Trentino-Alto Adige, Veneto & Friuli

We wrześniu 2025 roku wróciłem tam, gdzie przed wieloma laty zacząłem swą przygodę z wielkimi kolarskimi podjazdami. Trentino-Alto Adige oraz Veneto to dwa regiony, od których rozpocząłem poznawanie górskich szos Italii. Moim pierwszym podjazdem w tym kraju była tyrolska strona legendarnej wspinaczki na Passo dello Stelvio (Stilfser Joch) z lipca 2003 roku. W dwóch kolejnych dniach zaliczyłem swe pierwsze wspinaczki w sercu Dolomitów. W następnym roku na dolomickim pograniczu Trydentu i Wenecji Euganejskiej kręciłem już przez pięć dni z rzędu. Nieco później czyli w latach: 2006-2008, 2010, 2012, 2015-2016 oraz 2018 jeszcze nie raz gościłem w obu tych regionach. Poza tym w roku 2008 na chwilę, zaś w 2012 na znacznie dłużej wpadłem do położonego na północno-wschodnim krańcu Włoch regionu Friuli-Wenecja Julijska. Dzięki tym wszystkim wyprawom do połowy sierpnia 2018 roku na obszarze Trydentu i obu Wenecji poznałem w sumie 136 premii górskich, w tym 90 o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Większość z nich, bo aż 81 na drogach Trentino-Alto Adige (z czego 46 w prowincji Trento i 35 w Bolzano). Poza tym 40 w regionie Veneto i 15 we Friuli-Venezia Giulia. Przy okazji aż pięć ze swoich siedmiu wyścigów typu Gran Fondo przejechałem właśnie na szosach Veneto, Sud Tirolu (Alto-Adige) czy Trentino. Mam tu na myśli: GF Dolomiti Stars-2007 (wokół Arabby), Maratona dles Dolomites-2007 (Corvara alta Badia), GF Campagnolo-2008 (Feltre), GF Marcialonga-2010 (Predazzo) oraz moje ostatnie wyzwanie tego typu czyli GF Charly Gaul-2012 (Trento).

Tak się jednak złożyło, że w ostatnich sześciu sezonach już nic nie dodałem do tego dorobku. Owszem pomiędzy rokiem 2019 a 2024 dalsze pięć razy wybrałem się we włoskie Alpy. Niemniej za każdym razem obierałem kurs zachodni, o to by na rowerze zwiedzać: Dolinę Aosty, Lombardię, Piemont czy nawet Ligurię. Gdy na początku października ubiegłego roku wracałem z Apeninów do Polski słoneczną tego dnia Doliną Adygi zdałem sobie sprawę, że dawno mnie w tych stronach nie było. Zapragnąłem powrotu na „stare śmieci”. Wiedziałem, że niejedno ciekawe wzniesienie zostało mi tu jeszcze do zobaczenia i zaliczenia. Opracowałem sobie plan na 10-dniową wycieczkę po wschodniej części włoskich Alp. Do tej stosunkowo niedługiej wyprawy udało mi się namówić przyjaciela z kaszubskich tras czyli Adriana Zdrojewskiego. Kompana, z którym w latach 2020-2023 zwiedzałem górskie trasy w Alpach Nadmorskich i Prowansalskich, Dolinie Aosty i Piemoncie, Karyntii czy w końcu we wschodniej Hiszpanii oraz Andaluzji. Na ten wyjazd wybrałem sobie 20 wzniesień z obszaru pięciu włoskich prowincji: Trento, Bolzano (Bozen), Verona, Belluno oraz Udine. Aby ogarnąć cały ten teren potrzebowaliśmy trzech baz noclegowych. Poruszaliśmy się z zachodu na wschód, więc pierwszą znalazłem w miejscowości Pomarolo (nieopodal Rovereto), drugą w Facen (ponad Pedaveną), zaś trzecią w Forni di Sotto (dolina Tagliamento). Wiedziałem też, że Adriano w tych stronach jeszcze w ogóle nie kręcił. Dlatego poza moim tegorocznym programem znalazłem koledze szereg premii górskich „z najwyższej półki”. Znając jego moc wiedziałem, że nawet z najcięższym wyzwaniem sobie zgrabnie poradzi.

Jeśli chodzi o moje dokonania to w drugiej dekadzie września przejechałem w sumie 566 kilometrów z łączną różnicą wzniesień 19.651 metrów. Ostatecznie zaliczyłem 16 z 20 zaplanowanych sobie wzniesień. Jedenaście z nich miało przewyższenie ponad 1000 metrów. Dorobek Adriana był nieco bogatszy, pomimo jednego dnia przerwy. Mój kompan pokonał tu 17 znaczących premii górskich, w tym osiem na solo. Za moją namową zdobył bowiem: Passo Santa Barbara (z Bolognano), Rifugio Graziani (Mori), Monte Bondone (Trento), Passo Coe’ (Calliano), Monte Grappę (Semonzo), Tre Cime di Lavaredo (Auronzo di Cadore), Monte Zoncolan i Monte Arvenis (Ovaro). Ja na tym wyjeździe nie wjechałem na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. Trzykrotnie przekroczyłem pułap 1800 metrów. Moim najwyższym wzniesieniem była tu Monte Valsecca (1871 m. n.p.m.), zaś nieco niższymi metami: Rifugio Sorgenti del Piave (1835) oraz Sella di Rioda (1802). Na miano największej góry zasłużył sobie podjazd pod Monte Grappę rozpoczęty pod Seren del Grappa. To jest wspinaczka z przewyższeniem netto 1421 metrów, zaś brutto nawet 1531. Drugie i trzecie miejsca w tym zestawieniu zajęły: Monte Cornetto (1324) i Monte Valsecca (1316). Z kolei moim najdłuższym podjazdem był ten zdecydowani najłagodniejszy czyli blisko 28-kilometrowe Passo di Sommo z ulic Trento. Ciut krótsza była wspomniana już Monte Grappa, zaś podium uzupełniła Sella di Rioda o długości 24 kilometrów. W końcu zaś pokonałem tu trzy podjazdy o skali trudności na tyle wysokiej, by odnotować kolejne zmiany na liście top-100 moich najtrudniejszych wspinaczek. Północno-wschodnia Monte Grappa wskoczyła tu na 59., Monte Cornetto na 64., zaś Il Salto / Schermoos (od Terlano) na 91 miejsce.

Mój rozkład jazdy:

11.09 – Serrada & Passo della Bordala

12.09 – Monte Cornetto & Monte Fae

13.09 – Passo Sommo

14.09 – Schermoos Sattel W & Schermoos Sattel E

15.09 – Malga Pletzn & Passo Vezzena

16.09 – Monte Grappa NE

17.09 – Monte Avena & Passo Cibiana

18.09 – Rifugio Sorgenti del Piave

19.09 – Monte Valsecca & Pian delle Streghe

20.09 – Sella di Rioda

Sella di Rioda

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Ampezzo

Wysokość: 1802 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1233 metry

Długość: 24 kilometry

Średnie nachylenie: 5,1 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL > cyclingcols

OPIS

Wstępnie zakładałem, że w trakcie ostatniego dnia tej wyprawy zaliczymy dwie niespełna 10-kilometrowe, lecz bardzo strome wspinaczki. To znaczy Malga Poccet (1452 m. n.p.m.) z Pietratagliaty oraz Monte Lussari (1749 m. n.p.m.) z Valbruny. Całą przygodę mieliśmy zakończyć na trasie górskiej czasówki, gdzie rozstrzygnęły się losy Giro d’Italia 2023. W miejscu gdzie Primoz Roglic pokonał i zdetronizował Gerainta Thomasa. Niemniej aby mieć szanse na „zmęczenie” najtrudniejszej części tego wzniesienia to jest przeszło 4-kilometrowego segmentu o stałej stromiźnie 14-16% potrzebowałem przełożenia 34/32, którego mi tu brakowało. Mogłem liczyć co najwyżej na tryb 28. Dlatego na pożegnanie z Italią zaproponowałem Adrianowi podjazd na Sella di Rioda, oryginalnie przymierzany do ósmego etapu tej wycieczki. Tym samym w sobotę mieliśmy długi podjazd zamiast dwóch krótkich. Przy aucie załadowanym do pełna jeden przystanek na trasie był znacznie wygodniejszym rozwiązaniem niż dwa. Przed tą wspinaczką obawiałem się tylko licznych tuneli na dolnym odcinku poniżej sztucznego Lago di Sauris. To był mój trzeci w życiu wjazd na Altopiano di Casera Razzo. To jest na płaskowyż położony na wysokości około 1800 metrów n.p.m., na obszarze gminy Vigo di Cadore, a zatem już w granicach Wenecji Euganejskiej. Do tego miejsca biegną trzy górskie szlaki, z czego dwa prowadzące w przeważającej mierze szosami Friuli-Wenecji Julijskiej.

Mamy tu wspinaczkę wschodnią z Entrampo przez Val Pesarina kończącą się na Sella di Razzo (1739 m. n.p.m.). Przeszło 26 kilometrów z przeciętnym nachyleniem 4,6%. Podjazd zachodni z Treponti nad rzeką Piawą na Sella Ciampigotto (1798 m. n.p.m.). Ponad 16 kilometrów o średniej 6,4%. W końcu zaś południowy z Ampezzo w rejonie Alta Val Tagliamento wiodący przez Sauris na Sella di Riodę. Pierwsze z owych wzniesień pokonałem w lipcu 2012, zaś drugie w sierpniu 2018 roku. Pozostało mi zaliczyć trzecią premię górską z tego zestawu. Ponoć najtrudniejszą z nich. U podnóża owej góry pojawiliśmy się ledwie kwadrans po opuszczeniu Forni di Sotto. W Ampezzo alias Dimpeç zaczynałem trzynaście lat temu 11-kilometrowy podjazd na Passo del Pura (1425 m. n.p.m.). Tamta wspinaczka zaczynała się od 3-kilometrowego odcinka na drodze SS52. W przypadku wjazdu na Sella di Rioda korzysta się jedynie z szosy SP73, zaś wszystko zaczyna się po zjeździe z wspomnianej „krajówki”. Pierwsze 9 kilometrów tego podjazdu wiedzie doliną potoku Lumiei. Na samym początku mieliśmy tu bardzo łagodny odcinek czyli 2200 metrów z przeciętnym nachyleniem tylko 2,5%. Od mostu nad Rio Nier stromizna stała się odczuwalna. Kolejne dwa kilometry z hakiem to już sektor ze stromizną o średniej 6,7%. Nieco wyżej solidniejsze nachylenie było też ósmym i dziewiątym kilometrze. W połowie piątego kilometra wjechaliśmy do pierwszej z siedmiu galerii czyli 527-metrowej Clap della Polenta. W każdej z nich droga była wyłożona kostką, zaś niektóre wiodły po łuku. Oświetlenia może i nie brakowało, ale jednak miejscami robiło się ciemno. Łącznie do przejechania w półmroku mieliśmy tu 2,5 kilometra. Najdłuższy tego rodzaju kawałek trafił się tuż przed Lago di Sauris. Mam na myśli tunel Galleria della Diga o długości 776 metrów.

Diga po włosku znaczy zapora. Ta akurat czyli Diga della Maina powstała w latach 1941-1948. Ma wysokość 136 metrów i w chwili jej otwarcia była najwyższą we Włoszech, a drugą w całej Europie. Utworzyła ona sztuczne jezioro o powierzchni 1,57 km2, pod którego wodami spoczęła wioska Maina. Po koronie owej zapory biegnie Via San Valentino schodząca ku jezioru ze wspomnianej już przeze mnie przełęczy Pura. Mijając tamę byliśmy dopiero na poziomie 977 metrów n.p.m. Do przejechania pozostało nam zatem niemal 15 kilometrów i przeszło 800 metrów w pionie. Na początek 2,1 kilometra wzdłuż wschodniego brzegu jeziora. Odcinek zasadniczo płaski, za wyjątkiem krótkiej ścianki w połowie jedenastego kilometra. Od początku dwunastego kilometra pierwszy z trzech stromych segmentów. Odcinek o długości 2,3 kilometra przy średniej 9 i max. 12,7% kończący się przejazdem przez Sauris di Sotto (1212 m. n.p.m.). Miejscowość ta była najwyżej położonym ośrodkiem gminnym w całym Friuli-Venezia Giulia, do czasu przyłączenia Sappady do tego regionu. Sauris była jeszcze jedną germańska wyspa językowa na naszym szlaku przez północno-wschodnią Italię. Niemiecka nazwa owej gminy to Zahre. Założyli ją górale przybyli z dolin: Lesachtal (Karyntia) i Pustertal (Południowy Tyrol). Jej obecni mieszkańcy słynną z produkcji: prosciutto crudo, speck di Sauris oraz lokalnego piwa. Wioska jak z obrazka. Przy tym upiększona ślicznymi muralami. W tym miejscu zapraszam do zdjęć, które Adrian umieścił na stravie. Na czternastym kilometrze mieliśmy pół kilometra luzu, po czym zaczęliśmy kolejny mocny sektor. Tym razem 3-kilometrowy o średniej 7,6 i max. 11,2%. W jego dolnej części minęliśmy aż osiem wiraży, zaś w górnej przejechaliśmy przez Sauris di Sopra.

Na osiemnastym kilometrze podjazd znów odpuścił. Przez kolejne 2,6 kilometra nachylenie było znikome. W pierwszej części łagodne, zaś w drugiej żadne. Na tym zupełnie płaskim odcinku w połowie dwudziestego kilometra wjechaliśmy do regionu Veneto. Jakieś 700 metrów dalej za mostem nad wyschniętym korytem potoku Felempecle rozpoczęliśmy finałową fazę tej wspinaczki. Na sam koniec mieliśmy do pokonania 3,3 kilometra o średniej 9,2% i max. 13,9%. Kolejny stromy i kręty odcinek z ośmioma zakrętami. Przydrożne znaki straszyły tu nawet stromizną na poziomie 18%, ale realia były bardziej znośne. Tak czy owak lekko nie było i musiałem się sprężyć by utrzymać kontakt z Adkiem. Prawdziwy podjazd skończył się w połowie 24. kilometra na łuku w prawo nieopodal szczytu Monte Pezzocucco (1914 m. n.p.m.). Półkilometrowy dojazd do tablicy był już zupełnie płaski. Minęliśmy linię naszej premii górskiej chwilowo bez przystanku. Zatrzymaliśmy się na zdjęcia dopiero w drodze powrotnej. Tymczasem naszą metą była położona jakieś 2,5 kilometra dalej, a przy tym nieco niżej Malga Casera Razzo. Schronisko było opanowane przez motocyklistów, ale znaleźliśmy przed nim miejscówkę na skonsumowanie naszych zestawów „strudel und kaffe”. Warto było zmienić plany, by zaliczyć ten zróżnicowany podjazd pełen pięknych widoków. Jazda w optymalnej temperaturze pod błękitnym niebem z finezyjnie układającymi się chmurkami. Wszystko tu zagrało, także pod kątem dokumentacji fotograficznej. Na sam koniec pozostał już tylko długi zjazd do Ampezzo. Rzecz jasna z odrobiną dreszczyku w wilgotnych tunelach poniżej Lago di Sauris. Po wszystkim zaś około wpół do trzeciej zaczęliśmy 540-kilometrowy transfer przez Austrię na czeski nocleg we Vranovicach (Kraj południowomorawski). Dzięki niemu w niedzielę pozostało nam już tylko 8 godzin jazdy do Trójmiasta.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15874333610

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15874333610

ZDJĘCIA

FILM

Pian delle Streghe

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Cercivento

Wysokość: 1531 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 970 metrów

Długość: 11,3 kilometra

Średnie nachylenie: 8,6 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL > cyclingcols

OPIS

Zgodnie z chronologią zdarzeń zacznę od drugiej z piątkowych wspinaczek Adriana. Mój kompan po zjechaniu z Monte Zoncolan miał do wyboru aż trzy ciężkie góry w bliskiej okolicy Ovaro lub wręcz z ulic tego miasteczka. Krótka wycieczka na północ ku Comeglians dawała możliwość wypadu na Monte Crotis (1982 m. n.p.m.) czyli zaliczenia przeszło 14-kilometrowego podjazdu o średnim nachyleniu 10,1%. Niedoszłej premii górskiej z Giro d’Italia 2011. Z kolei na zachodnim czyli lewym brzegu potoku Degano czekała na niego masakryczna wspinaczka na Passo della Forcella (1825 m. n.p.m.). Tylko 9,5 kilometra podjazdu, ale o średniej aż 14%. Przy tym im dalej tym mocniej. Pierwsze 3 kilometry z przeciętną 8,2%. Kolejna „trójka” już na poziomie 14,6%! Natomiast ostatnie 3500 metrów ze średnią aż 18,5%!! Jednym słowem premia górska, przy której nawet Zoncolan wygląda blado. To sławetna La Stentaria z maksymalną stromizną 24, czy nawet 28% jak podają znaki drogowe. Adek nie zaszalał. Tego popołudnia postawił na Monte Arvenis. To znaczy na podjazd z Ovaro do Malga Arvenutis (1516 m. n.p.m.). Blisko tysiąc metrów w pionie. W sumie 985 na dystansie lewdie 8,6 kilometra czyli ze średnim nachyleniem 11,4%, zbliżonym do tego z zachodniego Zoncolanu. Ta wspinaczka też zaczyna się na drodze SP123, lecz już po 550 metrach odbija w prawo do wioski Lenzone, a za nią wpada do lasu przez, który prowadzi szlak ku wspomnianemu gospodarstwu pasterskiemu. To wąziutka i bardzo kręta dróżka z 27 wirażami. Mojego kolegi nie zachwyciła z uwagi na kiepską jakość nawierzchni.

Adriano nie spoczął na zaliczeniu tej ciężkiej przeszkody. Następnie dojechał jeszcze do Cercivento zaliczając przy okazji 7-kilometrowy podjazd z Comeglians na Sella Valcalda. W sumie przerobił tego dnia przeszło 2600 metrów w pionie. Ja w tym czasie po zjechaniu z Monte Valsecca odpocząłem kwadrans przy samochodzie. W pobliżu swego parkingu miałem okazję do podziwiania artystycznego projektu „Biblia na świeżym powietrzu”. Pod tym hasłem kryje się szereg mozaik, obrazów i reprodukcji ceramicznych o tematyce religijnej umieszczanych od roku 2011 na tutejszych budynkach. Zarówno publicznych jak i prywatnych. Cercivento alias Çurçuvint to gmina, w której mówi się nie tylko po włosku, lecz w również w języku friulskim. To najpopularniejszym z trzech języków retoromańskich, używanym przez jakieś 600 tysięcy osób żyjących w prowincjach Udine i Pordenone. Dla porównania szwajcarski romansz ma około 60 tysięcy, zaś ladino rodem z Dolomitów jedynie 41 tysięcy użytkowników. Ruszałem stąd w kierunku szczytu Monte Tenchia alias Le Tencje (1840 m. n.p.m.). Profil wzniesienia sugerował, że po przejechaniu 13,2 kilometra mogę skończyć na wysokości 1676 metrów. Ten finał znajduje się na rozdrożu, z którego w prawo odchodzi ścieżka do Casera Zoufplan Bassa. Niemniej musiałem mieć na uwadze, iż finałowy odcinek o długości 1,8 kilometra i przewyższeniu 145 metrów prowadzi tam już po nawierzchni szutrowej. Asfalt kończy się zaś na poziomie około 1530 metrów. Nieco powyżej miejsca o złowieszczej nazwie „Pian delle Streghe” czyli w tłumaczeniu na polski „Równina Czarownic”. Mimo końcówki letniego sezonu około czternastej u podnóża drugiej piątkowej góry zanotowałem 36 stopni.

Na początek zjechałem w dół Via di Sot do miejsca, w którym ta ulica styka się z szosą Via di Flum przecinającą dolinę potoku But. Ruszałem pod górę nieco osłabiony trudami pierwszego wzniesienia oraz przyduszony wspomnianym upałem. Po nawrotce zrazu miałem przejazd przez dolną część Cercivento. Odcinek z zasadniczo umiarkowanym nachyleniem. Po przebyciu 800 metrów musiałem odbić w prawo i wjechać na górską Via Tencje. Szybko, bo już na początku drugiego kilometra minąłem stojący po lewej stronie owej drogi pomnik poświęcony czterem żołnierzom 8. Pułku Alpejskiego poległym w lipcu 1916 roku. Dolny segment tego podjazdu miał długość 3,8 kilometra i średnią 10,8%. Tym cięższy, iż na tym odcinku temperatura spadła jedynie do 29 stopni. Po chwili luzu nieopodal kapliczki Maina di Sopra zacząłem kolejny ciężki segment. To znaczy środkowy o długości 3,7 kilometra i średniej 9,7%. Gdy droga złagodniała to na wirażu w prawo minąłem Fontane Gjaton czyli źródełko u Kota, który na obrazku wyglądał niczym ten z „Alicji w Krainie Czarów”. Kilkaset metrów za fontanną podjazd odżył. Finałowy sektor o długości 2,4 kilometra miał przeciętne nachylenie 6,7%. Stromizna była wyrazista między połową dziesiątego i jedenastego kilometra. Niespełna kilometr przed końcem asfaltu minąłem domek z wizerunkiem Czarownicy lecącej na miotle. Niebawem skręciłem w lewo i wjechałem na płaskowyż. Jakieś 700 metrów dalej tuż za ciasnym zakrętem w prawo ujrzałem przed sobą żwir zamiast szosy. Zrezygnowałem z dalszej wspinaczki, gdy od napotkanych tu samochodowych turystów usłyszałem, że ta szutrowa droga jest zbyt kamienista dla „bici da corsa”.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15866723558

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15866723558

MONTE ARVENIS by ADRIAN ZDROJEWSKI

https://www.strava.com/activities/15865106160

ZDJĘCIA

FILM