Gryzonia czyli Graubunden, Grischun & Grigioni

Szwajcaria – kraj gór pięknych i wysokich oraz jeszcze wyższych cen towarów i usług. W minionych dwóch dekadach podjąłem niejedno, ciężkie tak dla nóg jak i portfela, wyzwanie polegające na poznawaniu co ciekawszych kolarskich podjazdów na terenie alpejskiej Konfederacji. Były to w sumie cztery dłuższe wyprawy skupione na szosach Helvetii oraz kilka przelotnych wizyt złożonych tam przy okazji wycieczek po państwach ościennych. Pierwszym doświadczeniem był wypad na rajd Alpenbrevet Gold z sierpnia 2008 roku połączony ze zwiedzaniem najbardziej znanych przełęczy w środkowej i wschodniej Szwajcarii. Rok później w czerwcu odkrywałem wzniesienia Jury oraz Alp Berneńskich i Pennińskich z obu stron młodego Rodanu. Do kantonu Valais / Wallis wróciłem potem w sierpniu 2017 roku, zaś na przełomie czerwca i lipca 2023 roku mimo noclegów po włoskiej stronie granicy najwięcej czasu spędziłem na szosach Ticino. W sumie przed sezonem 2025 na terenie Szwajcarii pokonałem 77 większych podjazdów (o przewyższeniu ponad 500 metrów). Przy tym 15 na obszarze regionu, który stał się głównym celem pierwszej z moich trzech tegorocznych wypraw. Z tej piętnastki: pięć poznałem w roku 2008, siedem w 2011 i trzy w 2023.

Gryzonia (Graubunden, Grischun, Grigioni czy Grisons) bo o niej tu mowa to bardzo szczególny kawałek Szwajcarii. Kraina ta w granicach zbliżonych do współczesnych po raz pierwszy zaistniała na politycznej mapie Europy pod koniec XV wieku. W 1471 roku doszło do aliansu trzech oddolnych inicjatyw terytorialnych czyli: Ligi Domu Bożego, Szarej Ligi oraz Ligi Dziesięciu Jurysdykcji. Szara Liga dała nazwę całemu regionowi, lecz w jego współczesnym herbie czy fladze dojrzeć można symbole każdej z dawnych lig. Trzy Ligi stopniowo zacieśniały współpracę, a przy tym stały się sojusznikiem Szwajcarii w jej odwiecznych zmaganiach z dynastią Habsburgów. Tym niemniej formalnie Gryzonia dołączyła do Konfederacji dopiero w roku 1803. Dziś jest największym kantonem Konfederacji o powierzchni 7105 km2 czyli zajmuje 1/6 terytorium tego państwa. Jest to jednak bardzo górzysty i przez to najrzadziej zaludniony region Szwajcarii. Mieszka tu tylko 200 tysięcy z blisko 9 milionów obywateli tego kraju. To jest ciut mniej niż w mieście Genewa, a przeszło dwa razy mniej niż w Zurychu. Stolicą tego kantonu jest niespełna 40-tysięczne Chur, będące najstarszym ze szwajcarskich miast. Poza nim najsłynniejszymi miejscowościami Gryzonii są: Davos i Sankt-Moritz. Ta pierwsza to najwyżej położone miasto Europy leżące na wysokości 1560 metrów n.p.m., zaś druga to słynny ośrodek sportów zimowych, gospodarz Igrzysk Olimpijskich z lat 1928 i 1948.

Graubunden uchodzi za najbardziej zróżnicowany pod względem kulturalnym oraz naturalnym ze wszystkich 26 regionów Szwajcarii. Tylko w tym kantonie są aż trzy języki urzędowe czyli: niemiecki, romansz i włoski. Ten pierwszy współcześnie przeważa stopniowo wypierając lokalne dialekty reto-romańskie. Natomiast lingua italiana używana jest na południu w dolinach poniżej przełęczy: San Bernardino, Maloja i Bernina. Jeśli chodzi o lokalne skarby natury to wspomnieć trzeba, iż najwyższa góra Gryzonii czyli Piz Bernina (4048 m. n.p.m.) jest zarazem najwyższym szczytem całych Alp Wschodnich. Z kolei miejscowe rzeki należą do zlewiska aż trzech mórz. Swój bieg zaczyna tu Ren zmierzający ku Morzu Północnemu. Jego dwa początkowe odcinki czyli: Przedni (Vorderrhein) i Tylni (Hinterrhein) łączą się właśnie na terenie tego kantonu pod wsią Reichenau nieopodal Tamins. Rzeczki i potoki z południa brną ku Padowi i Adydze, po czym ich nurtem ku Morzu Adriatyckiemu. Natomiast wody na wschodzie regionu dzięki Innowi łączą się z Dunajem płynącym do Morza Czarnego. Ta różnorodność sprawia, że Grischun bywa nazywane „Małą Szwajcarią” czy też „Szwajcarią w pigułce”. Wypada też wspomnieć, iż połączenia kolejowe w tym regionie obsługuje jedynie lokalny (odrębny od federalnego) przewoźnik czyli Koleje Retyckie. Do jego kultowych „produktów” należą malownicze wysokogórskie trasy: Bernina Express i Glacier Express. Dodam jeszcze, iż jedyny szwajcarski park narodowy czyli Parc Naziunal Svizzer znajduje się właśnie w tym regionie mając siedzibę w Zernez na terenie doliny Engadyna.

Podobnie jak w 2024 roku do czerwcowej wyprawy namówiłem swego imiennika z Gdyni czyli Daniela Szajnę. Na „booking.com” ciężko było znaleźć noclegi w cenie poniżej 100 Euro za noc. Ostatecznie znalazłem dwie bazy. Pierwszą na 13 nocy w Laax na terenie dystryktu Surselva i drugą na 3 noce nieco bardziej na wschód w miasteczku Domat / Ems (d. Imboden). Ponieważ była to pierwsza z tegorocznych wycieczek wolałem nie rzucać się od razu na góry mogące stanowić największe wyzwanie. Ważna była odpowiednia aklimatyzacja czyli przyzwyczajenie nóg, płuc i serca do rytmu jazdy w ciężkim górskim terenie. Dlatego opracowałem szczwany plan na przetrwanie. Przez pierwszych pięć dni celowaliśmy niemal wyłącznie w dłuższe, lecz raczej umiarkowane pod względem nachylenia, podjazdy prowadzące ku tutejszym przełęczom czy też krańcom górskich dolin. Dopiero od szóstego dnia rozpocząłem swe „nierówne” zmagania z nieco krótszymi, lecz na ogół bardzo stromymi wspinaczkami ku metom pod górskimi schroniskami oraz gospodarstwami. Mając do dyspozycji 15 dni liczyłem na zrobienie maksymalnie trzydziestu premii górskich. Ostatecznie zaliczyłem ich 24, z czego 22 na szosach Gryzonii i dwie (te ostatnie) w sąsiednim kantonie Sankt-Gallen. W systemie góra-dół przejechałem tu łącznie 797 kilometrów. Nie za dużo jak na ponad dwa tygodnie. Niemniej w pionie uzbierało mi się 28.819 metrów.

W sumie aż 9 razy wjechałem w tych dniach na pułap ponad 2000 metrów n.p.m., przy czym tylko 4 z tych premii górskich były dla mnie zupełnie nowymi miejscami tzn. Juf, Alp Anarosa, Bargli i Berghaus Arflina. Dachem owej wyprawy i zarazem całego sezonu 2025 stała się Fluelapass wznosząca się na wysokość 2383 m. n.p.m. Aczkolwiek w jej przypadku nie musieliśmy pokonywać przesadnie dużego przewyższenia jako, że wystartowaliśmy ku niej ze wspomnianego już Davos. Powyżej poziomu „2300” wspięliśmy się tego dnia dwukrotnie, gdyż parę godzin wcześniej zaliczyliśmy też Albulę. Trzeci tego rodzaju wjazd wykonaliśmy zaś pięć dni później kończąc ciężką wspinaczkę pod Tguma / Alp Anarosa. Pod względem przewyższenia, a także stromizny na szosach Gryzonii nie było „miękkiej gry”. W sumie aż 18 z 24 wzniesień miało amplitudę przeszło 1000 metrów. Największe czyli Julierpass i Alp Anarosa odpowiednio 1438 i 1414 metrów, zaś trzy kolejne przeszło 1300. Dodam przy tym, że 11 moich podjazdów miało średnie nachylenie o wartości ponad 9 czy nawet 10% i to mimo długości z reguły przekraczającej 10 kilometrów. Trafiły się nam tu dwie przeszło 30-kilometrowe wspinaczki. Najdłuższą była ta z Tiefencastel pod przełęcz Julier o długości aż 35,8 kilometra, zaś drugą pod tym względem wjazd z Chur do stacji Innerarosa 30,7. Pięć najbardziej hardcorowych wzniesień tej wyprawy czyli: Alp Anarosa, Buchserberg (Malbun Obersaas), Alp dil Plaun, Alp Palfries i Berghaus Arflina weszło do pierwszej „setki” najtrudniejszych podjazdów w 23-letniej historii moich górskich podróży. Najcięższa z owych gór czyli Tguma-Alp Anarosa wskoczyła w tym zestawieniu na 39 miejsce czyli lokatę pomiędzy południową Faunierą i maratońskim podjazdem na Forcola di Livigno.

Mój rozkład jazdy:

20.06 – Juf & Splugenpass

21.06 – Oberalppass

22.06 – Albulapass & Fluelapass

23.06 – Julierpass

24.06 – Val Lumnezia & Zervreila See

25.06 – Alp Quader & Wali

26.06 – Alp da Riein

27.06 – Alp Anarosa & Glaspass

28.06 – Berghotel Tgantieni & Obermutten

29.06 – Partnun & Bargli

30.06 – Innerarosa

1.07 – Berghaus Arflina & Valcaus

2.07 – Alp dil Plaun

3.07 – Tschiertschen

4.07 – Malbun Obersass & Alp Palfries

Alp Palfries

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Azmoos

Wysokość: 1712 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1222 metry

Długość: 11,5 kilometra

Średnie nachylenie: 10,6 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL > climbfinder

OPIS

Tej wspinaczki bardzo długo nie mogłem zacząć. Po zjechaniu z Malbun Obersass do Buchs wsiadłem do samochodu i wróciłem na miejsce, gdzie przed południem rozstałem się z Danielem. Wedle mojego wyobrażenia znalazłem się w Azmoos u podnóża drugiego z piątkowych wzniesień. Miałem tylko ruszyć pod górę ulicą Wolfgartgasse. Tak też zrobiłem rozpoczynając całą serię drogowych pomyłek. Najpierw pokonałem odcinek 1,7 kilometra z przeciętną 9,3%, zanim ta szosa zmieniła się w kamienisty dukt. Jak się potem okazało była to ślepa dróżka do osady Matug. Zawróciłem zbity z tropu i zjeżdżając zahaczyłem jeszcze o ścieżkę po drugiej stronie potoku Luterbach. Niemniej tam jeszcze szybciej pojawił się szuter. Uznałem zatem, że trzeba pojechać na północ. Dopiero wtedy tak naprawdę opuściłem Trubbach i wjechałem do Azmoos. Niemniej tam podjąłem jeszcze dwie złe decyzje. Najpierw zacząłem się wspinać stromą ulicą Eichwaldweg, lecz po 700 metrach ze średnią 11% zatrzymałem się na podwórku przed samotnym domem. Potem zajrzałem w uliczkę Eichwaldstrasse, lecz i ta wkrótce stała się gravelowa. Kręciłem się po okolicy przez dobre pół godziny, będąc coraz bardziej zdezorientowany. Przejechałem kilka zbędnych kilometrów robiąc blisko 300 metrów nadprogramowego przewyższenia i wciąż nie odkryłem „wrót” do Alp Palfries. W końcu jednak zdałem sobie sprawę, że ten podjazd zaczyna się przy restauracji Hofli na ulicy Gatina. To znaczy na drodze wiodącej do miejscowości Malans.

Zrobiłem sobie całkiem niezłą rozgrzewkę przed drugą tego dnia premią górską najwyższej kategorii. Climbfinder wycenia tą wspinaczkę na 1349 punktów. Tylko trzy „oczka” więcej otrzymał na tej stronie kultowy podjazd pod Mont Ventoux od Bedoin. Wyzwanie było zatem niemałe. Tymczasem ja zdążyłem już tego dnia uzbierać, chcący czy niechcący, przeszło 1600 metrów przewyższenia. Tu na sam początek miałem do pokonania 800 metrów ze średnią 9,1%. Na drugim zakręcie Gatiny zamiast skręcać w prawo musiałem pojechać prosto i wjechać na dróżkę Wiesenrank. Ta zrazu wiedzie do restauracji Lavadarsch, którą mija się po przejechaniu 3,6 kilometra. Do połowy czwartego kilometra przeciętne nachylenie tego wzniesienia to 10,3%. Potem robi się jeszcze trudniej, bowiem średnia z kolejnych 3 kilometrów wynosi już 11,6%. Tym niemniej jakoś się jechało. Po dwóch tygodniach ciężkiej górskiej zaprawy nogi przyzwyczaiły się do tego rodzaju stromizn. Pod koniec piątego kilometra minąłem dróżkę Alpenstrasse schodzącą do miejscowości Oberschan. Droga już od kilkuset metrów biegła przez gęsty las, w którym miała pozostać aż do końca dziesiątego kilometra. Tu i ówdzie zmieniała ona kierunek. Na całym podjeździe jest 13 wiraży. Od czasu do czasu mijałem przydrożne parkingi, których jest tu całkiem sporo.

Nachylenie na chwilę odpuściło pod koniec siódmego kilometra, po czym znów ostro przygrzało. Odtąd czekał mnie segment o długości 2,9 kilometra i średniej aż 12,2%. Ta stroma końcówka była bardziej nieregularna niż finałowy segment na Malbun Obersass. To była seria ścianek z luzami pomiędzy, przy tym niektóre stromizny wiodły po szutrze. Jedna z nich mnie pokonała. Na krótko postawiłem stopy na ziemi. Ostatnim wyzwaniem był nachylenie z drugiej połowy jedenastego kilometra. Za ostatnim trzynastym zakrętem podjazd zaczął szybko łagodnieć, by na wysokości ósmego parkingu (km 11,2) przejść w falsopiano. Przejechałem jeszcze dalsze 600 metrów w terenie płaskim, a potem nawet łagodnie schodzącym. Na tym odcinku minąłem górną stację kolejki linowej Palfriesbahn, która dociera tu z wioski Ragnatsch leżącej w dolinie Seeztal. Palfries to pastwisko na południowym zboczu góry Alvier (2343 m. n.p.m.) należącej do pasma Appenzell Alps. Nie zjeżdżałem do parkingu nr 9 czyli do samego końca owej szosowej drogi. Ponoć jest on wyposażony w stację ładowania rowerów elektrycznych. Nieco dalej na wysokości około 1690 metrów n.p.m. stoi gospodarstwo Vorderpalfries, do którego prowadzi już szutrowa ścieżka. Na szczycie tej góry pojawiłem się dość późno, bo parę minut po wpół do siedemnastej. Nie miałem specjalnie czasu na podziwianie uroków tej górskiej krainy. Trzeba było możliwie prędko zjechać do Trubbach, aby mój kompan nie czekał na mnie zbyt długo przy samochodzie, po zakończeniu swej przeszło 90-kilometrowej „wycieczki” szosami Liechtensteinu.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15007865738

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15007865738

MALBUN (LIE) by DANIEL SZAJNA

https://www.strava.com/activities/15005568417

ZDJĘCIA

FILM

Malbun Obersass

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Buchs

Wysokość: 1743 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1304 metry

Długość: 12 kilometrów

Średnie nachylenie: 10,9 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL > cyclingcols

OPIS

Dwa ostatnie etapy 15-dniowego pobytu we wschodniej Szwajcarii przeznaczyłem sobie na strome podjazdy w kantonie Sankt-Gallen. Po czwartkowym odwrocie do Chur wiedziałem, że dwóch z czterech tamtejszych wspinaczek nie dam już rady zaliczyć. Pozostało tylko zdecydować na czym mniej nam zależy. Wycieczka w rejon Liechtensteinu miała priorytet, więc tak jak dzień wcześniej opuszczając Domat / Ems wzięliśmy kurs na miasteczko Azmoos. Tym samym zrezygnowaliśmy z wyprawy nad jezioro Walensee, gdzie czekać nas mogły podjazdy z Weesen na Vorder Hohi (1537 m. n.p.m.) oraz z Walenstadt na Schwaldis (1440 m. n.p.m.). Ponieważ w piątkowy poranek powoli kończyły się nocne opady deszczu, to tym razem ruszyliśmy z bazy dopiero po godzinie dziesiątej. Jak się później okazało zatrzymaliśmy się nie w Azmoos, lecz sąsiadującym z nim Trubbach. Daniel z tej miejscówki przez Rheinbrucke wjechał do Alpejskiego Księstwa, po czym z Balzers ruszył na północ tego mikro-państwa. Ogólnie zrobił sobie 40-kilometrową rozgrzewkę przed głównym punktem swego piątkowego programu czyli podjazdem do stacji Malbun (1705 m. n.p.m). Do pokonania miał wspinaczkę o długości 14,9 kilometra i przeciętnym nachyleniu 8,3%. W tym półtorakilometrowy segment o średniej 11,6% tuż przed wjazdem do tego ośrodka narciarskiego. To premia górska najwyższej kategorii. Nic dziwnego, że etapy Tour de Suisse kończące się w tym miejscu wygrywali tylko świetni górale tzn. Austriak Georg Totschnig (2004), Luksemburczyk Frank Schleck (2007), Holender Steven Kruijswijk (2011) i Francuz Thibout Pinot (2022).

Moje piątkowe wzniesienia były co najmniej tej samej klasy. Na pierwsze danie wziąłem sobie ten ciut trudniejszy czyli Buschserberg alias Malbun Obersass. W tym celu ze wspomnianego już Trubbach musiałem podjechać autem jakieś 12 kilometrów dalej na północ do miejscowości Buchs. Tam znalazłem sobie miejsce do rozładunku na parkingu koło młyna przy Altendorferstrasse. Do podnóża podjazdu cofnąłem się jakieś trzysta metrów docierając na styk z uliczką Kreuzgasse. Tym samym wystartowałem niemal spod sklepu rowerowego firmy Koba. Już po pierwszych 400 metrach wyjechałem z miasteczka. Kolejne dwa kilometry wiodły przez gęsty las. Jednak tym razem cienia nie potrzebowałem. Deszczu już nie było. Niemniej słońce też jeszcze nie wyjrzało. Chmury zalegały nisko, a może była to mgła. W każdym razie widoczność niemal na całym tym podjeździe miałem bardzo ograniczoną. Może to i lepiej bowiem widziałem tylko najbliższe kilkadziesiąt metrów, więc „nie rzucały mi się w oczy” żadne dłuższe stromizny. Tymczasem było z czym walczyć. Średnia stromizna tej 12-kilometrowej góry to niemal 11%. Dolna tercja czyli pierwsze 4 kilometry ma średnią 10%. Na tym segmencie mija się gospodarstwo Rhynerhaus (km 2,7) oraz restaurację Holzig Alvier przy osadzie Bongert (km 3,4). Droga wspina się ostro, ale leci krętym szlakiem. Podczas całej wspinaczki zawija się na 21 zakrętach. W środkowej fazie biegnie przez teren otwarty czyli górskie łąki. Tu i ówdzie mija pojedyncze gospodarstwa jak choćby Xanderguet (km 5,3) czy Waldrand (km 6,3). W drugiej połowie siódmego kilometra ponownie chowa się w lesie i przez kolejne 1100 metrów trzyma na poziomie ponad 12%. Cała 4-kilometrowa środkowa tercja ma zaś przeciętne nachylenie 10,3%.

Przejechawszy 8,2 kilometra mogłem pojechać prosto i od razu wbić się na węższą dróżkę prowadzącą bezpośrednio do gospodarstwa Alp Malbun – Obersass. Zostałem jednak na drodze skręcającej w lewo i po dalszych 650 metrach dotarłem na plac pod Berghaus Malbun (1369 m. n.p.m.). To malutki ośrodek narciarski. Ot górska restauracja z jednym stokiem obsługiwanym przez wyciąg orczykowy. Gdy po krótkim zjeździe wjechałem na dalszą część mojego podjazdu to do pokonania zostało mi jeszcze 3,9 kilometra o średniej aż 11,3%. Jak widać na tej górze: im wyżej tym trudniej. Za połową swego jedenastego kilometra minąłem dolne gospodarstwo czyli Malbun Untersass. Bez zbędnego odcinka o długości 1300 metrów minąłbym je mając w nogach 9,3 kilometra. Powyżej niego wąziutka Dossenweg już niemal cały czas trzyma dwucyfrowe wartości. Nawierzchnia szosy jest dość wątpliwej jakości. Poza tym w trakcie mojego przejazdu była ona nawet gówniana i to dosłownie, gdyż gdzieniegdzie brązowa świeżo po przejściu stada krów. W dwóch miejscach nie musiałem też na chwilę stanąć by przełożyć rower jak i samemu przejść ponad sznurem rozwieszonym wszerz dróżki. Niemniej skoro już tak się namęczyłem to żadna przeszkoda nie mogła mnie powstrzymać od dotarcia na sam szczyt. W końcu dopiąłem swego i stanąłem pod zamglonym Malbun Obersass. Gdyby odliczyć czas stracony poza głównym szlakiem to zabrało mi to 1 godzinę i 16 minut, co oznaczało wspinaczkę z VAM na poziomie około 1000 m/h. W trakcie zjazdu niebo już się rozpogadzało, dzięki czemu fotki „strzelałem” w znacznie lepszych warunkach świetlnych niż te które miałem na podjeździe.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15007814649

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15007814649

ZDJĘCIA

FILM