Valle d’Aosta & Liguria

Z uwagi na Letnie Igrzyska Olimpijskie, które po stu latach wróciły do Paryża organizatorzy Tour de France poczuli się zmuszeni do zorganizowania finału „Wielkiej Pętli” z dala od francuskiej stolicy. Ich wybór padł na 350-tysięczną Niceę. Miasto o bogatej kolarskiej tradycji. Położone na Lazurowym Wybrzeżu, lecz bliskie wymagającym podjazdom w Alpach Nadmorskich. Ta okoliczność zrodziła zaś w głowie mojej Iwony śmiały pomysł na wspólne dwutygodniowe wakacje. Rzekła m/w te słowa: połączmy wypad nad Morze Śródziemne z obserwacją ostatnich dni TdF w bajkowych okolicznościach przyrody. Nie muszę nikogo przekonywać, iż ten pomysł wielce mi się spodobał. Z ochotą zabrałem się więc do zaplanowania owej wycieczki w jej najdrobniejszych szczegółach. Przyjęliśmy sobie dwa główne założenia. Primo: będziemy mieszkać we Włoszech, a nie we Francji. Secundo: cały wyjazd podzielimy na tydzień w górach i tydzień nad morzem. Znalazłem nam zatem dwie bazy noclegowe. Pierwszą w Dolinie Aosty, zaś drugą w Ligurii blisko włosko-francuskiej granicy, by kilka razy wyskoczyć za miedzę na spotkanie z Tourem i nie tylko. Do Aosty pojechaliśmy we dwoje już po raz trzeci. Pierwszy raz zawitaliśmy tam w 2010 roku. Wpadliśmy do niej na pięć dni w trakcie długiej podróży przez niemal całe włoskie Alpy tj. od Południowego Tyrolu po południowe kresy Piemontu. Z kolei w roku 2019 ten najmniejszy z dwudziestu włoskich regionów był wyłącznym celem naszych 10-dniowych wakacji.

Tym razem na kolejną eksplorację aostańskich szlaków oraz zamków daliśmy sobie niecały tydzień. Inaczej niż przed pięciu laty spokojniej podeszliśmy do tematu długiej i wyczerpującej podróży ku tej górskiej krainie. Wystartowaliśmy w piątkowy poranek 12 lipca i dla większego komfortu zaplanowaliśmy sobie nocleg w Niemczech, na terenie Hesji. Do naszego celu czyli wioski Porossan, położonej 3 kilometry na północ od Aosty, dojechaliśmy w sobotnie popołudnie. Następnie od niedzieli do czwartku poznawaliśmy rozmaite atrakcje regionu. Dreptaliśmy zatem po górskich ścieżkach wokół Lac de Place de Moulin, Chamois i Combes oraz chodziliśmy po komnatach świeżo odrestaurowanego zamku Aymavilles i rozlicznych piętrach imponującego Fortu Bard. Pomimo tych zajęć codziennie udawało mi się znaleźć dwie lub trzy godzinki z hakiem na realizowanie swych kolarskich ambicji. Jak dla mnie był to już piąty wypad do Aosty, wliczając wizyty z lat 2013 i 2021 w towarzystwie kolegów-cyklistów. Przed sezonem 2024 zdążyłem poznać w tych stronach 29 premii górskich. Niemniej w tym malutkim regionie jest około 50 podjazdów na miarę pierwszej czy najwyższej kategorii. Stąd bez trudu znalazłem sobie nowe wyzwania i to bez konieczności oddalania się na więcej niż kilkanaście kilometrów od bazy noclegowej. Zaliczyłem sześć kolejnych wzniesień. Trzy z nich tj. Blavy, Ollomont-Glassier i Val Clavalite były dla mnie nowością. Natomiast pozostałe „szczyty” czyli: Pila, Saint-Barthelemy (Porliod) i Druges odwiedziłem ponownie po czternastu latach. Tym razem zdobywając je alternatywnymi (nieco łatwiejszymi niż wcześniej) drogami.

Piątkowe popołudnie 19 lipca przeznaczyliśmy na podróż ku drugiej czyli nadmorskiej bazie noclegowej. Mieliśmy do pokonania przeszło 350 kilometrów, w dużej mierze wiodące przez rozgrzane do 35 stopni równiny Piemontu. Pod wieczór dotarliśmy do liguryjskiej Seborgi. Samozwańczego Księstwa położonego jakieś 500 metrów ponad wodami Morza Śródziemnego, w odległości 12 kilometrów od miasta Bordighera. Oba weekendowe dni spędziliśmy we Francji przy trasach przedostatniego i ostatniego etapu Tour de France. W sobotę poczekaliśmy na przyjazd asów światowego peletonu w Moulinet. Wiosce leżącej z grubsza na półmetku południowego podjazdu pod Col de Turini. Natomiast w niedzielę wybraliśmy się do Nicei, by wykazując się jeszcze większą cierpliwością niż dzień wcześniej ujrzeć wszystkich uczestników wyścigów, którzy przetrwali wcześniejsze 20 dni zmagań. Zaczailiśmy się na nich przy Promenadzie Anglików w miejscu oddalonym jakieś 4 kilometry od mety czasówki. W kolejnym tygodniu opuściliśmy Italię jeszcze dwukrotnie, by zwiedzić słynące z produkcji perfum Grasse oraz ociekające bogactwem Księstwo Monako. W pozostałe dni trzymaliśmy się już włoskiej ziemi zwiedzając urokliwe miasteczka w zachodniej części Riviera Ponente, z których szczególnie przypadły nam do gustu: Apricale i Dolceacqua. Znalazłem też czas by dorzucić kolejnych 5 podjazdów do swego liguryjskiego dorobku z lat 2011 i 2014-15, który dotychczas obejmował 11 wzniesień. Podobnie jak w Aoście trafiły się wśród nich kompletne nowości czyli: Ghimbegna, Monte Bignone i przydomowa Seborga. Poza tym zaliczyłem powroty do miejsc poznanych przed dziewięciu laty. Wjechałem bowiem na Monte Ceppo i Colle d’Oggia, lecz od innej strony niż we wrześniu 2015 roku.

W trakcie owych dwóch włoskich tygodni niewiele dystansu przejechałem. Nabiłem tu raptem 353,5 kilometra. Nie więcej niż w dobry letni tydzień na kaszubskich szosach. Tym niemniej w pionie nabiłem całkiem godne 11.414 metrów co daje średnią ponad tysiąc na jeden podjazd, choć ową przeciętną wyraźnie zaniżyła luźna górka drugiej kategorii w postaci „książęcej” Seborgi. Spośród moich lipcowych górek pięć miało przewyższenie ponad 1000 metrów. Największą amplitudę miałem do przerobienia podczas wspinaczki do świętego Bartłomieja. Kolejne pod tym względem były Pila i Monte Bignone. Dwa podjazdy trzymały przez co najmniej 20 kilometrów. Pierwsza trójka w zestawieniu najdłuższych składała się ze wspomnianych już trzech wzniesień. Tu również Saint-Barthelemy był numerem jeden, acz Bignone okazało się dłuższe niż Pila. Na tych wakacjach nie katowałem się szczególnie wymagającymi wspinaczkami. Żadna z owej jedenastki nie wskoczyła do pierwszej „setki” moich najtrudniejszych podjazdów. Według strony „climbfinder” najbardziej wymagający był niespełna 10-kilometrowy, lecz bardzo stromy szlak pod Val Clavalite wart 1060 punktów. Na co najmniej 900 oczek wyceniono tam jeszcze: Saint-Barthelemy, Monte Ceppo, Pila oraz Monte Bignone, którą zacząłem z gwarnych ulic Sanremo.

Mój rozkład jazdy:

14.07 – Blavy

15.07 – Ollomont / Glassier

16.07 – Pila (from Gressan)

17.07 – Saint-Barthelemy / Porliod (from Quart)

18.07 – Druges (from Saint-Marcel)

19.07 – Val Clavalite

20-21.07 – Weekend z Tour de France

22.07 – Passo di Ghimbegna

23.07 – Monte Bignone

24.07 – Seborga

25.07 – Monte Ceppo (from Molini di Triora)

26.07 – Colle d’Oggia (from Badalucco)

Colle d’Oggia W

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Desteglio

Wysokość: 1167 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 929 metrów

Długość: 13,4 kilometra

Średnie nachylenie: 6,9 %

Maksymalne nachylenie: 10 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na zakończenie naszych lipcowych wakacji zaliczyłem piątą „przypominajkę” czyli górę zdobytą przed laty, acz od innej strony. Na Colle d’Oggia po raz pierwszy wjechałem we wrześniu 2015 roku od strony południowej ruszając wraz z Darkiem Kamińskim z miasteczka Dolcedo. To był przeszło 17-kilometrowy podjazd, na którym trzeba było skorzystać z aż czterech lokalnych dróg tzn. SP39, SP93, SP24 i na ostatnich metrach z SP21. Ten szlak uchodzi za najtrudniejszy z trzech wiodących ku tej górskiej przeprawie. Musieliśmy na nim pokonać blisko 1100 metrów przewyższenia. Dwa pozostałe to ścieżka zachodnia z okolic Badalucco oraz wschodnia rozpoczynana w Pieve di Teco. Na obu trzeba zrobić w pionie około 930 metrów, przy czym ta druga wspinaczka jest o niemal 5 kilometrów dłuższa, a zatem wyraźnie łagodniejsza. Wybrałem sobie podjazd krótszy. Niemniej głównie z tego powodu, iż z Seborgi znacznie bliżej miałem właśnie do podnóża zachodniej wspinaczki. Na dojeździe wystarczyło pokonać niespełna 40 kilometrów. Gdybym uparł się na wschodni wariant musiałbym przejechać ponad 70. Tym razem ruszyłem w trasę razem z Iwoną. Był to ostatni dzień naszego pobytu w Ligurii. Chcieliśmy jeszcze wpaść na plażę w pobliżu Arma di Taggia, zaś wracając z gór zrobić większe zakupy spożywcze przed powrotem do ojczystego kraju. Plan zakładał też zwiedzanie miasteczka Badalucco, które to jednak okazało się mniej interesujące niż Apricale czy Dolceacqua.

Na rower wskoczyłem kwadrans po jedenastej. O tej porze słońce już całkiem ostro przygrzewało. Na starcie mój licznik zanotował temperaturę 33 stopni. Ruszyłem z Badalucco kierując się w górę Valle Argentina drogą SP548. Niemniej podjazd tak naprawdę miał się zacząć dopiero z chwilą opuszczenia owej doliny. Najpierw miałem do pokonania 2,5-kilometrowy odcinek o charakterystyce „falsopiano” czyli ze średnim nachyleniem ledwie 2,5%. Na początek kilkusetmetrowy przejazd przez miasteczko. Potem dwa kilometry niemal prosto na północ, cały czas wzdłuż lewego brzegu potoku Argentina. Tuż przed moim startem przemknęła przez Badalucco trójka żwawych „cicloamatori”. Ruszyłem za nimi, ale ciężko było się do nich zbliżyć jadąc z pewną rezerwą na rozgrzewce przed podjazdem. Zastanawiałem się czy podobnie jak ja mają w planach rychły „skok w bok” i obiorą kurs na Montalto Ligure. Gdyby tak się stało mógłbym się z nimi porównać w trudnym terenie czyli na 13-kilometrowym podjeździe o średniej 7%. Niestety pojechali prosto. Być może w swych planach mieli większą rundkę z wykorzystaniem Passo Teglia, Passo Langan lub Monte Ceppo. Mniejsza o to. Nawet bez nich zostało mi do pokonania dwóch ostrych rywali. Pierwszym był sam podjazd o parametrach premii górskiej pierwszej kategorii. Drugim upał czyli w tych dniach nasz nieodłączny towarzysz podróży. Po wjechaniu na drogę SP21 przez blisko kilometr jakby zawracałem na południe. Przejechawszy kilometr o średnim nachyleniu 7,2% dotarłem do miasteczka Montalto Ligure, które swym usytuowaniem przypominało mi poniedziałkowe Apricale.

Po wyjechaniu z tej miejscowości przez następne 4,5 kilometra jechałem cały czas w kierunku północno-wschodnim wzdłuż potoku Carpasino. A ściślej wysoko ponad nim, gdyż z szosy nie można było go dostrzec. Pod koniec szóstego kilometra miałem już przed oczyma Carpasio. Tym niemniej zanim dotarłem do tej górskiej wioski zdążyłem przejechać kolejne półtora kilometra krętym szlakiem z trzema zakrętami. Cały przeszło 6-kilometrowy segment między Montalto i Carpasio był tylko nieznacznie łatwiejszy od pierwszego kilometra, bowiem ma nachylenie o przeciętnej 6,4%. Po wyjeździe z tej miejscowości miałem do pokonania jeszcze blisko 6 kilometrów. Na tym górnym segmencie stromizna była nieco wyższa niż przed półmetkiem podjazdu. Na czwartym kilometrze od końca sięgnęła wartości 8,6%. Ostatnią tercję podjazdu dane mi było zrobić pod zachmurzonym niebem. Miało to spory wpływ na temperaturę otoczenia. Między początkiem dziesiątego kilometra a przełęczą zleciała ona z 30 do 22 stopni. Mocniejsze kawałki na tym podjeździe skończyły się pod koniec dwunastego kilometra, gdy dotarłem do osady Prati Piani na wysokości 1100 metrów n.p.m. Ostatni odcinek o długości 1,1 kilometra trzymał już na umiarkowanym poziomie 6,1%. Niespełna 200 metrów przed metą minąłem łącznik z drogą SP24, którą na Oggię dojechałem przed dziewięcioma laty. W tym miejscu wjechałem na teren utworzonego w 2007 roku Parco Naturale Regionale delle Alpi Liguri obejmującego powierzchnię 60,4 km2. Jeszcze tylko krótki finisz i Oggia ponownie została zdobyta. Przeszło 13-kilometrowa wspinaczka zabrała mi 56 minut z hakiem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/11984782987

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/11984782987

ZDJĘCIA

FILM

Monte Ceppo N

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Molini di Triora

Wysokość: 1505 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1058 metrów

Długość: 15,1 kilometra

Średnie nachylenie: 7 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W czwartek podobnie jak w środę opuściliśmy Italię na kilka godzin. Tym razem celem wspólnej wycieczki było Księstwo Monako. Po dojechaniu na miejsce „porzuciliśmy” auto na parkingu Chemin des Pecheurs. Tym samym zwiedzania Księstwa zaczęliśmy od przechadzki po Jardins Saint-Martin. Po wyjściu z tego parku skierowaliśmy się w stronę tutejszej Katedry, by następnie przejść na wielki plac przed Palais Princier. Przy pomniku Francois’a Grimaldiego dowiedzieliśmy się w jaki podstępny przodek dzisiejszego władcy wszedł w posiadaniu tutejszego zamku. Następnie krętym deptakiem zeszliśmy ze Wzgórza. Skierowaliśmy się w stronę Portu Herkulesa wypełnionego jachtami za grube miliony. Po drodze przeszliśmy bulwar Alberta I, ulicę będącą częścią Circuit de Monaco. To jest rundki o długości 3337 metrów, na której corocznie na przełomie maja i czerwca ścigają się kierowcy Formuły 1. Mimo upału zrealizowaliśmy nasz plan zakładający dojście pod Casino Monte-Carlo. Weszliśmy też środka, ale jedynie po to by rzucić okiem na wnętrza, które można zobaczyć bez uszczerbku dla portfela turysty. Cały spacer zajął nam ponad trzy godziny. Do domu nie dało się wrócić zbyt szybko. Autostrada była zakorkowana, zaś nadmorska trasa przed Mentonę też miejscami testowała naszą cierpliwość. Na popołudnie zaplanowałem sobie kolejny kolarski wypad. Dziesiąty podjazd owych okazji miałem zacząć w miejscowości, którą odwiedziłem już we wrześniu 2015 roku. Po czym skończyć go na górze zdobytej w trakcie tej samej wyprawy. Nie oznacza to bynajmniej, iż zdecydowałem się powtórzyć wspinaczkę sprzed dziewięciu lat.

Samochodem musiałem dojechać do Molini di Triora. Natomiast moim górskim celem była Monte Ceppo. Przy poprzedniej okazji z owej wioski startowałem na wschód ku premii górskiej na Passo di Teglia (1388 m. n.p.m.). Tym razem miałem ruszyć na zachód i zajechać przeszło sto metrów wyżej. Na miejsce, do którego uprzednio dotarłem dłuższym i chyba jednak trudniejszym szlakiem z Badalucco. Monte Ceppo to góra o wysokości 1627 metrów n.p.m. z wierzchołkiem w granicach gminy Bajardo. W pobliże tego szczytu dochodzi droga SP75. Wspinaczka ta kończy się na poziomie nieco ponad 1500 metrów n.p.m. Jest to zatem trzeci pod względem wysokości szosowy podjazd w Ligurii. Po asfalcie wyżej można tu wjechać tylko na Colletta della Salse (1629) oraz Colle Melosa (1540). Tym niemniej pod względem czystego przewyższenia ta góra nie ma sobie równych w regionie. Podczas wspinaczki ze startem w Badalucco, zaliczonej w sezonie 2015 musiałem zrobić w pionie około 1340 metrów! Tym razem miało być krócej i nieco łatwiej. Niemniej i tak trzeba było pokonać przeszło tysiąc metrów różnicy wzniesień. Szkoda, że jak na razie tylko raz owej góry skorzystali organizatorzy Giro d’Italia. Peleton „La Crosa Rosa” w cieniu Monte Ceppo pojawił się tylko na czternastym etapie Giro z roku 1974. Tym niemniej kolarze na „dach” etapu z Pietra Ligure do Sanremo wjechali nie od Molini di Triora czy Badalucco, lecz szlakiem z Arma di Taggia przez Poggio di Sanremo, Cerianę i Passo Ghimbegnę. Z mojej czwartkowej góry wykorzystali jedynie górne 6 kilometrów jako początek zjazdu w kierunku przełęczy Langan i miasteczka Pigna.

Z Seborgi wyruszyłem po godzinie szesnastej. Do przejechania samochodem miałem 53 kilometrów, ale w zdecydowanej większości do pokonania lokalnymi drogami. Taki dojazd musiał zabrać przeszło godzinę. Od półmetka wiódł drogą SP548 w głąb Valle Argentina. To około 40-kilometrowa dolina utworzona przez potok mający źródło na południowym zboczu Monte Saccarello (2201 n. n.p.m.), najwyższej góry w Ligurii. Po dojechaniu bezskutecznie szukałem parkingu w centrum miasteczka. Ostatecznie zjechałem w kierunku rzeczki i zatrzymałem się w uliczce pomiędzy boiskiem i stacją benzynową firmy Esso. Tego dnia w Alpach Liguryjskich nieco popadało. Na tarcie było ciepło, ale nie upalnie. Za to powietrze było przesiąknięte wilgocią, zaś szosa jeszcze nie wyschła po deszczu. Startowałem nieco po wpół do osiemnastej przy temperaturze ponad 25 stopni. Większa część tego podjazdu wiodła po drodze SP65 biegnącej przez Passo Langan w kierunku doliny rzeki Nervia. Przez pierwsze kilkaset metrów za mostem nad Fora di Taggia szosa wznosiła się ledwie zauważalnie. Po 900 metrach minąłem ślepą dróżkę do osady Moneghetti. Mój szlak skręcił tu delikatnie w prawo i zarazem z falsopiano zmienił się od razu w całkiem poważny podjazd. Od tego miejsca przez kolejne siedem kilometrów wszystkie 500-metrowe sektory wspinaczki miały nachylenie na średnim poziomie od 7 do 9%. Przy tym nieco trudniejsza była dolna połówka tego długiego segmentu. Na dole droga była bardziej kręta. Do połowy szóstego kilometra zaliczyłem siedem wiraży. Szosa otoczona była gęstym lasem, więc nawet w upalny dzień można by tu znaleźć nieco cienia.

W połowie dziewiątego kilometra dotarłem do miejsca, w którym miałem się rozstać z drogą SP65. To była ostatnia chwila na decyzję czy rzeczywiście chcę skończyć tą wspinaczkę na Monte Ceppo. Teoretycznie mogłem pojechać prosto na przełęcz Langan i z niej odbić w prawo ku mecie na Colle Melosa. To byłaby bardzo ładna końcówka z finałem na nieco wyższym poziomie. Tym niemniej zaliczyłem ją we wrześniu 2015 roku. Chcąc odkryć coś nowego musiałem skręcić w lewo i wbić się na szosę SP75. Pierwsze dwa kilometry na nowej drodze były solidne ze średnią nieco ponad 6%. Następnie na dojeździe do San Giovanni dei Prati przez 700 metrów zrobiło się płasko. Za to tuż za tą osadą dla kontrastu czekało mnie ciężkie półtora kilometra czyli odcinek w ciemnym lesie ze stromizną o średniej 10% i max. 13%. Gdy się z nim uporałem został mi już tylko równie długi finał o umiarkowanej przeciętnej 6,8%. Mogłem się zacząć rozglądać za „linią górskiej premii”. Na tej górze ciężko wyczuć najwyższy punkt drogi. Prawdopodobnie jest to miejsce na styku gmin Molini di Triora i Bajardo, które minąłem po przejechaniu 14,5 kilometra od mostu nad Fora di Taggia. Dotarłem tam po 1h i 5 minutach wspinaczki. Nie mając pewności czy to już, pojechałem jeszcze dalsze 800 metrów aż po zakręt nieopodal szczytu Monte Ceppo. Dopiero z tego miejsca zawróciłem. Do samochodu zjechałem na krótko przed dwudziestą. Około 21-wszej dotarłem do rozśpiewanej i roztańczonej Seborgi. Latem w każdy czwartkowy jak i sobotni wieczór odbywa się w niej festyn, na którym bawią się tak miejscowi jak i turyści. Tancerz ze mnie żaden, ale obiecałem Iwonie, iż pójdziemy na tą imprezę. Słowa dotrzymałem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/11979629204

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/11979629204

ZDJĘCIA

FILM