Tirol (Zillertal)

Dwie przeszło dwutygodniowe wyprawy w letnim sezonie stały się moją normą. Taka „świecka tradycja”, którą staram się odpowiednio celebrować. Jakby nie patrzeć co roku mam dobry miesiąc na realizację swych górskich celów. Niekiedy jednak trafiają mi się sezony, w których z rowerem w roli głównej lub drugoplanowej mogę odbyć aż trzy zagraniczne wycieczki. Dotychczas udało mi się to dwukrotnie. Wówczas gdy, między dwoma wyprawami kolarskimi, w moim kalendarzu pojawiały się rodzinne wakacje we Włoszech. Dzięki nim w lipcu 2011 roku zahaczyłem rowerem o Rossfeld w Bawarii, Passo Ghiffi w Ligurii oraz osiem gór na terenie Toskanii. Natomiast na przełomie lipca i sierpnia 2015 roku podczas wczasów nad Lago di Garda poznałem cztery podjazdy w weneckiej prowincji Werona oraz dwa w lombardzkiej Brescii. W minionym roku taka okazja pojawiła się po raz trzeci. Na miejsce swych letnich wakacji wybraliśmy z Iwoną Austrię, a ściślej tyrolską Zillertal. Początkowo mieliśmy wyjechać na pełne dwa tygodnie i podzielić ów czas na turystyczne atrakcje Tyrolu oraz Karyntii. Ostatecznie te śmiałe plany musieliśmy zredukować do „grubego tygodnia” dając sobie osiem dni na poznanie uroków doliny rzeki Ziller oraz jej najbliższych okolic. W środku lata nie mogłem sobie pozwolić na dłuższy rozbrat z rowerem. A to z uwagi na ambitny tak logistycznie jak i sportowo wrześniowy wypad do dalekiej Andaluzji. Dlatego do Tyrolu zabrałem Scotta, aby choć co drugi dzień się na nim przejechać. Założyłem sobie, że w tym czasie zaliczę przynajmniej cztery szosowe wzniesienia.

Musiałem dokonać wyboru spośród z grubsza tuzina ciekawych podjazdów, które zaczynają się w promieniu kilkunastu kilometrów od wioski Aschau in Zillertal. Wioski goszczącej nas w dniach od 5 do 14 sierpnia. Niektóre górki szybko odrzuciłem. Dłużej brałem pod uwagę osiem-dziewięć kandydatur. Po pierwsze mogłem skorzystać z dróg biegnących w głąb każdej z czterech dolin zaczynających się na południe od Mayrhofen. Miejscowości, w której kończy się główna część doliny Ziller. Co ciekawe miasteczko to gościło uczestników Giro d’Italia z 2009 roku, a ja miałem przyjemność komentować w Eurosporcie ów etap wygrany przez ś.p. Michele Scarponiego. We wspomnianych czterech dolinach tzn. Tuxertal, Zamsergrund, Stilluppgrund i Zillergrund znajdują się długie podjazdy o zmiennym nachyleniu. Patrząc z zachodu na wschód. Najpierw Hintertux (1499 m. n.p.m.) czyli 18,1 kilometra o średniej 4,7%. Następnie Schlegeisspeicher (1784 m. n.p.n.) to jest 23 km o przeciętnej 5%. Potem Grune Wand Hutte (1438 m. n.p.m.) czyli 15,5 kilometra o średniej 5%. No i w końcu Speicher Zillegrundl (1850 m. n.p.m.) to jest 21,4 kilometra o przeciętnej 5,7%. Tym niemniej bliżej naszego domu miałem do dyspozycji cztery nieco krótsze, lecz za to znacznie bardziej strome, wspinaczki na oddanej do użytku w roku 1978 wysokogórskiej drodze Zillertaler Hohenstrasse. Na odcinku 12 kilometrów pomiędzy miejscowościami Ried i Hippach mogłem zacząć mordercze podjazdy do: Melchboden vel Arbiskopf (2022 m. n.p.m.) bądź Zirmstadl alias Mizunalm (1799 m. n.p.m.). Poza nimi wszystkimi brałem jeszcze pod uwagę położoną bardziej na północ wspinaczkę do stacji Hochfugen (1475 m. n.p.m.) czyli 13,6 kilometra o średniej 6,8% wykorzystane na Deutschland Tour w 2008 roku.

Po dłuższym namyśle zagrałem va banque czyli wybrałem najtrudniejsze premie górskie w tej okolicy. To znaczy dwa podjazdy do parkingu Melchboden (z początkami w Hippach oraz Zell am Ziller) oraz dwie wspinaczki ku restauracji Zirmstadl (od Ried oraz Aschau). Zdecydowały względy praktyczne, choć nieco ryzykowałem, iż okażą się to wyzwania ponad moje siły. Uznałem jednak, że lepiej będzie zmierzyć się z tymi „Tyrolskimi Potworami” w wieku 47 lat, a nie w przyszłości gdzieś po 50-tce. Poza tym akurat te wzniesienia miałem na tyle blisko domu, że wprost należało ruszać na nie z bazy rowerem. W końcu zaś na trudnej technicznie, a przy tym płatnej dla pojazdów zmotoryzowanych Zillertaler Hohenstrasse spodziewałem się co najwyżej umiarkowanego ruchu samochodowego. Natomiast we wspomnianych dolinach, szczególnie zaś w Tuxertal i Zamsergrund nie mógłbym liczyć na podobny spokój w szczycie letniego sezonu. Ostatecznie tak się jakoś ułożyło, iż ku Melchboden wyprawiałem się z rana (8 i 12 sierpnia), zaś do Zirmstadl popołudniami (10 i 13 sierpnia). Niemniej to nie moje kolarskie podboje były w owych dniach najważniejsze. Na szczycie naszej listy mieliśmy rozmaite miejsca na wschód od Innsbrucku. Jedno nawet poza granicami Tyrolu. Poznaliśmy zatem zamek Tratzberg. Kopalnię srebra w Schwaz oraz wąwóz Wolfsklamm. Muzeum Kryształów Svarowskiego w Wattens oraz miasteczko Hall in Tirol. Jezioro Achensee i góry Karwendel. Kolejkę na Hintertux Gletscher oraz Eis Palast czyli lodową jaskinię w szczytowej partii tego lodowca. Schronisko Olpererhutte zdobyte z buta od jeziora Schlegeis. Mayrhofen i kolejkę Ahornbahn wiodącą ku górskim halom. W końcu zaś górską ścieżkę wzdłuż trzech kaskad wodospadu Krimml. Mocny program. Rzekłbym nie mniej ambitny niż moje kolarskie wypady.

Z przeraźliwymi stromiznami Melchboden oraz Zirmstadl poradziłem sobie lepiej niż mogłem przypuszczać. Niewątpliwie przydała mi się „mocna zaprawa” z pierwszych tygodni tego lata wypracowana na szosach Ticino, Grigioni oraz Lombardii. Każdy z przejechanych na Zillertaler Hohenstrasse podjazdów był nie lada wyzwaniem. Wspinaczką w typie „double-double” czyli o średnim nachyleniu minimum 10% na odcinku co najmniej 10 kilometrów. Mimo tego tylko raz (przy pierwszej próbie) postawiłem stopę na jezdni by dać sobie ponad minutę na zaczerpnięcie powietrza przed dalszą częścią ekstremalnej wspinaczki. Wszystkie cztery przetrwałem w całkiem dobrym stylu. Potrafiłem tu kręcić z VAM na poziomie powyżej 1050 m/h. Kilka tygodni wcześniej nie miałbym najmniejszych szans na tego typu osiągi. Obie wspinaczki pod Melchboden wymagały pokonania w pionie przeszło 1400 metrów, przy czym wersja z Zell am Ziller miała amplitudę brutto niemal 1500 metrów za sprawą terenowej sinusoidy na finałowym odcinku. Niższe podjazdy ku Zirmstadl miały przewyższenia około 1230 metrów, ale na trasie w niczym nie ustępowały swoim wynioślejszym sąsiadom. Co więcej mój „przydomowy” wariant ze startem w Aschau wręcz porażał stromizną o średniej ponad 12%. Tym samym nie może dziwić, iż każde z tych wzniesień zajęło wysokie miejsce w rankingu najtrudniejszych podjazdów z mojej kolekcji. Według strony „climbfinder” najcięższą z tej czwórki była wspinaczka na Melchboden od Zell am Ziller warta aż 1813 punktów. To obecnie premia górska nr 7 na owej liście. Notowana ciut wyżej niż tak „grube sztuki” jak Monte Zoncolan, Prato Maslino czy Monte Varagna.

Poniżej krótka lista moich premii górskich rodem z wysokogórskiej trasy Zillertaler Hochenstrasse.

Mój rozkład jazdy:

8.08 – Melchboden (from Hippach)

10.08 – Zirmstadl (from Ried im Zillertal)

12.08 – Melchboden (from Zell am Ziller)

13.08 – Zirmstadl (from Aschau im Zillertal)

Zirmstadl (from Aschau im Zillertal)

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Aschau im Zillertal

Wysokość: 1795 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1225 metrów

Długość: 10 kilometrów

Średnie nachylenie: 12,2 %

Maksymalne nachylenie: 20 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W sobotę po powrocie z Melchboden pojechałem z Iwoną do Mayrhofen. Miasteczka, które gościło uczestników Giro d’Italia z roku 2009 czyli edycji zorganizowanej na stulecie tej imprezy. Jej trasa była o tyle nietypowa, iż peleton „La Corsa Rosa” odwiedził Alpy już w pierwszym tygodniu, zaś ostateczne rozstrzygnięcia zapadały w Apeninach. Komentowałem wówczas w Eurosporcie dziewięć pierwszych etapów tego wyścigu czyli również szósty wygrany na solo przez ś.p. Michele Scarponiego. Niemniej spacer po ulicach tego górskiego kurortu nie był główną atrakcją naszej wycieczki. Ruszyliśmy w góry. Tym razem w stylu „na leniucha” czyli z wykorzystaniem podniebnego tramwaju Ahornbahn. Ta ponoć największa gondola w Europie może pomieścić max. 160 osób. Leci z poziomu 670 metrów na wysokość 1968 metrów n.p.m. w tempie 10 m/s. Tym sposobem swą trasę o długości 3045 metrów pokonuje w nieco ponad sześć i pół minuty. Z kolei w niedzielny poranek chcąc zaliczyć ostatni punkt naszego wspólnego programu musieliśmy wyjechać z Tyrolu. Pojechaliśmy przez Gerlospass do wioski Krimml w landzie Salzburg by zobaczyć największy z austriackich wodospadów. Ma on łączną wysokość aż 385 metrów, przy czym składa się z trzech progów o wielkości 145, 100 i 140 metrów. Znajduje się na terenie Parku Narodowego Wysokie Taury. Już w XIX wieku wzdłuż lewego brzegu rzeczki Krimmler Ache powstała pierwsza ścieżka turystyczna, którą obecnie odwiedza 400 tysięcy osób rocznie. Aktualna wersja tej trasy ma długość 4,15 kilometra oraz 431 metrów przewyższenia. Po drodze mija się plac widokowy oraz siedem platform, z których można podziwiać różne fragmenty tutejszego cudu natury.

Wczesnym popołudniem byliśmy już w naszym Aschau im Zillertal. Kilka słów o gminie, która gościła nas przez osiem dni i dziewięć nocy. Ma ona niespełna 1900 mieszkańców i powierzchnię nieco ponad 20 km2. Właśnie z tym obszarem związana jest pewna ciekawostka. Otóż Aschau jest jedną z dwóch gmin Zillertal położonych po obu stronach rzeki Ziller. Tą drugą jest wspomniane już wyżej Mayrhofen. Jak wiadomo kościelne jednostki administracyjne mają granice ustalone przed wiekami, niepokrywające się z obszarami wszelakich województw, regionów czy landów. W tym zakątku Alp granica między diecezjami Salzburg oraz Innsbruck biegnie sobie nurtem Ziller. Tym sposobem dwa kościoły z terenu Aschau podlegają różnym biskupom. Proboszcz z Heiliger Leonhard „spowiada się” ze swej działalności w mieście Mozarta, zaś ten z Maria zum Ziege ma zwierzchnika urzędującego w stolicy Tyrolu. Mieszkaliśmy tu dosłownie 170 metrów od ulicy Hohenstrasse, na której zaczyna się południowy podjazd ku Zirmstadl vel Mizunalm. Wyjechałem z domu tuż po czternastej. Dzień był gorący, szczególnie o tej porze. Na starcie wspinaczki mój licznik odnotował 30, zaś w połowie czwartego kilometra nawet 34 stopni. Tymczasem ja w tych warunkach porywałem się na pokonanie jednej z najbardziej stromych gór jakie w życiu widziałem. Niemniej nie było innego wyjścia. Jak mawiają Anglosasi „there was no tomorrow”. Kończyły się nasze tyrolskie wakacje. W poniedziałek musieliśmy już wracać do Polski. Tym samym to była moja ostatnia okazja na zaliczenie tej wspinaczki. Co najwyżej mogłem poczekać parę godzin, ale wolałem nie zwlekać. Wczesnopopołudniowy upał łatwo mógł się przerodzić w późno-południową burzę. Jak się niebawem okazało w tej sprawie miałem rację.

Aby choć „parę razy” przekręcić korbą zanim zacznę ten podjazd dojechałem do jego podnóża nieco okrężną trasą o długości 750 metrów. Krótki odcinek na Dorfstrasse skończyłem skrętem w prawo tuż po minięciu Gasthof zum Lowen. Przed sobą miałem 10-kilometrowe wzniesienie o przeciętnym nachyleniu aż 12,2%! Sprawdziłem czy kiedykolwiek zaliczyłem premię górską o tak wysokiej stromiźnie. Jak ustaliłem tylko wenecka Bocca di Forca była bardziej stroma, acz o niespełna kilometr krótsza. Tamta wspinaczka na południowym zboczu Monte Grappa miała bowiem średnio 12,4% na dystansie „tylko” 9,1 kilometra. Natomiast sławniejszym pojazdom takim jak: Monte Zoncolan (od Ovaro), Punta Veleno czy Kitzbuheler Horn odrobinę brakowało do 12%. Jak zatem w szczegółach wygląda południowy wariant Zirmstadl? Wszystkie kilometry z dwucyfrowym nachyleniem. Najłatwiejszy (jeśli to właściwe słowo) jest kilometr pierwszy z przeciętną 10,5%. Nieco trudniejsze ósmy i dziesiąty z wartością 10,9%. Wszystkie pozostałe trzymają na średnim poziomie od 12,6 do 13,6%. Można nawet powiedzieć, że na tej górze stromizna rzędu 13% to norma. Najtrudniejszy jest kilometr piąty. Na sam początek miałem do przejechania osiemset metrów ulicą biegnącą wzdłuż potoku Aschauerbach. Po około 550 metrach zostawiłem za plecami ostatnie domy we wiosce. Potem droga skręciła w prawo, zaś po 1200 metrach od startu wspinaczki zawinęła się na ciasnym wirażu w lewo. Sto metrów dalej minąłem Embergstrasse. Dróżkę biegnącą wzdłuż zbocza góry, która łączy początki podjazdów z Ried im Zillertal, Kaltenbach oraz Aschau.

Od połowy drugiego do końca czwartego kilometra szlak prowadził głównie pośród łąk. Tu i ówdzie górska osada lub pojedyncze gospodarstwa. Cały czas ostro pod górę. W pewnym momencie pomyślałem, że nie dam już rady z tą stromizną. Niemniej dobrnąłem do czwartego wirażu, na którym planowałem się zatrzymać. Stoi przy nim „budka” poborcy opłat za wjazd na płatny odcinek Zillertaler Hohenstrasse. Gdy do niej dojechałem spostrzegłem, że za zakrętem teren przez chwilę jest ciut łatwiejszy. Przemogłem się, nie stanąłem, pojechałem dalej. Dotychczasowy segment o długości 4,1 kilometra pokonałem w 27:11 czyli z VAM na poziomie 1114 m/h. Tymczasem kolejne trzy kilometry były „najsztywniejszą” częścią wzniesienia. Droga przez cały ten czas biegła w kierunku południowym. Generalnie w terenie zalesionym, przecinając nurt aż pięciu górskich potoków. W końcu dotarła do rozjazdu, na którym w lewo odchodzi szlak ku Hirschbichlalm i dalej ku Melchboden. Zatem ja musiałem tu odbić w prawo. Po 7,1 kilometra dystansu i około 50 minutach jazdy mój VAM spadł do 1084 m/h. Zatem nieco słabłem. Niemniej nabierałem pewności, iż uda mi się pokonać tą górę bez żadnego przystanku. Następnie przez 1400 metrów droga prowadziła mnie na północ, by w połowie dziewiątego kilometra na dobre wyjść z lasu. Po prawej ręce mogłem wówczas dostrzec dolną stację kolejki linowej Wimbachexpress. Na ostatnim dziesiątym kilometrze znów jechałem na północ. Ku mecie ponad stawem poznanej przed trzema dniami. Przeciągnąłem jednak podjazd dojazdem do gospody Zirmstadl. Jak wynika ze stravy segment o długości 10,18 kilometra pokonałem w czasie 1h 09:03 (avs. 8,9 km/h). Tego dnia wspinałem się z prędkością 1064 metrów na godzinę. Tyrolskie wyniki dobrze rokowały przed wrześniową wyprawą do Andaluzji. Forma była już całkiem niezła. Warto było przelać litry potu na szwajcarsko-włoskim pograniczu.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9640341583

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9640341583

ZDJĘCIA

FILM

Melchboden (Zell am Ziller)

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Zell am Ziller

Wysokość: 2035 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1458 metrów

Długość: 15,7 kilometra

Średnie nachylenie: 9,3 %

Maksymalne nachylenie: 18 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Pomiędzy drugą i trzecią wspinaczką na Zillertaler Hohenstrasse miałem dzień przerwy od roweru. Niemniej w piątek nie traciłem kontaktu z górami. Można nawet powiedzieć, że zaszedłem wyżej niż dane mi tu było wjechać rowerem. Wybraliśmy się z Iwoną na górski trekking. Najpierw pojechaliśmy samochodem w głąb doliny Zamsergrund, aż po parking obok sztucznego jeziora Schlegeisspeicher (1784 m. n.p.m.). Z tego zaś poziomu jak wielu turystów w ów słoneczny dzień weszliśmy na stromy szlak wiodący do Olpererhutte (2389 m. n.p.m.). Do zrobienia z buta mieliśmy niespełna trzy kilometry z przewyższeniem przeszło 600 metrów. A kiedy już doszliśmy do schroniska to wypadało jeszcze podejść odrobinkę dalej i ustawić się w kolejce do zwodniczych zdjęć na sławnym Panoramabrucke. Kto chce niech sprawdzi w necie na czym owa iluzja polega. Nazajutrz w godzinach porannych wybrałem się powalczyć z Melchboden. Runda druga. Tym razem chciałem zdobyć tą górę północnym szlakiem ze startem w Zell am Ziller. Cały dojazd do podnóża tego wzniesienia poznałem już we wtorek. Jadąc do Hippach minąłem bowiem początek mojej sobotniej wspinaczki. Tym razem w ramach rozgrzewki przed kolejnym ultra-stromym podjazdem miałem raptem 4,6 kilometra. Zell am Ziller to gmina mająca nieco ponad 1700 mieszkańców. Co ciekawe pod względem powierzchni jest najmniejszą w Zillertal. Mimo to uchodzi wespół z Fugen za administracyjną i gospodarczą stolicę owej doliny. Ma tu swą siedzibę sąd rejonowy. Historia tej miejscowości sięga VIII wieku, kiedy to z akcją misyjną zawitali w te górskie strony mnisi z diecezji salzburskiej. Ślad po tym wydarzeniu widać zresztą w aktualnym herbie tyrolskiego Zell. Miasteczko to słynie z „Gauderfest”. Jednego z najstarszych festiwali folklorystycznych w Tyrolu. Trwa on cztery dni i jest organizowany rokrocznie na początku maja.

Zell am Ziller do spółki z ośrodkami w Gerlos i Konigsleiten tworzy od roku 2000 teren narciarski Zillertal Arena. Do dyspozycji narciarzy jest tu w sumie 150 kilometrów tras obsługiwanych przez 52 wyciągi, które są w stanie przewieźć 85 tysięcy osób na godzinę. Nie wiem czy Osterreich Rundfahrt korzystał kiedykolwiek z podjazdów na Zillertaler Hohenstrasse. Niemniej dzięki memoire-du-cyclisme ustaliłem, iż w latach 1991-95 etapy tego wyścigu kończyły się właśnie w Zell am Ziller. Jeden z nich, ten z 1992 roku wygrał Georg Totschnig. Północny podjazd na Melchboden był najdłuższym z sierpniowego kwartetu. Pozornie najłagodniejszym z nich, ale z pewnością nie najłatwiejszym. Przeciętne nachylenie tego wzniesienia to nieco ponad 9%. Co robi wrażenie, acz nie takie jak dwucyfrowe wartości. Średnia ta byłaby znacznie wyższa gdyby nie urozmaicony teren na ostatnich kilometrach tej wspinaczki. Dolna i środkowa tercja tego podjazdu jest nie mniej stroma niż ścieżki z Hippach czy Ried im Zillertal. Na dystansie 10,8 kilometra trzeba tu pokonać przewyższenie 1223 metrów co daje średnią aż 11,3%. Na kilometrach siódmym i jedenastym oscyluje ona w pobliżu 13%. Niemniej sektor górny to już przeplatanka zjazdów i podjazdów z przewagą tych drugich. W teorii do zdobycia pozostaje ledwie 221 metrów na dystansie 4,5 kilometra. Natomiast w praktyce do pokonania w pionie na tej końcówce mamy 256 metrów w trzech kawałeczkach o łącznej długości 2,7 kilometra. Według „cyclingcols” na całej tej górze jest w sumie 9,7 kilometra odcinków o nachyleniu co najmniej 10%, zaś najtrudniejszy 5-kilometrowy segment ma średnio 12%. Tyle wiedziałem o owej górze przed startem. Naiwnie uznałem zatem, iż trzeba będzie przetrwać pierwsze 11 kilometrów wspinaczki, a potem to już względny luzik.

Z Ferienwohnung Maria Lechner podobnie jak we wtorek wyjechałem parę minut po ósmej. Tym razem było nieco cieplej. Na płaskim dojeździe miałem 16 stopni. Po niespełna 11-minutowej rozgrzewce odbiłem od rzeki skręcając w prawo. Na samym początku jazda przez teren zabudowany. Najpierw przejechałem przez Zellberg, zaś nieco wyżej byłem już we wiosce Reisch. Na pierwszym kilometrze dwa wiraże, w pierwszej połowie drugiego kilometra trzy kolejne. Potem długi na 1300 metrów odcinek w kierunku północnym. Jadąc nią w połowie trzeciego kilometra minąłem Herz-Jesu Kapelle. W tej wstępnej fazie wszystkie kilometry w przedziale od 11 do 12,5%, przy czym każdy kolejny sektor trudniejszy od poprzedniego. Za szóstym zakrętem droga zaczęła nieco odpuszczać. Na czwartym i piątym kilometrze nachylenie wynosiło „ledwie” 9,6%. W połowie piątego kilometra minąłem wioskę Burbach. Jakieś czterysta metrów za wirażem nr 8 napotkałem bramkę z poborem opłat. Ten wjazd na płatny odcinek Zillertaler Hohenstrasse znajduje się na wysokości tylko 1100 metrów n.p.m. Powyżej niej droga częściej wiodła wśród drzew niż jak dotąd pośród łąk. Można więc zażartować, iż zmotoryzowani kierowcy płacą tu „myto” za hałasowanie w lesie. Pierwsze 6 kilometrów z małym hakiem czyli cały odcinek do dziewiątego zakrętu, na którym trzeba było pokonać 700 metrów w pionie, przejechałem w 38:23 co oznaczało VAM 1094 m/h. Tu zaczynał się kręty i nadal bardzo stromy sektor leśny. Zanim skończył się dziesiąty kilometr tej morderczej wspinaczki zaliczyłem już osiemnaście wiraży. Na czternastym minąłem dróżkę, którą mógłbym zjechać prosto do Aschau.

Po ostatniej zmianie kierunku jazdy jeszcze jeden bardzo ciężki kilometr. Minąłem na nim zjazd ku gospodzie Grunalm. Niebawem po przebyciu 10,8 kilometra od Zell am Ziller mogłem się w końcu  odprężyć na krótkim odcinku z przejazdem obok Alpengasthof Hirschbichlalm. Ten alpejski zajazd świętował w tym roku swe 50-lecie czyli jest kilka starszy niż asfaltowa wersja Zillertaler Hohenstrasse. Trzysta płaskich metrów do zakrętu nad potokiem Talbach. Po nim króciutki zjazd i ścianka o długości 300 metrów. Potem chwilka płaskiego terenu i kolejny, tym razem przeszło półkilometrowy zjazd. Do tego pod koniec stromy tzn. z ujemnym nachyleniem aż 11%. Następnie jakby dla kontrastu cały kilometr na wschód ostro pod górę ze stromizną niekiedy przekraczającą 15%. Jednym słowem niezła sinusoida. Przyznam, że ten teren góra-dół męczył mnie bardziej niż wcześniejsza bardzo trudna, lecz stała wspinaczka. Ciężko było złapać właściwy swoim możliwościom rytm jazdy. W połowie czternastego kilometra droga skręciła na południe. Przez kolejne 600 metrów teren znów opadał, acz tym razem łagodnie. Na początku piętnastego kilometra zacząłem ostatnią fazę tej wspinaczki. Jeszcze jeden ciężki kilometr z chwilowym maksem 16,5%. Dopiero ostatnie 350 metrów znacznie łagodniejsze. Z rozpędu zjechałem jeszcze ku Jausenstation Melchboden, gdzie byłem świadkiem odjazdu górskich taksówek. Według stravy cały podjazd o długości 15,78 kilometra pokonałem w 1h 33:27 (avs. 10,1 km/h). VAM raptem 929 m/h, ale tzw. prędkość pionowa musiała mocno spaść na ostatnich kilometrach. Dopóki było mocno pod górę trzymałem całkiem zdrowe tempo na poziomie około 1030 m/h.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9632782716

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9632782716

ZDJĘCIA

FILM