędząc do mety w Awinionie, Carpentras czy Orange. Tym razem w tej prowansalskiej mieścinie wyznaczono etapowy finisz „Wielkiej Pętli”. Był to odcinek jedenasty rozpoczęty w nie tak dalekim Sorgues. Losy etapu rozstrzygnęły się na słynnym podjeździe z Bedoin. Wcześniej trzeba było jeszcze pokonać dwa podjazdy pierwszej kategorii czyli Col de la Liguiere (998 m. n.p.m.) oraz MV od Sault. Pojedynek o zwycięstwo rozstrzygnęli między sobą uczestnicy licznej ucieczki. Trzech z nich przetrwało do mety na czele przed zajętymi sobą liderami wyścigu. Wygrał Belg Wout Van Aert, który o 1:14 wyprzedził tu Francuza Kenny Elissonde i Holendra Baukę Mollemę.
Wspomniałem już przy okazji poprzedniego artykułu, iż peleton Tour de France na Mont Ventoux wjeżdżał tędy tylko dwa razy. To znaczy przelotnie w 1951 roku oraz na metę w sezonie 1972. Ta inauguracyjna wizyta była zarazem debiutem MV na trasach „Wielkiej Pętli”. Zwycięzcą pierwszej premii górskiej na „Łysej Górze” został Francuz greckiego pochodzenia Lucien Lazarides. Kolarz urodzony w Atenach, który obywatelem Francji stał się w wieku 7 lat. Można powiedzieć, że na tym Tourze był w życiowej formie, choć w sezonie 1949 wygrał Criterium du Dauphine Libere. Lazarides ukończył tą edycję TdF na trzecim miejscu, za Szwajcarem Hugo Kobletem i Raphaelem Geminianim. Niemniej na mecie w Awinion Lazarides był ledwie szósty. Na swoje etapowe sukcesy w TdF musiał poczekać trzy-cztery lata. W sezonie 1972 na Mont Ventoux wyznaczono czwarty już etapowy finisz. W odróżnieniu od trzech pierwszych okazji tym razem zdecydowano się skonfrontować kolarzy z podjazdem od Malaucene. Na finałowej górze zwanej wszak „Olbrzymem” miał miejsce prawdziwy pojedynek kolarskich gigantów. Wygrał Francuz Bernard Thevenet, przyszły dwukrotny zwycięzca Touru. Drugi ze stratą 34 sekund zameldował się na mecie „kolarz wszechczasów” czyli Belg Eddy Merckx. Jako trzeci po kolejnych 5 sekundach minął kreskę Hiszpan Luis Ocana czyli niedoszły triumfator TdF z roku 1971 i absolutny dominator „Wielkiej Pętli” z sezonu 1973. Jak by tego było mało w czołowej „10” etap ten ukończyli jeszcze: Raymond Poulidor (czwarty), Lucien Van Impe (siódmy), Felice Gimondi (ósmy) i Joop Zoetemelk (dziewiąty). Niezły zestaw asów, prawda? „Creme de la creme” kolarskiego peletonu jak powiedzieliby Francuzi.
Północny podjazd na Mont Ventoux niewiele ustępuje skalą trudności swemu znacznie popularniejszemu „oponentowi” z południowej strony. Podstawowe wymiary obu wzniesień są zbliżone. Podobny dystans oraz przewyższenie, a tym samym i średnie nachylenie. Malaucene leży nieco wyżej niż Bedoin, więc do pokonania w pionie jest tu o jakieś 20 metrów mniej. Maksymalna stromizna obu wspinaczek to niespełna 13%. Najtrudniejszy kilometr szlaku północnego ma średnią 10,9%, zaś południowego 10,7%. Gdy poszukamy najcięższego 3-kilometrowego odcinka po obu stronach góry to również okaże się, że „sztywniejszy” znajdziemy na drodze z Malaucene. Na północnym zboczu najcięższy segment tej długości ma średnio 10,25%, zaś na południowym „tylko” 9,9%. Zgodnie jednak uznaliśmy podjazd z Bedoin za nieco trudniejszy. Zresztą nasze subiektywne odczucia podzielają też eksperci ze stron „cyclingcols” i „climbfinder”. Co zatem w tym porównaniu przemawia za południową wspinaczką? Przede wszystkim to, iż na szlaku z Bedoin stromizna na stałym poziomie co najmniej 8% trzyma aż przez 9 kilometrów i ani na chwilę nie odpuszcza. Potem tego rodzaju nachylenie powraca jeszcze na ostatnich 3 kilometrach. Po północnej stronie tego typu stromizna jest podzielona na drobniejsze kawałki. Mamy tu więcej sektorów o nachyleniu co najmniej 8%, lecz są one krótsze. Pomiędzy nimi można złapać nieco oddechu. Najdłuższy i najsztywniejszy jest ten od początku dziesiątego do połowy czternastego kilometra czyli raptem 3,5-kilometrowy. Cóż jeszcze? Przewyższenie ostatnich 5 kilometrów minimalnie wyższe jest po północnej stronie, acz sama końcówka trudniejsza jest na południu. Poza samymi fizycznymi parametrami trzeba jeszcze mieć na uwadze warunki pogodowe. Na szlaku z Bedoin zarówno słońce jak i wiatr potrafią mocniej dać się we znaki.
Przyjechawszy do Malaucene zatrzymaliśmy się na parkingu nieopodal stacji benzynowej Elan. Tym samym, na którym dwa lata wcześniej spędziłem wraz z Adkiem parę godzin w oczekiwaniu na poprawę pogody. Dlatego nasz sobotni etap zaczęliśmy na drodze D938. Dopiero po przejechaniu 400 metrów wskoczyliśmy na D974 wiodąca już wprost na Mont Ventoux czyli oficjalnie zaczęliśmy tą wspinaczkę. Początkowe dwa kilometry miały umiarkowane nachylenie, więc ten wstęp przejechaliśmy razem. Kilkaset metrów za zakrętem przy źródłach potoku Groseau, zaczął się pierwszy trudniejszy sektor tego wzniesienia. Zgodnie z naszą „świecką tradycją” Piotrek zaczął mi powoli odjeżdżać. Jak można to sobie dokładnie wyczytać z pomiarów stravy nadrobił nade mną 9 sekund na trzecim kilometrze, 8 na czwartym i 9 na szóstym. Niemniej jechałem swoje tj. na tyle ile mnie było stać i jednocześnie wytrzymać całe 20 kilometrów z hakiem. Dowodem na niezłe tempo był fakt, iż po drodze wyprzedzałem innych amatorów kolarstwa, ba niekiedy całe ich grupki. Był weekend, w dodatku dzień przed Lapierre GF Mont Ventoux, więc śmiałków podejmujących to wyzwanie było bez liku. Jeśli dobrze pamiętam to tylko po tej stronie góry wyprzedziłem ze 30 osób. Jedynym, który mi tu umknął był mój przyjaciel. Długo miałem go na widoku, ale nie było sposobu by go dogonić. Stopniowo mi się oddalał. Można rzec, iż niewidoczna linka między nami co raz bardziej się napinała, aż w końcu pękła. Początkowo traciłem kilka, max. kilkanaście sekund na każdym kilometrze. Potem na trzech najtrudniejszych odcinkach straciłem kolejno 23-24-25 sekund. Jak w zegarku czyli każdy z nas jechał na swoim limicie. Na całym tym najtrudniejszym 3,5-kilometrowym segmencie straciłem do Piotra 1:22. On cisnął tu z prędkością 10,5 km/h, zaś ja przepychałem w tempie 9,8 km/h.
Do Mont Serein wjechałem ze stratą 2:10. To stacja narciarska z 90-letnią historią, lecz niezbyt duża. W końcu Prowansja kojarzy się ze słońcem, polami lawendy i gajami oliwnymi, a nie szusowaniem po białym puchu. W tym ośrodku mamy 12 kilometrów tras zjazdowych obsługiwanych przez 9 wyciągów orczykowych oraz 7 kilometrów tras biegowych. Stoki może i nie są długie, ale ponoć trudne technicznie. Ponoć często są oblodzone, więc miejscowi powiadają, iż kto zjedzie na nartach z Mont Ventoux, ten zjedzie z każdej góry. Pamiętam, że w 2009 roku na terenie Mont Serein zorganizowano po-wyścigowy bufet, ogłoszenie wyników i wszelkie dekoracje za metą L’Etape du Tour. Na szczycie góry nie było szans wszystkich pomieścić z uwagi na skalę tej masowej imprezy. Przede wszystkim jednak w tym miejscu zakończył się niegdyś jeden z etapów wyścigu Paryż – Nicea. To znaczy czwarty odcinek edycji z roku 2008. Wygrał go przyszły mistrz świata i triumfator TdF Australijczyk Cadel Evans, który do mety dotarł wraz z niespełna 22-letnim wówczas Robertem Gesinkiem. Młody Holender został liderem tej imprezy, ale prowadzenia nie utrzymał do mety na Lazurowym Wybrzeżu. Żółtą koszulkę przodownika stracił bowiem na przedostatnim odcinku do Cannes. Cały ów wyścig wygrał śp. Włoch Davide Rebellin, który o 3 sekundy wyprzedził swego rodaka Rinaldo Nocentiniego. Do Mont Serein ścigały się również panie uczestniczące w Tour de l’Ardeche z roku 2018. Triumfowała tu Hiszpanka Eider Merino, która o 32 sekundy wyprzedziła swą rodaczkę Mavi Garcię i Kanadyjkę Sarę Podeivin oraz o 40 sekund naszą Katarzynę Niewiadomą. Garcia zdobyła tu koszulkę liderki, ale dzień później Niewiadoma wygrała na Mont Lozere w paśmie Cevennes. Kwestię generalnego zwycięstwa Polka rozstrzygnęła na swą korzyść na szóstym etapie po śmiałej akcji wraz z Amerykanką Ruth Winder.
Przejazd przez okolice Mont Serein to zdecydowanie najłatwiejszy odcinek na całym wzniesieniu. Na tym chwilowym wypłaszczeniu dojechałem do wirażu z widokiem na Chalet Liotard. Skręciłem tu w prawo i od razu mogłem wrócić do przełożeń z najtrudniejszego odcinka. Do szczytu pozostało jeszcze 5,5 kilometra o średniej 8,3%. Na początek zaś pół kilometra ze stromizną 10,2%. Kolejny zakręt pojawił się dopiero po przejechaniu kolejnych 1100 metrów. To w tym miejscu do szlaku z Malaucene dobiega leśna droga łącząca go z podjazdem od Bedoin. Potem na 2,5 kilometra przed szczytem otworzył się przede mną piękny widok na zwieńczoną okazałą biało-czerwoną anteną wieżę z Mont Ventoux. Niebawem, bo na początku dwudziestego kilometra wspinaczki wyjechałem ponad w końcu ponad górną granicę lasu. Do szczytu pozostały mi niespełna dwa kilometry z dwoma klasycznymi wirażami i szerokim łukiem w prawo tuż przed finałem. Tym razem na placu pod wieżą był ścisk niczym zimą na Krupówkach czy latem na Monciaku. Miałem nadzieję, że na szczycie spotkam się z Piotrem, ale w tym tłumie nie odnalazłem swego kompana. Na tym podjeździe straciłem do niego o minutę więcej niż na wspinaczce z Bedoin. Spośród setek czasów widocznych na stravie na potrzeby tego artykułu wyłowiłem segmenty z dodatkiem SCPAM. Według nich północne Mont Ventoux pokonałem w czasie 1h 40:01 (av. 12,7 km/h), zaś Piotrek uporał się z tym wzniesieniem w 1h 36:45. Mój kolega najwyraźniej nie znosząc tłoku niczym Pan Zagłoba szybko salwował się ucieczką z tego miejsca. Ja spędziłem tam przeszło kwadrans i na jednym ze stoisk kupiłem nieco żelków, aby mieć pewien zapas węglowodanów na dalszą część tego etapu.
Długi zjazd do Sault przerywany wieloma foto-przystankami zabrał mi nieco ponad godzinę. Gdy minąłem się z Piotrem zawracającym w kierunku MV, on miał już za sobą kilka ładnych kilometrów drugiej wspinaczki. Na samym końcu musiałem pokonać kilometrowy podjazd o nachyleniu około 6%. Sault wybudowano na wzgórzu, dobre 60 metrów ponad nurtem rzeczki Nesque. Ta hopka weszła mi w nogi mocniej niż mogłem się spodziewać. Mięśnie aż zapiekły, bo przyzwyczaiły się do sjesty, a tu taka przykra niespodzianka tuż przed półmetkiem. Po wjechaniu do miasteczka zrobiłem sobie strefę bufetu przed jednym z lokali przy Avenue de la Promenade. Tradycyjne ciastko & kawa, do tego jakaś cola by się odpowiednio naładować na drugą połowę trasy. Sault jest najmniejszym z trzech miasteczek będących „bramami” do Mont Ventoux. Mieszka tu ledwie 1356 osób czyli dwa razy mniej niż w Malaucene (największe z nich Bedoin ma tylko 3091 mieszkańców). Po około 20 minutach relaksu ruszyłem się z krzesła, by poznać najłagodniejsze oblicze „Olbrzyma Prowansji”. Wróciłem na drogę D164 i zjechałem ku wspomnianej już Nesque. Okolice biało-żółtej tabliczki z napisem „1” były tak naprawdę nie końcem, lecz początkiem pierwszego kilometra tego wzniesienia. Podjazd ten podobnie jak wariant z Malaucene tylko dwukrotnie wykorzystano na trasach Tour de France. Niemniej tak w 1974 jak i 2021 roku nie miał on większego wpływu na losy „swego” górskiego etapu. W obu przypadkach wschodnia wspinaczka pod MV kończyła się bowiem przeszło 70 kilometrów przed metą górskiego odcinka.
W sezonie 1974 wschodni podjazd na „Górę Wiatrów” najszybciej pokonał Hiszpan Gonzalo Aja, kolarz który ów Tour skończył na piątym miejscu. Po premii górskiej był rzecz jasna zjazd do Malaucene, a później aż 50 kilometrów łatwego terenu do Orange. Najlepsi górale tego dnia nie włączyli się do walki o zwycięstwo. Na płaskim „poszła” kontra pięciu harcowników, z których na finiszu najszybszy okazał się Belg Jozef Spruyt. W minionym roku trasa była trudniejsza, bowiem podjazd z Sault był jedynie rozgrzewką przed ponownym wjazdem na MV, tym razem z Bedoin. Pierwszą tego dnia wspinaczkę na „Łysą Górę” na czele skończył jadący w tęczowej koszulce Francuz Julian Alaphilippe. Niemniej mocna poprawka i cały etap należały już nie do ówczesnego czempiona, lecz do wicemistrza świata z Imoli czyli Belga Wouta Van Aerta. Na wschodnim podjeździe pod MV można wyróżnić trzy zasadnicze segmenty. Dolny o długości 11 kilometrów i średnim nachyleniu 5%. Sektor środkowy przeszło 7-kilometrowy na dojeździe do Chalet Reynard. Bardzo łagodny, bo o przeciętnej tylko 2,5%. W końcu zaś górny ponad 6-kilometrowy odcinek do przejechania w nieco „księżycowej” scenerii. Wszystkim dobrze znany, bo zarazem będący końcówką klasycznego podjazdu z Bedoin. Po tej stronie góry było spokojniej. Mniej amatorów kolarstwa aktywnych na szosie. Podjazd na drodze D164 sprawiał wrażenie jakby „zaplecza” słynnej góry. Na samym dole jazda w terenie otwartym. Przez pola i łąki, więc pod pełnym słońcem. tymczasem w Sault temperatura sięgała już 31 stopni. W połowie piątego kilometra tej wspinaczki wjechałem w bardzie zalesiony teren, ale przesadą byłoby powiedzieć, iż miałem tu dużo cienia. Po czternastu kilometrach minąłem osobliwy pomnik jelenia czyli największego przedstawiciela miejscowej fauny. To już było na odcinku „falsopiano”.
Na owym „wypłaszczeniu” ktoś mnie w końcu wyprzedził. Wysoki gość jadący z asystą samochodu. Niewiele szybszy ode mnie, ale jednak ciut mocniejszy. Piotrowi zapewne nie dałby rady. Po 57 minutach wspinaczki dojechałem do Chalet Reynard. Tu już była jazda w kolarskim „mrowisku”. Na finałowym segmencie wyprzedziła mnie i to bardziej zdecydowanie jeszcze jedna osoba. Szczuplutka kolarka w stroju Cofidisu. Okazało się, że nie byle kto bo Clara Koppenburg. Niemka trzy dni później w pierwszej edycji kobiecego Mont Ventoux Denivele Challenge zajęła drugie miejsce. Przegrała tylko z rewelacyjną w minionym sezonie Włoszką Martą Cavalli czyli ze zwyciężczynią Amstel Gold Race, La Fleche Wallonne i drugą zawodniczką Giro d’Italia Donne. Tego dnia wjechała sobie na MV od Sault w 1h 13:25. Pomimo, że tym razem minąłem Chalet Reynard mając w nogach nie 15, lecz 67 kilometrów to w sobotę ów górny segment z południowej strony Mont Ventoux pokonałem o 1:17 szybciej niż dzień wcześniej. Pietro poprawił się tu o ponad 2 minuty. Najwyraźniej zmęczenie dystansem miało mniejsze znaczenie niż dokuczliwość piątkowego wiatru. A może swoje „trzy grosze” dołożył nam też ciężki środkowy sektor na szlaku z Bedoin. Mniejsza o to. Według segmentu pod szyldem SCPAM podjazd z Sault podjechałem w 1h 28:52 (avs. 16,5 km/h). Piotrek wykręcił tu czas 1h 23:03 czyli tym razem w naszym „korespondencyjnym pojedynku” był szybszy o blisko sześć minut. Gdy ja po raz drugi zameldowałem się na Mont Ventoux on już od kilkunastu minut był na dole. Mając spory zapas czasu i nieco energii wybrał się jeszcze na małą Col de la Madeleine (5,6 kilometra z przeciętną 2,2%). Dzięki tej dokładce przejechał w sumie przeszło 110 kilometrów z przewyższeniem 3013 metrów. Mój licznik uzbierał zaś ponad 94 km i 2887 metrów w pionie. Dla każdego z nas był to najcięższy etap tej wyprawy.
W sobotnie późne popołudnie wybraliśmy się jeszcze na spacer po Carpentras. Zobaczyć jak wygląda dawna stolica papieskiego hrabstwa. Wieczorem obejrzeliśmy dostępny na Netflixie naszego gospodarza holenderski film fabularny „Ventoux” z roku 2015. O grupce przyjaciół, którzy po 30 latach znów przybywają do Prowansji zmierzyć się tak z samą Górą jak i wspomnieniami o tragicznym wydarzeniu z przeszłości. Potem już tylko zasłużony sen po ciężkim dniu i przed wyczerpującą podróżą do Polski. Dla mnie nieco dłuższy niż dla kolegi, bowiem Piotr w niedzielę z samego rana chciał jeszcze wyskoczyć na rower i pokręcić odrobinę po prowansalskiej prowincji. Mazowiecki „Skowronek” swój plan zrealizował. Przed ósmą był już po przejażdżce. Na „do widzenia” z Francją przejechał skromne 35 kilometrów. Zapewne swój najkrótszy „trening” w sezonie, bowiem znany jest raczej z pokonywania maratońskich dystansów. O godzinie dziesiątej wyruszyliśmy do ojczystego kraju. Ten transfer zabrał nam jakieś osiemnaście godzin. Około czwartej zameldowaliśmy się w Pruszkowie. Mnie czekał jeszcze dojazd krajową „siódemką” do Trójmiasta. To, że w ogóle był tego dnia możliwy zawdzięczałem czujności Marzeny (żony Piotra) oraz technicznemu wsparciu sąsiada Państwa Mrówczyńskich. Okazuje się, że moja Kia Cee’d z wiekiem co raz gorzej znosi rozstania i po dwóch tygodniach bezczynności mogła w ogóle nie odpalić. Ostatnią przeszkodą na drodze do domu zaś ściana deszczu podczas przejazdu przez Żuławy i zatrzymanie przez lotny skład Policji Drogowej. Niemniej udało mi się jakoś stróżom prawa wytłumaczyć, iż w tych ciężkich warunkach pogodowych nie od razu dojrzałem wysyłane przez nich sygnały.
O tym ile podjazdów zaliczyłem na szlaku od Pic de Nore do Mont Ventoux napisałem już w artykule wstępnym, więc nie miejsce tu na „kalkę” owego podsumowania. Powiem tylko, iż bardzo fajnie było po wielu latach pozwiedzać Francję w towarzystwie „starego” druha. Bynajmniej nie mam tu na myśli wieku kolegi, bo jak widać pomimo że dwa lata starszy jest sportowo lepiej „zakonserwowany” niż piszący te słowa. Dla mnie to była też nauczka by lepiej przepracować następną zimę i przede wszystkim więcej kilometrów zrobić na wiosnę przed kolejną wycieczką w towarzystwie Piotra czy podobnego mu asa. Przyda się też zmienić termin pierwszej z dwóch zwyczajowych wypraw na nieco późniejszy. Najlepiej na przełom czerwca i lipca. Zawsze to kilka tygodni więcej na przygotowanie formy fizycznej godnej śmiałych wyzwań. Te zawsze łatwo wymyślić, lecz trudniej im podołać. W sezonie 2023 jesteśmy już z Piotrem umówieni na wspólne zwiedzanie szwajcarsko-włoskiego pogranicza. Naszym celem będzie kanton Ticino oraz północna Lombardia, zapewne ograniczona do prowincji Como i Sondrio. A zatem arrivederci amico.
W piątkowy poranek wyjechaliśmy z Vernet-les-Bains i zarazem opuściliśmy Pireneje. Gdybyśmy mogli spędzić w tych górach pełne dwa tygodnie to na ostatnie dwa dni wybrałbym wspinaczki w krainie Vallespir. Trzynasty etap składałby się wówczas z podjazdów na Collade de Roque Blanches (2252 m. n.p.m.) i Col de Ares (1513 m. n.p.m.). Natomiast w ramach czternastego podjechalibyśmy na Col de la Descargue (1485 m. n.p.m.) i Pic de Neulos (1243 m. n.p.m.). Tym razem jednak miałem 14 dni na całą wyprawę, zaś na naszej drodze powrotnej do kraju stała góra, która każdego cyklo-amatora przyciąga niczym najsilniejszy magnes. Prowansalska „Le Mont Ventoux” miała być naszą wisienką na pirenejskim torcie. Wspomniane góry spod hiszpańskiej granicy musiałem „odstawić do rezerwy”. Może jeszcze kiedyś uda mi się zawitać w te strony i wtedy na pewno im nie odpuszczę. Tymczasem piątkowe popołudnie i sporą część soboty mieliśmy spędzić na zboczach „Olbrzyma Prowansji”. W tym celu zarezerwowałem nam apartament we wschodniej części Carpentras przy ulicy (…) Avenue du Mont Ventoux. Aby do niego dotrzeć musieliśmy pokonać trasę o długości przeszło 320 kilometrów. Najpierw drogą krajową N116 dojechaliśmy do stolicy Pyrenees-Orientales czyli Perpignan. W pobliżu tego miasta wskoczyliśmy na autostradę A9, którą przejechaliśmy większość wspomnianego dystansu. W tym czasie minęliśmy Narbonne, Montpellier i Nimes. Następnie jadąc krajówką N100 przeskoczyliśmy na lewy brzeg Rodanu i dotarliśmy do słynnego Awinionu. Niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie. Korzystając z dróg D225 i D942 dokończyliśmy nasz transfer i rozpoczęliśmy poszukiwania naszej bazy nr 5. Tym razem był to wolnostojący dom, w którym mieliśmy do dyspozycji cały parter. To znaczy salon z nowocześnie urządzoną kuchnią. Do tego łazienkę i sypialnię.
Na miejsce podjechaliśmy około trzynastej. Podobnie jak w Vernet nie było spotkania z gospodarzem. Kontakt jedynie sms-owy, zaś klucze w skrzynce otwieranej przesłanym telefonicznie kodem. Rozpakowaliśmy się, po czym zjedliśmy lekki obiad. O tej porze dnia było pioruńsko gorąco, więc nie było nam śpieszno do wizyty na Mont Ventoux. Zrobiliśmy sobie blisko godzinną sjestę i dopiero po wpół do czwartej ruszyliśmy do Bedoin na spotkanie ze słynną „Łysą Górą”. Zanim jednak przejdę do jej okazałej prezentacji napiszę parę zdań o miejscowości, która była tu naszą bazą wypadową. Carpentras to niespełna 30-tysięczne miasto nad rzeką Auzon. Jest podprefekturą czyli stolicą jednego z trzech okręgów na jakie podzielono departament Vaucluse. Siedzibą tutejszego prefekta jest zaś wspomniany już Avignon. Co ciekawe oba te ośrodki znalazły się w granicach Francji dopiero w roku 1791. Wcześniej należały do Papieży. Carpentras było stolicą Comtat Venaissin. Papieskiego hrabstwa o powierzchni około 800 km2, które istniało od roku 1274. W sumie 10 razy gościło ono uczestników Tour de France, z czego 3-krotnie wystąpiło w roli etapowej mety. Dwa z tych odcinków wiodły poprzez górującą nad całą okolicą Mont Ventoux. Trzynasty z roku 1967 zapamiętany został za sprawą śmierci ex-mistrza świata Anglika Toma Simpsona. Wygrał go czempion z roku 1964 czyli Holender Jan Janssen. Z kolei etap z TdF 1994 przyniósł sensacyjne zwycięstwo wysokiemu i ciężkiemu Włochowi Erosowi Poli, który to przed wielką górą wypracował sobie 26 minut przewagi nad peletonem, po czym z zapasem niespełna czterech dotarł do mety.
Parę lat później czyli w 1998 roku również zwyciężył tu Włoch. Tym razem dojazd do miasta był znacznie łatwiejszy. Ledwie jedna premia drugiej kategorii po drodze. Finisz z 6-osobowej grupki harcowników wygrał Daniel Nardello. Cóż jeszcze można powiedzieć o Carpentras? Miasto słynie z targów czarnych trufli, które odbywają się tu zimą i na przedwiośniu. Urodził się w nim Edouard Deladier – trzykrotny premier Francji z lat 1933, 1934 i 1938-40. A zatem polityk, który w imieniu tzw. III Republiki Francuskiej podpisał nieszczęsny Układ Monachijski. Natomiast najbardziej znanym kolarzem pochodzącym z tej mieściny jest Eric Caritoux. Dwukrotny mistrz Francji z lat 1988-89, a przede wszystkim zwycięzca Vuelta a Espana z sezonu 1984. Z Carpentras do Bedoin dojechaliśmy drogą D974. Tą samą, która miała nas zawieźć nad sam szczyt „Góry Wiatrów”. Bez trudu znaleźliśmy sobie miejsce na dużym parkingu przed miasteczkiem. Dla Piotra było to pierwsze spotkanie z Le Mont Ventoux. Ja wróciłem w to miejsce po blisko 13 latach. W lipcu 2009 roku właśnie podjazdem rozpoczynającym się w Bedoin kończyłem swój trzeci udział w L’Etape du Tour. Zapewne zarazem ostatni, bowiem już mi nie w głowie tak długie i ciężkie imprezy. Na Mont Ventoux wjechałem na 460 miejscu. Niemniej wykręciłem bodaj 405. czas spośród uczestników tego wyścigu. Skąd ta różnica? Ot urok imprez masowych. W Montelimar ruszyłem na trasę 13 minut po wystrzale startera, choć stałem na starcie w górnej połówce maxi-peletonu. Mój ogólny wynik był nieco gorszy niż w Loudenvielle (2007), acz lepszy niż w debiucie na trasie do L’Alpe d’Huez (2006).
Czas zatem na opis, w tym historię (również kolarską) naszej góry. Ale jak to zgrabnie zrobić, gdy niektórzy piszą o niej całe książki? Cóż postaram się, lecz nie ręczę że będzie krótko. Mont Ventoux to rozległy masyw pomiędzy rzekami Ouveze na północy i Nesque na południu. Ze wschodu na zachód ma długość 25, zaś z północy na południe 15 kilometrów. Obejmuje obszar 260 km2 położony na terenie aż 11 gmin. Jest to najwyższa część pasma znanego jako Monts du Vaucluse. Pierwszym udokumentowanym jej zdobywcą jest urodzony w dalekiej Pikardii francuski filozof Jean Buridan, który miał dotrzeć na szczyt w roku 1334. Ponoć dwa lata po nim dokonał tego również słynny toskański poeta Francesco Petrarca. Nazwa góry najprawdopodobniej pochodzi z języka galijskiego. Vintur był celtyckim bogiem górskich szczytów. Jak wiemy Mont Ventoux bardzo wyróżnia się na tle swej okolicy. Najbliższa wysoka góra czyli Montagne de Lure (1825 m. n.p.m.) znajduje się dobre kilkadziesiąt kilometrów na wschód od niej. Tym samym przy dobrej pogodzie widoki z Olbrzyma sięgają z jednej strony Alp, z drugiej Masywu Centralnego (pasmo Cevennes), zaś na południu szerokiego pasa wybrzeża Morza Śródziemnego. Niemniej owo odosobnienie ma też swoje gorsze strony. Nie na darmo jeden z jej przydomków to „Góra Wiatrów”. Ponoć przez dwie-trzecie dni każdego roku wieje tu z prędkością co najmniej 90 km/h! Specjaliści wyróżniają aż cztery rodzaje wiatrów na MV. Biały mistral wiejący z północy wzdłuż doliny Rodanu, spotykany przy pogodnym niebie. Czarny mistral ze wschodu, któremu towarzyszy zachmurzenie. „Żeglarz” z południa przynoszący deszcz. Te wietrzyska osiągały prędkości ponad 300 km/h! Przy tej trójce zimny i suchy „Ventoureso” dmuchający z Alp Południowych to ledwie orzeźwiająca bryza, mile widziana w upalne letnie dni.
Zbudowana z wapienia Mont Ventoux geologicznie zalicza się do Alp, choć geograficznie jest od nich na tyle odległa, iż zdaje się być odrębnym górskim bytem. Klimat ma charakterystyczny dla Alp Południowych. Miejscowa flora jest bardzo zróżnicowana. Występują tu głównie rośliny śródziemnomorskie, lecz znaleźć można nawet gatunki arktyczne. Jeśli chodzi o faunę to z większych ssaków mamy tu jelenie, sarny, dziki, kozice czy muflony korsykańskie. Natomiast pośród 210 gatunków ptaków, choćby orły przednie, sokoły wędrowne i gadożery. Ponadto 13 gatunków gadów (węże, żmije i jaszczurki) oraz 8 gatunków płazów (w tym salamandra plamista). Niegdyś w tych stronach popularne było pasterstwo. Dawne ścieżki pasterzy to dziś popularne szlaki turystyczne GR4 i GR9. Współcześnie popularniejsze są tu: pszczelarstwo, ogrodnictwo, uprawa winorośli i lawendy oraz zbieranie grzybów, w tym wspomnianych trufli. Charakterystyczna „łysina” tej wapiennej góry to wynik kilkusetletniej gospodarki rabunkowej. To znaczy masowego wyrębu lasów na potrzeby francuskich stoczni, przede wszystkim Toulonu. Ponowne zalesianie rozpoczęto dopiero w latach 60. XIX wieku, gdy z gór Atlasu sprowadzono nasiona cedru. Dziś te drzewa rosną już na powierzchni 800 hektarów. Tym niemniej po południowej stronie góry księżycowy krajobraz zaczyna się już na wysokości 1450 metrów n.p.m. Północne zbocze pokryte lasami bukowo-świerkowymi jest bardziej zalesione tj. do poziomu 1750 metrów. Na szczyt Mont Ventoux można wjechać z dwóch stron, acz na dobrą sprawę czterema różnymi szlakami. Trzy z nich znane są z tras Tour de France. Czwarta tzw. leśna jest kombinacją dwóch najtrudniejszych połączonych 11 kilometrowym odcinkiem drogi szutrowej. Ten mało znany podjazd ma długość 24,5 kilometra. Przez pierwsze 8 prowadzi szlakiem z Bedoin, zaś finałowe 5,5 to już końcówka wspinaczki z Malaucene.
Na wierzchołek Mont Ventoux zarówno z południa jak i z północy prowadzi wspomniana już droga D974. Od strony Bedoin dociągnięto ją w 1882 roku (została utwardzona w 1934), aby z doliny można było dotrzeć do wybudowanej właśnie na szczycie stacji meteorologicznej. Wcześniej jedynym „budynkiem” była tu XV-wieczna kaplica Chapelle de Sainte-Croix, której nowszą wersję można dziś dostrzec w pobliżu ostatniego wirażu z południowego podjazdu. Północna część owej drogi, ta z początkiem w Malaucene, została oddana do użytku w roku 1932. Tu z kolei argumentem, który przyśpieszył jej powstanie była świeżo oddana do użytku stacja narciarska Mont Serein. Najmłodszą szosą prowadzącą na Mont Ventoux jest wschodnia D164 z miasteczka Sault. Powstała dopiero w roku 1950. Nie dochodzi ona bezpośrednio na sam szczyt góry. Na wysokości Chalet Reynard (1420 m. n.p.m.) łączy się z drogą D974 z Bedoin, więc na odcinku przeszło 6 kilometrów powiela końcówkę południowego podjazdu. Z trzech w pełni szosowych wspinaczek na Mont Ventoux najtrudniejsza jest ta z Bedoin. Niemal równie wymagająca jest jej północna „przeciwniczka” z Malaucene. Podjazd z Sault jest zdecydowanie łatwiejszy od tej dwójki, gdyż na pierwszych 18 kilometrach jego średnie nachylenie ledwie sięga 4%. Według punktacji opracowanej przez autora strony „cyclingcols” podjazd południowy wart jest 1324, zaś północny 1257 punktów. Wzniesienie wschodnie ma tam wartość ledwie 722 oczek. Pośród wszystkich francuskich „premii górskich” ujętych w tej bazie podjazd z Bedoin klasyfikowany jest na czwartym, zaś ten z Malaucene na ósmym miejscu. Od klasycznej Mont Ventoux trudniejsze są jedynie: północny Col du Galibier wraz z Telegraphem, nowiutka Col de la Loze oraz częściowo szutrowa Col du Parpaillon.
Ponoć pierwszą osobą, która zdobyła Mont Ventoux na rowerze był Adolphe Benoit dyrektor gazety La Provence Sportive, który w 1902 roku w czasie trzech i pół godziny pokonał dystans dzielący Carpentras od czubka „Łysej Góry”. W tym samym roku na jej południowym zboczu zorganizowano pierwszą edycję samochodowego wyścigu górskiego. Zawody te rozgrywano do roku 1976, także w kategorii motocykli i sidecarów. Wśród jej pierwszych organizatorów było czasopismo „Auto-Velo” odpowiedzialne za narodziny Tour de France. Tym niemniej musiało upłynąć jeszcze pół wieku zanim na „Olbrzyma Prowansji” wjechali uczestnicy wyścigu Dookoła Francji. „Wielka Pętla” po raz pierwszy pojawiła się na Mont Ventoux dopiero w 1951 roku. Wydarzyło się to siedemnastym etapie owej edycji prowadzącym z Montpellier do Awinionu. Premię górską wygrał wówczas Francuz Lucien Lazarides, zaś etap jego słynniejszy rodak Louison Bobet. Co ciekawe wykorzystano wówczas podjazd od strony Malaucene. W latach 1952 i 1955 ponownie pojechano do Avignon przez MV, lecz tym razem wspinaczkę zaczęto już w Bedoin. Najpierw pierwszy tak na górze jak i w mieście był kolejny Francuz Jean Robic. Natomiast trzy lata później jego wyczyn skopiował wspomniany już Bobet, będący na drodze do trzeciego z rzędu zwycięstwa w całym Tourze. Pierwsza etapowa meta TdF na szczycie Mont Ventoux to rok 1958. Zorganizowano wówczas czasówkę o długości 21,5 kilometra ze startem w Bedoin. Wygrał ją Luksemburczyk Charly Gaul, który wyrobił się w czasie 1h 02:09. Walkę nawiązał z nim tylko Hiszpan Federico Bahamontes wolniejszy o 31 sekund. Trzeci tego dnia Francuz Jean Dotto stracił do zwycięzcy aż 2:53. Na pierwszy wyścigowy finisz od Bedoin trzeba było czekać do roku 1965, gdy Francuz Raymond Poulidor wyprzedził Hiszpana Julio Jimeneza o skromne 6 sekund.
W 1967 to Jimenez był pierwszy na szczycie, lecz tym razem meta była w Carpentras, gdzie wygrał Janssen. Był to bowiem ów tragiczny etap, na którym zmarł Tom Simpson. W 1970 w swoim stylu czyli z przewagą ponad minuty nad najbliższym rywalem zwyciężył niezrównany Eddy Merckx. W 1972 zarówno Merckxa, błyskotliwego Luisa Ocanę jak i Poulidora ubiegł Francuz Bernard Thenevet. W owym roku po raz drugi i na razie ostatni wykorzystano podjazd z Malaucene. W sezonie 1974 na odcinku do Orange „zadebiutowała” wspinaczka z Sault. Premię górską zgarnął Hiszpan Gonzalo Aja, lecz sam etap Belg Jozef Spruyt. Potem na kolejny przyjazd Touru Mont Ventoux czekało aż 13 lat. W 1987 roku zorganizowano na tej górze drugą górską czasówkę. Tym razem jednak start wyznaczono w Carpentras, więc miała ona 36,5 kilometra, w tym 15-kilometrowe falsopiano na dojeździe do Bedoin. W wielkim stylu wygrał ją Francuz Jean-Francois Bernard, który aż o 1:39 i 1:51 wyprzedził górali tej klasy co Luis Herrera i Pedro Delgado. Zwycięski „Jef” został liderem TdF, zaś Francja uwierzyła że ma w nim następcę Bernarda Hinault. Sen o zwycięstwie trwał jednak tylko jeden dzień. Pełen czas Bernarda z tego dnia to 1h 19:44, z czego na odcinku powyżej Bedoin 58:08 czyli był o cztery minuty szybszy niż „Anioł Gór” w 1958 roku. Następnie w sezonie 1994 bohaterem stał się kolarz wagi ciężkiej czyli Eros Poli, który umknął pogoni górali i niespodziewanie triumfował w Carpentras. W 2000 roku na szczycie zwyciężył znakomity Marco Pantani, acz pod czujnym okiem liderującego Lance’a Armstronga. Dwa lata później pojedynek grupki uciekinierów w zdecydowanym stylu rozstrzygnął na swą korzyść Francuz Richard Virenque. Natomiast w sezonie 2009 Bask Juan Manuel Garate na finiszu nieznacznie zdystansował przyszłego króla czasówek Niemca Tony Martina.
Następnie w 2013 roku swą dominację na Tourze potwierdził tu Chris Froome. Jedynie młody Nairo Quintana stawił większy opór, lecz ostatecznie Kolumbijczyk stracił do zwycięzcy niemal pół minuty. W sezonie 2016 na Mont Ventoux znów zaplanowano finisz po wspinaczce z Bedoin, lecz niestety na przeszkodzie stanął porywisty wiatr. W ostatniej chwili przeniesiono metę na poziom Chalet Reynard, co stłoczyło kibiców na mniejszej przestrzeni i poniekąd doprowadziło do kraksy w grupce faworytów. Prowadzący w wyścigu Froome w całym tym chaosie biegł ku mecie w oczekiwaniu na zapasowy rower. Kilka minut przed największymi asami kwestię etapowego zwycięstwa rozstrzygnęli jednak harcownicy. Na finiszu liczyli się tylko dwaj Belgowie, zaś Thomas De Gendt okazał się mocniejszy od Serge’a Pauwelsa. Przy ostatniej wizycie Touru na MV tj. w 2021 roku organizatorzy po raz pierwszy zafundowali kolarzom dwa podjazdy na tą górę jednego dnia, zaś metę wyznaczyli w Malaucene. Wspinaczkę nr 1 czyli z Sault najszybciej ukończył ówczesny mistrz świata Francuz Julian Alaphilippe. Natomiast druga na klasycznym szlaku z Bedoin należała do Wouta Van Aerta. Wszechstronny Belg triumfował potem na mecie etapu. Ostatecznie zaś na tym Tourze wygrał trzy odcinki: górski, 30-kilometrową czasówkę i finałowy sprint na Polach Elizejskich. Podsumowując udział Mont Ventoux w historii „Wielkiej Pętli” można powiedzieć, iż w programie tej imprezy od roku 1951 pojawiła się 18 razy. Przy tym dziesięć razy w roli finałowego podjazdu (jeden z nich został skrócony), zaś ośmiokrotnie jako „przelotowa” premia górska. Czternastokrotnie zaczynano wspinaczkę w Bedoin, zaś po dwa razy w Malaucene i Sault.
Oczywiście Mont Ventoux w obu możliwych rolach pojawiała się też na trasach mniejszych wyścigów. Zarówno tak prestiżowych jak Criterium du Dauphine Libere czy Paris – Nice jak i tych mniejszej rangi. Na czerwcowej Dauphine aż 10 razy była etapową metą w krótkim okresie od roku 1996 do 2009. Te wizyty „Delfinatu” zaczęły się od zwycięstwa Virenque’a, zaś skończyły na życiowym triumfie naszego Sylwestra Szmyda. Jako jedyny dwukrotnie zwyciężył tu Rosjanin Denis Mienszow (w latach 2002 i 2006). Oprócz nich wygrali zaś jeszcze: Hiszpan Jose Maria Jimenez, Amerykanie Jonathan Vaughters i Tyler Hamilton, Bask Iban Mayo, Kazachstańczyk Aleksander Winokurow oraz Francuz Christophe Moreau, który w 2007 roku o ponad minutę wyprzedził „Sylwasa”. Etapy z lat 1999 i 2004 były czasówkami na historycznej trasie z Bedoin. Vaughters i Mayo znacząco poprawili wspomniany czas „Jefa” Bernarda. Kolarz ze stanu Colorado uzyskał wynik 56:50, zaś góral z prowincji Bizkaia nawet 55:51. Drugi w 2004 roku Hamilton wykręcił czas 56:26, zaś trzeci Hiszpan Oscar Sevilla 56:54. Na marcowym wyścigu „Ku Słońcu” z racji wcześniejszego terminu MV pojawia się rzadziej i z reguły w krótszej wersji. Finałowe wspinaczki były tylko cztery, z czego ledwie jedna z roku 1984 prowadziła na sam szczyt góry. Ten etap wygrał „syn tej ziemi” czyli wspomniany już przeze mnie Eric Caritoux. Po nim zwyciężali zaś Belg Eric Van Lancker (1986) i znakomity Irlandczyk Sean Kelly (1987) na kresce przy Chalet Reynard oraz Australijczyk Cadel Evans (2008) na linii mety w stacji Mont Serein. W ostatnich latach podjazd do Chalet Reynard pojawił się też dwukrotnie na nowej etapówce Tour de la Provence. Górskie etapy tej lutowej imprezy wygrywali Kolumbijczycy tzn. w 2020 Quintana, zaś w 2021 Ivan Sosa.
Na Mont Ventoux wjeżdżały też kolarki uczestniczące w Tour Cycliste Feminin International de l’Ardeche. W 2016 roku etap z finałem na szczycie po wspinaczce z Bedoin wygrała z przewagą blisko 4 minut Austriaczka Anna Kiesenhoher. Późniejsza sensacyjna triumfatorka olimpijskiego wyścigu z Igrzysk w Tokio. Z kolei w sezonie 2018 panie finiszowały w Mont Serein. Wygrała Hiszpanka Eider Merino. Tą edycję Ardeche wygrała Katarzyna Niewiadoma, która ów górski odcinek ukończyła na czwartym miejscu. Po tych wszystkich etapówkach trzeba w końcu wspomnieć o nowym wynalazku czyli rozgrywanych od 2019 roku, tuż po „Dauphine”, jednodniowych zawodach Mont Ventoux Denivele Challenge. Na krótkiej jak na razie liście zwycięzców tej imprezy znajdujemy: Hiszpana Jesusa Herradę, Rosjanin Aleksandra Własowa, Kolumbijczyka Miguela Angela Lopeza i Portugalczyka Rubena Guerreiro, a także Włoszkę Martę Cavalli bowiem w sezonie 2022 po raz pierwszy zorganizowano też kobiecy wyścig pod tym szyldem. Oczywiście góra ta nie jest zarezerwowana wyłącznie na wyścigi profesjonalnych kolarzy i kolarek. Na zboczach „Olbrzyma Prowansji” ścigają się też amatorzy kolarstwa. Dwa razy tzn. w latach 2000 i 2009 zakończył się na tej górze L’Etape du Tour. Najważniejsza z corocznych cyclosportive to GF Mont Ventoux, aktualnie mająca firmę Lapierre za głównego sponsora. W sezonie 2022 ta impreza odbyła się 12 czerwca, więc wielu jej uczestników zapewne spotkaliśmy w trakcie naszych piątkowo-sobotnich wspinaczek. Ten wyścig rusza z Vaison-la-Romaine. Dystans ma dość skromny czyli 122 kilometry, lecz przewyższenie aż 3600 metrów. Po drodze cztery mniejsze wzniesienia i na deser MV od Bedoin. Warto też dodać, iż na szlaku z Bedoin odbywa się co roku ekstremalny Semi-Marathon du Mont-Ventoux. Zwycięzca z roku 2022 Francuz Nicolas Navarro wbiegł tu w 1h 34:49 czyli uprzedzając fakty z czasem lepszym niż nasze 😉
Pokonanie jednego dnia podjazdów z Bedoin, Malaucene i Sault (w dowolnej kolejności) daje członkostwo w klubie „Cingles du Mont Ventoux”. Aby tego dokonać trzeba przejechać dystans 137 kilometrów pokonując na nim łączne przewyższenie 3700 metrów. Niemniej niektórym miłośnikom kolarstwa to nie wystarcza i podejmują tu znacznie trudniejsze wyzwania. W maju 2005 roku Jean-Pascal Roux w ciągu jednej doby aż jedenaście razy podjechał na Mont Ventoux od strony Bedoin. Tym samym zrobił sobie jakby podwójny Everesting! Natomiast we wrześniu 2005 roku jego rodak Stephane Rubio dokonał równie szalonego wyczynu po północnej stronie góry czyli na podjeździe z Malaucene. My mieliśmy skromniejsze, acz całkiem ambitne plany. Chcieliśmy zaliczyć każdy z trzech szosowych podjazdów na Mont Ventoux w ciągu niespełna 24 godzin, choć bynajmniej nie między świtem a zmierzchem. Już na podmiejskim parkingu od innych cyklistów usłyszeliśmy, iż dzień wcześniej na MV naprawdę ostro wiało. Ponoć gdy my w Pirenejach zmagaliśmy się na Col de Jau z porywistym „tramuntaną” to tu co słabsi śmiałkowie kończyli przedwcześnie swą wspinaczkę i zawracali do Bedoin pokonani przez siły natury. W piątek wiatr nadal był odczuwalny, lecz dokuczliwy tylko w paru miejscach powyżej Chalet Reynard. Chociażby na dojeździe do Col de Tempetes (1829 m. n.p.m). Biorąc pod uwagę jego kierunek i kolor nieba zakładam, iż trafiliśmy na słabnący już nieco „biały mistral”. Nazajutrz było spokojniej, więc w sobotę Mont Ventoux było już tylko „Łysą Górą”, a nie „Górą Wiatrów”.
Z parkingu do podnóża podjazdu musieliśmy przejechać niespełna 500 metrów. Na drugim rondzie odbiliśmy w prawo wjeżdżając na Route du Mont Ventoux. Wspinaczkę zaczęliśmy niespełna kwadrans po czwartej przy temperaturze 33 stopni. Jak wiadomo ta góra nie od razu stawia twarde warunki. Pierwsze kilometry mają co najwyżej umiarkowane nachylenie. Dolny segment tego wzniesienia o długości 5,5 kilometra ma średnią ledwie 4,4%. Stromizna na dłuższych odcinkach sięga tu co najwyżej 6%. Jechaliśmy przez teren odsłonięty po drodze mijając wioski Sainte-Colombe (3,8 km) oraz Les Bruns (4,9 km). Charakter podjazdu zasadniczo zmienia się po minięciu Sainte-Esteve na słynnym wirażu w lewo. Chwilę później wjechaliśmy do lasu, który otacza środkową fazę południowego Mont Ventoux. Ta góra wielu kibicom kojarzy się przede wszystkim z księżycowym krajobrazem swych ostatnich kilometrów. Niemniej to zalesiony środek podjazdu jest najbardziej wymagający. Na odcinku 9 kilometrów średnie nachylenie wynosi tu aż 9,5%. Najtrudniejsze 500 metrów ma wartość 11%. Do dziś pamiętam jak bardzo cierpiałem w tej okolicy zmagając się z upałem i górą podczas L’Etape z 2009 roku. Byłem dosłownie u kresu sił. Tym razem podjąłem to wyzwanie na pełnej świeżości. Wtedy zaś przed rozpoczęciem owej wspinaczki miałem w nogach niemal 150 kilometrów. To kolosalna różnica, szczególnie dla średniej klasy cyklo-amatora. Z Bedoin do Sainte-Esteve dojechaliśmy w nieco ponad 17 minut kręcąc ze średnią prędkością niemal 20 km/h. Jednak prawdziwe Mont Ventoux zaczęło się dopiero pod koniec szóstego kilometra. Niebawem też zaczęła się ujawniać fizyczna przewaga Piotra. Na ósmym kilometrze zaczął mi powoli odjeżdżać.
Po przejechaniu 8,2 kilometra od ronda w Bedoin minęliśmy miejsce, skąd w lewo odchodzi leśna droga przez Massif des Cedres. Ten w dużej mierze szutrowy dukt łączy się z podjazdem od Malaucene przeszło kilometr za Mont-Serein. Na naszej trasie wspinaczkowej w regularnych odstępach napotykaliśmy przydrożne „kamienie” z informacją o stromiźnie kolejnego kilometra i aktualnej wysokości bezwzględnej. Bardzo podobne do tych z departamentu Pyrenees-Orientales, lecz w barwach biało-żółtych. Dzięki nim można się było dowiedzieć czy niebawem będzie stromo czy też może … bardzo stromo. Ot cała różnica. Wiedziałem, ze jeśli w dobrym zdrowiu dotrę do Chalet Reynard to góra będzie już moja. Skupiłem się zatem na trzymaniu równego rytmu jazdy. Do etapowej mety z TdF 2016 dotarłem w czasie 1h 10:22. Z danych stravy wynika, iż u zbiegu dróg D974 i D164 po przeszło 15 kilometrach wspinaczki traciłem do Piotra 1:31. Pozostało pokonać szeroki łuk w lewo i zacząć górny segment wzniesienia. Ten przeszło 6-kilometrowy odcinek biegnący przez skalistą okolice ma średnio 7,8%. Przy czym pierwsze kilometry mają nachylenie na poziomie 6-8%, zaś ostatnie półtora kilometra ma już średnią stromiznę 9,5%. Jakieś 3,5 kilometra przed szczytem po raz pierwszy ujrzałem w oddali cel naszych wysiłków. Wierzchołek od roku 1966 zwieńczony wysoką na 42 metry wieżą telekomunikacyjną. Wiatr najbardziej dawał się we znaki na odcinkach wiodących w kierunku północnym. Niemniej bliskość mety dodawała sił. Na 1300 metrów przed finałem minąłem pomnik Toma Simpsona, zaś jakieś pół kilometra dalej przełęcz Tempetes. Jeszcze parę minut wysiłku, ostatni bardzo stromy wiraż w prawo i równie sztywny wjazd na plac bezpośrednio pod wspomnianą wieżą. Job done. Mityczna góra raz jeszcze zdobyta.
Pytanie tylko jak wysoko wjechaliśmy? Większość źródeł podaje dla Mont Ventoux pułap od 1909 do 1912 metrów n.p.m. Tym niemniej lokalni geodeci zmierzyli całkiem niedawno, iż meta tego podjazdu znajduje się na wysokości „tylko” 1897 metrów. Może chodziło im o najwyższy punkt drogi D974, która biegnie ładnych kilka metrów poniżej placu, na którym wytycza się finisze imprez kolarskich. Trudno się w tym wszystkim połapać. W każdym razie tablica drogowa stojąca na placu pod wieżą pokazuje 1910 m. n.p.m. więc tego się trzymajmy. Ile czasu zabrało mi powtórne wjechanie na Mont Ventoux? To zależy, na który segment ze stravy patrzeć. Jest ich na tej górze nieprzebrana ilość. Cóż góra jest kultowa, więc setki użytkowników tej aplikacji stworzyło niewiele różniące się od siebie trasy z południowego zbocza MV. Ja wybrałem segment z serii „No.100 Greatest TDF Climbs”. Według niego dystans 21,31 kilometra przejechałem w 1h 40:32 (avs. 12,7 km/h). Piotrek uzyskał na nim czas 1h 38:15 czyli tym razem straciłem do swego kolegi tylko 2:17. To już był powód do zadowolenia, skoro dziewięć dni wcześniej na dwukrotnie mniejszej Col d’Agnes dzieliło nas 6 minut. Przy okazji pojechałem niemal 8 minut szybciej niż w końcówce L’Etape du Tour 2009. Choć nie ulega dla mnie wątpliwości, iż wtedy byłem mocniejszy niż w sezonie 2022. Okazało się zatem, iż dodatkowe lata i kilogramy nie ważą aż tyle co ubytek energii na 150 wyścigowych kilometrach poprzedzających finałową wspinaczkę. Obecnie nie palę się już do pokonywania kolejnych długich etapów na górskich trasach. Niemniej wciąż stać mnie było na pojechanie przyzwoitej „czasówki” pod jedną z najtrudniejszych gór we Francji. To zaczynało dobrze wróżyć przed zaplanowaną na koniec lata Austrią czyli wyprawą niepozbawioną jeszcze cięższych wyzwań.