Alpy francuskie czyli góry, w których co najmniej od 1911 roku rozstrzygają się losy Tour de France. Po raz pierwszy miałem okazję w nich pojeździć w lipcu 2005 roku. Wybrałem się ku nim w towarzystwie Piotra Mrówczyńskiego, zaś na miejscu towarzyszyli nam Jacek Śliwicki i Tomek Wienskowski. Swoją przygodę z francuskimi wzniesieniami rozpocząłem od południowego podjazdu na legendarną przełęcz Col d’Izoard. Następnego dnia zrobiliśmy sobie poprawkę na Cime de la Bonette, po czym zawitaliśmy do stacji Les Deux Alpes. Głównym celem tamtej wycieczki był udział w wyścigu La Marmotte. Podczas tej imprezy typu cyclosportive przejechaliśmy przełęcze: Glandon, Telegraphe i Galibier finiszując w słynnej stacji L’Alpe d’Huez. Po czym w ostatnich dniach owej eskapady resztki swych sił poświęciliśmy na dotarcie do ośrodków sportów zimowych: Courchevel i La Plagne oraz na wjazd pod Col de l’Iseran, najwyższą z drogowych przełęczy Francji. Po dwunastu miesiącach wróciłem w te strony górskim szlakiem przez Italię. W nieco szerszym składzie i tym razem wyłącznie w sportowych celach. Piotr dojechał do Francji wraz z Michałem Stochem, zaś ja wespół ze Zdziśkiem Wojtyło i Darkiem Kamińskim. Oprócz drugiego występu w kultowym „Świstaku” moim celem był udział w L’Etape du Tour na trasie z Gap do L’Alpe d’Huez. Tej samej, na której wśród profesjonalistów osiem dni później triumfował Luksemburczyk Frank Schleck.
Po raz trzeci we francuskie Alpy dotarłem w lipcu 2009 roku, tym razem z Darkiem. Przyjechaliśmy na dwa tygodnie, przedzielone startem w moim trzecim już L’Etape du Tour. Tym zorganizowanym przez A.S.O. na trasie z Montelimar do Mont Ventoux, który po kolejnych pięciu dniach na „Wielkiej Pętli” padł łupem hiszpańskiego Baska Juan Manuela Garate. Poznałem wówczas 22 większe podjazdy na sporym obszarze od departamentu Haute Savoie na północy po Vaucluse na południu. Podobnie „obfite łowy” stały się moim udziałem na przełomie czerwca i lipca 2013 roku podczas jedynej w swoim rodzaju wyprawy pod szyldem Route Grandes Alpes. Do tego w formacie obustronnym czyli od jeziora Genewskiego do Morza Śródziemnego i z powrotem. Oprócz Piotra i Darka w tej śmiałej eskapadzie brali wzięli jeszcze udział Adam Kowalski i Roman Abramczyk. Nieco uproszczając program owej górskiej etapówki można powiedzieć, że jedenaście z czternastu odcinków wiodło po szosach francuskich. Na samej tylko francuskiej ziemi dorzuciłem wówczas do swej kolekcji 18 nowych podjazdów alpejskich. Poza tym przypomniałem sobie kilka innych poznanych we wcześniejszych latach. Gdy zaś wróciłem do kraju sprawdziłem ile ciekawych gór we francuskiej części Alp pozostało mi wciąż do zobaczenia. Okazało się, że warto byłoby zobaczyć jeszcze co najmniej sto.
Przy tak pokaźnej liczbie swoje śmiałe plany musiałem rozłożyć na lata. Cały obszar francuskich Alp podzieliłem sobie zatem na trzy rewiry: północny, centralny i południowy. Zacząłem owo zwiedzanie właśnie w takiej kolejności czyli od wyprawy do Sabaudii (departamentów Haute-Savoie & Savoie). W czerwcu 2017 roku wespół z Darkiem i Tomkiem Busztą, a także od piątego dnia z Romkiem i Piotrem Podgórskim „rozpracowałem” na tym obszarze w sumie 30 kolarskich wzniesień, przy czym jedno po szwajcarskiej stronie górskiej granicy. W tym roku przyszła pora na fazę drugą uzupełniania mojej franko-alpejskiej „listy życzeń”. To znaczy na poznawanie kolarskich podjazdów z departamentów Isere & Hautes-Alpes. Podobnie jak przed dwoma laty towarzyszyli mi w tej wyprawie Darek i Tomek. Dla naszych potrzeb wynająłem przez booking.com trzy bazy noclegowe. Pierwszą na osiem nocy w Echirolles pod Grenoble, skąd ruszaliśmy ku kolarskim wzniesieniom na terenie masywów: Vercors, Chartreuse i Belledonne. Drugą na cztery doby w Bourg d’Oisans, by mieć z niej ułatwiony dostęp do podjazdów wokół doliny Romanche. W końcu zaś trzecią na pięć noclegów w Embrun, aby swym zasięgiem objąć teren od doliny Queyras po miasteczko Remollon, na południowym krańcu departamentu Wysokich Alp.
Tak rozplanowana kolejność poznawcza nie była bynajmniej przypadkowa. Z kalendarzowego punktu widzenia do Francji wybraliśmy się pod koniec wiosny. Dlatego wolałem zacząć zwiedzanie środkowej części francuskich Alp od gór niższych by dać tym wyższym o tydzień więcej czasu na zrzucenie z siebie resztek zimowej pierzyny. Tymczasem przyroda sprawiła nam pogodowego psikusa. W pierwszym tygodniu czerwca, gdy kręciliśmy na wysokościach nie przekraczających 1800 metrów n.p.m. szeroko pojęte „okolice” Grenoble nawiedziła fala upałów z temperaturami grubo powyżej 30 stopni. Darek z Tomkiem w tych warunkach jakoś dawali radę. Ja na drugich górach dnia przez pierwsze pięć dni padałem z odwodnienia i do swych kolejnych celów docierałem resztkami sił. Po czym gdy na półmetku wyprawy ruszyliśmy się na wschód by zaatakować pierwsze „dwutysięczniki” jak na złość spotkało nas załamanie pogody. Przez pierwsze trzy dni wokół Le Bourg d’Oisans musieliśmy sobie radzić z chłodem i wilgocią. Tym niemniej obyło się bez odwołanych etapów i zawsze na przekór najgorszym nawet warunkom byliśmy w stanie pokonać przynajmniej jeden poważny podjazd. Ja zaliczyłem ich w sumie 29. Moi dwaj koledzy „zgarnęli” po 30 górskich premii, bowiem dotarli do swych celów również na feralnym dla mnie, przymusowo skróconym etapie 12b.
Choć mój dorobek był odrobinę mniejszy niż obu kompanów to wciąż mogę go uznać za całkiem okazały. Kolejne siedem razy miałem okazje wjechać na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. W tym na tak wysokie przełęcze jak: Agnel (2744 metrów), Galibier (2642 metry) oraz Parpaillon (2637 metrów). Dwie pierwsze odwiedziłem ponownie, lecz docierając na nie z przeciwnej strony niż przy poprzednich próbach. Trzecią osiągnąłem wraz z Tomkiem w stylu iście trekkingowym tzn. podskakując na kamieniach, a nawet przedzierając się przez zaspy śnieżne w samej końcówce. Osiemnaście z moich wzniesień miało amplitudę ponad 1000 metrów. Pośród nich zdecydowanie największe były: Galibier i Parpaillon, mając odpowiednio 1900 i 1835 metrów przewyższenia. Te dwa „olbrzymy” weszły do mojej pierwszej 10-tki na mojej liście „największych”. Pięć czerwcowych podjazdów miało długość ponad 20 kilometrów. Najdłuższe były szlaki z La Clapier na Col du Galibier (ponad 42 kilometry) oraz z Sassenage do Source de la Moliere (34 kilometry). Pokonanie tego pierwszego zajęło mi dwie godziny i niemal trzy kwadranse, więc zarówno pod względem dystansu jak i czasu był to mój najdłuższy podjazd w życiu. Jeśli zaś wierzyć wyliczeniom fachowców z „archivio salite” czy „cyclingcols” zdecydowanie najtrudniejszą górą owej wyprawy było ostatnie wyzwanie czyli Col du Parpaillon. Wzniesienie nie dość, że wysokie i wielkie to w swej trzeciej tercji zdecydowanie nie-szosowe.
Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem na czerwcowym szlaku z Grenoble przez Le Bourg d’Oisans do Embrun.
Ta góra była wisienką na moim alpejskim torcie. Od dawna chciałem ją poznać. Col du Parpaillon (a w zasadzie Tunnel du Parpaillon) to wzniesienie, które kolarskich śmiałków przenosi do epoki, gdy nasza ulubiona dyscyplina sportu dopiero raczkowała. Droga z kulminacją pod przełęczą Parpaillon powstała bowiem pod koniec XIX wieku. Wybudowano ją w latach 1891-1900. Prace inżynieryjne zaczęto za sprawą generała Henri Berge, wojskowego gubernatora Lyonu. Dokończono zaś pod nadzorem jego następcy tj. generała Zede. Miała połączyć Fort de Tournoux, znajdujący się w górnej części przygranicznej Vallee d’Ubaye z rejonem Embrun i tym samym z resztą Francji. Podjazdy prowadzące w to miejsce kończą się wjazdem do ciemnego, półkilometrowego tunelu na poziomie 2637 metrów n.p.m. po północno-zachodniej oraz 2643 metrów n.p.m. po południowo-wschodniej stronie. Przez większą część roku dostępu do tej czeluści strzegą metalowe wrota. Sama przełęcz położona jest zaś na wysokości 2783 m. n.p.m., pomiędzy szczytami Le Grand Parpaillon (2990 m.) i Le Petit Parpaillon (2881 m. n.p.m.) w masywie o tej samej nazwie. W pierwszych dekadach XX wieku, niemal do wybuchu II Wojny Światowej, była to najwyższa droga na terenie Francji. Do czasu gdy otwarto szlak przez Col de l’Iseran. Nieco starsza niż Parpaillon trasa przez Col du Galibier kończyła się wówczas w tunelu, wykutym na wysokości 2566 m. n.p.m. Natomiast ówczesne przeprawy przez Col de la Bonette czy Col Agnel nie nadawały się jeszcze do ruchu kołowego. O przyszłych losach Parpaillon przesądziło powodzenie jakie zyskała sobie młodsza przeprawa przez sąsiednią Col de Vars. Ta przełęcz leży przeszło 500 metrów niżej i również łączy Ubaye z doliną rzeki Durance. W roku 1922 po raz pierwszy trafiła na trasę Tour de France, zaś w latach powojennych została z obu stron wyasfaltowana. Tym samym droga na Parpaillon poszła w odstawkę, by nie powiedzieć w zapomnienie. Została skazana na trwanie w swej pierwotnej postaci.
Parpaillon pozostaje najtrudniej dostępnym łącznikiem między departamentami Hautes-Alpes (Wysokie Alpy) oraz Alpes-de-Haute-Provence (Alpy-Górna Prowansja). Z dwojga dróg na nią trudniejsza jest ta północna. Według „cyclingcols” ma długość 26,7 kilometra i przeciętne nachylenie 6,8%. Przy czym na ostatnich 11 kilometrach średnia ta wynosi aż 8,8%. Przewyższenie netto tego wzniesienia to 1827 metrów, zaś brutto nawet 1844. Pierwsze 17,9 kilometra owego podjazdu prowadzi po drodze asfaltowej. Natomiast segment 8,8 km powyżej Pont du Real (1858 m. n.p.m.) już tylko po szutrze. Z kolei wspinaczka południowa zaczyna się w miejscowości La Condamine-Chatelard i liczy sobie „tylko” 17,4 kilometra. Ma średnie nachylenie 7,8% i amplitudę 1352 metrów. Po tej stronie góry trzeba pokonać aż 11,5 kilometra drogi nieutwardzonej, bowiem odcinek asfaltowy kończy się we wiosce Chapelle Sainte-Anne na wysokości 1749 m. n.p.m. To właśnie na południowym zboczu w roku 1993 francuski reżyser Luc Moullet nakręcił film „Parpaillon – w poszukiwaniu człowieka przy pompie Ursusa”. Podjazd ku Tunnel de Parpaillon śmiało można porównać do Colle delle Finestre, rozsławionej występami na Giro d’Italia. Na włoskiej górze mamy bowiem blisko 1700 metrów przewyższenia, z czego ponad 10 kilometrów do przerobienia na szosie i niespełna 8 kilometrów po szutrze. W starciu tych dwóch „antycznych tytanów” wspomniana już cyclingcols.com prymat daje bardziej stromej Finestre, która wygrywa stosunkiem 1577 do 1409 punktów. Miałem nieśmiałą nadzieję na to, iż nawierzchnia drogi w górnej tercji północnego Parpaillon będzie porównywalna do tej, którą przed czterema laty zastaliśmy na piemonckiej górze. W ostatnich latach zdążyłem się jednak zorientować, że termin „gravel” ma wiele znaczeń. Może to być ładnie ubita gruntówka z niewielką ilością kamieni, dla szosowca lepsza do jazdy niż mocno zniszczony asfalt. Bywa jednak, iż za tym pojęciem kryje się kamienisty dukt, który wspinaczkę na wąskich oponach znacząco utrudniania, zaś miejscami czyni wręcz niemożliwą.
Gdybyśmy chcieli zdobyć Parpaillon z obu stron musielibyśmy przejechać 88 kilometrów z łącznym przewyższeniem 3200 metrów. Z tego w sumie 20 kilometrów byłoby szutrowym zjazdem. Uznałem, że wystarczy nam północna wersja tej góry. Tym bardziej, iż w okolicy Embrun nie brakowało szosowych podjazdów mogących nam posłużyć za drugie niedzielne wzniesienie. Dla moich kolegów wybrałem na tą okoliczność 15-kilometrową wspinaczkę ze wsi Baratier do stacji Les Orres, gdzie w roku 1973 zakończył się królewski etap „Wielkiej Pętli”, zaś w sezonie 1989 górski odcinek kobiecego Tour de France. Dla mnie nie była to jednak opcja, gdyż zaliczyłem ten podjazd już w lipcu 2009 roku. W zanadrzu miałem, więc trzy inne „sztuki” do wyboru. Pierwszą był wjazd na Col de la Coche (1791 m. n.p.m.) zaczynający się w Saint-Andre d’Embrun przy drodze D994d. Miałbym na niej do pokonania 12,3 kilometra o średniej 7% i przewyższeniu 856 metrów. Drugą, wspinaczka do stacji Reallon (1550 m. n.p.m.) od Pont de Savines na jeziorze Serre-Poncon. To jest wzniesienie o długości 11,3 kilometra i przeciętnej 6,8% z amplitudą 765 metrów. Tym niemniej zjechawszy z Parpaillon musiałbym ją poprzedzić aż 13-kilometrowym dojazdem, co niespecjalnie mi pasowało. Dlatego ostatecznie wymyśliłem sobie, że pokonam tylko 6 kilometrów do miejscowości Crots, aby z niej drogą D90 podjechać do wioski Les Gendres (1590 m. n.p.m.). W ten sposób na zakończenie całej wyprawy zaliczyłbym podjazd mający 10,9 kilometra i średnie nachylenie 7,3%. Mało komu znany, lecz niewątpliwie spełniający warunki do nazwania go „premią górską” pierwszej kategorii. Wszystkie one miały być jedynie dodatkiem do głównej atrakcji ostatniego etapu. Podobnie jak w Le Bourg d’Oisans do boju ruszyliśmy na raty. Gdy góra jest blisko i nie wymaga wspólnego transferu samochodowego Darek zaczyna działać w swej autonomicznej strefie czasowej „+1 h”. Tym razem chcąc wyjechać z bazy w pełnym składzie musielibyśmy na niego poczekać do wczesnego popołudnia.
Wyjechałem zatem z domu razem z Tomkiem. Wystartowaliśmy niecały kwadrans po godzinie jedenastej. Przez półtora kilometra kręciliśmy się po uliczkach Embrun. Następnie drogą D994d zjechaliśmy ze wzgórza, na którym stoi to miasteczko, ku dolinie Durance. Co ciekawe na swym miejskim odcinku szosa ta nosi swojsko brzmiącą nazwę Rue Edouard Przybylski. Jej patronem jest zmarły w Embrun, syn polskiego górnika, który wyróżnił się bohaterstwem podczas II Wojny Światowej. Odznaczony został m.in. Legią Honorową oraz ustanowionym przez generała De Gaulle’a tytułem Compagnion de la Liberation. Na owym zjeździe przejechaliśmy ponad drogą krajową N94 i na początku czwartego kilometra minęliśmy miejsce, w którym przespaliśmy w aucie noc ze środy na czwartek. Dwieście metrów dalej wjechaliśmy na Le Pont Neuf czyli most ponad rzeką Durance. Gdy już znaleźliśmy się na jej wschodnim brzegu mogliśmy skręcić w lewo i rozpocząć blisko 27-kilometrowy podjazd. Droga zaczęła się wznosić po 150 metrach. Po przejechaniu 900 metrów po raz pierwszy przejechaliśmy nad Torrent de Crevoux. Potok ten będzie nam towarzyszył niemal do końca owej wspinaczki. Następne półtora kilometra jechaliśmy po tzw. „Balcon de Durance”, łagodnym podjeździe z widokiem na rzekę, wykorzystywanym na trasie triathlonu Embrunman. Na tym odcinku minęliśmy osadę Les Clozards. Po przejechaniu sześciu kilometrów od domu wzięliśmy zakręt w prawo by wjechać na górską drogę D39. Zakończony w tym miejscu lekki wstęp do ciężkiego podjazdu miał długość 2,7 kilometra i średnie nachylenie 4,8%. Biało-brązowa tablica przed wspomnianym wirażem informowała, iż znajdujemy się na wysokości 935 metrów n.p.m. Przed sobą mieliśmy zaś Montee de Parpaillon czyli podjazd o długości 15,7 kilometra i średniej 5,9%. Tak nazwano bowiem szosową część całego podjazdu. Tuż za zakrętem ujrzeliśmy zaś niebieską tablicę z hasłem Tunnel de Parpaillon. Białe litery na czerwonym tle krzyczały, iż jest on „Ferme” czyli zamknięty. Później dowiedziałem się, iż zazwyczaj bywa otwierany na niespełna cztery miesiące tj. od lipca do pierwszych październikowych śniegów.
Nie przejęliśmy się zbytnio tą informacją. Już samo pokonanie szosowego wzniesienia było dla nas ciekawym wyzwaniem. Uznałem zatem, że warunkami do jazdy panującymi na szutrowej tercji Parpaillon zacznę się martwić dopiero po dotarciu na Pont du Real. Początkowo jechaliśmy po zboczu góry Mont Orel (2496 m. n.p.m.). Spoglądając w prawo widzieliśmy w oddali połyskujące w słońcu wody sztucznego jeziora Serre-Poncon. Odcinek o długości 2,4 kilometra i nachyleniu około 7% zawiódł nas do wioski La Gardiole (5,1 km). Za nią przejechaliśmy pierwszy z dwóch płaskich fragmentów tego wzniesienia. Przeszło półtorakilometrowy, kończący się po minięciu Le Villard (6,6 km). Podjazd odżył zatem pod koniec siódmego kilometra, zaś w połowie ósmego do naszego szlaku z prawej strony dobiła szosa D39a. To z niej nieco później skorzystał Dario, który w pierwszej fazie swojej wspinaczki pojechał trasą przez wioski Le Coin i Les Vebres. Na ósmym kilometrze nasza droga dwukrotnie przeskoczyła nad potokiem Crevoux. Po czym na kolejnych kilometrach niezmiennie prowadziła już wzdłuż jego prawego brzegu. Stromizna nieco wzrosła. Cztery kilometry na dojeździe do wioski Praveyral (12 km) miały średnie nachylenie 7,7%. Stąd niedaleko już było do Crevoux czyli największej miejscowości w tej okolicy. Skręt ku niej minęliśmy po przejechaniu 13,1 kilometra, na wysokości 1547 metrów n.p.m. Leży ona po przeciwnej stronie Torrent du Crevoux i aby do niej dotrzeć trzeba przejechać jeszcze kilkaset metrów boczną drogą D139a. To jedna z najstarszych stacji narciarskich w południowej części Alp Francuskich, albowiem powstała już w roku 1937. Obecnie w tym małym ośrodku sportów zimowych działa 5 wyciągów obsługujących 6 alpejskich tras o łącznej długości 20 kilometrów. Z Cervoux było nam jednak nie po drodze. Przejechaliśmy za to wkrótce przez służącą fanom narciarstwa klasycznego stację Le Chalp (14,5 km). Ta leżąca na wysokości 1660 metrów n.p.m. osada ma w swej ofercie 6 tras biegowych o łącznym zasięgu 25 kilometrów. Była ostatnim ludzkim osiedlem na tym górskim szlaku.
Według stravy segment Montee de Chalp o długości 14,85 kilometra i przewyższeniu 865 metrów przejechaliśmy w 1h 01:34 (avs. 14,5 km/h z VAM 843 m/h). W dolnej i środkowej fazie podjazdu nie szafowaliśmy siłami, zdając sobie sprawę jak trudny może być szutrowy finał tego wzniesienia. Po wyjeździe z La Chalp nasza droga zmieniła oznaczenie z D39L na D39T. Teraz mogliśmy odetchnąć, gdyż przez blisko kilometr prowadziła nas po płaskim lub nawet delikatnie opadającym terenie. Ten ostatni łatwy odcinek skończył się na Pont de Plan (15,7 km). Mostku wybudowanym na wysokości 1665 metrów n.p.m., który przeniósł nas na lewy brzeg potoku Crevoux. Po najbliższym skręcie w prawo aż do samego tunelu nie było już ani metra płaskiego. Zaczęliśmy finałowe 11 kilometrów. Najłatwiejszy z tych kilometrów miał mieć średnio 7,7%, zaś najtrudniejszy 10,1%. Pierwsze 2,3 kilometra było naszym „pożegnaniem z szosą”. Jej dwa ostatnie kilometry pokonaliśmy w 10:39 (avs. 11,4 km/h z VAM 1004 m/h). Zgodnie z oczekiwaniami asfalt skończył się na Pont du Real. Nieopodal niego stoi górski dom Cabane des Espagnoles, który swą nazwę zawdzięcza robotnikom pracującym przy remoncie owej drogi pod koniec lat 30. XX wieku. Byli nimi hiszpańscy emigranci, którzy uszli ze swej ojczyzny ogarniętej krwawą wojną domową. U kresu szosy stanęliśmy na kilka minut, chcąc się posilić przed dalszą drogą. Już pierwsze metry za mostem zrobiły na mnie niemiłe wrażenie. Szybko stało się jasne, że dalsza jazda w żadnym razie nie będzie gładka i przyjemna. Prawdę mówiąc pomyślałem nawet, że szybko poniechamy dalszych wysiłków. Na tej drodze pełno było kamieni: małych, średnich i dużych. Trzeba było walczyć o każdy metr wzniesienia. Należało uważnie wybierać tor jazdy, by nie stracić gruntu pod kołami. Lepiej było też nie jechać bezpośrednio jeden za drugim, by nie strzelać w siebie kamyczkami. Poza tym pierwsze 2,5 kilometra tej ścieżki prowadziły przez modrzewiowy las, w którym liczne ślady po swej pracy pozostawili miejscowi drwale. Ponoć jeszcze przed kilkoma laty droga ta była w lepszym stanie. Dziś nadaje się przede wszystkim na rower górski, acz zapuszczają się tu też kierowcy samochodów 4×4 i quadów oraz motocykliści.
Zrazu pesymistycznie oceniałem nasze szanse dotarcia do sławnego tunelu. To zadanie musiałem sobie w głowie rozebrać na mniejsze kawałki. Pierwszym celem stało się przekroczenie poziomu 2000 metrów n.p.m. Na szczęście Tomek też się nie poddawał, więc miałem wiernego towarzysza w tej zgoła straceńczej misji. Po przejechaniu pierwszych 500 metrów szlak obrał zdecydowanie południowy kierunek. Tuż przed Cabane de Gouron (20,6 km) wyjechaliśmy z lasu. Niebawem, po stromym półkilometrowym odcinku z dwoma wirażami, minęliśmy Croix de Razis (21,2 km). Dotarliśmy już na wysokość 2160 metrów n.p.m., więc chciałem się teraz postarać o „zrobienie” przynajmniej 1500 metrów przewyższenia. Jechało się nam raz lepiej, raz gorzej. Tu i ówdzie błąd techniczny zmusił mnie do postawienia stopy na ziemi. Przejechaliśmy stromy sektor przez Vallon des Eyguettes (1,4 km przy średniej 9,5%) i trafiliśmy na przyjemniejszy odcinek w pobliżu Cabane des Ecuelles (24,2 km). Pomyślałem, że jeśli ten rodzaj nawierzchni utrzyma się do samej góry to będzie to właściwa nagroda za nasz wcześniejszy upór. Niestety krótko cieszyliśmy się warunkami do w miarę płynnej jazdy. Dwieście metrów dalej minęliśmy boczną dróżkę na Col de Girabeau, przy której ktoś „porzucił” Porsche. W końcu po przejechaniu 24,7 kilometra i dotarciu na poziom 2480 metrów n.p.m. musieliśmy się zatrzymać by pieszo przebrnąć przez Torrent de Cervoux. Na tej wysokości był on już tylko bystrym strumykiem, ale niemożliwym do pokonania suchą stopą, czy tym bardziej na rowerze. Pokonawszy tą przeszkodę przejechałem jeszcze tylko dwa krótkie (dwustu- lub trzystu-metrowe) odcinki. W połowie dwudziestego szóstego kilometra ostatecznie powstrzymało nas wspomnienie ostatniej zimy. To znaczy zwały śniegu, które powyżej 2560 metrów n.p.m. pokrywały już cały pozostały do szczytu odcinek drogi. Zgodnie uznaliśmy, iż jesteśmy zbyt blisko upragnionej mety by stąd zawrócić. Dystans dzielący nas od tunelu pokonaliśmy zatem „z buta”. Przeszło kilometr przeszliśmy wraz z rowerami, po czym na 150 metrów przed finałem zaparkowaliśmy je w śniegu, idąc za przykładem francuskiej pary, która dotarła tu ciut wcześniej na swych górskich „elektrykach”.
O tej porze roku nie było innej możliwości osiągnięcia tego celu. Gdybyśmy przybyli tu w środku lata, a nie pod sam koniec kalendarzowej wiosny to zastalibyśmy korzystniejsze warunki drogowe. Można się o tym przekonać czytając relację na temat wjazdu z dnia 17 sierpnia 2019 roku zamieszczoną przez pewnego Francuza na stronie „alpes4ever.com”. Niemniej nie mogliśmy narzekać na aurę. Dzień trafił nam się ciepły i słoneczny. U podnóża góry mieliśmy temperaturę 28 stopni. Na całej trasie wahała się ona na poziomie od 26 do 32. Z widokiem wokół tunelu kontrastował fakt, iż na mecie mimo sporej wysokości wciąż było 27 stopni! Po prostu trzeba było jeszcze wielu takich dni by cała ta biała pierzyna stopniała. Jak gruba warstwa śniegu tu zalegała widać na jednym z filmików. Tym gdzie Tomek zapada się w zaspach po kolana. W rejonie naszej wspinaczkowej mety spędziliśmy z grubsza pół godziny. Nie przeszliśmy na południową stronę przełęczy. Po północnej było dość słońca by w spokoju odpocząć i cieszyć oczy górskimi widokami. Po wszystkim trzeba było jednak „opracować plan ewakuacji” do Embrun. Odwrót nie był sprawą łatwą. Zjazd początkowo przybrał formę pochodu. Tam gdzie było to możliwe robiliśmy sobie skróty po zboczach góry. Po minięciu zakrętu z potokiem Cervoux wsiedliśmy na rowery i zaczęliśmy się ostrożnie toczyć. Wcześniejszy wjazd po tych kamieniach do szybkich nie należał. Pod górę jechaliśmy tu ze średnią 7 km/h. Zjazd był chyba jeszcze wolniejszy. W każdym razie na pokonanie niespełna 9 kilometrów dzielących Tunnel du Parpaillon od Pont du Real potrzebowaliśmy półtorej godziny. Szczęśliwie udało się nam do niego dotrzeć bez żadnego defektu. Dalej wszystko poszło już znacznie szybciej. Niemniej do bazy zajechaliśmy dopiero o godzinie 17:10. Po drodze nie spotkaliśmy Darka. Nasz kolega potraktował tą górę ulgowo. Przejechał jej szosową część w turystycznym tempie z VAM na poziomie 650-700 m/h. Owszem zajrzał na drugą stronę Królewskiego Mostu, ale zniechęcony tym co zobaczył zawrócił po 600 metrach. Tym samym w domu był już przed szesnastą. Zważywszy na to ile czasu zabrał nam Parpaillon nie było mowy o szukaniu drugiej góry. Tym bardziej, że umówiliśmy się na wyjazd z Embrun przed 21-wszą. Alpy opuściliśmy korzystając z Drogi Napoleona czyli biorąc kurs na Gap i Grenoble.
W sobotę już nic nie mogło przebić wjazdu na Col Agnel. Niemniej trzeba było pozostać wiernym tradycji i zaliczyć jakąś drugą górę przed zmierzchem. Tomek po zjeździe z Ville Vieille ruszył na zachód. Po przejechaniu 4,5 kilometra drogą D947 odbił w prawo na spotkanie z kolarską legendą czyli południową wspinaczką pod Col d’Izoard (2360 metrów n.p.m.). Przede mną czy Darkiem ta góra nie miała już żadnych tajemnic. W lipcu 2005 roku to właśnie ona była moim pierwszym francuskim podjazdem. Rok później zaliczyłem ją ponownie biorąc udział w wyścigu L’Etape du Tour na trasie z Gap do L’Alpe d’Huez. Natomiast w sezonie 2013 Izoard była jedyną przełęczą na trasie Route des Grandes Alpes, którą pokonaliśmy z obu stron. Jednym słowem wjechałem na nią już czterokrotnie, trzy razy od południowej i raz od północnej strony. Dario dzielił ze mną większość z owych doświadczeń. Tym razem mogliśmy ją sobie darować. Tomek będący „świeżakiem w tych stronach” mógł czerpać z lokalnego menu bez ograniczeń. Granon, Vars i oczywiście Izoard to był jego solowy zestaw obowiązkowy. Południowy Izoard to podjazd wielokrotnie wykorzystany na trasach Tour de France. Przy zwyczajowym dojeździe od strony Guillestre zaczyna się na wysokości 1268 metrów n.p.m. i ma długość 15,8 kilometra. Niemniej Tomek jądąc z przeciwnego kierunku miał do pokonania (podobnie jak my w 2013 roku) dystans 14,1 kilometra z przewyższeniem netto 1006 metrów. Przeciętne nachylenie tego wzniesienia to 7,1%, acz wartość ta jest nieco zaniżona za sprawą kilkusetmetrowego zjazdu w „księżycowym” rejonie Casse Deserte czyli na trzecim kilometrze od końca. Podjazd ten na „Wielkiej Pętli” ma status premii górskiej najwyższej kategorii. Nie brakuje na nim ostrych segmentów. Najtrudniejszy jest odcinek 4,5 kilometra powyżej Brunissard ze stromizną aż 9,2%. Poza tym finałowe dwa kilometry o średniej 8,4% również do lekkich nie należą. Droga przez Izoard powstała w latach 1893-97 z tych samych strategicznych względów co szlak przez pobliską Col du Vars. Obie przełęcze debiutowały na Tourze w tym samym 1922 roku, na etapie do Briancon wygranym przez Belga Philippe’a Thysa.
Col du Izoard na trasach TdF pojawiała się jeszcze częściej niż jej południowa „sąsiadka”. Poza tym na ogół bywała ostatnim podjazdem górskich etapów. Na Tourze „wystąpiła” już 36 razy, z czego 26-krotnie po II Wojnie Światowej. W sumie 29 razy wspinano się na tą przełęcz od południowej i tylko 7-krotnie od północnej strony. Warto jeszcze podkreślić, iż aż 21 z 29 południowych podjazdów na Izoard znajdowało się na odcinkach, których finisz wyznaczano na ulicach Briancon. Z kolei osiemnasty etap TdF z roku 2017 zakończono na samej przełęczy. Wygrał go Francuz Warren Barguil, który o 20 sekund wyprzedził znacznie dłużej uciekającego Darwina Atapumę. Tuż za pechowym Kolumbijczykiem na metę wpadli: kolejny Francuz Romain Bardet, lider Chris Froome i wicelider Rigoberto Uran. Na liście zdobywców Izoard króluje Francuz Louison Bobet, który wjechał tu jako pierwszy trzykrotnie w latach 1950 i 1953-54. Z kolei Fausto Coppi jest do dziś jedynym kolarzem, który wygrał premie górskie na Izoard zarówno podczas Tour de France jak i Giro d’Italia. Uczynił to w sezonie 1949. Obaj ci wielcy mistrzowie zostali upamiętnieni na reliefach zamontowanych na przydrożnej skale w okolicy Casse Deserte. Coppi najszybszy w latach 1949 i 1951 jest jednym z sześciu kolarzy, którzy dwukrotnie zdobywali Izoard na Tourze. Przed nim dokonali tego: jego krajan z Piemontu Bartolomeo Aimo (1925-26), Luksemburczyk Nicolas Frantz (1924 i 1927), Belg Sylvere Maes (1936 i 1939), jego rodak i wielki rywal rodem z Toskanii Gino Bartali (1938 i 1948), zaś po nim już tylko Hiszpan Federico Bahamontes (1958 i 1962). W minionym 2019 roku Izoard przejechano na etapie do Valloire, gdy pierwszy na górze był Włoch Damiano Caruso. Na Giro przełęcz ta pojawiła się dotąd sześć razy. Na tym wyścigu za każdym razem (w latach 1949, 1964, 1982, 1994, 1996 i 2007) podjeżdżano ją od strony południowej. Nie inaczej będzie w sezonie 2020, gdy wraz z Colle dell’Agnello pojawi się ona na trasie dwudziestego etapu przyszłorocznej „La Corsa Rosa”, który wiódł będzie z Alby do Sestriere.
Tommy po „wyścigu” na Agnel rzeczoną Izoard jak sam przyznaje wjechał resztkami sił. Tym razem spinać się musiał, bo nie miał tu znajomych sobie przeciwników. Uzyskał dość przeciętny wynik 1h 11:47 (avs. 11,8 km/h z VAM 810 m/h). Co ciekawe bardzo podobny do tego, który ja zanotowałem tu przed sześcioma laty na dziewiątym etapie „Hannibala”. W towarzystwie Adama Kowalskiego podjechałem wówczas południowy Izoard w czasie brutto 1h 11:43 (netto 1h 09:41). Tomkowi podobnie jak na Vars wspinaczkę utrudniał porywisty wiatr. Poza tym na samej przełęczy zastały go ciemne, burzowe chmury. Dlatego czym prędzej zawrócił do Ville-Vieille dokąd zjechał ledwie kilka minut po mnie. W czasie gdy „Bury” przemierzał legendarny szlak rodem z Tour de France ja i Darek wzięliśmy „na celownik” Chapelle de Clausis. To kaplica wybudowana w 1846 i odnowiona w 1988 roku. Poświęcona Matce Boskiej z Mont Carmel. Czyli ze świętej góry Żydów, Chrześcijan i Muzułmanów znajdującej się nad zatoką Hajfa, w północnym Izraelu. Corocznie dnia 16 lipca odbywają się tu uroczystości maryjne, na które zjeżdżają wierni z obu stron francusko-włoskiej granicy. Dotrzeć do owego „kościółka” można tylko jedną drogą, na kilku ostatnich kilometrach szutrową. Tym niemniej mogliśmy to zrobić na dwa sposoby. Ambitniej tzn. zaczynając drugą wspinaczkę w Ville-Vieille i tym samym powtarzając przeszło 5 kilometrów z wcześniejszego podjazdu pod Col Agnel. Oszczędniej tj. startując z wysokości 1735 metrów n.p.m. czyli rozdroża poniżej Molines-en-Queyras. Tylko ta pierwsza opcja pozwalała na „zrobienie” około 1000 metrów w pionie, na czym zależało mojemu koledze. Przed czterema laty Dario zadziwił mnie powtórzeniem pierwszych 13 kilometrów wjazdu na Colle Lombarda, po to by zaliczyć pełny podjazd do sanktuarium Sant’Anna di Vinadio. Tu musiał powtórzyć tylko 5,3 kilometra z pierwszej góry. Ja nie jestem skory do tego rodzaju natychmiastowych powtórek. Poszedłem zatem „na łatwiznę” i zostawiłem sobie do przejechania niespełna 650 metrów przewyższenia na dystansie 11,5 kilometra.
Zjechawszy do rozjazdu zrobiłem sobie przeszło dłuższy postój na przebranie się i konsumpcję kieszonkowego batona. Po czym kilka minut przed piętnastą ruszyłem na południe drogą D5. Na początku nie musiałem nawet zrzucać łańcucha na małą tarczę. Pierwsze półtora kilometra wiodło po płaskim terenie, a chwilami nawet lekko w dół. Szosa zaczęła się delikatnie wznosić za małym ośrodkiem narciarskim Clot de la Chalp. Prawdziwą wspinaczkę zacząłem w połowie trzeciego kilometra tj. we wiosce La Chalp na wysokości kaplicy św. Agaty. Liczący niemal trzy kilometry górski sektor zakończył się dopiero w centrum Saint-Veran. Większej wsi, która wita podróżnych tablicami z napisem: „najwyżej położona gmina w Europie”. Poniekąd to prawda. Oficjalna wysokość St. Veran to 2042 metry n.p.m. Na Starym Kontynencie są przynajmniej dwie wyżej położone wioski tzn. szwajcarska Juf (2133 m. n.p.m.) w kantonie Gryzonia oraz włoska Trepalle (2069 m. n.p.m.) w północnej Lombardii. Niemniej są one na tyle małe, że nie są ośrodkami władz gminnych. Ta pierwsza należy do gminy Avers, zaś druga do słynnego zimowego kurortu Livigno. Na terenie Francji swego rodzaju konkurencją dla Saint-Veran mogłyby być stacje Val Thorens i Tignes w Sabaudii. Niemniej ta pierwsza wybudowana na wysokości 2300 metrów n.p.m., choć ma swych całorocznych mieszkańców nie jest siedzibą merostwa. To znajduje się bowiem w znacznie niżej położonym Saint-Martin-de-Belleville. Tignes zaś jest ośrodkiem gminnym z ratuszem na poziomie 2100 metrów. Niemniej jej oficjalna wysokość mierzona jest przy miejscowym kościele, stojącym ledwie 1790 m. n.p.m. Z tych względów St. Veran ma solidne podstawy do wspomnianej reklamy. Aczkolwiek biegli w geografii znaleźli by pewnie bliższe niebu wioski w Gruzji czy innych częściach Kaukazu. Strava na dojeździe do tej miejscowości wyróżniła segment o długości 2,4 kilometra i średnim nachyleniu 8%. Przejechałem go w 11:48 (avs. 12,3 km/h z VAM 981 m/h) czyli trochę energii po Col Agnel jeszcze mi zostało. Darek spędził na nim potem 15:13, niemniej miał w nogach te kilka kilometrów podjazdu więcej. Końcówka przejazdu przez Saint-Veran biegła już po płaskim terenie przez około 400 metrów.
Ten łatwy odcinek i zarazem cały asfalt na tym podjeździe skończył się dla mnie po przejechaniu 5,8 kilometra. Tuż za mini-rondem z oryginalnie przyozdobionym krzyżem. Za szlabanem po delikatnym zakręcie w prawo zaczęła się górna czyli szutrowa połówka wzniesienia. Na szczęście ten kamienisty szlak był zadbany i jak najbardziej przejezdny dla kolarza szosowego. Pierwsze 2,9 kilometra o średnim nachyleniu 7,7% czyli segment Serre Jean Vasserot pokonałem w 16:53 (avs. 10,5 km/h z VAM 794 m/h). Dario uzyskał na nim czas 18:48. Po przejechaniu 8,7 kilometra zaczęło się przeszło kilometrowe wypłaszczenie. Na tym odcinku minąłem kaplicę św. Elżbiety. Gdy droga znów zaczęła się wznosić po jej prawej stronie ujrzałem ruiny po osadzie górniczej (10,1 km). Do połowy jedenastego kilometra czyli przystanku Carriere de Marbre dojechałem bezproblemowo. Niemniej na ostatnich siedmiuset metrach trzeba było pokonać dwie ściany, na których stromizna dochodziła do 17%. Takie nachylenie w połączeniu z sypką nawierzchnią zmusiło mnie już do paru przystanków. Wolałem się wypiąć z pedałów niż stracić równowagę na grząskim gruncie. Robiłem krótkie spacerki, zaś przy nadarzającej okazji od razu wskakiwałem na rower. Tak nieco na raty ukończyłem tą wspinaczkę w czasie brutto 55:26 i netto 52:56 (avs. 13 km/h). Pogoda dopisała. Na mecie zanotowałem temperaturę 23 stopni. Dojechawszy do Chapelle de Clausis mogłem już tylko podziwiać majestat okolicznych gór. Jako taka droga prowadzi stąd jeszcze do Refuge de la Blanche przy Lac de l’Emblanche (2500 metrów n.p.m.). Najbliższe przejście graniczne dostępne jest jednak tylko dla górskich piechurów i znajduje się na Colle Blanchet (2897 m. n.p.m.). To jest przełęczy leżącej między szczytami Rocca Bianca (3063 m.) i Tete des Toillies / Rocidella Niera (3177 m.). Z Darkiem minąłem się w dolnej części szutrowego odcinka. Mając spory zapas czasu w Saint-Veran zatrzymałem się zatem na kawę i ciastko w Auberge CosteBelle. Do auta zjechałem i tak tuż przed Tomkiem. Dario dołączył do nas po trzech kwadransach. W samą porę. Ledwie umknęliśmy przed burzą nadciągającą z północy.