Karyntia

Austria to jeden z pięciu europejskich krajów moim zdaniem zasługujących na miano „górskiego raju”. To znaczy takich, które są wymarzonym terenem poznawczym dla miłośników szosowych wspinaczek. Za pozostałe uważam: Francję, Hiszpanię, Szwajcarię i oczywiście Włochy. Tak się składa, że pośród tej piątki dawna domena dynastii Habsburgów ma najmniejsze tradycje kolarskie. Acz wypada pamiętać, iż już trzykrotnie gościła szosowe Mistrzostwa Świata. Z drugiej jednak strony jest to kraina, do której nam Polakom najbliżej. Nawet z mojego rodzimego Trójmiasta do serca Tyrolu czyli Innsbrucka dojechać można samochodem w 13 godzin, zaś w okolice Salzburga czy Graz jeszcze szybciej. Pomimo to jak dotąd na austriackiej ziemi bywałem sporadycznie, zaś po raz ostatni przed ponad dekadą. Niemniej to właśnie w tej części Alp Wschodnich zaczęła się moja wielka przygoda polegająca na eksploracji najtrudniejszych szosowych podjazdów Starego Kontynentu. Zarówno tych słynnych czyli bywałych na trasach Wielkich Tourów, jak i niemal anonimowych czyli znanych jedynie ambitnym cykloturystom. Dla mnie wszystko zaczęło się w lipcu 2003 roku na 140-kilometrowej trasie wokół tyrolskiego miasteczka Imst. Pierwszego dnia owej pięciodniowej wyprawy wjechałem od wschodu na przełęcz Pillerhohe, po czym zaliczyłem strasznie długi i wielki podjazd do kresu doliny Kaunertal. Kolejne trzy dni spędziliśmy wówczas na szosach Italii. Po czym finał owej wycieczki wyznaczyliśmy sobie po austriackiej stronie granicy. Była to południowa wspinaczka na przełęcz Hochtor w pobliżu szczytu Grossglockner, najwyższej z austriackich gór.

Po raz drugi pojawiłem się w Austrii dopiero w czerwcu 2010 roku i znów wpadłem tam zaledwie na dwa dni. Było to w drodze powrotnej z blisko dwutygodniowych wojaży po szosach włoskiego regionu Trentino-Alto Adige. Przy tej okazji zaliczyłem najpierw śnieżno-mroźny wjazd na wysoką Edelweissspitze (górską metę nieopodal wspomnianego już Hochtora) oraz nazajutrz stromą i dla odmiany słoneczną wspinaczkę do Alpenhaus pod szczytem Kitzbuheler Horn. W sezonie 2011 na Austrię poświęciłem już więcej czasu. Gościłem w niej dwukrotnie i podobnie jak rok wcześniej w towarzystwie Darka Kamińskiego. Najpierw pod koniec czerwca pojechaliśmy do Tyrolu na przeszło tydzień. Bawiliśmy w zachodniej części tego kraju związkowego poświęcając czas tak na „prywatne” wspinaczki jak i występy w wyścigach organizowanych dla amatorów kolarstwa szosowego. Zaliczyliśmy wówczas m.in. podjazdy na Kuhtai Sattel, Rettenbachferner oraz Bielerhohe. Przede wszystkim zaś wzięliśmy udział w górskim „sprincie” pod hasłem Kaunertaler Gletscherkaiser oraz transgranicznym radmaratonie o nazwie DreilanderGiro, którego trasa prowadziła przez słynną Passo dello Stelvio. Ciekawym dodatkiem do austriackich gór były dwa szwajcarskie wzniesienia, w tym wówczas jeszcze częściowo szutrowa Umbrailpass. W sierpniu 2011 roku zrobiliśmy sobie w Austrii kolejny dwudniowy finał wyprawy rozpoczętej na włoskiej ziemi. Tym razem wpadliśmy do Vorarlbergu, gdzie zaliczyłem wspinaczkę pod Furkajoch i wziąłem udział w maratonie Highlander.

Od tego czasu Austrię oglądałem już tylko „przelotnie” czyli zza szyb samochodów lub z terenu stacji benzynowych. To znaczy podczas rozmaitych podróży do Italii, których celem były włoskie podjazdy we wschodnich Alpach czy też Apeninach. Dopiero w sezonie 2019 zapragnąłem wrócić na szosy Naddunajskiej Republiki. Moim celem miały być wielce wymagające podjazdy landu Karyntia. Jednak z owych planów nic nie wyszło i w sierpniu 2019 roku znów udałem się do Włoch (na górskie drogi Doliny Aosty). Do Karyntii przymierzałem się też w kolejnych latach, ale ostatecznie „odpuszczałem temat” nie czując się na siłach do walki z bardzo stromymi podjazdami, z których słynie ten austriacki region. W minionym roku moja forma fizyczna bynajmniej nie była lepsza niż uprzednio. Niemniej uznałem, że skoro „lat mi nie ubywa” to czas najwyższy zmierzyć się z najtrudniejszymi i zarazem najpiękniejszymi górami południowej Austrii. Podobnie jak przy drugich wyprawach z lat 2020 i 2021 tak i tym razem mogłem liczyć na udział i pomoc Adriana Zdrojewskiego. Zakładałem, że przynajmniej mój 60-kilogramowy kompan będzie się dobrze bawił na tak „nieludzkich” stromiznach. Zaplanowałem nam 15-dniową wyprawę z około trzydziestoma trudnymi wspinaczkami. Obszar do zwiedzania był nieduży, gdyż Karyntia ma powierzchnię 9,5 tysiąca km2. Zatem wystarczyło nam znaleźć jedynie trzy bazy noclegowe. Pierwszą mieliśmy w Maildorf (Wolfsberg) na wschodzie landu. Drugą w Arriach, jak się okazało w geograficznym centrum Karyntii. Natomiast trzecią w Tresdorf (Rangersdorf) na zachodnim krańcu owej krainy.

Program wycieczki był standardowy. Zakładałem zasadniczo dwie góry dziennie, o ile nasze (czy raczej moje) siły na to pozwolą. Niepewną zmienną była też alpejska aura pod koniec kalendarzowego lata. Mimo pogodowych perturbacji, dokuczliwych szczególnie w drugim tygodniu wyprawy, udało nam się jednak zrealizować zdecydowaną większość zakreślonego przeze mnie planu. Zrobiliśmy zatem osiem typowych etapów z dwoma podjazdami od poranka do wieczora. Jeden ambitniejszy z trzema wspinaczkami. Na najdłuższym odcinku polegającym na przejechaniu Nockalmstrasse z obu stron zmęczyliśmy zaś cztery wzniesienia. Niestety deszczowa końcówka drugiego tygodnia pozwoliła nam na zapoznawanie się z ledwie jedną premią górską dziennie. Natomiast 31 sierpnia okazał się dniem przymusowego odpoczynku od wszelkiej rowerowej aktywności. Ogółem między 28 sierpnia a 11 września udało nam się zaliczyć 27 wzniesień, w tym 26 o amplitudzie ponad 500 metrów. Zdecydowaną większość, bo aż 25 pokonaliśmy w granicach Karyntii. Pozwoliliśmy sobie też na dwa wypady do sąsiadujących z nią krajów związkowych. Dzięki nim poznaliśmy jeszcze podjazdy pod Gaberl Sattel w Styrii oraz Hochsteinhutte we wschodnim Tyrolu. Na trasach w sumie 14 górskich etapów „zmęczyliśmy” 16 wspinaczek o przewyższeniu co najmniej tysiąca metrów, w tym dwa olbrzymy o amplitudzie ponad 1500 metrów. Największym z nich był podjazd pod Hochwurtenspeicher (1698 metrów, a brutto nawet 1880!). Niewiele mniejszy był Grosser Speikkogel (1662 metry), zaś trzeci pod tym względem okazał się być Grosssee (1406 metrów).

Austriackie podjazdy były zasadniczo krótsze od tych, które trzy miesiące wcześniej poznawałem na szosach Oksytanii i Prowansji. Tym niemniej wyraźnie górowały one nad francuskimi pod względem wysokości i przede wszystkim stromizny. W Karyntii aż 8-krotnie „wdrapałem się” na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. Najwyższą metą była wspomniana już Hochwurtenspeicher (2421 m. n.p.m.), a drugą jej ciut niższa sąsiadka Grosssee (2417 m. n.p.m.). Trzecie miejsce przypadło znanej z Giro d’Italia Franz-Josef Hohe (2369 m. n.p.m.). Nierówna Hochwurtenspeicher alias Weisssee była również najdłuższym ze wszystkich podjazdów tej wyprawy. Jedynym o długości ponad 20 kilometrów, bo liczącym 22,8 kilometra. Niemniej jak już wspomniałem w owej krainie nie dystans, lecz stromizny stanowiły o skali trudności podjętych przez nas wyzwań. Dość powiedzieć, że 10 spośród naszych premii górskich miało średnie nachylenie na poziomie co najmniej 9%, zaś połowa z nich wartości dwucyfrowe! Przy tym używając języka rodem z koszykarskiej ligi NBA trzy sztuki tzn. Grosse Speikkogel, Gerlitzen Alpenstrasse i Hochsteinhutte to były góry klasy „double-double” czyli o stromiźnie co najmniej 10% i zarazem długości przeszło 10 kilometrów! Acz również środkowa faza Hochwurtenspeicher oraz zasadnicza część podjazdu pod Gerlitzen Gipfel również zasługują na to miano. Nie dziwi zatem, że aż osiem wspinaczek z tej podróży trafiło do pierwszej „setki” najtrudniejszych wzniesień z 20-letniej historii moich wojaży. Przy tym Hochwurtenspeicher i Grosser Speikkogel na sam szczyt owej listy rankingowej, zaś Hochsteinhutte i Grosssee na lokaty wyższe niż tej klasy wzniesienia co: Punta Veleno, Monte Grappa, Mortirolo czy Stelvio.

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem w sierpniu i wrześniu 2022 roku na szlaku od Wiesenau po Lienz.

Mój rozkład jazdy:

28.08 – Klippitztorl & Gaberl Sattel

29.08 – Weinebene & Koglereck

30.08 – Grosser Speikkogel & Eisenkappler Hutte

1.09 – Turracher Hohe, Falkert See & Gerlitzen Gipfelstrasse

2.09 – Villacher Alpenstrasse & Gerlitzen Alpenstrasse

3.09 – Nockalmstrasse (von Ost nach West und zuruck)

4.09 – Tschiernock & Gerlitzen Kanzelhohe

5.09 – Malta Hochalmstrasse & Maltaberg

6.09 – Wollaner Nock & Goldeck Panoramastrasse

7.09 – Grosssee & Franz-Josefs Hohe

8.09 – Egger Alm

9.09 – Marterle

10.09 – Hochwurtenspeicher

11.09 – Hochsteinhutte

Hochsteinhutte

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Leisach-Gries (B100, Pustertaler Hohenstrasse)

Wysokość: 1990 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1283 metry

Długość: 12,5 kilometra

Średnie nachylenie: 10,3 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Hochwurtenspeicher udało się nam wjechać i zjechać na sucho. Niemniej na dole widząc co się wkoło dzieje uznaliśmy, iż nie ma szans na uniknięcie deszczu podczas zaplanowanej na kolejne godziny wspinaczki do Jamnighutte. Dlatego zrezygnowaliśmy z wycieczki do Obervellach. Tym samym trzeci dzień z rzędu poprzestając na jednej tylko premii górskiej. Tym razem jednak pokonana przez nas góra była tak wielka, że przynajmniej można ją było uznać za godną dwóch innych. Potem w sobotni wieczór emocjonowaliśmy się kobiecym finałem US Open. Iga Świątek pokonała Tunezyjkę Ons Jabeur 6:2, 7:6. Poprzedni wielkoszlemowy triumf naszej mistrzyni czyli wygraną na kortach Rolland Garros oglądałem w trakcie pierwszej tegorocznej wyprawy. Tamten jej triumf zastał mnie bowiem w Ax-les-Thermes. Ciekawe czy „Dziewczyna z Raszyna” odczaruje Wimbledon w sezonie 2023 jeśli wyjadę w góry na przełomie czerwca i lipca? Jeśli tak, to będę musiał jeszcze opracować wycieczkę na styczeń 2024 by nasza „Rakieta nr 1” podbiła Australię i szybko skompletowała sobie wszystkie lewy tenisowego szlema. Trzecia niedziela tej wycieczki była ostatnim jej etapem. Z założenia piętnastym, lecz de facto czternastym. Tego dnia mieliśmy już kręcić poza Karyntią. Zaplanowałem wypad do sąsiedniego Tyrolu Wschodniego. Lienz będące stolicą tego powiatu jest zewsząd otoczone górami. Na północ i wschód od miasta wznoszą się szczyty Schobergruppe, ku którym wiodą ciężkie podjazdy na Zettersfeld (1861 m. n.p.m) i Faschingalm (1668 m. n.p.m.). Na wschód od niego piętrzą się wierzchołki Villgratner Berge, gdzie można się wspinać ku Hochsteinhütte (2023 m. n.p.m.). Obie te grupy górskie należą do Wysokich Taurów. Natomiast na południu mamy tu zachodni kraniec wapiennych Alp Gaitalskich czyli tzw. Lienzer Dolomiten, z krótką acz bardzo stromą wspinaczką pod Dolomiten Hütte (1590 m. n.p.m.).

Z tej morderczej „czwórki” wybrałem tylko jeden, ale za to najtrudniejszy podjazd czyli pod Hochsteinhütte. Natomiast na drugie dane mieliśmy się wybrać do Huben, wsi leżącej 19 kilometrów na północ od Lienz, by zaliczyć już spokojniejszą wspinaczkę ku Lucknerhaus. Dzięki temu na pierwszej niedzielnej górze moglibyśmy ostatni raz przetestować swe siły do maksimum. Raczej na solo czyli każdy na miarę swych możliwości. Po czym drugą przejechać już razem. Zrobić swego rodzaju „etap przyjaźni” niczym rok wcześniej na podjeździe do Campello Monti. Blisko 20-kilometrowa wspinaczka dolinami Kalser Tal i Ködnitztal stwarzała ku temu okazję. Jest to bowiem podjazd o przeciętnym nachyleniu 5,6%, acz na jego pierwszych trzech jak i ostatnich siedmiu kilometrach średnia przekracza 8%. Meta tego wzniesienia przy dobrej pogodzie gwarantuje też piękny widok od południa na „dach Austrii” czyli wiecznie ośnieżony Großglockner. To było ważkim argumentem przemawiającym za zakończeniem naszej wyprawy właśnie pod Lucknerhaus. Wyjechaliśmy z bazy o wpół do dziesiątej. Do przejechania samochodem mieliśmy około 30 kilometrów. Z rana było słonecznie. Gdy po raz drugi w tym tygodniu wjechaliśmy autem na Iselbergpass to po drugiej stronie owej przełęczy powitał nas piękny widok na Lienzer Dolomiten. Zapachniało mi tu Italią. Na „przegibku” zamieniliśmy Karyntię na Ost Tirol i zaczęliśmy 8-kilometrowy zjazd ku Lienz. Miejscowości zamieszkanej dziś przez niespełna 12 tysięcy osób, a której historia sięga początków XI wieku. Do Tyrolu wcielono je dopiero w 1500 roku, gdy znalazło się w posiadaniu Habsburgów. Niemniej po I Wojnie Światowej tutejszy powiat utracił połączenie lądowe z resztą swego kraju związkowego. Najsłynniejszym sportowcem stąd pochodzącym jest alpejczyk Fritz Strobl. Mistrz olimpijski w zjeździe z Salt Lake City (2002). Zwycięzca dziewięciu zawodów o Puchar Świata (7 zjazdów i 2 supergigantów).

Lienz to jedyne austriackie miasto, które dwukrotnie wystąpiło w roli gospodarza etapowej mety na trasie Giro d’Italia. „La Corsa Rosa” zajrzała tu w latach 1994 i 2007. Oba te odcinki miały podobny charakter jak i przebieg. Były to etapy ledwie górzyste, poprzedzające lub rozdzielające prawdziwe „tappone”, na których swą uwagę skupiali liderzy wyścigu. Tym samym w owym dniu odpuszczali oni na wiele minut liczną grupę harcowników. Z niej zaś na solo odjeżdżał i zdecydowanie wygrywał ten najmocniejszy. Na ulicach Lienz triumfowali dwaj kolarze, których śmiało można zaliczyć do grona największych gwiazd włoskiego peletonu z przełomu wieków. Przy czym Michele Bartoli (rocznik 1970) wygrał tu u progu swej wielkiej kariery. Natomiast Stefano Garzelli (rocznik 1973) bliżej jej końca. Bartoli kolejnego na mecie Fabiano Fontanellego wyprzedził aż o 2:31. W kolejnych latach stał się wielkim asem klasyków. Wygrał pięć monumentów czyli: Ronde 1996, L-B-L 1997 i 1998 oraz Lombardię 2002 i 2003. Dwukrotnie triumfował też w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata (1997 i 1998). Z kolei Garzelli, choć swego czasu był „najlepszym sprinterem pośród górali” nie polegał tu na swej szybkości. Odjechał kompanom ucieczki i wygrał z przewagą 1:01 nad 5-osobową grupką, którą przyprowadził Francuz Laurent Mangel. Specjalizował się w wyścigach etapowych. Wygrał Tour de Suisse z 1998 i Tirreno-Adriatico z 2010 roku. Przede wszystkim jednak triumfował w całym Giro d’Italia z sezonu 2000. W ostatnich latach do Lienz zaczął też zaglądać kwietniowy wyścig Tour of the Alps czyli ex-Giro del Trentino. W 2018 roku etap tej imprezy wygrał tu Hiszpan Luis Leon Sanchez. Natomiast w sezonie 2022 w tym miasteczku zakończono cały wyścig. Ostatni jego dzień należał do Francuzów. Thibaut Pinot zgarnął etap, zaś Romain Bardet triumfował w „generalce”.

Wjechawszy do Lienz musieliśmy znaleźć prowadzącą ku granicy z Włochami drogę krajową B100. W przeciwieństwie do Zettersfeld czy Faschingalm podjazd do Hochsteinhütte nie zaczyna się bowiem w mieście, lecz w sąsiadującej z nim gminie Leisach. Leży ona jakieś 3 kilometry na południe od Lienz, na wschodnich kresach Pustertal. Doliny, której większa część należy już do Italii, gdzie największym miastem jest Bruneck alias Brunico. Kolarskim kibicom ten północny kraniec Włoch może się kojarzyć z podjazdami na Kronplatz czy Passo di Furcia. Jadąc po Pustertalerstraße minęliśmy samo Leisach i zatrzymaliśmy się w Leisach-Gries ujrzawszy po prawej stronie drogi zielone tablice, z których jedna wskazywała cel naszej wspinaczki. Przed sobą mieliśmy trzeci najtrudniejszy podjazd tej wyprawy. Tylko Grosser Speikkogel i Hochwurtenspeicher należało uznać za cięższe wyzwania. Pod względem skali trudności można by go porównać z wykorzystywaną na Tour de Suisse czy Deutschland Tour wspinaczką na lodowiec Rettenbachferner ponad Sölden. Od autora strony „cyclingcols” Hochsteinhütte otrzymała aż 1512 punktów. Przy czym obliczenia Michiel’a dotyczą mety pod schroniskiem na wysokości 2025 metrów n.p.m. Tymczasem szosa dociera tu jedynie do parkingu, który znajduje się przeszło 30 metrów niżej. Tak czy owak to bardzo ciężkie 12 kilometrów. W zasadzie dwie hardcorowe połówki (bardzo trudna i jeszcze trudniejsza) przedzielone luźnym odcinkiem w pobliżu wioski Bannberg. Najtrudniejszy kilometr ma tu wartość 13,4%, zaś 5-kilometrowy segment średnią aż 12,4%! W drodze na szczyt miało się uzbierać 9,7 kilometra dystansu z dwucyfrową stromizną lub ciut mniej jeśli odliczymy kamienisty dukt powyżej parkingu.

Hochstein wespół z Zettersfeld to jeden ośrodek narciarski pod nazwą Lienzer Bergbahnen. Można tu śmigać na nartach z poziomu 2278 metrów n.p.m. Fani białego szaleństwa mają do swej dyspozycji 10 wyciągów (w tym 2 gondole) i przede wszystkich 37 kilometrów tras zjazdowych. Pierwsze schronisko Hochsteinhütte powstało już w 1895 roku. Jednak spłonęło w 1929. W 1931 oddano do użytku kolejne, następnie rozbudowane kosztem 700.000 Euro w roku 2009. Wiedziałem, że na stromej trasie pod górą Hochstein (2057 m. n.p.m.) muszę od razu pożegnać się z Adrianem i pokonywać kolejne kilometry własnym tempem. Zaczęliśmy wspinaczkę o 10:10 przy słonecznej pogodzie. Nie było przesadnie ciepło, acz czwartym kilometrze wspinaczki temperatura przez chwilę sięgnęła 23 stopni. Droga od startu była stroma, a przy tym prowadziła długimi odcinkami na wprost. Bez żadnej taryfy ulgowej na wirażach. Tych bowiem w dolnej połowie wzniesienia po prostu nie było. Początkowe czterysta metrów to wyjazd z Gries. Potem długa prosta przez łąkę. Na drugim i trzecim kilometrze pierwszy przejazd przez las. Na czwartym kilometrze kilka domków przy drodze, po czym znów jazda w cieniu drzew. Cały czas mozolne przepychanie na sporej stromiźnie. Teren nieco odpuścił dopiero gdy przebyłem 4,3 kilometra. Niemniej przez kolejny kilometr trzymał jeszcze na poziomie około 8%. Dopiero w połowie szóstego kilometra droga zupełnie się wypłaszczyła. Kolejne 600 metrów to już szybki dojazd do Bannberg. Na Giro d’Italia wyznaczano tu linie premii górskich, które rzecz jasna wygrywali Bartoli i Garzelli. Na ostatnim etapie Tour of the Alps 2022 do Bannberg podjechano dwukrotnie. Najpierw od Leisach, po czym łatwiejszą stroną od Thal. Nasz północny segment o długości 5,43 kilometra Pinot pokonał w 20:31. Adrian potrzebował na to 29:36, zaś ja 31:48. Niemniej KOM należy do pochodzącego z tych okolic Felixa Gall’a z Ag2R, który na treningu zrobił tu czas 18:48 i ładny VAM 1758 m/h.

Jak z tego widać na półmetku traciłem do kolegi tylko 2:12. Mniej niż pół minuty na kilometrze czyli całkiem dobrze mi tu się jechało. Na samym początku siódmego kilometra trzeba było odbić w prawo i wjechać na węższą niż dotąd ścieżkę. Niemniej nadal dobrej jakości. O ile na dole przeważały kilometry z nachyleniem 10-11% to odtąd na pozostałych do mety 6 kilometrach miały rządzić stromizny rzędu 12-13%. Jeden mały plusik to fakt, że zaczęły się pojawiać serpentynki. W sumie 7 wiraży czyli nie za wiele, ale zawsze jakiś miły punkt na horyzoncie. Przed końcem siódmego kilometra wyjechałem z Bannberg. Po przejechaniu 7,3 kilometra czyli tuż za czwartym zakrętem minąłem szlaban przy punkcie poboru opłat. Chwilę później szosa znów schowała się w lesie. Odtąd dużo było cienia, acz miejscami otwierał się jeszcze widok na południe w kierunku Lienzer Dolomiten. Obiecywałem sobie ładne zdjęcia tych gór w drodze powrotnej z Hochstein. Niestety i tym razem pogoda spłatała nam figla. Gdy po 73 minutach zmagań z górą dotarłem na wspomniany parking niebo w rejonie mety było już zachmurzone. Na górze zrazu nie spotkałem Adriana. Założyłem zatem, że pomimo końcówki na dróżce o wątpliwej nawierzchni, mój kolega twardo pocisnął do samego schroniska. Ja odpuściłem sobie jazdę po tych kamyczkach. Obawiałem się defektu. Wymiana gumy zajęłaby nieco czasu w polowych warunkach. Tymczasem te niepokojąco się pogarszały. Na górze było już tylko 12 stopni i chwilami mżyło. Znalazłem sobie ławeczkę w sam raz na spoczynek i zaczekałem na Adka. Hochsteinhütte wjechałem w całkiem niezłym stylu. Mój czas to 1h 13:20 (avs. 9,8 km/h) co przy faktycznym przewyższeniu dało VAM około 1050 m/h. Adriano wyprzedził mnie o pięć minut. Pokonał ten podjazd w 1h 08:21 (avs. 10,5 km/h) z VAM 1126 km/h.

Zatem całkiem dobrze wytrzymaliśmy trudy ciężkiego Kärnten Rundfahrt. Szkoda tylko, że nie można go było zakończyć wspólnym wjazdem po łagodniejszych procentach na Lucknerhaus. W ostatnich dniach tej podróży pogoda zdecydowanie nie była naszym sprzymierzeńcem. Tu wypadało się zadowolić suchym zjazdem do Leisach. Prognozy dla okolic Huben były jeszcze gorsze niż to co widzieliśmy na niebie spacerując po starówce w Lienz. Postanowiliśmy na tym zakończyć nasze wspinaczkowe podboje. Zebrało się tego niemało, choć mogło być więcej. Jak krótko podsumował to Adrian na swoim profilu stravy: 14 dni jazdy, 27 podjazdów, 758 przejechanych kilometrów i przede wszystkim 30.564 metry w pionie. A czego nie udało się zobaczyć tym razem, to może stać się magnesem na przyszłość. Wieczór też musieliśmy skrócić. Odpuściliśmy sobie zatem oglądanie pojedynku naszych siatkarzy z Włochami o złoty medal Mistrzostw Świata. Drogę powrotną do Polski chcieliśmy zacząć najpóźniej o 5 rano. Po to by dotrzeć do domu późnym popołudniem, a przynajmniej przed zmierzchem. Wracaliśmy szlakiem wielu słynnych bitew. Mijaliśmy Wiedeń i to 12 września czyli w rocznicę słynnej Odsieczy. Potem były jeszcze miejsca znane z wojen napoleońskich czyli Wagram i Austerlitz. My mieliśmy za sobą własne „bezkrwawe” potyczki z austriackimi górami. Jak by nie patrzeć wszystkie zwycięskie. Za rok pojedziemy znacznie dalej, by powspinać się jeszcze wyżej i zapewne przy lepszej pogodzie. Wybieramy się we trzech. Dołączy do nas Rafał Wanat. Naszym celem będzie słoneczna Andaluzja. W planach mam też zwiedzanie Ticino i Lombardii z Piotrem Mrówczyńskim. Jeśli poza tymi wyprawami zahaczę jeszcze o jakieś podjazdy w Tyrolu czy nad Adriatykiem (na wakacjach z Iwoną) to wyjdzie mi z tego rekordowy sezon. Czas zatem kończyć przydługie zimowe opowieści i szykować formę pod letnie eskapady.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/7790856137

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/7790856137

HOCHSTEINHUTTE by ADRIANO

https://www.strava.com/activities/7789758249

ZDJĘCIA

FILM

Hochwurtenspeicher

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Ausserfragant (B106, Kleindorfstrasse)

Wysokość: 2421 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1698 metrów

Długość: 22,8 kilometrów

Średnie nachylenie: 7,4 %

Maksymalne nachylenie: 16 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Nadszedł czas by zmierzyć się z największą górą tej wyprawy. To znaczy wspiąć się z poziomu Mölltal do kresu drogi technicznej u brzegów sztucznego jeziora Hochwurtenspeicher. Teoretycznie mieliśmy tu do pokonania w pionie 1695 metrów. Niemniej w praktyce aż 1880, jako że na tym 23-kilometrowym podjeździe jest parę krótkich zjazdów, po których trzeba odzyskiwać straconą wysokość. Tym samym przewyższenie brutto tego wzniesienia jest o dobre 200 metrów większe niż amplituda potężnego przecież Grosser Speikkogel. Dla mnie było to również najwyższe wzniesienie owej wycieczki. Adrian swoją „Cima Copi” zaliczył na Großsee, gdzie zabrnął na poziom 2451 metrów n.p.m. Pogoda w sobotę była lepsza niż w dwóch poprzednich dniach, acz nie tak dobra jak wcześniej wieściły to wszelakie prognozy. W każdym razie była dostatecznie dobra by tego dnia pobawić się w naprawdę wysokich górach. Mieliśmy przy tym nadzieję, iż po dwóch przymusowo skróconych etapach, tym razem zgodnie z planem uda się nam przejechać dwa solidne wzniesienia. Jeśli Hochwurtenspeicher była naszą sobotnią „lekturą obowiązkową” to należało się jeszcze zastanowić nad pozycją „uzupełniającą”. Naturalnym wyborem wydawała się sąsiednia wspinaczka pod jeszcze jedno sztuczne jeziorko czyli Oscheniksee. Obie mają nawet wspólny przeszło 7-kilometrowy początek. Powtarzanie tego dolnego sektora można było sobie darować i zacząć drugą górę od rozjazdu. Niemniej wciąż byłoby wspinaczka z piekła rodem. Nawet bez owego wstępu pozostało by nam do zrobienia w pionie 1217 metrów na dystansie ledwie 9,5 kilometra czyli ze stromizną aż 12,8%! Dla porównania słynny Monte Zoncolan z Ovaro, bodaj najtrudniejsza góra wykorzystywana na trasach Wielkich Tourów, ma długość 9,9 kilometra przy średniej 12,2%.

Owszem w Austrii radziłem sobie na podjazdach lepiej niż trzy miesiące wcześniej we Francji, ale czy stać mnie było na podołanie aż tak trudnemu wyzwaniu? Trzeba było na chłodno rozważyć wszelkie „za” i „przeciw”. Zaliczenie dwóch ciężkich podjazdów to jedno, lecz pokonanie tego samego dnia dwóch wzniesień z grona najtrudniejszych w życiu to już zupełnie inna bajka. Do tego jeszcze musiałbym zrobić łącznie 3100 metrów przewyższenia. Mając to na uwadze uznałem, iż to nie pora na Oscheniksee. Może zdobędę je innym razem. Najlepiej „na świeżo” czyli bez ciężaru Hochwurtenspeicher w nogach. Tymczasem założyłem, że po zjechaniu z naszej pierwszej sobotniej góry podjedziemy autem dalsze 7 kilometrów na wschód do Obervellach. Z tej mieściny można było zacząć znacznie łatwiejszy od wspomnianej „dwójki” podjazd do Jamnighutte (1666 m. n.p.m.). W ramach drugiego zadania mielibyśmy wówczas do przejechania 15,9 kilometra, ale z przeciętnym nachyleniem tylko 6,2%. Na początek solidne 6 kilometrów, potem luźny środek i na koniec mocne 4 kilometry ze średnią 9,8%. Z takim pomysłem na najbliższe godziny ruszyliśmy z domu około wpół do dziesiątej. Do przejechania mieliśmy ledwie 13 kilometrów. Po kilkunastu minutach spędzonych na „krajówce” B106 byliśmy już na miejscu. To znaczy w Außerfragant zamieszkanej przez niespełna 270 osób i należącej do gminy Flattach. Wypakowaliśmy się w zatoczce naprzeciw sklepu spożywczego ADEG. Przy tablicy z nazwą wsi powitał nas wielki baner zapraszający do ośrodka narciarskiego Mölltaler Gletscher. Hasło reklamowe „Touch the Sky” ma swe uzasadnienie, bowiem szusowanie w tej stacji można zacząć na wysokości aż 3122 metrów n.p.m. O tym jak się tam dostać będzie jeszcze okazja napisać.

Kilka minut przed dziesiątą byliśmy już przygotowani do jazdy, gdy Adek zdał sobie sprawę, iż zapomniał zabrać kasku. Postanowił wrócić po niego do bazy. Byłem gotów z nim jechać, lecz on nie chciał mnie wstrzymywać. Tym samym ruszyliśmy pod górę osobno w odstępie półgodzinnym. Tym samym szybciej od kolegi mogłem zobaczyć to wszystko co tak groźnie prezentowało się na profilach widzianych w internecie. Czysto teoretycznie dystans 23,2 kilometra i przeciętne nachylenie 7,3% oznaczały „premię górską” z najwyższej półki, lecz niekoniecznie jakieś ekstremum. Niemniej trzeba było mieć na uwadze, iż jej faktyczne przewyższenie jest o 195 metrów większe niż zwykła różnica poziomów między startem a metą. Poza tym 4,5 kilometra z całego dystansu to rozmaite zjazdy. Gdy zatem zdamy sobie sprawę, iż amplituda brutto tej góry to aż 1880 metrów, które trzeba zebrać na dystansie jedynie 18,7 kilometra okaże się, że średnia stromizna odcinków wspinaczkowych wynosi już nieco ponad 10%. Najtrudniejszy kilometr tego wzniesienia ma średnią 14,5%, zaś najcięższy 5-kilometrowy segment trzyma na poziomie 10,7%. Natomiast wszystkie odcinki z dwucyfrową stromizną składają się tu na łączny dystans aż 12,1 kilometra, co według „cyclingcols” jest rekordem nie tylko Austrii, ale i całej Europy! Góra została wyceniona na tej stronie aż na 1763 punkty. Wyżej niż jakikolwiek podjazd przetestowany na topowych wyścigach etapowych, acz niżej niż Grosser Speikkogel zdobyta przez nas pod koniec sierpnia. Która z nich jest trudniejsza trudno orzec. Czy łatwiej „przełknąć” 15 kilometrów o stale wysokim nachyleniu czy też 23 kilometry ze stromiznami podanymi na raty? Jak w życiu: jedni wolą oprocentowanie stałe, zaś drudzy zmienne. Pewne było tylko to, że na tym „olbrzymie” spędzimy więcej czasu niż na „potworze” z Koralpe.

Mölltaler Gletscherstraße owszem ma luźniejsze fragmenty, lecz razi stromizną od pierwszych metrów. Dolny odcinek o długości 8,8 kilometra to droga lokalna L20a służąca za dojazd do wioski Innerfragant oraz do dolnej stacji kolejki Gletscherexpress. Dalsza część wspinaczki wiedzie już po węższej i gorszej jakościowo technicznej dróżce, dzięki której można dojechać autem do stacji przesiadkowej na Gondelbahn Eissee, schroniska Weißseehaus i przede wszystkim do trzech sztucznych jezior, z których najwyżej położonym jest Hochwurtenspeicher. Na sam początek musiałem pokonać sektor o długości 2,8 kilometra ze średnim nachyleniem 10,5%. Przez pierwsze 700 metrów droga biegła na wschód łącząc się na tym odcinku z uliczkami prowadzącymi zrazu przez Kleindorf i Flattach. Potem wzięła zakręt w lewo by od połowy drugiego kilometra biec już równolegle do potoku Fragantbach. Na drugim kilometrze czekało nas dodatkowe utrudnienie. Było nie tylko ostro, lecz zarazem nierówno. Na odcinku kilkuset metrów zerwano tam asfalt, więc z tym kawałkiem stromizny musieliśmy się zmagać jadąc po drodze de facto gruntowej. Na kilometrze trzecim podjazd stopniowo łagodniał. Następnie droga zupełnie się wypłaszczyła, by niebawem przejść w zjazd. Najpierw łagodny, zaś na piątym kilometrze już bardziej wyrazisty. Kolejna faza wspinaczki zaczęła się po 5,3 kilometra od startu. Niemniej na tym etapie nie była ona równie wymagająca co na samym dole. W połowie siódmego kilometra przejechałem przez wspomnianą Innerfragant. Natomiast niespełna kilometr za tą wioską minąłem boczną dróżkę prowadzącą do Oscheniksee. Zerknąłem w jej kierunku. Ujrzałem tam zniszczony asfalt, opuszczony szlaban i kilka znaków zakazu. Zyskałem dodatkowe argumenty był na nią nie zaglądać.

Lepiej było się skupić na wyzwaniu, które miałem przed sobą. Na początku dziewiątego kilometra znów zrobiło się płasko. Tym razem tylko przez kilkaset metrów. Na tym odcinku minąłem elektrownię Innerfragant. Umiarkowany podjazd na kolejnych trzystu metrach doprowadził mnie do kas przed dolną stacją Mölltaler Gletscherbahnen. Kolej tą oddano do użytku w 1997 roku. Jej dolny odcinek z finałem w stacji Eissee (2235 m. n.p.m.) to najdłuższa na świecie podziemna kolejka linowo-terenowa. Zależnie od sposobu liczenia jej trasa ma długość 4718 lub 4827 metrów. Ten dystans kolejka pokonuje w czasie 7:36. Składa się zaś z dwóch wagonów zdolnych pomieścić maksymalnie po 236 osób każdy. Tym samym może ona przewieźć nawet 15.800 osób na godzinę. Na wspomnianej stacji można się przesiąść na Goldenbahn Eissee i tą dotrzeć na poziom 2800 metrów n.p.m. Dalej krótki spacer do Gletscher Jet Bergstation, skąd jedną z dwóch kolejek krzesełkowych można dojechać na Mölltaler Gletscher czyli pułap przeszło 3100 metrów n.p.m. To najwyższy punkt całorocznej stacji narciarskiej Mölltaler Gletscher, która oferuje fanom narciarstwa w sumie 17 tras o łącznej długości 36 kilometrów. Szusować tu mogą niemal przez cały rok. Jedynie od połowy maja do połowy czerwca przewidziana jest przerwa techniczna. Ja zaraz za dolną stacją musiałem skręcić w lewo i wjechać na węższą „privatweg” dość mocno już sfatygowaną. Zapewne po każdej zimie przybywa w niej dziur i pęknięć. Do podjeżdżania była dostatecznie dobra. Na zjeździe i tak nie miałem zamiaru się rozpędzać.

Jednak nie stan nawierzchni, lecz stromizna stanowiła tu zasadniczą przeszkodę. Zaczynałem drugi „odcinek specjalny” tej góry czyli sektor o długości 3,5 kilometra i średnim nachyleniu aż 12,4%. Całe szczęście, że droga pięła się tu wieloma zakosami. Na tym sektorze było aż 25 wiraży. Niekiedy jeden od drugiego dzieliło raptem kilkadziesiąt metrów. Zatem mogłem „zjadać” przewyższenie małymi łyżeczkami. Ścianka, zakręt w prawo, ścianka, zakręt w lewo itd. W razie ewentualnej zadyszki można było pokonać zakręt nieco szerzej i tym samym dać sobie ciut więcej czasu na odsapnięcie przed kolejnym ostrym odcinkiem. W połowie dziesiątego kilometra po pierwszych siedmiu serpentynach dróżka wpadła do około 200-metrowego tunelu. Ciemnego, bo nieco skręcającego. Po 9,7 kilometra od startu zacząłem kolejną serię serpentyn. W jednym miejscu pojawił się po lewej stronie ładny widok na zbiornik wodny wykorzystywany przez elektrownię z Innerfragant. Ostatni wiraż na tym środkowym sektorze wspinaczki minąłem po przejechaniu 12,3 kilometra. Nieco dalej wjechałem do drugiego tunelu. Ten przynajmniej był płaski i prowadził na wprost, więc była w nim lepsza widoczność. Gdy z niego wyjechałem minąłem starszą parę na elektrycznych góralach. To byli jedyni cykliści jakich spotkałem w trakcie swojej wspinaczki. Po 13 kilometrach byłem już pod zarośniętą trawą tamą na Wurtenspeicher. To dolny zbiornik położony na wysokości 1685 metrów n.p.m. Do swego celu miałem jeszcze długie 10 kilometrów i co najważniejsze niemal 750 metrów w pionie. Już niebawem miałem zacząć bodaj najtrudniejszy sektor całego wzniesienia.

Delikatny łuk w prawo pod wspomnianą zaporą. Droga chwilowo obrała kierunek na południe i znów podyktowała mi ciężkie warunki. Odcinek specjalny nr 3 podobnie jak OS-2 miał mieć 3,5 kilometra, ale stromiznę jeszcze większą, bo na średnim poziomie aż 13,1%! Tym razem jednak nie mogłem liczyć na wiraże. Znów mozolne przepychanie z prędkością około 8 km/h. Najważniejsze było utrzymanie równego oddechu. Z tyłu koronka 28, czasem 32. Z przodu rzecz jasna tarcza 34. Pod koniec czternastego kilometra droga zawróciła na północ. Wspomnę, że dopiero na tej górze ujrzałem „austriackie” świstaki tak popularne we włoskich czy francuskich Alpach. W poprzednich dwóch tygodniach tylko z rzadka je słyszałem. Dopiero na tym odludziu mogłem je zobaczyć w akcji. Czuły się tu na tyle bezpiecznie, że hasały sobie wzdłuż i poprzek asfaltu. Naliczyłem sześć sztuk, lecz jeszcze większą atrakcją było ujrzenie stojącej na drodze kozicy jakieś kilkadziesiąt metrów przed mną. Ten najostrzejszy sektor zmęczyłem w 27 minut z hakiem i po 16,5 kilometrach wspinaczki znalazłem się na wysokości 2110 metrów n.p.m. Do szczytu brakowało niewiele ponad 300 metrów w pionie do zrobienia na dystansie niemal 7 kilometrów. W teorii mógł więc to być relatywnie łagodny odcinek ze średnim nachyleniem między 4-5%. W praktyce teren był nieregularny. Tu zjazd, a tam kolejna ścianka. Na krótkim wypłaszczeniu pojawił się rozjazd. Trzeba było wybrać lewą opcję, gdyż prawa była ślepą dróżką do kolejnego sztucznego jeziorka, a mianowicie Feldsee. Krótki zjazd do łuku drogi, po czym na osiemnastym kilometrze kilkaset metrów spędzonych pod dachem trzech galerii. Za nimi mocna ścianka, po czym na dziewiętnastym kilometrze więcej zjazdu niż wspinaczki.

Pod koniec dwudziestego kilometra minąłem jeziorko Stübelsee (2205 m. n.p.m.), zaś czterysta metrów dalej stację pośrednią Eissee. Stąd do mety brakowały już niespełna 3 kilometry. Pierwsza połowa tej końcówki to stromy odcinek z trzema wirażami zakończony wjazdem na poziom Weißsee (2365 m. n.p.m.). Minąłem tu stojące po prawej stronie drogi schronisko Weißseehaus. Potem był łatwiejszy odcinek wzdłuż wschodniego brzegu jeziorka i na koniec jeszcze jedna ścianka, lecz z dwoma końcówkami. Początkowo odbiłem w lewo i wjechałem na koronę zapory trzymającej wody Hochwurtenspeicher. Po chwili zawróciłem uznając, iż pewnie wyżej dociera prawa końcówka drogi. Było tam do przejechania jeszcze 600 metrów. Dojechałem do końca asfaltu, cyknąłem kilka zdjęć i rozejrzałem się za miejscem, gdzie mógłbym się schować przed wiatrem. Na górze było tylko 8 stopni, zaś wietrzysko potęgowało odczucie chłodu. Pod budką robotników przebrałem się, po czym zjechałem kawałek by raz jeszcze wjechać na koronę zapory tym razem na szybką sesję foto. Po drodze spotkałem Adka, który też zrazu wybrał krótszy, lewy finisz. Stojąc na tamie zerkałem tak na lazurowe wody zbiornika jak i na zachód w kierunku szczytu Weißseekopf. Gdzieś tam po jego drugiej stronie była nasza środowa meta przy Großsee. Według stravy na zdobycie Hochwurtenspeicher czyli pokonanie segmentu o długości 22,49 kilometra potrzebowałem 2h 04:43 (avs. 10,8 km/h). Adriano spędził na nim 1h 51:26 (avs. 12,1 km/h). Gdybyśmy od razu finiszowali na prawo można by z tych czasów urwać minutę lub półtorej. Mój kompan otarł się o tutejsze podium. Na „liście rankingowej” wskoczył na czwarte miejsce. Ja jestem na niej dziewiętnasty pośród 74 osób. Co ciekawe liderem jest Polak czyli Krzysiek z Wrocławia, który 25 czerwca 2022 roku wdrapał się tu w czasie 1h 39:11 bijąc poprzedni KOM o niemal dwie minuty. Chapeau bas.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/7785572388

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/7785572388

HOCHWURTENSPEICHER by ADRIANO

https://www.strava.com/activities/7784393134

ZDJĘCIA

FILM