Appennini Nord & Centro vol. II

Moja letnia „sesja poprawkowa” czyli czwarta już wyprawa w Apeniny, z rowerem w roli pierwszo- lub przynajmniej drugoplanowej. Tą pierwszą była romantyczna wycieczka z Iwoną po Toskanii i Ligurii, na którą wybraliśmy się w lipcu 2011 roku. W trakcie tego wyjazdu zaliczyłem dziesięć apenińskich wzniesień m.in. bardzo trudne San Pellegrino in Alpe, samotną Monte Amiata czy Passo dell’Abetone rozsławioną rajdem Fausto Coppiego na Giro d’Italia z roku 1940. Drugą eskapadą było „Grande Giro” z Darkiem Kamińskim czyli 18-dniowy przejazd po północnej i środkowej części Apenin na przełomie czerwca i lipca roku 2014. To już było zwiedzanie Italii w trybie „niemal każda noc pod nowym dachem”. Całe multum ciekawych podjazdów po drodze, niekiedy nawet trzy dziennie. Przebyliśmy długą trasę ze startem w San Marino i zjazdem na południe wzdłuż wschodniego wybrzeża przez regiony Marche i Abruzję aż do Molise. Biegunem południowym owej wyprawy była znana z kilku edycji „La Crosa Rosa” wspinaczka do stacji Campitello Matese. Następnie po nawrotce na wysokości Montecassino ruszyliśmy na północ szlakiem przez Lacjum, Umbrię, Toskanię, Ligurię i lombardzkie Oltrepo Pavese ku ostatnim etapom na terenie Emilii-Romanii. Zaliczyłem wówczas aż 37 premii górskich, w tym takie góry jak: Monte Nerone, Prati di Tivo, Blockhaus, Sella di Leonessa (via Terminillo), Campo Cecina czy Monte Beigua.

Podobnie zaprojektowałem sobie ubiegłoroczny wypad w Apeniny, na który wybrałem się u progu kalendarzowej jesieni wespół z Mateuszem Dąbrowskim. Z moim kompanem umówiłem się na współpracę od startu w sub-regionie Romagna do końca pierwszego tygodnia na pograniczu Lacjum oraz Umbrii. Mój teren poznawczy znów miał obejmować północne i środkowe Apeniny, acz tym razem wiódł po nieco krótszej trasie podzielonej na prologu i 15 etapów. Niestety pechowe zrządzenie losu sprawiło, iż na tym wyjeździe zaliczyłem mniej niż połowę z zaplanowanych 31 wzniesień. Już na prologu wokół Monte Fumaiolo dopadły mnie dreszcze. Kolejny podjazd czyli Passo di Calla ledwie ukończyłem jadąc w gorączce. Po takim wstępie na cztery dni zostałem wyłączony z wszelkiej aktywności, więc z górami Marche przegrałem walkowerem. Na rower wróciłem w Abruzji, lecz przez trzy pierwsze dni ograniczałem się do jednej wspinaczki na dobę. Dopiero na początku drugiego tygodnia zacząłem kręcić w pełnym wymiarze, choć na nieco zwolnionych obrotach. Po czym gdy powoli zacząłem się rozkręcać nadeszło załamanie pogody. W Toskanii cały czas lało, zaś w Ligurii aura była w kratkę. Cóż mogłem się z tym liczyć wszak zaczął się już październik. Ostatecznie w ciągu 16 dni na włoskiej ziemi pokonałem tylko 13 podjazdów, w tym zaledwie trzy o przewyższeniu ponad 1000 metrów tzn. Valico di Capo la Serra, Rocca Calascio i Passo del Faiallo.

Tym samym po sezonie 2024 na obszarze Apeninów miałem już przejechanych 60 premii górskich, w tym 56 o przewyższeniu co najmniej 500 metrów. Tym niemniej przebieg jak i wynik zeszłorocznej wyprawy pozostawił mi spory niedosyt. Obiecałem sobie czym prędzej wrócić te strony by nadrobić owe zaległości. Odpowiedzią na te niepowodzenia miała być wycieczka o charakterze bynajmniej nie czysto kolarskim. Po długich czternastu latach znów zajechałem autem na włoski półwysep w towarzystwie Iwony. Owszem w międzyczasie zwiedzaliśmy razem centralne czy południowe regiony Italii, ale tylko dzięki lotom do Rzymu, Pizy, Neapolu, Bari czy Katanii. Niemniej moja partnerka nigdy nie miała okazji do przeżycia tak mobilnej wycieczki krajoznawczej. Liczne przeprowadzki dawały szansę odwiedzenia wielu ciekawych miejsc tak w rejonach nadmorskich jak i górskim interiorze Italii. Rower w ciągu tych dwóch tygodni był na drugim planie, choć niemal codziennie miałem tu 2-3 godzinki wolnego czasu na wspinaczkę i niekiedy potrzebny dojazd w rejon wybranej góry. Dwa razy dostałem nawet dłuższą dyspensę konieczną do zaliczenia pewnej wielkiej góry czy też dwóch dużych w ciągu jednego dnia. Równie ważne jak rower były w tych dniach wizyty na włoskich plażach. Odwiedziliśmy zatem kurorty: Rimini, Montesicuro oraz Francavilla al Mare po adriatyckiej stronie półwyspu oraz Marina di Massa nad Morzem Tyrreńskim.

Tym niemniej dla mnie najlepszymi punktami całego programu były liczne okazje do wspólnego przechadzania się po pięknych: miastach, miasteczkach czy urokliwych wioskach, a także do podziwiania cudów natury jakimi może się pochwalić środkowa Italia. Zaczęliśmy nasze Giro od zwiedzania Republiki San Marino. Następne na naszej liście były miejscowości takie jak: San Leo, Frontino, Urbino, Braccano, Ascoli Piceno, Castel del Monte, Rocca Calascio, L’Aquila, Tivoli, Bagnoregio, Orvieto i w końcu miasto Krzysztofa Kolumba czyli Genua. Istną perełką tej wycieczki była wizyta w zjawiskowych jaskiniach Frasassi. Poza tym dwukrotnie wjechaliśmy na majestatyczny płaskowyż Campo Imperatore, za pierwszym razem oglądając jego wschodni kraniec, a za drugim zachodni czyli okolice masywu Gran Sasso d’Italia. O wszystkich tych miejscach postaram się wspomnieć przy okazji opisywania moich kolejnych górskich podjazdów. Tych w lipcu minionego roku zaliczyłem w sumie 14. Tym razem udało się odhaczyć prawie wszystkie z kolarskiego programu. Do pełni szczęścia na tym polu zabrakło choćby jednej wspinaczki w rejonie płaskowyżu Castelluccio. Miałem tam do wyboru dwa solidne podjazdy: ten z Castelsantangelo sul Nera do stacji Monte Prata lub z Trisungo na przełęcz Forca di Presta. Względnie mogłem się zadowolić krótszym do ośrodka narciarskiego Frontignano czyli metą z tegorocznej edycji wyścigu Tirreno-Adriatico. Niestety w trakcie naszego transferu z Mateliki do Martinsicuro niemal ciągle „lało jak z cebra”, więc musiałem sobie darować rowerową wspinaczkę na terenie Monti Sibillini.

Wśród wspomnianej „czternastki” po cztery premie górskie zaliczyłem na szosach Abruzji i Toskanii oraz trzy w regionie Marche. Ponadto pokonałem po jednym podjeździe w stołecznym Lacjum, Ligurii oraz na południowo-wschodnich rubieżach Piemontu, który z Apeninami niespecjalnie się kojarzy. W sumie podczas tej podróży przejechałem 492,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 15.148 metrów. Ogólny wynik całkiem niezły biorąc pod uwagę, iż była to górska jazda co najwyżej na pół-etatu. Połowa z moich lipcowych wzniesień miała przewyższenie netto powyżej 1000 metrów. Najwspanialszym podjazdem pod każdym względem była wspinaczka ze Scafy przez Roccamorice na mityczny Blockhaus. To była jedyna góra z finałem powyżej poziomu 2000 metrów n.p.m. Ta wyjątkowość akurat nie dziwi, bowiem w Apeninach są tylko dwa szosowe „dwutysięczniki”. Przewyższenie netto Blockhausu czyli 1958 metrów było o blisko 800 metrów większe od amplitudy kolejnego wzniesienia na tej liście, również abruzyjskiego Vado di Sole. Warto przy tym dodać, iż brutto miałem tu pokonania w pionie aż 2025 metrów! Gigant z masywu Majella to podjazd długi na blisko 32 kilometry, więc był też moim najdłuższym na tej wyprawie. Poza nim trafiły się jeszcze dwie przeszło 20-kilometrowe wspinaczki czyli: Valico della Crocetta i Rifugio Casentini. Rzeczony zachodni Blockhaus był tu jedynym wzniesieniem na tyle trudnym by wskoczyć do pierwszej „setki” moich najbardziej wymagających wspinaczek. Znalazł się zresztą całkiem wysoko, bo na 19 miejscu czyli o stopień wyżej niż słynne Passo del Mortirolo od Mazzo di Valtellina. Dodam, że był nie tylko największym, lecz także najtrudniejszym ze wszystkich 54 podjazdów jakie zaliczyłem w sezonie 2025.

Mój rozkład jazdy:

26.07 – Monte Carpegna

27.07 – Monte Nerone NW

28.07 – Monte San Vicino

30.07 – San Giacomo N +

31.07 – Blockhaus W

1.08 – Vado di Sole

2.08 – Valico della Crocetta

3.08 – Campaegli

4.08 – Monte Serra E

5.08 – Rifugio Casentini & Rifugio Orecchiella

6.08 – Passo del Vestito

7.08 – Capanne di Cosola

8.08 – Passo della Bocchetta

Passo della Bocchetta

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Campomorone

Wysokość: 772 metry n.p.m.

Przewyższenie: 644 metrów

Długość: 8,2 kilometra

Średnie nachylenie: 7,9 %

Maksymalne nachylenie: 14,5 %

PROFIL > archivio salite

OPIS

W trzeci piątek tej wyprawy rozpoczęliśmy długą drogę powrotną do Trójmiasta. Nie był to jeszcze odwrót pełną parą, a zaledwie jego prolog. W tym dniu do przejechania było tylko 350 kilometrów z metą w regionie Trentino. Ostatnią noc pod włoskim niebem zaplanowałem nam bowiem w Residence Salvadori na obrzeżach Rovereto. Wcześniej jednak moje pożegnanie z Apeninami czyli górka niepozorna, acz pod względem historycznym ważna w kontekście kolarskiej podróży po tym łańcuchu górskim. Wspinaczka pod Passo della Bocchetta (772 m. n.p.m.). Najniższy i zarazem najmniejszy z moich tegorocznych podjazdów. Choć zapewne nie najłatwiejszy z uwagi na znaczną stromiznę. Chciałem zaliczyć tą wspinaczkę w Apeninie Liguryjskim przede wszystkim dlatego, że to kultowe wzniesienie w historii rozgrywanego od roku 1934 semi-klasyku Giro dell’Appennino. W minionym sezonie odbyła się już 86. edycja tego wyścigu. Jego pomysłodawcą był Luigi Ghiglione z klubu U.S. Pontedecimo. Bocchetta była wielokrotnie kluczowym podjazdem na trasie tej imprezy. Od roku 1955 organizatorzy zaczęli nawet liczyć czasy najszybszego zawodnika na tym wzniesieniu. Pierwszym rekordzistą stał się wielki Fausto Coppi, który przejechał tą górkę w równe 25 minut, po czym wygrał tego dnia ostatni w swej karierze wyścig ze startu wspólnego. Obecny rekord to czas 21:54 wyśrubowany przez Gilberto Simoniego w roku 2003. Jednak największą postacią w dziejach tych zawodów jest Gianbattista Baronchelli czyli ich 6-krotny zwycięzca z lat 1977-82. Trzykrotnie (też z rzędu) zwyciężali tu: Michele Dancelli (1965-67) oraz Gianni Bugno (1986-88).

Na liście triumfatorów tego wyścigu mamy wiele sławnych postaci. Wśród tych, którzy wygrywali tu dwukrotnie można znaleźć kolarzy tej klasy co: Michele Gimondi, Gianni Motta, Italo Zilioli, Francesco Moser, Paweł Tonkow, wspomniany już Simoni oraz Damiano Cunego. Tegoroczną edycję na trasie z Novi Ligure do Genui wygrał Diego Ulissi. Co ciekawe uczestnicy GdA po raz ostatni pokonali Bocchettę w jej pełnym 8-kilometrowym wymiarze w trakcie edycji z roku 2020. Rok później tego wzniesienia zabrakło na trasie, zaś od roku 2022 występuje ono w postaci skróconej. Peleton przejeżdża obecnie tylko pierwsze 6 kilometrów owej wspinaczki do wysokości 604 metrów n.p.m. Z tego poziomu skręca na zachód by przed zjazdem do mety pokonać jeszcze podjazd na Madonna della Guardia od jego łatwiejszej północnej strony. Organizatorzy Giro d’Italia nigdy nie skorzystali z Bocchetty. Natomiast pojawiła się ona w 2012 roku na trasie drugiej edycji „efemerycznego” wyścigu Giro di Padania. Co więcej wspinaczka ta była finałowym podjazdem czwartego etapu tej imprezy. Wygrał go Włoch Vincenzo Nibali, który o 4 sekundy wyprzedził tu swego rodaka Davida Rebellina oraz Chorwata Kristjana Duraska. Szlak przez przełęcz Bocchetta łączy liguryjskie miasteczko Campomorone z piemoncką wioską Voltaggio. Wspinaczka południowa, o której tu wspominam leci drogą SP5 przez dolinę Val Polcevera. Na drugą stronę schodzi szosa SP160 biegnąca łagodniejszą Val Lemme. Pierwszy dukt handlowy w tej okolicy czyli Via Postumia powstał już w roku 148 p.n.e. Natomiast kolejny, na trasie zbliżonej do obecnej, oddano do użytku w roku 1585 za czasów Republiki Genueńskiej.

Wyjechawszy z Genui po niespełna pół godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na rynku w Campomorone. Bocchetta nie była moim pierwszym wzniesieniem ulokowanym na obrzeżach liguryjskiej stolicy. W 2014 roku zaliczyłem stromą wspinaczkę z Bolzaneto do Madonna della Guardia, na której zakończono etap Giro d’Italia z roku 2007 wygrany przez Leonardo Piepolego. Natomiast przed rokiem w pobliskim Voltri zacząłem długi podjazd na Passo del Faiallo, który w dolnej połowie korzysta z trasy marcowego monumentu Milano – San Remo. Tu zaś miałem do pokonania nieco ponad 8 kilometrów, ale o średniej stromiźnie 8%. Mając te parametry góry na uwadze postanowiłem (podobnie jak na Monte Serra) sprawdzić czy będą w stanie utrzymać tempo wspinaczki na poziomie 1100 m/h. Ruszyłem mocno od samego wjazdu na via Primo Cavallieri. Pierwsza kwarta tego podjazdu jest najtrudniejsza. To odcinek o długości 1,85 kilometra i średniej stromiźnie 10, zaś maksymalnej 12,5%. Ten fragment przejechałem z prędkością pionową 1133 m/h. Zaczęło się obiecująco, ale ciężko było taki wynik utrzymać. Tym bardziej, że są tu dwa odcinki wypłaszczeń czy też łagodnego podjazdu. Pierwszy z nich liczy 600 metrów i kończy się w połowie trzeciego kilometra na wysokości Lagnasco. Kolejna faza wspinaczki to z kolei 2,05 kilometra o średniej 8,7 i maksie 14,5%. Ów sektor kończy się tuż przed wjazdem do miejscowości Pietralavezzara. Na nim wspinałem się w tempie 1047 m/h. Druga „strefa luzu” była nieco krótsza, bo ledwie 400-metrowa. Droga ponownie zaczęła się wznosić już pod koniec piątego kilometra, jeszcze na obszarze wspomnianej wioski. Następnie po przejechaniu 5,7 kilometra minąłem SP6 czyli via Vixella schodzącą do Isoverde. To z niej współcześnie korzystają uczestnicy GdA nie kończąc podjazdu na Bocchettę.

Ja rzecz jasna trzymałem się szosy SP5, więc nadal jechałem na północ mijając w połowie siódmego kilometra szczyt Monte Calvo (747 m. n.p.m.). Trzeci segment owej wspinaczki jest tym najdłuższym. Na odcinku od Pietralavezzary do samej przełęczy trzeba pokonać 3,05 kilometra o średniej znów 8,7 i max. 11,6%. Ten sektor pokonałem w tempie 1076 m/h. Na pół kilometra przed finałem droga skręciła na wschód, zaś na sto metrów przed końcem minęła kapliczkę. Swoje zmagania z tą premią górską skończyłem po 37 minutach co dało mi VAM na poziomie 1030 m/h. Do Coppiego straciłem 12 minut i to jadąc „na świeżaka”. Na przełęczy spotkałem cykloturystę zmierzającego do Mediolanu, więc było kogo poprosić o zdjęcie pod tutejszą tablicą. Po drugiej stronie szosy stoją stele pamiątkowe poświęcone patronowi Giro dell’Appennino oraz kolarzowi, który pozostaje największą legendą włoskiego kolarstwa. Za nimi dodano młodszą tablicę, na której wygrawerowane są nazwiska wszystkich zwycięzców semi-klasyku. Ma ona nieregularny kształt, który obrazuje trzy najpopularniejsze wzniesienia z tras tej imprezy czyli oprócz Bocchetty również Castagnolę i Giovi. Tuż po jedenastej zjechałem do Campomorone. Przed dalszą podróżą zrobiliśmy szybkie zakupy w miejscowej piekarni. Do Rovereto dojechaliśmy w porze obiadowej. Na tyle wcześnie by późnym popołudniem podjechać do Riva del Garda na spacer północnym wybrzeżem słynnego jeziora. Nazajutrz czyli w sobotę została nam już tylko dłuuuga droga do domu. Nasza apenińską wycieczkę skończyłem zatem w miejscu, z którego niespełna 5 tygodni później miałem zacząć wyprawę z Adrianem po wschodniej części włoskich Alp. Niemniej to już temat na inną opowieść.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15385352265

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15385352164

ZDJĘCIA

Bocchetta_001

Zdjęcie 1 z 42