Ticino & Lombardia

Po sześciu latach zdecydowałem się wrócić do Szwajcarii. Kraju bogactw wszelakich. Mającego w swej ofercie turystycznej także obfity zasób pięknych i bardzo wymagających podjazdów kolarskich. W ciągu dwóch pierwszych dekad swych górskich podróży poznałem w sumie 65 szosowych wzniesień na terenie Helweckiej Konfederacji. W tym czasie zorganizowałem sobie i kolegom trzy wycieczki poświęcone wyłącznie górom Szwajcarii. A poza tym wpadałem do niej w celach sportowych jeszcze kilkukrotnie, acz tylko na dobę lub dni kilka. Po raz pierwszy stała się ona moim celem w sierpniu 2008 roku. Pojechałem wówczas z Łukaszem Talagą obejrzeć znane z tras Tour de Suisse premie górskie w środkowej i wschodniej części tego kraju. Pośród nich m.in. Furkę, Klausen, Albulę i Fluelę. Niemniej najważniejszym punktem tej podróży był występ w „złotej wersji” rajdu Alpenbrevet na ciężkiej trasie wokół Meiringen z przejazdami przez przełęcze: Grimsel, Nufenen, San Gottardo i Susten. Na starcie tej imprezy stanął też wówczas Piotr Mrówczyński czyli mój wypróbowany druh z kilku wcześniejszych sezonów. Rok później kolejna około 10-dniowa wyprawa zawiodła mnie ku kantonom zachodnim i południowym. W towarzystwie wspomnianego już Łukasza i Andrzeja Guża zwiedzałem przez trzy dni szwajcarską Jurę, zaś następnie przez tydzień górskie okolice Doliny Rodanu. Na alpejską fazę tej podróży dołączył do nas Jarek Chojnacki. We czwórkę zdobyliśmy wówczas przełęcze: Grand Saint-Bernard, Simplon, Croix czy Forclaz oraz dotarliśmy do stacji Saas Fee, Morgins, Verbier i Crans-Montana.

W kolejnych sezonach do Szwajcarii wpadałem „jak po ogień” lub przy okazji dłuższych międzynarodowych wypraw. W ten sposób w lipcu 2010 roku zaliczyłem Monte Generoso, zaś w czerwcu 2011 podjazd do Samnaun. W sierpniu tego samego roku spędziłem tam jeszcze kilka dni na szlaku od włoskich brzegów Lago Maggiore po austriacki land Vorarlberg. Przy tej okazji zaliczyłem kolejne „górki” bywałe na trasach TdS czyli Bosco Gurin, Monte Bre i Flumserberg, a także przełęcze San Bernardino i Maloja. Trzy szwajcarskie górki pojawiły się również na szlaku naszej 14-dniowej Route des Grandes Alpes czyli „awanturniczej” wyprawy z przełomu czerwca i lipca 2013 roku, którą odbyłem wespół z Piotrem oraz Darkiem Kamińskiem, Adamem Kowalskim i Romkiem Abramczykiem. Potem w czerwcu 2017 roku obejrzałem sobie podjazd do Barrage de Emosson przy okazji zwiedzania sabaudzkich departamentów Francji. Natomiast na dłużej zawitałem do Konfederacji dwa miesiące później. Wtedy to wraz z Darkiem, Piotrem Podgórskim oraz Sławkiem Szymczakiem z naszej bazy w Haute Nendaz ruszaliśmy ku podjazdom zarówno w romańskiej jak i germańskiej części kantonu Valais-Wallis. Wyprawa ta trwała 11 dni i przyniosła mi 18 górskich odkryć. Przy tym każde ze zdobytych wówczas wzniesień miało przeszło 1000 metrów przewyższenia. A siedem z nich tzn. Croix de Coeur, Sanetsch, Lac de Moiry, Barrage de Grande Dixence, Thyon 2000, Mattmark See i Alpe Galm nawet ponad 1500 metrów amplitudy! Tym niemniej moją jak dotąd ostatnią szwajcarską premią górską była pokonana 1 września 2021 roku przełęcz Simplon. Podjechana od południowej strony czyli ze startem we włoskim miasteczku Varzo.

Pomimo owych trzech wypraw i szeregu krótszych wizyt wciąż sporo „zostało mi do zobaczenia” na szosach i ewentualnie szutrach Szwajcarii. Przed tym sezonem miałem „gotowe do użycia” jeszcze cztery foldery z pomysłami na niemal dwutygodniowe wycieczki po tym kraju. Jeden projekt obejmujący podjazdy w niemiecko-języcznym centrum tego kraju, drugi ze wzniesieniami na wschodzie tj. głównie w Gryzonii, trzeci zakładający powrót nad Rodan do kantonów Vaud i Valais-Wallis oraz czwarty celujący w ziemie „opanowane” przez język włoski czyli przede wszystkim w Ticino. Realizację owych planów postanowiłem zacząć od ostatniego z tych pomysłów. Miałem ku temu dwa ważne powody. Jeden duchowy, zaś drugi ekonomiczny. Moją ulubioną krainą górskich wycieczek była zawsze „Bella Italia”. Tymczasem przed rokiem na rowerze omijałem włoskie szosy, acz bez roweru udało mi się zwiedzić z Iwoną spory kawał Apulii (w marcu) oraz Sycylii (w październiku). Wyjazd, którego głównym celem miało być Ticino po pierwsze „pachniał” włoską kulturą, a poza tym dawał możliwości zwiedzania kolarskich gór także po włoskiej stronie granicy. Na tym jednak nie koniec. Godząc się na nieco dłuższe niż to konieczne dojazdy samochodem do podnóży szwajcarskich podjazdów można było sobie znaleźć lokum na tą część wyprawy nie w rejonie Bellinzony, lecz po włoskiej stronie Lago di Lugano. Biorąc pod uwagę horrendalnie wysokie ceny wynajmu apartamentów w Szwajcarii, co najmniej o połowę wyższe niż w krajach Unii Europejskiej, warto było to uczynić. A przy okazji nie martwić się o koszty rozmów telefonicznych czy zakupów w sklepach spożywczych.

Tak jak przed rokiem również tym razem podczas pierwszej z dwóch corocznych wypraw towarzyszył mi Piotrek Mrówczyński. Z przyczyn wcześniej wspomnianych podstawową, bo aż jedenastodniową, bazą tej wyprawy stało się włoskie miasteczko Porlezza. Leżące na północno-wschodnim krańcu jeziora Lugano, ledwie 9 kilometrów od granicy z Helwetią. Było ono naszą bramą wypadową do wszelkich wycieczek po Ticino. Przy tym pomieszkując we Włoszech nie wypadało za każdym razem ruszać w kierunku Lugano i dalej na północ ku szwajcarskim podjazdom. Owszem to one były tematem przewodnim większej części owej wycieczki. Niemniej warto było też poznać kilka ciekawych wzniesień w przygranicznych rejonach Lombardii, na terenach prowincji Como i Varese. Natomiast cztery ostatnie doby tej podróży przeznaczyliśmy głównie na kolarskie podjazdy w prowincji Sondrio. W tym celu przenieśliśmy się z Porlezzy do skądinąd położonego jeszcze bliżej szwajcarskiej granicy Tirano. W trakcie tej podróży zrobiliśmy zaś sobie przystanek w znanej mi z roku 2011 Chiavennie, skąd razem ruszyliśmy na północ. Przy czym Piotr obrał kurs na Passo della Spluga, zaś ja zboczyłem ku widzianej na Giro-2021 stacji Alpe Motta. Ostatnie dni naszej podróży były dla mnie okazją do pokonania trzech stromych wzniesień w rejonie Alta Valtellina, zaś dla mego przyjaciela szansą na zrobienie prywatnego „Medio Fondo” z dwukrotnym wjazdem na Stelvio i deserem w postaci efektownej Torri di Fraele. Na zakończenie naszych zmagań ze szwajcarskimi i włoskimi Alpami zaliczyliśmy jeszcze maratoński podjazd na Forcola di Livigno. Rozpoczynający się na włoskiej ziemi, lecz przez ponad 90% dystansu biegnący szosami Szwajcarii, ku mecie na granicy obu państw.

Niestety znów nie przygotowałem formy dostatecznie dobrej i wagi odpowiednio niskiej by jak równy z równym wspinać się z Piotrem po zaproponowanych mu górach. W pierwszych dniach moja kondycja była na tyle kiepska, że nie tylko tempo mojego kompana było za mocne, lecz i góry za ciężkie by drugie podjazdy danego dnia pokonać bez przymusowych przystanków. Musiałem zmodyfikować swój „program zwiedzania”. Dostosować go do swych aktualnych możliwości fizycznych. Tradycyjnie z biegiem dni odnalazłem swój rytm górskiej jazdy i w drugim tygodniu radziłem już sobie z podjazdami trudniejszymi niż te, na których w tygodniu pierwszym łapałem „zadyszkę”. Pogoda z reguły nam dopisywała, acz deszczowy piątek 30 czerwca dodatkowo „odchudził” moje przesadnie ambitne plany. Te zakładały pokonanie na trasach prologu, 14 etapów i być może porannego epilogu max. 30 wzniesień. Ostatecznie musiałem się zadowolić zaliczeniem 22 nowych premii górskich, z czego 13 w Szwajcarii i 9 we Włoszech. A konkretniej 10 w Ticino oraz 3 w kantonie Grigioni (po naszemu w Gryzonii). Jeśli chodzi o Lombardię to zapisałem na swym koncie 4 podjazdy z prowincji Sondrio, 3 z Como i 2 z Varese. Pośród moich 22 wzniesień w sumie 13 miało przewyższenie przeszło 1000 metrów, z czego 9 po szwajcarskiej stronie granicy. Były wśród nich prawdziwe Olbrzymy o amplitudzie ponad 1800 metrów czyli Forcola di Livigno i Lago del Naret oraz mające przeszło 1500 metrów różnicy Alpe Motta i Alpe Gesero.

Na moim szwajcarsko-włoskim szlaku znalazły się cztery góry z finałem na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. Najwyższą była wschodnia Nufenen czyli rozpoczęty w Airolo wjazd na Passo della Novena (2478 m. n.p.m.). Poza tym wspomniana już Forcola di Livigno, Naret i stromy Pian de Geirett. Pietro „latał” nie tylko szybciej ode mnie, ale też wyżej, no i miał większy „zasięg”. W sumie zaliczył aż dziewięć tak wysokich wjazdów, gdyż oprócz mojej czwórki wjechał też na Furkę, Sankt-Gottharda, Splugę oraz dwukrotnie na Stelvio (tak od Bormio jak i drogą szwajcarską przez Umbrailpass). Jeśli chodzi o dystanse to pięć moich podjazdów miało długość ponad 20 kilometrów. Przy czym by dotrzeć na Forcola di Livigno oraz Lago del Naret musieliśmy przejechać odpowiednio 34 i 32 kilometry. Niewiele krótsza Piotrkowa Spluga miała ciut ponad 30. A która góra była najtrudniejsza? Bazując na danych ze strony „climb finder” trzebaby stwierdzić, iż najpewniej Alpe di Gesero czyli 15 kilometrów o średniej 10% oraz bardzo długa i mająca „sztywną” końcówkę Lago del Naret. Na trzecim miejscu znalazła się bardzo stroma Passo di Guspessa. Góra o podobnym charakterze jak sąsiadujące z nią Mortirolo, wypróbowana jak dotąd tylko raz na młodzieżowym Giro. Obiektywnie należałoby się zgodzić z tymi wyliczeniami. Niemniej w praktyce najcięższe dla mnie okazały się te wczesne wzniesienia, na których z braku sił musiałem na parę chwil przystanąć w drodze do górskiej mety. Tego typu „wpadki” zanotowałem w trakcie wspinaczek pod La Forcora (via Armio) oraz Lago Ritom. Owszem były to wymagające podjazdy, ale niewątpliwie łatwiejsze od wielu późniejszych, z którymi zgrabniej się uporałem.

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem w czerwcu i lipcu 2023 roku na szlaku od Piano di Porlezza po Tirano.

Mój rozkład jazdy:

24.06 – Vegna (Val Cavargna)

25.06 – Alpe Pradecolo & La Forcora (via Armio)

26.06 – Passo della Novena & Lago Ritom

27.06 – Cari

28.06 – Lago del Naret

29.06 – Carena & Monte Bar

1.07 – Pian de Geirett & Passo del Lucomagno

2.07 – Cusie (Val Malvaglia) & Monti della Gana

3.07 – Bocchetta d’Orimento & Monti di Breglia

4.07 – Alpe Gesero & Prepianto

5.07 – Alpe Motta

6.07 – Passo di Guspessa

7.07 – Passo del Mortirolo & Rifugio Malghera

8.07 – Forcola di Livigno

Forcola di Livigno

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Tirano

Wysokość: 2315 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1875 metrów

Długość: 33,8 kilometra

Średnie nachylenie: 5,5 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Góra w sam raz na „gran finale” tej wyprawy. Po pierwsze spore wyzwanie sportowe. Długi podjazd z wysoko usytuowaną metą i olbrzymim przewyższeniem. Po drugie nie mogło być lepszej premii górskiej na zakończenie Giro dei Due Paesi niż wspinaczka ze startem we Włoszech, biegnąca przez Szwajcarię ku mecie na granicy obu tych krajów. Zważywszy, że mieszkając w Tirano mieliśmy ją dosłownie pod naszym nosem pomysł na trasę sobotniego etapu nasuwał się sam. Forcola di Livigno to najwyższa z trzech bram wiodących do wysokogórskiej strefy wolnocłowej Livigno. Gminy mającej niemal 7 tysięcy mieszkańców, choć położonej na wysokości przeszło 1800 metrów n.p.m. Przełęcz Forcola znajduje się w zachodnich Alpach Retyckich, gdzie oddziela Val di Poschiavo oraz Val Lagune w kantonie Gryzonia od Val di Livigno leżącej w Lombardii. Co ciekawe akurat w tym przypadku to szwajcarska dolina znajduje się po południowej stronie Alp. To znaczy w dorzeczu Addy będącej dopływem Padu czyli rzeki zmierzającej do Adriatyku. Natomiast jej włoska sąsiadka wszelkie źródła ze swego terenu wysyła na północ ku rzece Inn, wpadającej do Dunaju kończącego swój bieg w Morzu Czarnym. Ponoć na mapie Włoskiej Republiki są tylko dwa takie przypadki. Drugą jest Passo del Predil na pograniczu Włoch i Słowenii. Zatem wbrew pozorom nie wszystkie ziemie słonecznej Italii leżą po cieplejszej stronie Alp. Droga przez Forcola di Livigno jest otwarta tylko przez pół roku od czerwca do listopada. Przez przełęcz przechodzi granica państwowa, przy czym zastać tu można jedynie włoskich celników. Szwajcarska odprawa celna zlokalizowana jest cztery kilometry dalej na zachód. W La Motta, gdzie rozchodzą się drogi na Forcolę i pobliską Passo del Bernina.

Zdecydowana większość południowego podjazdu na Forcola di Livigno wiedzie przez należący do kantonu Grigioni region Bernina, w którym mówi się po włosku. A ściślej lokalnym dialektem języka lombardzkiego. Wspinaczka zaczyna się w miasteczku Tirano. Niemniej już po przejechaniu 1600 metrów włoską drogą SS38 wjeżdżamy do Szwajcarii. Po drugiej stronie granicy to nadal droga krajowa, lecz z innym numerkiem czyli H29. Blisko 34-kilometrowy podjazd składa się z dwóch sektorów wspinaczkowych przedzielonych długim płaskim odcinkiem. Na początek mamy tu segment z Tirano przez Campcologno i Brusio do Miralago o długości 8,1 kilometra i przeciętnym nachyleniu 6,5%. Potem niemal równie długi kawałek szosy biegnący wzdłuż zachodniego brzegu Lago di Poschiavo i następnie przez Le Prese ku Poschiavo czyli stolicy wspomnianego już regionu Bernina. Na dystansie 7,6 kilometra zyskuje się na nim raptem 52 metry wysokości. Powyżej Poschiavo mamy już niemal stały podjazd o długości 18,5 kilometra i średniej 7%. Zrazu łagodny, lecz dalej już naprawdę solidny. Pierwsze 2100 metrów na dojeździe do San Carlo ma przeciętną tylko 3,8%. Niemniej długi sektor przez Pizzolascio, La Rosa do rozjazdu La Motta to już 12,4 kilometra o średniej 7,7%. Na koniec 4 kilometry przez Val Lagune prowadzące na wschód ku Italii. Całość tej końcówki ma umiarkowaną przeciętną 6,5%. Niemniej ostatnie 2,5 kilometra są trudne. Ich średnia stromizna to 9,1%, zaś przedostatni kilometr trzyma na poziomie 10,1%. W porównaniu z tym wzniesieniem przeciwległy podjazd od strony Livigno jest mikrusem. Ma bowiem mniej niż 500 metrów przewyższenia i de facto ogranicza się do 8 kilometrów wspinaczki z przeciętną 5,2%.

Ostatni podjazd tej wyprawy nie był dla mnie zupełną nowością. Spory jego kawał pokonałem już w sierpniu 2008 roku. Przed piętnastu laty, kilka dni po występie w Alpenbrevet Gold, zatrzymałem się z Łukaszem Talagą na trzy dni w Dolinie Engadyny. Podczas pierwszego z tamtejszych etapów wybraliśmy się na Passo del Bernina (2328 m. n.p.m.). Przełęcz położoną w cieniu Piz Bernina (4049 m. n.p.m.), najwyższego szczytu całych Alp Wschodnich. Podjechaliśmy na nią zarówno od łatwiejszej północnej strony (15,4 kilometra z przeciętną 3,7%) jak i od znacznie trudniejszej południowej z poziomu Poschiavo (17,5 kilometra ze średnią 7,5%). Tym samym „przerobiłem” wówczas 14,5 kilometra i 1040 metrów w pionie z trasy, którą teraz musiałem pokonać chcąc dotrzeć na Forcolę. Ta przełęcz na Giro d’Italia pojawiła się dotychczas tylko raz. Jedynie w 2010 roku na wstępie dwudziestego etapu prowadzącego z Bormio na Passo del Tonale, wygranego przez Szwajcara Johanna Tschoppa. Pierwszy na tą graniczną premię górską dotarł wówczas Australijczyk Matthew Lloyd, który dzięki temu odzyskał prowadzenie w klasyfikacji górskiej 93. Giro. Niemal cały nasz podjazd pokonali też uczestnicy Giro z roku 1954, gdy na etapie z Bolzano do Sankt Moritz podjeżdżali od południa na przełęcz Bernina. Co ciekawe ów odcinek „La Corsa Rosa” też wygrał Helwet, a mianowicie słynny Hugo Koblet. Dodam, iż nieco wcześniej ten sam podjazd przetestowano na dwóch etapach Tour de Suisse z lat 1951 i 1953. Tyle skromnej historii, ale może w przyszłości Giro i TdS będą tu częściej bywać? W październiku tego roku ogłoszono, iż Forcola di Livigno pojawi się na trasie Giro-2024. Jak można przypuszczać w ważniejszej niż uprzednio roli. Na trasie z Manerba del Garda do Livigno-Mottolino kolarze przejadą ją zaledwie 20 kilometrów przed metą piętnastego etapu.

W sobotę mogliśmy ruszyć z domu na rowerach. Do podnóża wielkiej góry mieliśmy tylko półtora kilometra. Wyjechaliśmy z podwórka przed wpół do dziesiątą. Najpierw zjazd do centrum miasteczka, po czym niespełna kilometr na płaskiej Viale Italia. Po paru minutach byliśmy już na rondzie przy Santuario Madonna di Tirano. Ta renesansowa budowla powstała w latach 1505-13. Jest najważniejszą świątynią na obszarze Valtelliny. Uchodzi nawet za jeden z trzech najpiękniejszych kościołów Lombardii po Duomo di Milano i Certosa di Pavia. Sanktuarium szybko minęliśmy wjeżdżając na drogę SS38dirA. Za to drugi z tutejszych skarbów miał nam towarzyszyć niemal do półmetka wspinaczki. Mam na myśli tory kolejowe, po których śmiga Bernina Express. Panoramiczny pociąg kursujący między Tirano i Chur czyli stolicą Gryzonii będącą najstarszym miastem Szwajcarii. Przemykający obok przełęczy Bernina i Albula po najwyżej poprowadzonej trasie kolejowej w Europie. Ma ona długość 144 kilometrów i na całym szlaku aż 55 tuneli oraz 196 mostów. Linia obsługiwana przez Rathischen Bahn (Koleje Retyckie) została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tory kolejowe na dojeździe do Poschiavo położone są zasadniczo równolegle do drogi asfaltowej. Na zmianę po lewej jak i prawej jej stronie. Niemniej na niektórych odcinkach najwyraźniej zabrakło miejsca w dolinie, bowiem ułożono je na szosie! Ot szwajcarska egzotyka. Podjazd zaczęliśmy przy umiarkowanej temperaturze 22 stopni. Niebo było z lekka pochmurne, więc trudno by zgadnąć jaka pogoda czeka nas na końcu tak długiej wspinaczki. W dodatku niemal dwa tysiące metrów powyżej miejsca startu.

Piotrek zaczął znacznie ostrożniej niż zazwyczaj. Nie wiem czy czuł w kościach swe piątkowe Gran Fondo czy też po wielogodzinnym wysiłku nie wieszczył sobie kolejnego dobrego dnia na rowerze. Na wyjeździe z Italii zarzekał się, że pojedzie spokojnie. Nalegał bym się na niego nie oglądał. Ja wystartowałem umiarkowanym tempem adekwatnym do swych możliwości z początków tegorocznego lata. Mimo to odjechałem koledze i jako pierwszy wjechałem do Szwajcarii. Granica znajduje się w połowie drugiego kilometra wspinaczki, na wysokości 522 metrów n.p.m. Chwilę później manewrowałem już między torami jadąc przez Campocologno. Zarówno szosa jak i tory przeskoczyły tu na lewy brzeg potoku Poschiavino. Pod koniec czwartego kilometra podjazdu byłem już w Campascio, skąd na zachód odchodzi stroma droga do osady Cavaione (9 kilometrów przy średniej 10,3%). Jeszcze w przededniu tego etapu zastanawiałem się czy będzie mnie stać na zrobienie tej wspinaczki po zjeździe z Forcola di Livigno. Po pięciu kilometrach od wyjazdu z Tirano dotarliśmy do Brusio. Wioski, którą rozsławia jeden z najefektowniejszych wiaduktów na trasie Bernina Express. Tymczasem Pietro odzyskał wigor i jeszcze przed końcem dolnej części wzniesienia bez trudu mnie wyprzedził. Cały segment z Tirano do Miralago na południowym krańcu Lago di Poschiavo pokonał w 31:06. Ja w tym momencie traciłem do niego 33 sekundy. Ponieważ drugą (czyli płaską) kwartę trasy na Forcolę potraktowałem ulgowo to do półmetka różnica między nami urosła do dwóch minut. Pomiędzy La Prese i Sant’Antonio trzeba było uważać na tory poprowadzone prawą stroną szosy. Na wylocie z San Carlo straciłem jeszcze kilkadziesiąt sekund czekając na możliwość przejazdu wąską bramą przy kościółku św. Karola Boromeusza.

Po torach kolejowych nie było tu już śladu. Za Poschiavo wybierają one zachodnią stronę doliny by przez Cavaglię i Alp Grum dotrzeć do najwyższej stacji przy Ospizio Bernina (2253 m. n.p.m.). Szosa biegnie zaś wschodnią flanką Val Poschiavo przez teren niemal niezamieszkany. Po niespełna 20 kilometrach wspinaczki minąłem tylko zjazd ku osadzie Pedecosta. Potem widziałem jedynie pojedyncze gospodarstwa, restauracje jak Pozzolascio (23,2 km) i Sfazu (24 km) oraz górski hotel La Rosa (27,2 km). Tym niemniej podjazd prowadził drogą krajową. W dodatku mierzyliśmy się z nim w letni weekend. Zatem obok nas jeździły liczne samochody, motocykle czy nawet busy. Przy drodze H29 swoje przystanki mają autobusy liniowe. Oczywiście nie brakowało też cyklistów i to nie tylko takich jak my amatorów. Na serpentynach między Sfazu a La Rosa śmignęła mi z naprzeciwka spora grupka „profich” z Bahrain-Victorious. Z grubsza tuzin zawodników tej ekipy. Zapewne przebywających na zgrupowaniu w Livigno. Zakładam, że byli dopiero na początku swego sobotniego treningu. Po zjeździe czekała ich jazda pod górę do Bormio i powrót do bazy przez przełęcze Foscagno i Eira. Natomiast wcześniej w Alta Valtellina może jakoweś Mortirolo lub Stelvio? Na wysokości La Rosa można było przez kilkaset metrów odsapnąć. Potem raz jeszcze trzeba było się przyłożyć na dwukilometrowym dojeździe do miejsca, z którego rozchodzą się drogi na Berninę i Livigno. W La Motta musieliśmy skręcić w prawo ku szwajcarskiemu posterunkowi celnemu (29,8 km). W tym miejscu traciłem do Piotra już ze cztery i pół minuty.

Do ostatniej premii górskiej zostały mi jeszcze cztery kilometry. Z tego pierwsze 1500 metrów łagodne, bo z nachyleniem ledwie 2-3%. Dopiero za mostkiem nad Poschiavino czyli od wysokości 2085 metrów n.p.m. zaczyna się ostatnia faza tej wspinaczki. Najpierw długa prosta w otwartym terenie. Potem dwa zakręty i na koniec znów prosto przed siebie, ale ku coraz lepiej widocznej mecie. Po przeszło dwóch godzinach jazdy taki stromy finał mógł nas dobić. Niemniej całkiem nieźle sobie z nim poradziliśmy. Wyliczyłem, że Piotr finiszował z VAM na poziomie 1090 m/h, zaś ja w tempie 1000 m/h. Ostatecznie lider naszego „zespołu” podjechał z Tirano na Forcola di Livigno w 2h 07:05 czyli ze średnią prędkością 16 km/h. Ja na pokonanie góry nr 7 z mojej listy największych potrzebowałem 2h 12:49 (avs. 15,3 km/h). Na całym podjeździe wykręciłem VAM 847 m/h. Niemniej tak mój wynik, jak i Piotrowe 885 m/h było usprawiedliwione faktem, iż w rejonie Poschiavo przez dobry kwadrans trzeba było jechać po płaskim terenie. Na przełęczy było wietrznie i dość pochmurnie, lecz jak na sporą wysokość relatywnie ciepło. Nie mogło zabraknąć okolicznościowych zdjęć. Natomiast darowaliśmy sobie wizytę w tutejszym schronisku czyli Rifugio Tridentina. Jeden mega-podjazd wystarczył nam na zakończenie wyprawy. Obaj tą samą drogą, czytaj najkrótszą z możliwych, wróciliśmy do bazy. Na liczniku uzbierałem 70,5 kilometra z przewyższeniem 1927 metrów. Nierzadko na dwóch górach bywa mniej. Tuż przed Tirano udało mi się jeszcze nagrać przejeżdżające „trenino rosso” czyli Bernina Express. Do Val di Poschiavo wróciliśmy  nazajutrz, bowiem początek naszej długiej drogi powrotnej do ojczystego kraju biegł górskim szlakiem przez Passo del Bernina i Julierpass.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9411564897

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9411564897

FORCOLA di LIVIGNO by PIETRO

https://www.strava.com/activities/9410964869

ZDJĘCIA

Forcola_01

Zdjęcie 1 z 68