banner daniela marszałka

Archiwum: '2005-12 Gran Fondo' Kategorie

GF Leggendaria – Charly Gaul

Autor: admin o 22. lipca 2012

W sobotę mieliśmy zaplanowany poranny odpoczynek, rowerową przejażdżkę w godzinach południowych oraz wycieczkę do Trydentu i załatwienie w tym mieście formalności rejestracyjnych przed niedzielnym startem w GF Charly Gaul. W przededniu trudnego górskiego wyścigu rozsądnym rozwiązaniem byłby całodzienny relaks. Tym bardziej, że w nogach mieliśmy już ni mniej ni więcej trzynaście górskich etapów od Słowenii, przez Friuli po rejon Veneto. Jednym słowem potężną dawkę wspinaczek, szczególnie jak na możliwości kolarskich amatorów. Tym niemniej nie zwykłem marnować żadnego dnia w górach, więc i tym razem chciałem namówić kolegów na jakiś rowerowy rekonesans. Opcji było kilka. Najłatwiejsza zakładała zjazd z Vigolo Vattaro do Trento, po czym nawrót i niezbyt trudny podjazd z powrotem do naszej bazy. W sumie około 25 kilometrów dystansu, w tym podjazd drugiej kategorii o wymiarach 11 km przy średnim nachyleniu 4,7 %. Dodam, że przetestowany w sezonie na trasie drugiego etapu Giro del Trentino. Warto wspomnieć, że wzniesienie to zostało również sprawdzone na jedenastym etapie Giro d’Italia z roku 1990. Premię górską w Vigolo Vattaro wygrał wówczas Francuz Gerard Rue, zaś na mecie etapu w Baselga di Pine trzeci finiszował nasz nieodżałowany mistrz świata z Chambery Joachim Halupczok.

Bardziej ambitne plany na aktywne spędzenie trydenckiej soboty wiązały się z wypadem na północny-wschód do Valsugana. Z doliny tej bierze swój początek szereg trudnych podjazdów, w tym nie jeden znany organizatorom wielkiego Giro. W zasięgu niedługiej rowerowej wycieczki mieliśmy przełęcze Vezzena i Redebus oraz podjazdy do Vetriolo Terme i Rifugio Panarotta. Nieco dalej na wschód czyli z krótkim dojazdem samochodem przełęcze Brocon i Manghen oraz podjazd do Rifugio Carlettini w dolinie Campelle. Uznałem, iż w obliczu niedzielnego wyzwania rozsądnym rozwiązaniem będzie trasa nie dłuższa niż 60 kilometrów i tylko jeden, nieszczególnie trudny podjazd. Do tej wizji najlepiej pasowała mi wspinaczka z Pergine Valsugana na Passo del Redebus (1453 m. n.p.m.) czyli 16,1 km przy średniej 6 %. Tym sposobem moglibyśmy poznać podjazd, który trzy miesiące wcześniej dwukrotnie przejechali „profi” na etapie Giro del Trentino do Sant’Osola Terme. Niestety tego rodzaju plany pokrzyżowała nam pogoda. Nie było z nią jakiejś wielkiej tragedii, ale po słonecznym poranku przez kolejne aura zmieniała się jak w kalejdoskopie. Raz słońce, raz deszcz z mocniejszym akcentem na to drugie zjawisko. W dodatku momentami lało całkiem zdrowo fajerwerkami w postaci piorunów. Przy tak niepewnej atmosferze nikt z nas nie miał specjalnej ochoty męczyć się i moknąc na kilkanaście godzin przed najtrudniejszym dniem tej podróży.

Aby nie kwitnąć zbyt długo w czterech ścianach naszego hotelu uznaliśmy, iż jak tylko się przejaśni pojedziemy do Trento pozwiedzać miasto. Ja chciałem przede wszystkim odwiedzić poznane w maju 2010 roku księgarnie. Dla Adama i Piotra była to bardziej wycieczka turystyczna. Tylko Darek, który dwa lata wcześniej zwiedzał już ze mną stolicę Trydentu wolał pozostać w łóżku i zbierać siły na niedzielę. Postanowił nam towarzyszyć dopiero podczas drugiego „służbowego” wyjazdu do Trento zaplanowanego na godziny wieczorne. Dlatego też za pierwszym razem ruszyliśmy do miasta w składzie trzyosobowym. Zwiedzaliśmy miasto wczesnym popołudniem czyli w porze sjesty. Wypad na ksiązki udał się jedynie połowicznie. Niewiele było nowości o kolarskiej tematyce. Tym niemniej udało mi się kupić włoską wersję ksiązki Daniela Friebe: „Mountain High – Europe’s 50 Greatest Cycle Climbs” oraz kilka „przewodników” z serii wydawniczej „Passi e Valli in Bicicletta”. Około piętnastej wróciliśmy do Casa Vigolana. W hotelowej ofercie telewizyjnej mieliśmy Eurosport, więc mogliśmy obejrzeć „live” jak Bradley Wiggins miażdży swych rywali na kolejnej czasówce i tym samym na mecie w Chartres może się już cieszyć ze zwycięstwa w 99. Tour de France. W końcu około osiemnastej, tym razem oczywiście w komplecie, raz jeszcze zjechaliśmy do Trento. Najpierw udaliśmy się do biura wyścigu potwierdzić swój udział w GF Leggendaria i odebrać swe numery startowe, chipy oraz paczki zawierające m.in. okolicznościowe koszulki z krótkimi rękawkami. Potem ruszyliśmy na poszukiwanie obiadokolacji godnej naszych wygłodniałych żołądków. W trakcie poszukiwań nasze drogi się rozeszły i ostatecznie nasyciliśmy się w dwóch różnych miejscach. „Starszyzna” wyprawy zjadła pizzę w lokalu „3 Pontoni”.

TRENTO

Zdjęcie 1 z 15

Nazajutrz czekała nas oczywiście wczesna pobudka. Tym niemniej i tak mogliśmy mówić o względnym szczęściu, bowiem start GF Leggendaria zaplanowano dopiero na godzinę 8:00, a nie godzinę czy półtorej wcześniej jak zdarzyło mi się doświadczyć przy paru podobnych okazjach. Po zjechaniu do Trento zaparkowaliśmy nasze auta w centrum miasta, skromne dwie-trzy minuty spokojnej jazdy od Piazza Duomo gdzie wyznaczono start tej imprezy. Siódma edycja tego wyścigu znalazła się w wymyślonym przez włodarzy z Aigle cyklu UCI World Cycling Tour czyli swego rodzaju Pucharu Świata dla mastersów. Szczerze mówiąc twór to dość sztuczny jak na możliwości kolarzy amatorów, których raczej nie stać na podróże po całym świecie. Dobór imprez do tego kalendarza również jest dość przypadkowy. W samych Włoszech możnaby znaleźć kilka wyścigów bardziej prestiżowych i trudniejszych niż to skądinąd zacne Gran Fondo poświęcone pamięci Charly Gaul’a. Dziwić może nieco czemu patronem włoskiego wyścigu jest kolarz z Luksemburga skoro Trentino może się pochwalić własnymi tytanami szos by wspomnieć tylko Francesco Mosera i Gilberto Simoniego. Zagadka wyjaśnia się po bliższym zapoznaniu się ze szlakiem tego wyścigu oraz historią kolarstwa szosowego. Trasa przebiega w przeważającej mierze po zboczach masywu Monte Bondone, zaś ta nazwa kojarzy się przede wszystkim z nazwiskiem człowieka, którego nazywano niegdyś „Aniołem Gór”. Stało się tak za sprawą jego wyczynu z 8 czerwca 1956 roku.

Gaul zdaniem swych rywali nadużywający amfetaminy był kolarzem tyleż genialnym co nieobliczalnym. Podczas Wielkich Tourów miewał słabsze dni i zaskakujące kryzysy szczególnie przy upalnej pogodzie. Po czym potrafił zmiażdżyć rywali wielokilometrową ucieczką, najlepiej przeprowadzoną w zimnych i deszczowych warunkach atmosferycznych. Dwukrotnie wygrał Giro d’Italia (w latach 1956 i 1959) oraz raz Tour de France (1958) za każdym razem przechylając na swą korzyść szalę generalnego zwycięstwa solowym rajdem na miarę Fausto Coppiego. Pierwszy tego rodzaju popis dał na dwudziestym etapie Giro 1956 gdy na 242-kilometrowym etapie z Merano przez przełęcze Costalunga, Rolle i Brocon dotarł do mety ponad Trento z przewagą odpowiednio 7:44 i 12:15 (!) nad kolejnymi zawodnikami czyli Alessandro Fantinim i Fiorenzo Magnim. Ze względu na fatalną aurę czyli marznący deszcz i padający śnieg organizatorzy przenieśli metę do Vanaze czyli na wysokość około 1300 metrów n.p.m. Mimo tego na trasie wycofała się przeszło połowa peletonu, a dokładnie 46 z 89 zawodników m.in. dotychczasowy lider Pasquale Fornara. W późniejszych latach obywało się już bez takich dramatów. Monte Bondone wróciło na trasę wielkiego Giro w roku 1968 gdy pierwszy na premii górskiej był Hiszpan Julio Jimenez. W sumie podczas wyścigu Dookoła Włoch wzniesienie to wykorzystano aż dwanaście razy. Najczęściej jeżdżone było od strony północnej, a ściślej północno-wschodniej ze startem wspinaczki w Trento. Wyjątkiem był rok 1975, gdy górę zaatakowano od strony zachodniej. Pierwszym dwukrotnym zdobywcą tego wzniesienia był w latach 1972 i 1978 Wladimiro Panizza. Czternaście lat później w jego ślady poszedł Giorgio Furlan, gdy wygrał etap z dwoma podjazdami na Monte Bondone, najpierw od strony północno-wschodniej i następnie północno-zachodniej. Ostatnim zwycięzcą na tej górze był zaś Ivan Basso, który w 2006 roku o blisko półtorej minuty wyprzedził Simoniego.

0722_GF Charly Gaul_altimetria Na dzień 22 lipca 2012 roku organizatorzy przygotowali dla ponad tysiąca amatorów kolarstwa aż trzy trasy. Najkrótsza o długości 53 kilometrów i łącznym przewyższeniu 2060 metrów kończyć się miała klasycznym podjazdem z Trento do Vason. Niewiele dłuższe Medio Fondo liczyć miało 69 kilometrów o sumie amplitud „tylko” 2003 metry z identycznym początkiem, lecz finałem od strony południowej czyli podjazdem z Aldeno na Viote i następnie dojazdem do Vason już po płaskowyżu. Znacznie trudniejszym wyzwaniem miało być nasze Gran Fondo. Dystans 138 kilometrów, z pewnością nie maratoński, lecz zbliżony do bywałych na Maratona Dolomites, GF Dolomiti Stars czy Marcialonga Cycling. Większe wrażenie mogło robić anonsowane łączne przewyższenie tzn. 4014 metrów. Na tą liczbę składały się przede wszystkim dwie zasadnicze wspinaczki czyli Monte Bondone w wersjach południowej i północno-zachodniej oraz dwie-trzy mniejsze górki, w tym „na rozgrzewkę” podjazd do Palu’ di Giovo, rodzinnej miejscowości familii Moserów oraz Gibo Simoniego. Wszyscy czterej wystartowaliśmy na tej samej, najdłuższej trasie, choć z uwagi na różnice w metrykach podpadaliśmy pod różne kategorie wiekowe. Dario kwalifikował się do oddziału Masters-4, ja do Master-2, Adam do Master-1, zaś Piotrek jako jedyny w naszym gronie „młodzieżowiec” do Elite Sport. Ja wraz z młodszymi kolegami po dotarciu na główny plac trydenckiej starówki zająłem miejsce w środku wielkiego peletonu. Darek w swoim stylu przybył na miejsce w ostatniej chwili i zawadiacko rzucił wyzwanie organizatorom. Ustawił się w pierwszym rzędzie pośród faworytów wyścigu i innych VIP-ów chcąc obejrzeć początek wyścig z nowej dla siebie perspektywy. Pierwsze cztery kilometry wyścigu prowadziły ulicami Trento z paroma zakrętami i częściowo po bruku. Dlatego dbając o bezpieczeństwo uczestników zawodów organizatorzy przewidzieli jazdę przy prędkości ograniczonej do 40 km/h czyli bez wyprzedzania samochodów dyrektorskich.

Start ostry wyznaczono po przejechaniu 3,6 kilometra tzn. na wyjeździe z miasta w okolicy Gardolo. Przez następne kilka kilometrów jechaliśmy prosto na północ do miejscowości Lavis. Na tym szybkim i łatwym odcinku drogi aby nie tracić pozycji trzeba było utrzymywać prędkość w okolicy 45-50 km/h. Starałem się przynajmniej przesunąć do przodu, a przynajmniej nie stracić z pola widzenia Piotra i Adama. Darek, który wystartował ramię w ramię z najszybszymi chartami chciał na wysokiej pozycji dotrzeć do podnóża pierwszego podjazdu. Następnie stopniowo spłynąć, lecz na tyle powoli by na dłuższy odcinek w dolinie pokonać w środkowej części stawki. Jak samokrytycznie przyznał realia szybko zweryfikowały te plany. Jego sąsiedzi byli zawodnikami z zupełnie innej ligi, a on sam niewiele w tym roku trenujący nie był im w stanie nawet przytrzymać koła na płaskim terenie. Na wysokości Lavis (225 m. n.p.m.) zjechaliśmy z drogi krajowej SS12  by pokonać pierwsze tego dnia wzniesienie czyli podjazd do Palu’ di Giovo (582 m. n.p.m.). Była to szybka, lecz nieregularna wspinaczka o długości 8,3 km przy średniej 4,3 % i max. 16 %. Jako, że od startu minęło ledwie kilkanaście kilometrów grupa nie była jeszcze rozciągnięta. Tym samym na drodze było zbyt ciasno na to by można było je pokonać sobie właściwym i możliwie równym tempem. Na nerwowym zjeździe w tłoku starałem się stracić możliwie jak najmniej by wrócić do Lavis w jakiejś grupce. Udało mi się to nie najgorzej i czekający mnie teraz ponad 20-kilometrowy odcinek w dolinie Adygi rozpocząłem w towarzystwie kilku osób. Na długiej prostej z powrotem na południe grupki zaczęły się powolutku łączyć. Na szczęście znalazł się wśród nas mocarz z dużym motorem co wydatnie ułatwiło nam dojechanie do bezpośrednio poprzedzających nas konkurentów.

Wkrótce ponownie znaleźliśmy się w Trento rozpoczynając kilkukilometrowy odcinek trasy wzdłuż lewego (wschodniego) brzegu rzeki. Na 34 kilometrze wjechawszy na most San Lorenzo przeskoczyliśmy na drugą stronę Adygi. Tym samym znaleźliśmy się na drodze SP90 w cieniu masywu Monte Bondone. Moja grupa powiększona już chyba do rozmiarów 30-osobowego peletoniku gnała dalej na południe. Minęliśmy Romagnano aby po 45 kilometrach dotrzeć do Aldeno gdzie zacząć się miał bodaj najtrudniejszy podjazd tego wyścigu. Szybko okazało się podczas teoretycznej części przygotowań do wyścigu ściągnąłem sobie z „archivio salite” niewłaściwy profil południowego wariantu tego wzniesienia. Spodziewałem się więc podjazdu o stosunkowo umiarkowanym nachyleniu na pierwszych 5 kilometrów i bardzo ciężkiej przeprawy na 3 kilometrach za wioską Garniga Vecchia. Tymczasem okazało się, że prawdziwy podjazd do Viote (1563 m. n.p.m., 20,3 km przy średniej 6,7 % i max. 12,6 %) najtrudniejszy jest na samym początku. Pierwsze 2900 metrów do tunelu przed wioska Covelo ma średnio aż 10,3 %. Nieco łatwiej robi się dopiero wraz z wjazdem na drogę SP25, lecz i tu blisko 4-kilometrowy odcinek na dojeździe do Cimoneri trzyma cały czas na wysokim poziomie 8-9 %. Następnie po łatwej środkowej części wzniesienia kolejny trudny odcinek zaczyna się w połowie dwunastego kilometra po wyjechaniu z Garniga Vecchia. Mniej więcej w tym miejscu doszedł mnie Adam, więc ostatnie 8 kilometrów wspinaczki mogliśmy pokonać razem. Jechało nam się całkiem przyjemnie bo dość szybko wyprzedzaliśmy kolejnych rywali. Czułem się dobrze i nadawałem tempo naszemu duetowi. Mimo, że przez długie 6 kilometrów nachylenie nie schodziło poniżej 8 % do sprawnego kręcenia wystarczało mi przełożenie 39×24. To oznaczało, że mam jeszcze spory zasób sił.

W górnej części wzniesienia nie brakowało ciasnych serpentyn. Droga schowała się lesie, by dopiero na łatwiejszej końcówce wyskoczyć na otwarty teren w postaci górskich hal. Na górze przy słonecznej pogodzie widok był wprost olśniewający. Gdybyśmy mieli więcej wolnego czasu niż sportowych ambicji zatrzymałbym się na dłużej w strefie bufetu by popstrykać zdjęcia. W kierunku północnym roztaczał się przed nami piękny widok na masyw Paganella. W strefie napitku i popasu zagościłem tylko przez pół minuty. Adam zapewne około dwóch minut, bowiem na punkcie pomiaru czasu usytuowanym niewiele dalej zmierzono mi czas 2h 44:48, zaś jemu oraz Piotrowi, który do niego dojechał czas o 1:42 gorszy. Na 17,5-kilometrowym zjeździe do Lasino w naszym gronie doszło do przetasowań. Ja jak zwykle straciłem nieco czasu i miejsc, a jedną z osób, która wyprzedziła mnie podczas tego szusowania był Pietro. Za Lasino na drodze SP84 czekał wszystkich najpierw płaski odcinek do Cavedine, zaś następnie niewielki i dość delikatny wjazd na passo San Udalrico (556 m. n.p.m.), który jednak przy mocny przeciwnym wietrze okazał się przeszkodę kosztującą nieco zdrowia. Po jej przejechaniu za miejscowością Vigo przyszedł czas na krótki zjazd do Dreny, gdzie na 92 kilometrze wyznaczono kolejny punkt kontroli. Tu pierwszy z nas zameldował się Piotrek w czasie 3h 25:23. Ja traciłem do niego 43 sekundy, zaś Adam dokładnie półtorej minuty. Za Dreną jeszcze kawałek zjazdu kończącego się ostatecznie na wysokości niespełna 250 m. n.p.m.

GF CHARLY GAUL

Zdjęcie 1 z 25

Na dole skręt w prawo i jazda na północ stronę Lago de Cavedine. Wzdłuż tego jeziorka rzuciłem się w pogoń za liczniejszą grupką zawodników i po dłuższym czasie w okolicy Ponte Olivetti moje wysiłki zostały uwieńczone powodzeniem. Tym sposobem na odcinku między Sarche a Padergnone (107 km) czyli między jeziorami Lago di Toblino oraz Lago di Santa Massenza mogłem nieco odpocząć. Cos tam przegryźć i napić się na spokojnie przed trudnym finałem. Nie oznacza to bynajmniej, że migałem się od roboty zmianowej. Na płaskim terenie dałem dwie-trzy zmiany na czele naszej grupy. Za Padergnone zaczął się niewielki podjazd przed, którym przestrzegał mnie Włoch, z którym początkowo goniłem rywali będących w zasięgu wzroku. Podjazd do Lon (112,3 km) był ledwie hopką z gatunku trzeciej kategorii. Liczył on sobie w sumie 5,1 kilometra o średnim nachyleniu 5,9 %, przy czym ostatnie 2,1 kilometra za Vezzano miało 7,1 %. Bez specjalnego wysiłku zostawiłem w tyle wszystkich kompanów z mego oddziału i pod koniec podjazdu ujrzałem przed sobą w oddali Piotrka. Jednak w pofałdowanym terenie między Lon a Terlago zbliżałem się do niego bardzo powoli. Dojechawszy do tego drugiego miasteczka trzeba się było zmierzyć z technicznym odcinkiem specjalnym po wąskich uliczkach. Organizatorzy przepuścili nas po takich zakamarkach owej mieściny, że przypomniała mi się jazda po „podwórkach” Willer-sur-Thur w trakcie czerwcowego Les 3 Ballons. Piotr znikł mi na parę minut z pola widzenia. Jeszcze kilka kilometrów w dość łatwym terenie, przejazd przez wioskę Travolt i Cadine, po czym na 122 kilometrze, za rondem  na drodze SP45 bis rozpoczął się finałowy podjazd do Vason.

Przeszło 16-kilometrowy, północno-zachodni wariant wjazdu na masyw Monte Bondone jest nieco łatwiejszy od klasycznej wersji z początkiem w Trento. Podstawowa różnica polega na tym, iż w tym przypadku wspinaczka zaczyna się jakieś 250 metrów wyżej tj. na wysokości około 440 metrów n.p.m. Obie opcje północnego podjazdu łączą się ze sobą w Candriai na wysokości 965 metrów n.p.m. Górna część tego wzniesienia była mi więc znana z czerwcowej wycieczki roku 2008. Obie „połówki” są do siebie dość podobne. Pierwsze 7,2 kilometra ma średnie nachylenie 7,3 %, zaś wspólne 9,1 kilometra ma przeciętna 7,6 %. Na trzecim kilometrze wspinaczki minęliśmy miasteczko Sopramonte, lecz wbrew nazwie było to dopiero początek góry. Niewiele później czyli jakieś 13 kilometrów przed finałem w końcu dogoniłem Piotrka i zaproponowałem koledze holowanie. Pietro debiutujący w tego rodzaju imprezie nieco osłabł, ale wciąż trzymał się dzielnie, więc był w stanie skorzystać z mojej propozycji i trzymać się na kole. Razem dojechaliśmy do Candriai od czasu do czasu mijając jakiegoś konkurenta. Tymczasem na 7 kilometrów przed metą dopadł nas Adam. Nasz kolega mający w nogach niejeden szosowy maraton wyglądał z nas najlepiej i pewnie mógłby pomknąć do mety sobie właściwym tempem. Tym niemniej zgodnie uznaliśmy, iż skoro po 130 kilometrach trasy nic nas nie dzieli zacnie będzie wspólnie dotrzeć na szczyt, zamiast kierować się egoizmem i przekraczać linię mety w niewielkich odstępach czasowych. Ja na zmianę z Adamem nadawałem tempo, zaś Piotr starał się dotrzymać nam kroku i w miarę możliwości nie spowalniać swych starszych kolegów. Na każdym kilometrze do samego końca wyścigu udawało nam się przy tym wyprzedzać po dwóch, a niekiedy nawet trzech rywali. Przejechaliśmy przez Vaneze, następnie Norge i dobiliśmy do Vason. Na ostatnich 100 metrach trzeba było odbić z drogi SP85 w prawo by osiągnąć metę w pobliżu nasłonecznionej polany na której ustawiono miasteczko wyścigowe.

Zawody ukończyliśmy w czasie 5 godzin 34 minut i 42 sekund (przeciętna prędkość 24,47 km/h) zajmując miejsca od 212 do 214 w gronie około pięciuset zawodników, którzy przejechali trasę Gran Fondo. Wyprzedziło nas 203 dżentelmenów i trzeba uczciwie przyznać także osiem dzielnych niewiast. Nasz realny czas był o 3 minuty i 40 sekund lepszy od oficjalnego. Nasza trojka zajęła miejsca w czwartych dziesiątkach swych kategorii wiekowych, więc oczywiście nie mieliśmy się co zgłaszać na podium po odbiór nagród które wręczał m.in. gość honorowy imprezy „Gibo” Simoni. Wyścig wygrał Włoch Mateo Cappe z Team Maggi-FRW w czasie 4 godzin 25 minut i 1 sekundy, który na finiszu wyprzedził swego rodaka Alfonso Falzanaro. Włoskie podium uzupełnił Allessandro Bertuola, który stracił do powyższej dwójki 1:42. W czołowej dziesiątce znalazło się tylko dwóch „stranierich” tzn. Hiszpan na piątym oraz Francuz na szóstym miejscu. Z kolei drugą dziesiątkę klasyfikacji otwierało i zamykało dwóch Słoweńców. Darek ukończył ściganie w czasie 6 godzin 56 minut i 39 sekund zajmując 455 miejsce. Czekając na przyjazd naszego kolegi udaliśmy się do wielkiego namiotu po zasłużony poczęstunek. Po kilkugodzinnym wysiłku nawet nie wyszukana strawa na bazie makaronu potrafi przypaść do gustu. Około piętnastej niebo zaczęło się chmurzyć, więc gdy tylko Darek zdał swego chipa organizatorom rozpoczęliśmy odwrót czyli przeszło 20-kilometrowy zjazd do Trento. Na szczęście niebo okazało się łaskawe i wraz z Darkiem mogliśmy sobie pozwolić na liczne postoje by dorzucić sporą dawkę zdjęć do albumu z wyprawy. Zjechawszy do centrum Trydentu, przebraliśmy się przy samochodach i niemal z marszu ruszyliśmy z powrotem do kraju. Na jedyny dłuższy postój pozwoliliśmy sobie w południowej Bawarii stając na kolacji przy okazji tankowanie w Irschenbergu. Po owym posiłku podziękowaliśmy sobie za dwutygodniową współpracę i każdy z samochód ruszył w dalszą drogę do Ojczyzny właściwym sobie tempem i szlakiem.

GF CHARLY GAUL

Zdjęcie 1 z 25

Napisany w 2005-12 Gran Fondo | Możliwość komentowania GF Leggendaria – Charly Gaul została wyłączona

Les 3 Ballons

Autor: admin o 9. czerwca 2012

Sobota 9 czerwca jak przystało na dzień wyścigu z gatunku Gran Fondo zaczęła się dla nas bardzo wcześnie. Start „Trzech Balonów” przewidziano na godzinę 7:15, a że czekał nas kilkudziesięcio-kilometrowy dojazd trzeba było opuścić Burnhaupt-le-Haut co na najmniej godzinę przed wystrzałem startera. Udało nam się dotrzeć na miejsce jakieś 15-20 minut przed startem i znaleźć jakąś miejscówkę na dzikim parkingu powstałym ad hoc na obrzeżach Champagney. Do linii startu nieopodal miejscowego kościoła, gdzie gromadził się kilkutysięczny peleton amatorów kolarstwa w każdym wieku i o bardzo różnych możliwościach, mieliśmy stamtąd niecały kilometr. Podjeżdżając na miejsce każdy z nas starał się o znaleźć dogodne miejsca do startu. W miarę możliwości w pierwszej części kolorowego roju cyklistów, acz bez zbytniego stresu i napięcia bo nie przyjechaliśmy tam walczyć. Szczęśliwie zapowiadał się pogodny dzień. Mimo wczesnej pory już na starcie było 17 stopni Celsjusza. Pierwsze kilometry po starcie jak zwykle szybkie i chaotyczne. Każdy gna przed siebie zależnie od swych fizycznych możliwości i taktycznych założeń. Niektórzy liczą na dobry czy choćby lepszy od ubiegłorocznego wynik stąd cisną się do przodu nie tylko lewą stroną, a że pierwsze 5 kilometrów do Plancher Bas prowadzi po płaskim terenie tempo wielkiej grupy wyraźnie przekracza 40 km/h. Dojechawszy do tego miasteczka cała chmara ludzi na rondzie wybiera trzeci zjazd i skręca na północ w kierunku Plancher-les-Mines (na 11 km) położonego u stóp finałowego podjazdu. Owe jedenaście kilometrów ma walor zapoznawczy. Za ładnych kilka godzin (sześć–osiem-dziesięć zależnie od indywidualnych możliwości) trzeba będzie je pokonać ponownie na odcinku między ostatnim bufetem a podnóżem La Planche de Belles Filles.

Tymczasem jednak na rozjeździe za Plancher-les-Mines jedziemy drogą w lewo i kierujemy się na pierwszy z balonów czyli Ballon de Servance (1138 m. n.p.m.). Pierwszy z sześciu zasadniczych podjazdów okazał się trudnym wyzwaniem i to pod kilkoma względami. Liczył sobie 11,7 kilometra przy średniej 5,6 %, ale momentami był nadspodziewanie stromy. Maksymalna stromizna sięgała tu 14 %. Gorzej że droga była wąska, nawierzchnia kiepska, zaś pobocze nieregularne. Mało było tu miejsca na wyprzedzanie słabszych konkurentów, zaś objeżdżanie ich wąskim skrawkiem skraju drogi należało do ryzykownych zadań. Owszem można było zyskać nieco pozycji, lecz nie tak wiele jak mogłoby to mieć miejsce w bardziej dogodnych warunkach czyli na drodze o większej „przepustowości”. Skoro tak wyglądał podjazd to i zjazd musiał być techniczny i niebezpieczny, tak ze względu na wąską i krętą drogę jak i sam jej stan. Nie martwiłem się jednak stratami poniesionymi na zjeździe. Odetchnąłem gdy cało i zdrowo dotarłem na dół. Na moje szczęście organizatorzy postanowili sprawiedliwie dzielić drogi publiczne między uczestników wyścigu oraz kierowców samochodów. Dzięki temu u kresu dwóch czy trzech zjazdów nadziałem się na grzecznie czekających na włączenie się do ruchu bezpośrednio wyprzedzających mnie rywali dzięki czemu kolejny płaski odcinek mogłem zaczynać w licznym towarzystwie. Pierwszy taki przypadek miał miejsce w Le Thillot na 36 kilometrze. Jeszcze w tej samej miejscowości moja grupa nieco schudła, po tym jak część uczestników skręciła w stronę Saint-Maurice-sur-Moselle tj. na trasę ledwie 104-kilometrowego Les 3 Ballons Senior.

Tymczasem podobni mi śmiałkowie gnali dalej na północ. Na 45 kilometrze skończyło się przeszło 3-kilometrowe „falsopiano” szumnie nazywane Col du Menil, zaś za miejscowością Cornimont zaczął się drugi podjazd dnia czyli Col d’Oderen (884 m. n.p.m.). Niewysoki i mało wymagający, tym bardziej że wszyscy mieli jeszcze spory zasób sił. Początkowo łatwy, dalej o umiarkowanym nachyleniu, a w sumie liczący 8,3 kilometra o średniej stromiźnie 3,8 i max. 9 %. Po nim 6-kilometrowy zjazd do Kurth i podobnej długości płaski odcinek wzdłuż jeziora do miejscowości Wildenstein (547 m. n.p.m.). W tym miejscu zaczynał się nominalnie ponad 30-kilometrowy podjazd na „dach wyścigu” czyli przełęcz Grand Ballon (1343 m. n.p.m.). Faktycznie jednak ów wjazd na najwyższą przełęcz całego pasma Wogezów można podzielić na kilka niezależnych sektorów. Najpierw czekał nas stosunkowo trudny podjazd na Col de Bramont (956 m. n.p.m.) czyli 7,3 kilometra przy średniej 5,3 i max. 10 %. Dojechawszy na tą przełęcz miałem za sobą m/w połowę przewyższenia między Wildenstein a Grand Ballon, lecz zarazem niespełna ćwiartkę dzielącego te miejsca dystansu. Za przełęczą krótka chwila wytchnienia czyli 900 metrów szybkiego zjazdu, po czym skręt w prawo w boczną drogę tzw. Route de Americans. Na niej zaś wspinaczkowa poprawka czyli kolejny solidny podjazd o długości 5 kilometrów przy średniej 6,8 % i max. 12 % kończący się powyżej granicy lasu na wysokości około 1240 metrów n.p.m. Wraz z końcem tego wzniesienia zaczął bzikować mój licznik, który raz to odmawiał współpracy w pomiarze prędkości i dystansu by następnie ożywać i wracać do akcji. Ostatecznie przespał jakieś 40 kilometrów, gdyż całego dystansu zanotował mi dane ze 165 kilometrów trasy.

Do dotarciu na wysokość ponad 1200 metrów n.p.m. następne kilkanaście kilometrów miało wieść płaskowyżem po terenie ledwie pofałdowanym. W takim terenie trwała niezła gonitwa i akcja łączenia grupek. Trochę udzielając się w tej pogoni można też było dłuższy czas odpocząć na kole swych chwilowych współpracowników. Po dwunastu kilometrach na drodze D430  minęliśmy skrzyżowanie wysokogórskich dróg przy osadzie Le Markstein i pojechaliśmy dalej na południową-wschód tym razem szosą D-431 już bezpośrednio na spotkanie „Wielkiego Balona”. Tym niemniej z pozostałych nam do przełęczy siedmiu kilometrów ledwie piąta część okazała się podjazdem. Rzecz by można z dużej chmury mały deszcz. Taka wysokość, a ledwie 1,4 kilometra wspinaczki choć o solidnym nachyleniu 8,1 %. Jeśli bowiem ktoś chce zażyć prawdziwej wspinaczki pod Grand Ballon to musi to wzniesienie zaatakować od strony południowej (Willer-sur-Thur lub Uffholz co było mi dane w 2007 roku) lub od wschodniej (z początkiem w Soultz). Premia górska na Grand Ballon oznaczała 99 kilometr wyścigu, więc stanąłem na minutkę by uzupełnić bidony i przekąsić „małe co nieco” ze skromnego menu moich kieszonek. Czekał mnie teraz przeszło 16-kilometrowy zjazd do położonego przeszło 900 metrów niżej Willer-sur-Thur. W górnej części wietrzny. W środkowej części z niespodzianką czyli odcinkiem kostki a’la Walim na wirażach przed Col d’Amic (825 metrów n.p.m.). Potem chwila wspomnień w locie czyli szybki przelot przez Goldbach-Altenbach gdzie pięć lat wcześniej zatrzymaliśmy się wraz z Piotrkiem Mrówczyńskim na jedną dobę w naszej drodze przez Masyw Centralny ku Pirenejom.

Bezpośrednio po zjeździe organizatorzy przygotowali nam niespodziankę w postaci objazdu robót drogowych takimi zakamarkami miasteczka, iż można było się zastawiać czy droga może być jeszcze węższa i czy to jest jeszcze oficjalna trasa wyścigu. Następnie po ledwie dwóch kilometrach na drodze krajowej N66 trzeba było skręcić w prawo i zacząć podjazd numer cztery czyli z pozoru niegroźny Col du Hundsruck (748 m. n.p.m. – 123 km). Okazuje się jednak, że wysokość bezwzględna podjazdu potrafi być myląca. Na leśnej drodze im. marszałka Joffre trzeba się było trochę sprężyć. Podjazd miał tylko 6,1 kilometra, ale o solidnym nachyleniu 6,3 i max. 13 %, więc po blisko pięciu godzinach jazdy skłonny byłem w paru miejscach wrzucić bardziej miękkie niż dotąd przełożenie. Na dziewięciu kilometrach zjazdu do Maseveaux trzeba było pokonać kolejny brukowany odcinek, nawet trochę popracować na hopkach będących niemiłym przerywnikiem. We wspomnianym miasteczku należało skręcić w prawo tzn. na zachód i wjechać na drogę D-466 prowadzącą do Sewen gdzie zaczyna się wschodni podjazd na Ballon d’Alsace. Na dojeździe do Sewen walczyłem o złapanie się do grupki wysokich gości, którzy sprawiali wrażenie mocnych ludzi w płaskim terenie. Minęło już południe, temperatura sięgała 26 stopni Celsjusza i czas było pomyśleć o lepszym zaopatrzeniu się w wodę i suchy prowiant na pozostałe 60 kilometrów trasy. Dlatego w tym bufecie wyjątkowo zabawiłem kilka ładnych minut, zaś po zaspokojeniu głodu i pragnienia zdjąłem bluzę zbędną przy letniej aurze i owinąłem ją wokół sztycy podsiodłowej.

Kolejnym wyzwaniem, acz w zasadzie nie przedostatnim jak się okazało był podjazd pod Ballon d’Alsace czy gwoli ścisłości większa część wschodniej strony tego wzniesienia. W trakcie wyścigu Les 3 Ballons kończy się on na wysokości około 1090 metrów n.p.m. czyli pomija ostatnie dwa kilometry, wspólne z poznanym przez mnie dzień wcześniej południowym wariantem. Wschodni podjazd pod Ballon d’Alsace bez owej końcówki (La Gentiane – 153 km) to 9,2 kilometra o średniej 6,3 % i max. 15 %. To na nim udaną szarżę po zwycięstwo etapowe w Belfort przeprowadził w 1997 roku Francuz Didier Rous. Działo się to na etapie podczas którego kolarze niesławnej rok później Festiny próbowali zaskoczyć i zgubić lidera wyścigu Niemca Jana Ullricha. Zjazd z niepełnego „Balona Alzackiego” nie stanowił dla mnie zaskoczenia. Poznałem go dzień wcześniej, acz zza kółka samochodu. Najważniejszym zadaniem jakie sobie postawiłem było dojechać do Malvaux (163 km) czy Giromagny (167,5 km) w jakimś towarzystwie, aby nie być zmuszonym do samotnej jazdy na około 20-kilometrowym dojeździe do Champagney. Znalazłem się z razu w kilkuosobowej grupce, która na płaskim odcinku do Errevet (179,5 km) urosła do rozmiarów około 30-osobowego peletoniku. Cały czas miałem w głowie słowa Piotra, który przejechał ten wyścig w 2009 roku, iż poza zasadniczymi podjazdami najbardziej dał mu w kość trudny, pagórkowaty odcinek na dojeździe do Champagney. Tymczasem jechało mi się całkiem miło i swobodnie w środku czy na końcu mojej grupy. Za Errevet przyszła jednak w końcu pora na sektor a’la słynne „schody Kapitonowa” czyli kilka góra-dół po wąskich, bocznych drogach z krótkimi, acz sztywnymi podjazdami oraz technicznymi zjazdami. Walczyłem o przetrwanie by w dotychczasowym towarzystwie, cały i zdrów dojechać do ostatniego bufetu przed metą.

Nie odmówiłem sobie tej chwili wytchnienia oraz okazji do uzupełnienia gasnących zasobów energii. Powtórny dojazd do Plancher-les-Mines odbywał się w zgoła innej od porannej atmosferze. Po wyruszeniu ze strefy bufetu z okolicy Plancher-Bas złapałem koło dwóch-trzech starszych jegomości. Po blisko dwustu kilometrach trasy nasz mega-peleton rozciągnął się na tyle, że o asystę innego uczestnika trzeba było się postarać doganiając go lub czekając na takiego pomocnika. Podwiozłem się trochę do podnóża finałowego podjazdu, dalej pojechałem już swoim tempem do samego końca zyskując nieco pozycji. Już podczas porannej „inspekcji” widziałem jak stromy jest początek tego pojazdu. Po przejechaniu tej góry ochrzciłem ją mianem małego „L’Alpe d’Huez” tak ze względu na stromy początek, długą pierwszą prostą jak i pierwszy wiraż po niej w prawo plus nieco łatwiejszą końcówkę. Po dwustu kilometrach niełatwej trasy każda stromizna robi wrażenia. Tym bardziej całe kilometry. Tymczasem La Planche de Belles Filles miało 5,3 kilometra przy średnim nachyleniu 8,5 % i max. 20 % po pokonaniu 750 metrów od rozjazdu. O stromiźnie tego podjazdu co kilometr informowały nas stosowne tabliczki. Ponadto co trzysta metrów niczym na każdym wirażu słynnej L’Alpe rozstawione też były tabliczki z nazwiskami wszystkich poprzednich zwycięzców tej imprezy począwszy od roku 1997. Pierwszy kilometr tego wzniesienia miał średnio 11,3 %. Drugi tylko 8 % ze względu na wywłaszczenia około 1700 metrów od startu. Następnie trzeci i czwarty kilometr odpowiednio 10,8 i 10 %. Wszystkie przy max. około 14-16 %. Dopiero ostatnie 1300 metrów było znacznie łatwiejsze czyli 6,7 % przy max. zaledwie 12 %, głownie z uwagi na wywłaszczenia na odcinku między 500 a 350 metrów przed metą.

Finisz wyścigu pewnie ze względu na względy organizacyjno-logistyczne związane z koniecznością kilku tysięcy uczestników tej imprezy wyznaczono jest przy wjeździe na okazały plac położony na wysokości 985 metrów n.p.m. Tym samym amatorom zaoszczędza się konieczności pokonania stromej rampy, na której miesiąc po naszym wyścigu Chris Froome udanie skontrował atak Cadela Evansa po zwycięstwo na pierwszym górskim etapie Tour de France 2012. Do mety dotarłem w czasie 8h 20 minut i 44 sekund na 871 miejscu w gronie 2403 zawodników, którzy ukończyli dłuższą z dwóch tras. W mojej kategorii wiekowej (30-39 lat) dało mi to 296 pozycję pośród 705 osób. Jednym słowem bez rewelacji. Do zwycięzcy czyli Niemca Bernda Hornetza (6h 25m 47s) straciłem blisko dwie godziny. W starych, dobrych czasach czyli w pełni formy nie dałbym sobie wbić na takiej trasie więcej niż półtorej godziny. Apropos trasy trzeba powiedzieć, iż była ona naprawdę wymagająca i to nie tylko ze względu na spory dystans. Łączne przewyższenie sześciu czy ośmiu zasadniczych podjazdów oraz pomniejszych pagórków na trasie wyniosło 4197 metrów. W mojej prywatnej punktacji najtrudniejszych Gran Fondo impreza ta co prawda wyraźnie ustępuje tylko „hardcorowym” wyścigom typu: GF Campagnolo, Alpenbrevet Gold czy La Marmotte, lecz plasuje się dość wysoko gdzieś między austriackimi Highlanderem i Dreilanderem. Po zdaniu chipa, odebraniu pamiątkowego medalu i dyplomu (o dziwo „brevet d’or”) oraz chwili odpoczynku rozpocząłem zjazd do Champagney. Już na pierwszym kilometrze złapałem gumę. Szczęście w nieszczęściu, że już za metą. Bliżej podnóża wzniesienia minąłem się z Darkiem, który resztkami sił ambitnie podążał ku mecie. Mój kolega dotarł do mety w czasie 10h 17 minut i 20 sekund. Telefonicznie umówiliśmy się, że zabiorę samochód z Champagney i podjadę go odebrać u podnóża finałowego wzniesienia. Następnie pomimo zmęczenia wielogodzinnym wyścigiem zdecydowaliśmy się bez noclegu we Francji ruszyć w drogę powrotną via Belfort do granicy niemieckiej i dalej do Ojczyzny.

ZDJĘCIA

LES 3 BALLONS

Zdjęcie 1 z 15

Napisany w 2005-12 Gran Fondo | Możliwość komentowania Les 3 Ballons została wyłączona

« Poprzednie wpisy