banner daniela marszałka

Archiwum: '2023c_Andalucia & Este' Kategorie

Andalucia & Este

Autor: admin o 24. listopada 2023

Ubiegłoroczną wyprawą do austriackiej Karyntii domknąłem drugą dekadę kolarskich wojaży po szosowych górach Europy. Niestety w trakcie minionych dwudziestu sezonów tylko raz wybrałem się z kolegami do dalekiej Hiszpanii. Szkoda, bo jak wiadomo gorąca Espana to kraj o bogatych tradycjach kolarskich i ciekawej geografii z punktów widzenia amatorów rowerowych wspinaczek. Niemniej potężny dystans dzielący wybrzeże Morza Bałtyckiego od Półwyspu Iberyjskiego skutecznie powstrzymywał mnie od realizacji śmiałych pomysłów dotyczących eksploracji górskich dróg Królestwa z południowo-zachodnich rubieży Starego Kontynentu. Zacnym wyjątkiem w mej wieloletniej praktyce nie przekraczania głównego grzbietu Pirenejów była jedynie wyprawa do Katalonii i Andory z końca wiosny 2016 roku. Tą 16-dniową wycieczkę odbyłem w towarzystwie Darka Kamińskiego i Rafała Wanata. Podróż była trudna zarówno pod względem sportowym jak i organizacyjnym. Pomiędzy końcem maja a połową czerwca pomieszkiwaliśmy tam w sześciu bazach lokalowych. W trzech z nich zatrzymując się tylko na jedną noc. Przemierzyliśmy Katalonię ze wschodu na zachód (od Figueras po Vielhę) po drodze niemal zahaczając o Barcelonę by zobaczyć Monestir de Montserrat. Przejechałem wówczas na rowerze blisko 1050 kilometrów robiąc w pionie przeszło 31.500 metrów. Zaliczyłem aż 30 górskich premii, przy czym osiem w granicach Księstwa Andory, zaś jedną na ziemi aragońskiej u podnóża Pico de Aneto, najwyższego szczytu Pirenejów. Na liście moich ówczesnych zdobyczy pojawiło się 17 wzniesień o przewyższeniu ponad 1000 metrów, 10 gór o wysokości przeszło 2000 metrów n.p.m. i zarazem 6 co najmniej 20-kilometrowych podjazdów.

Jednak siłą rzeczy był to jedynie wstęp do całego planu poznania możliwie jak największej liczby szosowych gór z obszaru całej Hiszpanii. Podobnie jak w przypadku Włoch i Francji chciałbym bowiem „zaliczyć” niemal każdy znaczniejszy podjazd znany kolarskim kibicom z tras miejscowego Wielkiego Touru. Niemniej to wymaga zorganizowania nie jednej, a co najmniej czterech dwutygodniowych wypraw do tego kraju. Opracowałem zatem projekty 15-dniowych podróży również po północno-zachodnich, centralnych oraz południowych regionach Espanii czyli foldery o roboczych tytułach: Asturia & Kantabria, Kastylia i Andaluzja. Przy tym od razu założyłem, iż dalsze „kolekcjonowanie” górskich skarbów Iberii rozpocznę od wyprawy do krainy Słońca i Światła czyli Al-Andalus. Bynajmniej nie jej klimat skłaniał mnie do dokonania takiego wyboru. Tym magnesem były wyniosłe Góry Betyckie, które tak swą wysokością jak i jakością kolarskich wzniesień w niczym nie ustępują Pirenejom. Mając plany gotowe pozostało mi czekać na właściwy moment do rozpoczęcia ich realizacji. W tym roku zamieniłem starego Ceed’a na młodszą o piętnaście lat Kia Xceed. Do tego mogłem liczyć na towarzystwo w dalekiej podróży dwóch wypróbowanych, w niejednej podróży, kolarskich przyjaciół. Trzeba było zatem skorzystać z wybornej okazji i w końcu ruszyć na drugi kraniec Europy. Zdawałem sobie sprawę, iż pod każdym względem będzie to zadanie trudniejsze do wykonania niż wyprawa katalońska sprzed siedmiu lat. Niemniej wielką nagrodą za podjęcie śmiałego wyzwania miał być zapewne jedyny w naszym życiu wjazd rowerem na wysokość ponad 3000 metrów n.p.m. To jest pokonanie Pico Veleta, zdecydowanie najwyższej kolarskiej góry Starego Kontynentu.

Andaluzja była głównym celem naszej dalekosiężnej podróży, lecz bynajmniej nie jedynym regionem poznawczym. Nie miałem zamiaru bić swego rekordu życiowego w jeździe samochodem bez przystanku na nocleg. Tymczasem bezpośredni przejazd na szlaku Sopot – Gorzów – Almeria zabrałby nam blisko półtorej doby. Przede wszystkim jednak spokojniejszy dojazd do Andaluzji stwarzał możliwość zahaczenia o kilka ciekawych górek znanych z tras Vuelta a Espana oraz regionalnych etapówek. Wzniesień rozrzuconych wzdłuż śródziemnomorskiego wybrzeża wschodniej Hiszpanii. Dlatego nasz najdłuższy etap w aucie podobnie jak w 2016 roku miał się zakończyć niespełna godzinę po przekroczeniu granicy francusko-hiszpańskiej. Tym samym pierwszą górę tej wyprawy zaliczyliśmy jeszcze w Pirenejach, zaś następną na drugim krańcu Katalonii w rejonie delty rzeki Ebro. Przez pierwsze cztery doby spędzone na półwyspie Iberyjskim codziennie nocowaliśmy w innym miejscu by nazajutrz zaliczać dwie premie górskie w kolejnym regionie Hiszpanii. Po pierwszym etapie na terenie Katalonii, drugi spędziliśmy w południowej Aragonii, trzeci w Walencji (prowincja Alicante), zaś czwarty w Murcii. Na szosowe góry Andaluzji przeznaczyłem nam tylko i aż jedenaście dni. Dużo w porównaniu z czasem poświęconym na podjazdy w „przelotowych” regionach. Jednocześnie mało biorąc pod uwagę ilość dużych wzniesień czyhających na kolarzy w Górach Betyckich. Na zebranie wszystkich górskich diamentów Al-Andalus trzeba byłoby przeznaczać nawet całe trzy tygodnie czyli zrobić sobie prywatną Ruta de Sol w wymiarze czasowym godnym Wielkiego Touru.

W drodze na południe wpadaliśmy zatem tylko na szybkie noclegi do miejscowości tak anonimowych jak: Peralada, El Lligallo del Ganguil, Benaguacil czy osiedle Naranjos nieopodal Alhama de Murcia. Dopiero po dotarciu do Andaluzji mogliśmy nieco dłużej odsapnąć w jednym miejscu. Jednak z uwagi na wielkość tego regionu nie sposób było obskoczyć wszystkie wybrane podjazdy z jednej bazy noclegowej. Dlatego za punkty wypadowe ku górom etapów od piątego do piętnastego posłużyły nam lokale w trzech miastach. Noce od 5-tej do 7-mej przespaliśmy w Roquetas de Mar (prov. Almeria) na wybrzeżu Costa Almeria, od 8-mej do 10-tej w Fuengiroli (prov. Malaga) na Costa del Sol, zaś od 11-tej do 15-tej w ostatniej stolicy Maurów czyli Grenadzie. Mieście leżącym u podnóża pasma Sierra Nevada, najwyższego nie tylko w Górach Betyckich, ale i całej kontynentalnej Hiszpanii. Na potrzeby tej podróży musiałem złożyć w sumie aż dziewięć „zamówień” na stronie booking.com jako, że przeszło 30-godzinną trasę powrotną z Cortijos Nuevos do Gorzowa i Sopotu rozbiliśmy sobie na trzy odcinki. Po wyjeździe z Andaluzji w drodze do domu zatrzymaliśmy się na noclegi w Oropesa del Mar (reg. Walencja, prov. Castellon) oraz Weisweil (Badenia-Wirtembergia, rej. Fryburg). Mój nowy samochód został poddany ciężkiej próbie. Pomiędzy popołudniem 8 września i wieczorem 26 września musiał pokonać łączny dystans aż 8900 – nie zawsze płaskich – kilometrów. Moje szczęście, że w tej maratońskiej podróży mogłem liczyć na wsparcie Adriana Zdrojewskiego i wspomnianego już na wstępie Rafała. Adek czwarty rok z rzędu towarzyszył mi w późno-letniej wyprawie. Natomiast Rafa po raz szósty zawierzył w „plan Marshalla”. Poznaliśmy się w Południowym Tyrolu (2015), a ostatnio kręciliśmy razem w górach Aosty i Piemontu (2021).

Układając szczegółowy program naszej podróży musiałem pominąć niejeden ciekawy podjazd. Od razu założyłem, iż pierwsze „do odstrzału” są podjazdy najkrótsze. Dlatego pominąłem znane z Vuelty strome wspinaczki pod Mas de la Costa, Cumbre del Sol czy Xorret Cati. Na mojej oficjalnej „liście życzeń” pozostało 29 wzniesień, przy czym wypad na Cumbres Verdes, tuż po zjeździe z Pico Veleta, był w moich oczach jedynie „lekturą fakultatywną”. Jak zawsze generalne założenie przewidywało dwa podjazdy dziennie. Za wyjątkiem piętnastego etapu, który miał być już początkiem naszego odwrotu spod Grenady. Dlatego na szlaku do Oropesy mieliśmy już tylko jeden przystanek i z niego na pożegnanie z górami Andaluzji wypad na El Yelmo. Znacznie wcześniej, bo trzeciego dnia wyprawy chciałem pokonać bywały na VaE podjazd pod Alto de Aitana, najwyższy w regionie Walencji. Jednak na zboczach tej góry ogólnodostępny jest tylko dojazd do przełęczy Tudons. Na pokonanie kolejnych 500 metrów w pionie trzeba zdobyć „przepustkę” od dowództwa miejscowej bazy lotniczej. Także to nam się udało za sprawą talentów językowych i negocjacyjnych „Prezesa” Rafała. Dojechawszy do Andaluzji wiedziałem, iż nie będziemy kręcić po całym tym regionie. Szukając najciekawszych podjazdów dalekiego południa Hiszpanii wystarczyło się skupić na pięciu z ośmiu andaluzyjskich prowincji. Huelva i Sevilla nie miały nam nic ciekawego do zaoferowania. Po dłuższym namyśle zrezygnowałem też z widzianej na Ruta de Sol wspinaczki pod Santuario de la Virgen de la Sierra (gm. Cabra) w prowincji Cordoba. Ostatecznie w granicach Andaluzji zaliczyłem 20 premii górskich, z czego aż 9 w ramach prowincji Grenada, 4 w Almerii, 3 w Maladze oraz po 2 w Kadyksie i Jaen.

Dodając osiem gór zdobytych podczas 4-dniowego transferu z Pirenejów na Costa de Almeria w sumie przejechałem 28 solidnych podjazdów, w tym 14 o przewyższeniu przeszło tysiąca metrów. Tyle samo wzniesień podjechał Adrian, acz niektóre z nich w zauważalnie szybszym tempie. Rafał uzbierał zaś 27 „skalpów”, bowiem na półmetku wyprawy pozwolił sobie na jedno wolne popołudnie. Zamiast ciężkiego pojedynku z Pico de los Reales wybrał wówczas smakowite ośmiorniczki serwowane na przystani we Fuengiroli. Górą o największej amplitudzie była rzecz jasna Pico de Veleta z wynikiem aż 2631 metrów! Szutrowa końcówka Capileiry zawiodła nas 1833 metry ponad poziom startu, zaś na Sierra de Lujar i Puerto de la Ragua musieliśmy pokonać w pionie przeszło 1500 metrów. W całej kolekcji naszych zdobyczy znalazło się siedem gór o wysokości przeszło 2000 metrów n.p.m., w tym niebotyczna MEGA-Veleta z finałem grubo powyżej poziomu 3000 metrów. Kolejna szóstka czyli: Sabinas, Calar Alto, Capileira, Bacares, Ragua i Escullar miały mety poniżej 2200 metrów n.p.m. Na naszym szlaku nie zabrakło też długich podjazdów. Osiem miało ponad 20 kilometrów, z czego maratońska Veleta 42,5 kilometra, zaś Capileira-Hoya de Portillo 31,4 km. Apropos olbrzymiej Pico Velety. Ta wielka góra z finałowym odcinkiem w iście księżycowej scenerii „rozbiła system” w moich statystykach. O kilka długości czyli przeszło 500-600 metrów wyprzedziła dotychczasowe liderki w kategoriach „najwyższa” i „największa”, którymi były: Cime de la Bonette oraz Colle delle Nivolet. Poza tym niewiele jej zabrakło do miana „najdłuższego” z moich podjazdów. Okazała się o 0,2 kilometra krótsza od zachodniego Col du Galibier. Veleta nie stała się też najtrudniejszym wzniesieniem w moim dorobku, a to z uwagi na równe i na ogół umiarkowane nachylenie.

Według moich wyliczeń – pomijając wieczorny wypad do centrum Grenady – w ciągu owych 15 dni przejechałem na rowerze 1019,3 kilometra o łącznym przewyższeniu 33.173 metrów. Porównując te wrześniowe osiągi z tym co siedem lat wcześniej udało mi się zrobić na szosach Katalonii i Andory jedna rzecz rzuciła mi się w oczy. Wtedy niby wszystkiego było więcej. Przede wszystkim 16 etapów i 30 gór. Także więcej wjazdów na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. oraz wzniesień z przewyższeniami + 1000 metrów. Mimo to „Andaluzja” i tak przebiła „Katalonię” pod względem łącznej amplitudy wszystkich podjazdów i to o dobre 1600 metrów! W sumie nic dziwnego, skoro na wyprawie z roku 2016 największą premią górską było Turo de l’Home z przewyższeniem 1491 metrów. Natomiast na tegorocznym hiszpańskim szlaku znalazły się aż cztery wzniesienia o amplitudzie przeszło 1500 metrów. Wśród nich „Szosowa Królowa Europy” o wielkości równej dwóm premiom najwyższej kategorii czy trzem klasy pierwszej!

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem we wrześniu 2023 roku na szlaku od Cabanelles po Cortijos Nuevos.

Mój rozkład jazdy:

10.09 – Santuari de la Mare de Deu del Mont & Mont Caro

11.09 – Estacion de Esqui de Valdelinares & Pico del Buitre

12.09 – Alto de Aitana & Alto de las Antenas de Maigmo

13.09 – Morron de Espuna & Collado Bermejo

14.09 – Calar Alto & Tetica de Bacares

15.09 – Puerto de la Ragua & Puerto de Escullar

16.09 – El Marchal de Enix & Haza del Lino

17.09 – Cerro del Moro & Pico de los Reales

18.09 – Puerto de las Palomas & Puerto de El Boyar

19.09 – Torcal de Antequera & La Alfaguara

20.09 – Capileira / Hoya del Portillo & Sierra de Lujar

21.09 – Sierra de la Pandera & Collado del Muerto

22.09 – Collado de las Sabinas & Collado del Alguacil

23.09 – Pico Veleta

24.09 – El Yelmo

Napisany w 2023c_Andalucia & Este | Możliwość komentowania Andalucia & Este została wyłączona

El Yelmo

Autor: admin o 24. września 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Cortijos Nuevos

Wysokość: 1798 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1041 metrów

Długość: 15 kilometrów

Średnie nachylenie: 6,9 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Trzecia niedziela pod hiszpańskim niebem była dniem przeznaczonym zarówno na pożegnanie z górami Andaluzji jak i pokonanie pierwszej etapu strasznie długiej drogi powrotnej z Granady przez Gorzów do Trójmiasta. W poszukiwaniu górskich przygód zabrnęliśmy na kraniec Europy i teraz by wrócić do domu musieliśmy przejechać przeszło 3400 kilometrów. To oznaczało niemal półtorej doby samej jazdy. Na taki wyczyn nie chcieliśmy się jednak porywać. Jeszcze w fazie przygotowań do tej wyprawy zaproponowałem kolegom pokonanie tego mega-dystansu na raty w trzech dziennych odcinkach. Pierwszy o połowę krótszy od pozostałych miał nam umożliwić zaliczenie ostatniego podjazdu z mojej listy. Umiejscowionego na północno-wschodnim krańcu Al-Andalus. Tego dnia mieliśmy pokonać autem „tylko” 660 kilometrów i tym samym spędzić w aucie około siedem godzin. Poniedziałek i wtorek od świtu do zmierzchu (a nawet w dłuższym wymiarze) miały nam zlecieć już tylko na długiej jeździe samochodem. W tych dniach czekały nas już transfery po około 1400 kilometrów czyli dwa razy po 14-15 godzin w trasie przedzielone krótkim noclegiem w Weisweil na zachodnich kresach Niemiec. Do roli pożegnalnej premii górskiej z uwagi na swe usytuowanie znakomicie nadawała się El Yelmo. Góra położona w paśmie Sierra de Segura należącym do północnego pasa Gór Betyckich czyli Cordillera Prebetica. Gdy przed laty wypatrzyłem to wzniesienie na znakomitej stronie „www.altimetrias.net” to uznałem, że warto będzie je zobaczyć jeśli tylko dane mi będzie kiedyś dotrzeć do południowej Hiszpanii. Powody były co najmniej dwa. Z jej profilu wynikało, iż ma ona przeszło tysiąc metrów przewyższenia. Do tego jeszcze ładnie prezentowała się na dostępnych w necie zdjęciach.

Góra ta ma wysokość 1809 metrów n.p.m., co oznaczało, że wjedziemy niemal na jej wierzchołek. Trzeba było dotrzeć do miejsca, gdzie znajduje się poligon dla paralotniarzy z dwoma miejscami startowymi przeznaczonymi dla amatorów tego ekstremalnego sportu. Kolarska wspinaczka zaczyna się w Cortijos Nuevos czyli na ulicach największej miejscowości w gminie Segura de la Serra. W niedzielny poranek spakowaliśmy cały nasz dobytek do Xceed’a, po czym około wpół do dziesiątej wyjechaliśmy z Granady. Na dojeździe w rejon El Yelmo musieliśmy pokonać dystans 217 kilometrów jadąc szlakiem przez Jaen i Ubedę. Trasa wiodła głównie autostradami (A-44, A-316 i A-32). Jedynie na ostatnich kilometrach wjechaliśmy na węższą i bardziej urokliwą, ale zarazem wolniejszą drogę A-6301. Wszystko to dało się przejechać w około dwie i pół godziny. Tym samym około południa byliśmy już na miejscu, ale nie od razu wskoczyliśmy na rowery. Nieco rozleniwieni podróżą najpierw wpadliśmy na kawę do baru w centrum Cortijos Nuevos. Dopiero po tej przyjemności podjechaliśmy na wschodni kraniec wioski by przygotować się do naszej ostatniej wspinaczki. El Yelmo nie jest górą znaną Vuelcie. Zresztą wyścig Dookoła Hiszpanii bardzo rzadko zagląda w te strony. Przez Sierra de Segura jechał ostatnio w sezonie 2007 na etapie czternastym z Puerto Lumbreras do Villacarrillo, kiedy to lotną premię wyznaczono w pobliskim Hornos. Pasmo Segura do spółki z sąsiednimi górami wchodzi w skład Parque Natural Cazorla, Segura i Las Villas mającego powierzchnię blisko 2100 km2 obejmującą ziemie należące do aż 23 gmin oraz 3 hiszpańskich powiatów, odnotowanych w jego długiej nazwie.

Jest to największy chroniony przyrodniczo obszar w całej Hiszpanii. Górskie tereny tego parku słynną z formacji krasowych wapienia dolomitowego, stąd spotkać tu można głębokie kaniony. Najwyższym szczytem jest tu Cerro las Empanadas (2017 m. n.p.m.), zaś w ramach pasma Segura to miano należy to Las Banderillas (1993 m. n.p.m.). Na obszarze tego parku swe źródła ma Gwadalkiwir. Największa rzeka południowej Hiszpanii o długości 657 kilometrów. Płynąca przez Cordobę i Sewillę ku ujściu do Oceanu Atlantyckiego w Zatoce Kadyksu. Warto dodać, iż o ile pasmo Segura VaE odwiedzała jedynie przejazdem to w pobliskim Sierra de Cazorla niebawem będzie finiszować już po raz drugi. Górzysty etap szósty z roku 2015 przyniósł zwycięstwo oraz koszulkę lidera wiecznie uśmiechniętemu Kolumbijczykowi Estebanowi Chavesowi. W sezonie 2024 etap ósmy zakończy się w miejscowości Cazorla. Na spotkanie z El Yelmo ruszyliśmy kwadrans przed trzynastą. Było ciepło, ale jeszcze nie upalnie. Na starcie 25 stopni, zaś na podjeździe max. 30. Ponieważ startowaliśmy z miejscówki na wylocie z Cortijos Nuevos nasz podjazd miał równo 15 kilometrów. Zresztą odcinek, który sobie darowaliśmy jak i pierwszy kilometr po naszym starcie ciężko byłoby nazwać wspinaczką. Ta zrazu delikatna zaczęła się na drugim kilometrze czyli na dojeździe do wioski El Ojuelo. Podobnie jak na wspinaczce pod La Alfaguara początkowo jechaliśmy przez tereny rolnicze zdominowane przez uprawę oliwek. Krajobraz ten skończył się dopiero w połowie czwartego kilometra, gdy dotarliśmy do drugiej i zarazem ostatniej wioski na tym szlaku czyli El Robledo. Dojazd do niej był już całkiem solidny. Rafał nie miał dobrego dnia, więc już na trzecim kilometrze został w tyle.

Pod koniec czwartego kilometra wjechaliśmy do lasu. Droga stała się kręta i przede wszystkim od wjazdu do El Robledo przez cztery kolejne kilometry trzymała na stałym poziomie powyżej 8%. Stromizna miejscami osiągała dwucyfrowe wartości. Najtrudniej czyli na poziomie 13-14% miało być na odcinku kilkuset metrów poprzedzających Mirador El Robledo (5,3 km). Przetrzymałem ten odcinek korzystając z tego, iż Adrian postanowił przejechać tą górę umiarkowanym jak na jego możliwości tempem. Dalej wciąż trzeba było solidnie pracować by zasłużyć sobie na towarzystwo mocniejszego kolegi. Dopiero na dziewiątym i dziesiątym kilometrze zrobiło się luźniej. Jazda w sumie przyjemna. Pogoda bardzo dobra. Wąska dróżka w gęstym lesie. Okolice ładna i spokojna. Ruch samochodowy prawie żaden. Ogólnie sielankowa atmosfera. Na przełomie jedenastego i dwunastego kilometra ścianka z nachyleniem do 12% przerwała relaks. Poprzedzała wjazd na przełęcz Alto de El Campillo (1507 m. n.p.m.). W tym miejscu po przejechaniu 11,2 kilometra należało zjechać z dotychczasowej drogi. Trzeba było skręcić ostro w lewo, nieomal zawrócić, by wbić się na węższy trakt wiodący ku antenom na szczycie góry. Do ostatniej premii górskiej zostało nam stąd 3,6 kilometra. Pierwszy kilometr łatwy. Początkowe trzysta metrów wiodące nawet lekko w dół. Niemniej finałowy odcinek o długości 2,6 kilometra już bardzo wymagający, bo o średniej aż 9,8%. Poza tym im bliżej szczytu tym sztywniej. Tak na przedostatnim jak i ostatnim kilometrze nie brakowało „chwilówek” o wartości 15%. Na ostatnim kilometrze kilka wiraży i otoczenie szosy już bardziej skaliste niż zielone. Pięliśmy się śmiało do góry ponad wszystko co mieliśmy tu w zasięgu naszego wzroku. Cisnąłem wiedząc, że to już ostatni taki wysiłek na tej wyprawie.

Finisz pomiędzy masztami, zaś meta między skałami. Za linią górskiej premii rozległy widok na zachód, hen po horyzont. Na pokonanie całego podjazdu potrzebowaliśmy z Adrianem przeszło 70 minut, choć Adek pewnie mógłby z tego urwać kilka. Na Rafała przyszło nam nieco dłużej poczekać. Jakieś 14 minut. Gdy odpadł cieszył się już samą jazdą, a nie tempem czyli przeszedł w swój tryb „reco”. Według stravy ostatnie 12,75 kilometra czyli segment od centrum El Ojuelo pokonaliśmy w 1h 03:25 (avs. 12,1 km/h). Natomiast Rafa przejechał go w czasie 1h 17:17 (avs. 9,9 km/h). Na szczycie spędziliśmy blisko 20 minut. Zanim zaczęliśmy pierwszy mini-zjazd do miejscówki pod drewnianą tablicą Adriano strzelił Rafałowi fotkę u kresu drogi. Ten obrazek znakomicie nadał się na ostatnie zdjęcie w albumie z tej wspaniałej podróży. Spokojny zjazd był już czystą przyjemnością. Ostatnie kilometry naszej wielkiej Vuelty, w trakcie której udało się nam pokonać 28 solidnych wzniesień. Mój śmiały plan został zrealizowany niemal w 100%. Trudno było liczyć na coś więcej. Do samochodu dotarłem kwadrans po piętnastej. Ostatni hiszpański nocleg zaplanowałem w oddalonej o jakieś 440 kilometrów Oropesie. Kurorcie nad Morzem Śródziemnym w walenckiej prowincji Castellon. Po wyjechaniu z bocznych dróg zrazu trzeba było wziąć kurs na Albacete, zaś następnie na Walencję. Parę godzin spędziliśmy w rozsławionej przez Cervantesa krainie La Mancha. Do bazy noclegowej dotarliśmy już po zmroku, ale na szczęście przed zamknięciem osiedlowego sklepu spożywczego. Sportową część tej wyprawy mogliśmy uznać za zakończoną, choć do domu wciąż było daleko. W poniedziałek przejechaliśmy Katalonię i Francję. We wtorek przemierzyliśmy Niemcy i pół Polski by wczesnym wieczorem zameldować się w Sopocie i Gdańsku. W planach na lata 2025 i 2027 mam jeszcze dwa hiszpańskie projekty. Idealnie byłoby je zrealizować w tym samym towarzystwie. Czy będzie to możliwe, czas pokaże. Tymczasem warto rzec: Gracias Amigos!

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9911529422

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9911529422

EL YELMO by ADRIANO

https://www.strava.com/activities/9911562381

EL YELMO by RAFA

https://www.strava.com/activities/9911458312

ZDJĘCIA

El-Yelmo_01

Zdjęcie 1 z 80

FILM

Napisany w 2023c_Andalucia & Este | Możliwość komentowania El Yelmo została wyłączona