Col du Grand Colombier S

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Culoz

Wysokość: 1505 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1255 metrów

Długość: 18,3 kilometra

Średnie nachylenie: 6,8 %

Maksymalne nachylenie: 14,2 %

PROFIL

OPIS

Dzięki uprzejmości napotkanej w Culoz „Samarytanki” noc z soboty na niedzielę spędziliśmy w Artemare. Przybywając do tego miasteczka w sobotni wieczór nie załapaliśmy się na żaden wolny lokal w anonsowanym hotelu Michallet. Niemniej po drugiej stronie Rue Neuve vis a vis hotelu były jeszcze wolne pokoje w dwupiętrowym budynku należącym do tego samego właściciela. Ustaliliśmy cenę noclegu, odebraliśmy klucze i przemyciliśmy rowery do naszej stancji, nie chcąc ich na noc zostawiać w garażu. Po odświeżeniu się dość szybko padliśmy w objęcia Morfeusza. Plan na niedzielne pożegnanie z szosami Francji mieliśmy zacny, acz nie przesadnie ambitny, przynajmniej jeśli chodzi o długość rowerowej przejażdżki. Mogłem się wyspać do woli. Darek również skorzystał z takiej okazji. Tymczasem niespokojny duch zerwał Adama z posłania już z samego rana. Nasz młody kolega cichaczem wstał i przygotował się do wyjścia na rower. Następnie już około 7:00 wyruszył na niespełna 16 kilometrową przejażdżkę po najbliższej okolicy. Gdy my jeszcze smacznie spaliśmy on na luzie pokręcił przez trzy kwadranse zahaczając o wioskę Vireu-le-Petit położoną na zachodnim szlaku pod górę Grand Colombier (1501 m. n.p.m.). Wzniesienie to było naszym celem podczas ostatniego etapu tej wakacyjnej podróży, lecz zamierzaliśmy je zdobyć od innej strony. To znaczy klasycznym szlakiem południowym wielokrotnie wykorzystywanym na wyścigu etapowym Tour de l’Ain, zaś w sezonie 2012 zaprezentowanym całemu światu na dziesiątym odcinku Tour de France.

Adam zdążył wrócić ze swego rekonesansu zanim my zdołaliśmy się przebudzić. Po godzinie 9:00 udaliśmy się na śniadanie w hotelu Michallet, zaś po naładowaniu naszych akumulatorów z wolna przystąpiliśmy do pakowania się na długą drogę do Polski. Zanim jednak na dobre ruszyliśmy w stronę ojczyzny zgodnie z planem dnia zatrzymaliśmy się w Culoz o podnóża najsławniejszej z dróg prowadzących do „Wielkiego Gołębnika”. Ja z Darkiem podjechałem w to miejsce samochodem, zaś Adam najwyraźniej nienasycony swym porannym rozruchem postanowił pokonać ów 8-kilometrowy odcinek po szosie D904 na rowerze. Dojechawszy do Culoz musieliśmy zboczyć z tej drogi na wysokości Rue du Stade. Tu skręciliśmy w lewo i niemal od razu zaparkowaliśmy na parkingu przy stadionie piłkarskim Espace Louis Falconnier. W tym miejscu ledwie 1700 metrów od błękitnych wód Rodanu, które wyznaczają naturalną granicę pomiędzy Alpami a Jurą zaczyna się jeden z najtrudniejszych podjazdów kolarskiej Francji. Południowy podjazd pod Grand Colombier liczy sobie 17,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,1 % i max. 12,5 %. Podczas tej wspinaczki trzeba pokonać 1255 metrów przewyższenia. Mało który podjazd we Francji poza Alpami i Pirenejami może pochwalić się tak imponującymi parametrami. Według skali trudności opublikowanej na stronie www.zanibike.net (archivio salite) jest on wart aż 1026 punktów. Dla porównania w tym samym zestawieniu słynne L’Alpe d’Huez zasłużyło sobie na zaledwie 913 punktów, północny Col du Galibier (acz bez przełęczy Telegraphe) na 926, zaś wschodni szlak pod Col du Tourmalet oceniony został na 1013. Warto przy tym dodać, że dróg wiodących ku Grand Colombier jest aż cztery i ta z Culoz, choć najsłynniejsza wcale nie jest z nich najtrudniejsza. Porównywalnie trudny jest wschodni wariant wspinaczki ze startem w Anglefort. Natomiast na najcięższą wygląda krótszy z dwojga zachodnich szlaków biorących swój początek w poznanym przez nas miasteczku Artemare (15,9 km przy średniej 7,8 % i max. 13,5 %).

Góra ta po raz pierwszy zaistniała w kolarskim światku we wrześniu 1980 roku na wyścigu Tour de l’Avenir. Pierwszy fragment jedenastego etapu tej imprezy z finałem na Grand Colombier wygrał świeżo upieczony mistrz olimpijski z Moskwy Siergiej Suchoruczenkow. Bardzo dobrze spisali się tego dnia reprezentanci Polski. Czesław Lang był trzeci ze stratą 42 sekund do znakomitego Rosjanina, zaś Jan Krawczyk finiszował ósmy. Pod koniec XX wieku wzniesienie to stało się niemal stałym punktem programu rozgrywanej od roku 1996 sierpniowej etapówki Tour de l’Ain. Na owej górze aż osiem razy kończyły się królewskie etapy tego wyścigu. Po raz pierwszy w sezonie 1999, gdy znów wśród najlepszych mieliśmy swojego człowieka. Etap wygrał co prawda Nowozelandczyk Christopher Jenner, lecz drugi ze stratą 11 sekund finiszował nasz Grzegorz Gwiazdowski, który dzięki temu zapewnił sobie generalne zwycięstwo w wyścigu. Działo się to dokładnie na tydzień przed wielce niespodziewanym, acz w pełni zasłużonym triumfem „Gwiazdy” w pucharowym klasyku Meisterschaft von Zurych (Mistrzostwa Zurychu). Warto przy tym dodać, że drugi etap tej imprezy z metą w Bourg-en-Bresse wygrał nasz sprinter Artur Krzeszowiec. Na tym jednak nie koniec polskich sukcesów na drogach departamentu Ain. W 2002 roku ostatni etap owej etapówki z finałem na Grand Colombier wygrał Marek Rutkiewicz. Na górze tej finiszowano też w latach 2000-2001, 2005, 2007, 2009 i 2011, zaś na liście triumfatorów możemy znaleźć tak znane postacie jak John Gadret, Rein Taaramae czy Thibaut Pinot. Dopiero jednak w sezonie 2012 Grand Colombier wszedł na kolarskie salony, choć nie wystąpił w pierwszoplanowej roli etapowej mety. Najpierw w czerwcu znalazł się na trasie piątego etapu Criterium du Dauphine wygranym przez obecnego mistrza Francji Arthura Vichot. Natomiast miesiąc później przetestowano go na dziesiątym odcinku Tour de France. Podobnie jak na CdD ze szczytu wzniesienia do mety brakowało kilkudziesięciu kilometrów. Niemniej nie przeszkodziło to Thomasowi Voecklerowi w wygraniu tak premii górskiej jak i samego etapu do Bellegarde-sur-Valserine z kilkusekundową przewagą nad Michele Scarponim i Jensem Voigtem.

Na nasz pojedynek z „Wielkim Gołębnikiem” wyruszyliśmy kilka minut po godzinie jedenastej przy temperaturze 25 stopni Celsjusza. Jak już wspomniałem podjazd zaczyna się na Rue du Stade, która następnie przechodzi w Rue de la Millette i Rue Albert Ferier. Od samego dołu do przełęczy wyznaczonej pomiędzy niewiele wyższymi od niej wierzchołkami Grand Colombier (1531 m. n.p.m.) oraz Croix de Colombier (1525 m. n.p.m.) wspinaczka prowadzi po drodze D120. Dopiero jednak po przebyciu 2200 metrów i opuszczeniu administracyjnych granic Culoz przybiera ona nazwę Route du Grand Colombier. Pierwszy kilometr ma jeszcze umiarkowane nachylenie, lecz już dwa kolejne pną się stromo przy średnim nachyleniu na poziomie 9 %. Na pierwszych trzech kilometrach droga pokonuje w sumie sześć wiraży. Okazją do odrobiny wytchnienia jest niezbyt trudny czwarty kilometr. Tuż po nim przychodzi jednak czas na jeden z dwóch najtrudniejszych, a przy tym niewątpliwie najpiękniejszy fragment całego wzniesienia. W połowie piątego kilometra na wirażu nr 7 droga dociera do swego najdalej na wschód wysuniętego punktu, a przy tym wspaniałego miejsca widokowego na dolinę Rodanu. Zresztą ta piękna rzeka to tylko jeden element niezapomnianego obrazu, który ukazuje się w tym miejscu naszym oczom. W tle widać taflę Lac du Bourget oraz otaczające to jezioro dwa górskie masywy czyli Mont du Chat po jego prawej i Mont Revard po lewej stronie. Niemniej na podziwianie tak pięknych okoliczności przyrody nie mogliśmy sobie w tym momencie pozwolić. Przez trzy kolejne kilometry trzeba się było zmagać ze stromizną na średnim poziomie 9,7 %. Przy tym cały kilometr szósty miał niemal 11 %. Ale to nie koniec atrakcji. Na początku szóstego kilometra trzeba było pokonać aż dwanaście wiraży (od 7 do 18) na przestrzeni zaledwie 400 metrów. Jeden wiraż po chwili przechodził w kolejny. Prawdziwy ślimak czy korkociąg jak kto woli. Pamiętam, że podczas relacji z ubiegłorocznego TdF zrobiono w tym miejscu ze śmigłowca przecudnej urody ujęcia topniejącego peletoniku na tle wapiennych skał i tego wszystkiego w dole o czym już napisałem.

Po przełknięciu ślimaka czekała na nas 400-metrowa prosta, a potem jeszcze trzy zakręty na przestrzeni pół kilometra. W tym pokręconym i trudnym terenie ponownie zaczęła się ujawniać moja nieznaczna przewaga nad Adamem. Po przejechaniu siódmego kilometra miałem kilkanaście sekund przewagi nad swym kolegą. Na tle tego co właśnie przebyliśmy kolejne 1800 metrów wyglądało niemal jak jazda po płaskim. Nie forsowałem tempa dając sobie szansę na chwycenie głębszego oddechu, zaś Adamowi okazję na złapanie ze mną kontaktu. Na dziewiątym kilometrze ponownie jechaliśmy razem. Po przebyciu 8,8 kilometra na wysokości około 890 metrów n.p.m. dotarliśmy do łącznika naszej drogi z szosą D120A dochodzącą w to miejsce od strony Anglefort. Najwyraźniej jednak tak trudną górę ciężko było oszukać. Gdy tylko zrobiło się bardziej stromo ponownie chcąc nie chcąc odjeżdżałem Adamowi. W końcu uznaliśmy, że każdy dotrze na szczyt własnym tempem. Po przebyciu 9,7 kilometra na zakręcie nr 22 droga zawróciła w kierunku południowym, a przy tym podkręciła nam śrubę. Teraz trzeba było pokonać ponad 3-kilometrowy odcinek do miejsca zwanego Le Sapette, w tym pierwsze dwa kilometry na średnim poziomie 10,5 % i cały kilometr o stromiźnie 11,6 %. O szczegółach tego rodzaju cząstkowych wyzwań informowały nas zresztą co kilometr biało-zielone tablice z danymi takimi jak: aktualna wysokość, ilość kilometr od dołu i do góry oraz średnie nachylenia kolejnego kilometra. Na wirażu w La Sapette kolejna zmiana kierunku i powrót na północ. Jeszcze dwa kilometry przez las, tym razem w bardzo nierównym terenie. Z jednej strony dość strome 600 metrów, z drugiej podobnej długości odcinek z delikatną tendencją zniżkową. Leśne ostępy ustąpiły pola górskim łąkom po przejechaniu 14,7 kilometra dokładnie na wysokości 1300 metrów n.p.m. Z tego miejsca do przełęczy pozostawały jeszcze niespełna trzy kilometry.

W tej fazie podjazdu na szosie widać było liczne ślady po zeszłorocznej wizycie Tour de France. Natomiast po prawej ręce rychły koniec wysiłku zwiastował maszt na szczycie góry. Po przejechaniu 15,1 kilometra minąłem ostatni wiraż, mocno obstawiony samochodami. Z kolei pół kilometra dalej boczną dróżkę odchodzącą w lewo ku Auberge du Colombier. Potem pozostała mi już tylko do pokonania długa, lekko wijąca się prosta do samej mety. W samej końcówce jeszcze krótki przejazd po „rolkach” czyli tzw. bariera kanadyjska oraz szeroki wiraż w lewo i na tym koniec. Wspinaczka zajęła mi 1 godzinę 17 minut i 9 sekund przy średniej prędkości 14,1 km/h i umiarkowanym VAM rzędu 976 m/h. Adam zjawił się na górze ze stratą ponad dwóch minut uzyskując czas 1h 19:24. Na Darka przyszło mi czekać ze czterdzieści minut. Wjechał na górę w 1h 57:15, ale nie był to bynajmniej wyraz jego możliwości. Od samego początku został w tyle odczuwając trudy całej wyprawy i ambitnej wspinaczki do Semnoz. Niemniej na całej trasie zrobił sobie jeszcze tuzin przystanków, które kosztować go musiały co najmniej kwadrans. Właściwego sobie rytmu nie mógł znaleźć przede wszystkim na pierwszych siedmiu kilometrach podjazdu. Adam jako pierwszy ruszył w dół i w połowie zjazdu zboczył z utartego wcześniej szlaku aby dotrzeć do Culoz dłuższą trasą przez Anglefort. Tymczasem mnie na zjeździe spowolnił defekt w postaci „kapcia” w tylnym kole. Na tym przymusowym postoju dopadł mnie Darek i dalej już pojechaliśmy razem. Przy tym bardzo spokojnie robiąc kilka foto-przystanków, w tym ten najważniejszy z widokiem na piękno doliny Rodanu. Przy aucie odnaleźliśmy się około kwadrans po czternastej. Teoretycznie można było jeszcze zahaczyć o pobliską Col de la Biche (1325 m. n.p.m.), ale przy upale dochodzącym już do 35 stopni nikt z nas nie miał na to ochoty. Samotna Grand Colombier była wystarczająco smakowitą wisienką na naszym alpejskim torcie by zadowolić nasz sportowy apetyt. Ruszyliśmy więc w długą drogę do kraju przez Szwajcarię i Niemcy. Aczkolwiek przed opuszczeniem Francji około godziny siedemnastej raz jeszcze zatrzymaliśmy się nad brzegiem Jeziora Genewskiego. Tym razem już tylko na obiad w Evian-les-Bains.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/69725053

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/69725053

ZDJĘCIA

Semnoz / Cret de Chatillon

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Annecy

Wysokość: 1660 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1212 metrów

Długość: 17,4 kilometra

Średnie nachylenie: 7 %

Maksymalne nachylenie: 11,4 %

PROFIL

OPIS

Po powrocie z Thonon-les-Bains powoli zaczęliśmy się pakować. Jak już wspomniałem namówiłem Darka i Adama na wycieczkę do Annecy i nocleg w Culoz celem poznania dwóch najwyższej klasy podjazdów dopiero współcześnie odkrytych przez organizatorów Tour de France. Na sobotnie popołudnie zaproponowałem kolegom wspinaczkę do stacji narciarskiej Semnoz na zboczu góry Cret de Chatillon (1699 m. n.p.m.) w alpejskim masywie Bauges. Natomiast na niedzielę zaplanowałem zdobycie Grand Colombier, wzniesienia w południowej części francuskiej Jury, leżącego na terenie departamentu Ain. Ku nowej przygodzie wyruszyliśmy z L’Ermitage-Armoy około godziny czternastej. Do pokonania samochodem mieliśmy przeszło 70 kilometrów trasy w kierunku południowo-zachodnim. Najpierw w stronę miasteczka Annemasse, potem równolegle do południowych stoków Mont Saleve, masywu który geograficznie należy do Alp i Górnej Sabaudii, acz geologicznie stanowi część Jury. Nad przepiękne Lac d’Annecy zjechaliśmy dopiero kwadrans przed szesnastą. Zaparkowaliśmy na trawniku przy Avenue d’Albigny, alei biegnącej wzdłuż północnego brzegu jeziora. Tego dnia miasto zostało opanowane przy tysiące amatorów kolarstwa i ich rodzin, bowiem na pobliskich Polach Marsowych utworzono miasteczko startowe przed niedzielnym L’Etape du Tour. Najpierw poszliśmy na krótki spacer po przyjeziornym bulwarze. Następnie zaczerpnąwszy atmosfery tego miejsca przystąpiliśmy do rzeczy czyli przebrania się i przygotowania naszych rowerów do jazdy.

Annecy to miasto o ciekawej historii i sporym znaczeniu w tym regionie Francji. Ta licząca sobie około 50 tysięcy mieszkańców miejscowość jest stolicą Górnej Sabaudii. W XVI wieku stanowiła ważny ośrodek kontrreformacji, od czasu gdy schronił się w niej przed zwolennikami Jana Kalwina katolicki biskup z pobliskiej Genewy. Jednym z jego następców u progu XVII wieku został św. Franciszek Salezy, patron Salezjanów i osób niesłyszących. W XIX wieku, dokładnie zaś w latach 1815-1860 miasto należało do Królestwa Sardynii, zaś do Francji wróciło dopiero po aneksji całej Sabaudii. Z racji urokliwej starówki, pełnej kanałów i mostków nad rzeczką Thiou bywa nazywane alpejską Wenecją. Przed paroma laty pozazdrościło ono olimpijskiej sławy takim francuskim ośrodkom jak Chamonix, Grenoble czy Albertville i stanęło do ostatecznie przegranej walki o organizację Zimowych Igrzysk roku 2018. Dziwić zatem może fakt, iż miasto o takim potencjale i ambicjach ledwie trzy razy gościło dotąd uczestników „Wielkiej Pętli” w roli gospodarza etapowej mety. Po raz pierwszy miało to miejsce w roku 1939. Kończył się tu 103-kilometrowy etap nr 16c ze startem z Bourg-Saint-Maurice, rozegrany tuż po czasówce przez przełęcz Iseran. Odcinek ten wygrał Holender Antoon Van Schendel, którym w dwójkowym finiszu zdystansował współtowarzysza ucieczki Luksemburczyka Pierre’a Clemensa. Dwadzieścia lat później kolarze znów nadjechali tu ze wschodu, tym razem po pokonaniu 251 kilometrów etapu nr 19 ze startem we włoskim Saint-Vincent. Po śmiałej szarży z przewagą ponad czterech minuty nad rywalami wygrał Szwajcar Rolf Graf, zwycięzca Tour de Suisse z roku 1956. Na trzecią wizytę Touru Annecy musiało czekać kolejne pół wieku. W 2009 roku na około 40-kilometrowej trasie wokół jeziora z podjazdem trzeciej kategorii pod Cote du Bluffy zwyciężył późniejszy triumfator całego wyścigu Alberto Contador. Hiszpan pokonał całą plejadę znakomitych czasowców z Fabianem Cancellarą na czele. Walka była zacięta. Szwajcar stracił do „El Pistolero” tylko trzy sekundy, zaś trzeci tego dnia Rosjanin Michaił Ignatiew jedynie piętnaście.

Jeszcze mniej szczęścia do spotkań z Tourem miała góra będąca powodem naszego przyjazdu do Annecy. Podjazd pod Cret de Chatillon do stacji narciarskiej Semnoz (1655 m. n.p.m.) zadebiutował na „Wielkiej Pętli” dopiero w 1998 roku. Tym niemniej kolarze nie mieli zamiaru ścigać się na tym wzniesieniu. Cały ów wyścig przebiegał w cieniu dopingowej afery wywołanej grzechami ekipy Festina. Francuska policja szła za ciosem i szukała dowodów zorganizowanego dopingu również w innych drużynach. Po etapie szesnastym kończącym się w Albertville zabrała na całonocne przesłuchanie kierownictwo i zawodników holenderskiego zespołu TVM. Nazajutrz kolarze mieli ścigać na trasie kolejnego górskiego etapu do Aix-les-Bains. Pomiędzy 41 a 59 kilometrem tego odcinka peleton miał pokonać podjazd do Le Semnoz, w jego najtrudniejszej północnej wersji. Tym niemniej zawodnicy TVM po nieprzespanej nocy byliby na straconej pozycji. Z tego powodu pozostali uczestnicy wyścigu w geście solidarności zadecydowali o przejechaniu całego 149-kilometrowego etapu w turystycznym tempie. Wyścig wrócił w te strony dopiero w 2013 roku. Tym razem Semnoz miało wystąpić w prominentnej roli. Na górze wyznaczono metę etapu i do tego przedostatniego ze wszystkich, więc miały tu miały zapaść ostateczne decyzje w klasyfikacji generalnej setnej edycji Tour de France. Ponadto ów krótki, acz treściwy etap długości 125 kilometrów wybrano na scenę 21 edycji wyścigu amatorów L’Etape du Tour. Kolejną różnicą z rokiem 1998 był fakt, iż podjazd ten zaatakowano od zachodu z miejscowości Quintal. W ten sposób wspinaczka była krótsza, lecz bardziej stroma mając 10,7 kilometra przy średnim nachyleniu 8,5 %. Najtrudniejsza z czterech dróg na szczyt czyli wybrana przez nas opcja północna ma zaś 17,4 kilometra przy średniej 6,9 %. Tym niemniej szlak północny i zachodni łączą się z sobą na wysokości około 1040 metrów n.p.m. Finałowe 7,4 kilometra jest już wspólne dla obu tych podjazdów i zawiera ich najtrudniejszy fragment o stromiźnie 11,4 %.

Tym sposobem mogliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. To znaczy zdobyć tą górę od najtrudniejszej strony, a przy tym znaleźć się na szlaku, który już dwa tygodnie później przemierzyli kolarscy mistrzowie. Tytułem ciekawostki dodam, iż w podobny sposób, dokładnie zaś na wysokości przełęczy Leschaux (897 m. n.p.m.), łączą się z sobą południowy oraz wschodni wariant podjazdu do Semnoz. Z miejsca, w którym zaparkowaliśmy do podnóża wzniesienia mieliśmy ledwie 1200 metrów, acz nie znając dobrze miasta na dojeździe trochę kluczyliśmy w centrum. Początek podjazdu przebiegał po ruchliwej i dość stromej Avenue du Tresum. Po pokonaniu ledwie 350 metrów musieliśmy skręcić w lewo na Boulevard de la Corniche, który jeszcze przed końcem pierwszego kilometra wspinaczki przeszedł w stosownie nazwaną drogę Route du Semnoz. Miejskie zabudowania skończyły się zaledwie po przebyciu 1,2 kilometra od startu na wysokości miejskiego kampingu „Le Belvedere”. Chwilę później droga wkroczyła pośród drzewa czyli w granice Foret Communal d’Annecy, by pozostać w nim przez wiele kilometrów. Jedynym przerywnikiem w tym leśnym krajobrazie były mniejsze i większe polany w okolicy śladów ludzkiej przedsiębiorczości takich jak: Hotel Semnoz (2,2 km), Parc Animalier de la Grande Jeanne (3,2 km), Ecole de Ski Francais (4,5 km) i w końcu letnisko należące do organizacji UFOVAL (5,8 km). Na pierwszych dwóch kilometrach wspinaczki Darek zaskoczył mnie i Adama wysokim tempem. Można powiedzieć, że Dario podobnie jak wcześniej na Col du Turini nadawał ton wydarzeniom. Jak sam przyznał był to pewien blef z jego strony. Czując się dobrze postanowił sprawdzić jak długo będzie mógł pojechać w swym maksymalnym tempie, czy da radę utrzymać się z nami, a może nawet zerwać nas z koła. Sił nie starczyło na zbyt długo, lecz broni nie złożył i gdy został za nami jechał dalej solidnym, równym tempem przy średniej prędkości niespełna 13 km/h.

Jak zwykle podczas tej wyprawy przez sporą część wspinaczki towarzyszył mi Adam. Wspomniałem już, że niespodziewanie dla mnie, nieco lepiej od swego młodszego kolegi wytrzymałem trudy tej długiej eskapady. Ten dzień potwierdził ową hierarchię w naszym małym stadzie. Różnica pomiędzy naszymi możliwościami była niewielka, acz ponownie na moją korzyść. Po przejechaniu łatwiejszego odcinka między czwartym a ósmym kilometrem wzniesienia poczułem, że mógłbym odjechać. Niemniej nie mieliśmy w zwyczaju się nawzajem atakować, więc postanowiłem nadal jechać mocnym tempem, acz nieco poniżej swego maksimum. Minęliśmy razem łącznik z zachodniej drogi od Balmont i Quintal. Droga przez las w górnej połowie podjazdu, ze swymi długimi prostymi o sporej stromiźnie i drzewami, które prawie nie dawały cienia przypominała mi środkową część legendarnego szlaku z Bedoin na Mont Ventoux. Podobieństwo było duże, choć oba te miejsca dzieli bodaj 350 kilometrów. Być może moje wrażenia potęgowała słoneczna aura, która się nam trafiła. Na dole w mieście było wszak 32 stopni Celsjusza, zaś na szczycie przeszło 1200 metrów wyżej wciąż 23. Droga przez las skończyła się na wysokości około 1430 metrów po pokonaniu 14,6 kilometra podjazdu. W tym czasie jechałem już sam z niewielką przewagą nad Adamem, który puścił koło kilka kilometrów przed finałem. Zaczęła się droga przez alpejskie łąki. Po prawej stronie drogi mijaliśmy: krowy na pastwiskach, ludzi odpoczywających przy swych kamperach i domkach letniskowych. Na początku ostatniego kilometra wspinaczki trzeba było pokonać stromą rampę, która dla Kolumbijczyka Nairo Quintany stała się trampoliną do ataku po etapowe zwycięstwo. Kolarz z Andów już przed 20 lipca praktycznie zapewnił sobie zwycięstwo w klasyfikacji młodzieżowej Touru. Tego dnia wygrał zaś etap z przewagą 18 sekund nad Joaquinem Rodriguezem i 29 sekund na liderem Christopherem Froome, zapewniając sobie również drugie miejsce w klasyfikacji generalnej i koszulkę najlepszego górala tej imprezy. Rewelacyjny Michał Kwiatkowski wjechał na górę jako osiemnasty ze stratą 4:03 do zwycięzcy.

Uczestnicy Tour de France finiszowali nie na samym szczycie góry, lecz w miejscu znacznie dogodniejszym dla wyznaczenia mety tak wielkiego wyścigu. A mianowicie na wysokości parkingu przy Hotel Restaurant des Rochers Blancs. Nasza skromna wycieczka nie podlegała w tym względzie jakimkolwiek ograniczeniom, więc po minięciu mety przyszykowanej na L’Etape du Tour wzięliśmy jeszcze zakręt w lewo i pokonaliśmy ostatnie dwieście metrów wzniesienia. Pokonanie całej wspinaczki zajęło mi dokładnie 1 godzinę 12 minut i 2 sekundy przy średniej prędkości 14,493 km/h i VAM 1015 m/h. Adam uzyskał czas 1h 13:41, zaś Darek 1h 21:12. Można powiedzieć, że pomiędzy mną a Adamem różnica była zbliżona do tej między triumfującym Quintaną a czwartym na mecie etapu Alejandro Valverde. Aczkolwiek w naszej biało-czerwonej drużynie spod znaku RGA inaczej niż w hiszpańskiej ekipie Movistar rutyna i doświadczenie zatriumfowały nad młodością. Na szczycie zrobiliśmy sporo zdjęć. Tak fotki osobiste we wszelkich konfiguracjach personalnych (solowe, dwójkowe i kupą mości Panowie) jak również dokumentujące piękno górskich pejzaży. W dole widać było nawet błękitne wody Lac d’Annecy. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę przed Rochers Blancs. Zjechaliśmy do Annecy tą samą drogą, każdy swoim tempem. Adam najszybciej. Ja wolniej zatrzymując się kilka razy by uwiecznić to czy inne miejsce. Darek podobnie, zaś na samym dole zafundował sobie jeszcze przejażdżkę a’la Amsterdam czyli po wąskich uliczkach Starego Miasta nad kanałami owej alpejskiej Wenecji. W dalszą drogę szlakiem Christophe’a Lemaitre ruszyliśmy dopiero kilka minut po dziewiętnastej. Dlaczego przywołuje w tym miejscu postać najszybszego białego Europejczyka? Otóż ten francuski sprinter urodził się w Annecy, a wychował w Culoz u podnóża Grand Colombier. Tym niemniej gdy po półtorej godzinie jazdy dotarliśmy do tego miasteczka było tam cicho i głucho jak po przejściu zarazy. Nasze szanse na znalezienie tu jakiegoś lokum na najbliższą noc były nikłe. Na szczęście napotkana niewiasta wyratowała nas z tej opresji rezerwując nam telefonicznie pokój w Artemare przy hotelu Michallet.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/69725052

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/69725052

ZDJĘCIA – Semnoz

ZDJĘCIA – Annecy

Epilog: Route des Grandes Alpes

W nocy z piątku na sobotę mogliśmy się w końcu wyspać do woli. Podczas planowania tej wyprawy mieliśmy z Piotrem różne pomysły co do sposobu spędzenia weekendu rozpoczynającego się nazajutrz po pokonaniu trasy Route des Grandes Alpes. Ja zastanawiałem się nad możliwością startu w niedzielnym L’Etape du Tour na trasie wokół Annecy, po wcześniejszym odpoczynku w sobotę. Tym niemniej miałem już za sobą trzy, zaś Piotr i Darek po dwa starty w tej imprezie. Co prawda w przeciwieństwie do innych „gran fondo” i „cyclosportive” odbywa się ona co roku na innej trasie, więc i tak stanowiła pokusę. Jednak i na to znalazł się sposób. Piotr zaproponował przejechanie całej 125-kilometrowej trasy tego wyścigu dzień wcześniej, turystycznym tempem we własnym pięcioosobowym gronie. W ten sposób mogliśmy zaoszczędzić sobie po 100 Euro i zmierzyć się z tym samym wyzwaniem na spokojnie, bez wyścigowego stresu i niebezpieczeństw. Uznałem rację swego kolegi i na starcie naszego dwutygodniowego touru taki właśnie był nasz plan na sobotę z zastrzeżeniem, iż ostateczną decyzję podejmiemy u kresu wyprawy na podstawie tego jak ją kondycyjnie wytrzymamy. Dopuszczaliśmy jeszcze możliwość pokonania krótszej rundki wokół Annecy obowiązkowo z finałowym podjazdem. Tym niemniej jak należało oczekiwać pokonanie zaprojektowanej przeze mnie trasy każdego z nas kosztowało wiele sił. Po czternastu górskich etapach o średniej długości blisko 130 kilometrów nie mieliśmy wielkiej ochoty na piętnasty z rzędu odcinek tego typu. Zamiast tego pozwoliliśmy sobie na leniwe przedpołudnie przeznaczone na zakupy w Allinges oraz turystyczny wypad do Thonon-les-Bains, który stał się obowiązkowym punktem sobotniego programu po tym jak w piątek nie dane nam było wspólnie stanąć do pamiątkowego zdjęcia w punkcie oznaczającym początek Drogi Wielkich Alp.

Do miasta służącego nam za punkt startu i linię mety naszej wersji Route des Grandes Alpes zjechaliśmy kilka minut przed jedenastą. Przeszliśmy przez park, w którym stoi pomnik pochodzącego z Thonon Josepha Marie hrabiego Dessaix, generała wojsk napoleońskich, zwycięzcy bitwy pod Wagram i uczestnika wyprawy na Moskwę. Następnie wstąpiliśmy do biura informacji turystycznej w pobliskim Chateau de Sonnaz. Tu podobnie jak Adam i Darek kosztem bodaj 35 Euro nie odmówiłem sobie przyjemności kupienia pamiątkowej koszulki kolarskiej dokumentującej nasz wielki wyczyn. Stąd było już tylko kilkanaście kroków do głównego celu naszej ponownej wizyty w tym mieście czyli placu przed budynkiem merostwa. Tu nadzialiśmy się na swego rodzaju „wieczór panieński”. Jedna z dziewczyn wyrwała do tańca Piotra, a następnie zrobiła nam wszystkim zdjęcie na tle rozety dzięki czemu nie musieliśmy się zmieniać w roli fotografa lub nagabywać o tego rodzaju przysługę innych przechodniów. Po opuszczeniu placu poszliśmy jeszcze na półgodzinny spacer po centrum tej miejscowości. Godzi się wspomnieć, że to niespełna 35-tysięczne miasteczko podobnie jak pobliskie Evian-les-Bains nie raz gościło uczestników Tour de France. Dokładnie zaś osiem razy wyznaczano tu metę jednego z etapów „Wielkiej Pętli”. Jako pierwszy w 1955 roku wygrał tu Holender Jos Hinsen. Po nim wygrywali zaś jeszcze: Jacques Anquetil, Hiszpan Fernando Manzaneque, Holender Jan Janssen, Włosi Michele Dancelli i Marino Basso, Francuz Bernard Quilfen (późniejszy dyrektor sportowy ekipy Cofidis), zaś jako ostatni w sezonie 1981 dzisiejszy komentator brytyjskiego Eurosportu, zaś w latach 80-tych najwszechstronniejszy kolarz zawodowego peletonu Irlandczyk Sean Kelly. Na koniec naszej południowej wizyty w Thonon zjedliśmy mały posiłek, po czym wróciliśmy na nasze wzgórze w L’Ermitage.

Niedługo później pożegnaliśmy się, bowiem każdy z poddziałów naszej drużyny miał własny sposób na spędzenie pozostałej części tego weekendu. Mazowszanie postanowili zostać w Le Chalet Armoy do północy i w sobotnie popołudnie przejechać się wzdłuż brzegów jeziora do Genewy i z powrotem. Nogi odmówiły im jednak posłuszeństwa i zakończyli swój pobyt we Francji ledwie 30-kilometrową przejażdżką. Tymczasem mój pomorski oddział wyruszył samochodem w kierunku południowo-zachodnim do Annecy i Culoz by przed powrotem na ojczyzny łono zaliczyć jeszcze parę przepięknych podjazdów na pograniczu Alp i Jury. Podobnie jak nasi koledzy goniliśmy już resztkami sił, więc ograniczyliśmy do dwóch niedługich wycieczek. Wspólnym dla nas wszystkich usprawiedliwieniem tego weekendowego lenistwa był bagaż doświadczeń z poprzednich dwóch tygodni. Ilość i przede wszystkim jakość przemierzonego dystansu, który przedstawiam poniżej na bazie odczytów z własnego licznika.

Route des Grandes Alpes anno domini 2013 by Daniel Marszałek

Łączny Dystans > 1772,1 / 1786,7 kilometra (z dwoma dojazdami na kwatery i prologiem)

Łączne Przewyższenie > 44.069 metrów

Łączny Czas Jazdy > 80h 52:03

Średnia Prędkość > 21,913 km/h

Najdłuższy etap > czternasty czyli 154,7 kilometra

Najkrótszy etap > piąty czyli 98,9 kilometra

Najtrudniejszy etap > dziewiąty czyli 4129 metrów przewyższenia

Najłatwiejszy etap > szósty czyli 2380 metrów przewyższenia

Czternaście przełęczy o wysokości powyżej 2000 metrów n.p.m. czyli: Croix de Fer, Galibier, Izoard x 2, Vars, Bonette, Fauniera, Sampeyre, Agnello, Sestriere, Mont Cenis, Iseran, Petit Saint-Bernard oraz Gran San Bernardo.

Osiemnaście podjazdów o przewyższeniu ponad 1000 metrów czyli: Colombiere, Roselend, Madeleine, Croix de Fer, Galibier, Izoard (nord), Vars, Bonette, Saint-Martin, Turini, Fauniera, Sampeyre, Agnello, Izoard (sud), Mont Cenis, Petit Saint-Bernard, Gran San Bernardo i Forclaz.

Najwyższy podjazd: Iseran > 2770 metrów n.p.m.

Największy podjazd: Gran San Bernardo > 1882 metrów przewyższenia.

Najdłuższy podjazd: Gran San Bernardo > 34,3 kilometra.

Najbardziej stromy podjazd: Corbier > średnio 8,61 %.

Najbardziej stromy pośród gigantów: Sampeyre / via Vallone d’Elva > średnio 8,24 %.

Najtrudniejszy podjazd (według skali Archivio Salite na stronie www.zanibike.net): Fauniera / via Valcavera > 1387,51 punkta.

Tak wygląda podsumowanie mojej autorskiej trasy. Mniej więcej w 95 % pokrywa się ona z dokonaniami moich trzech kolegów. Z Thonon-les-Bains do Menton wszyscy pojechaliśmy tym samym szlakiem, aczkolwiek Dario jako jedyny spośród nas na dojeździe do Morza Śródziemnego zahaczył jeszcze o wzgórze Castillon. W drodze powrotnej nad Lac Leman każdy z nas miewał już swe oryginalne pomysły na pokonanie tego czy innego odcinka. Pietro zrezygnował z Fauniery i Sampeyre na ósmym etapie zadowalając się podjazdem pod Madonna del Colletto. Ja zafundowałem sobie inne niż koledzy finałowe podjazdy na etapach dziewiątym i dwunastym do Sestriere i Champex-Lac. Z kolei Piotr w inny sposób niż ja, Adam czy Darek pokonał ostatnie kilometry przed Combloux. Na tym samym trzynastym etapie Pietro i Dario odpuścili sobie wspinaczkę pod przełęcz Lein. Z oryginalnych dodatków do głównego szlaku wymienić można jeszcze: moje Sauze d’Oulx czy zdobycz Adama i Darka w postaci szutrowej przełęczy Basset i w końcu samotną wspinaczkę tego drugiego pod Rifugio Martin al Monte Fraiteve – wszystko na etapie dziesiątym. Godzi się również dodać, iż Romano służąc nam co dzień nieocenioną pomocą natury transportowej sam znalazł siły i czas na pokonanie w sumie 23 wzniesień. Niekiedy we wspólnym towarzystwie, innym razem na solo, zaś w razie konieczności od przeciwnej niż my strony. Jako jedyny podjechał też do bazy noclegowej nr 5 we wiosce Roya. Wspominając nasze przygody z lata 2013 roku żywię nadzieję, iż na tym nie koniec wspólnych przygód. Podobnego typu wyzwanie czeka na nas w Pirenejach. Jakkolwiek na sezon 2014 mamy już wszyscy inne plany, być może w tym samym lub lekko rozszerzonym składzie dotrzemy na francusko-hiszpańskie pogranicze już w 2015 roku. Podobna do tej alpejskiej trasa przez Pireneje – znad Morza Śródziemnego po Ocean Atlantycki i z powrotem – została już przeze mnie wytyczona. Pozostaje nam tylko zgrać swe sportowe plany i terminy urlopów.