Valle d’Aosta

Przebieg czerwcowego Tour de Alpes skłonił mnie do zmiany swych sierpniowych planów. We Francji formę miałem co najwyżej średnią. Za słabą na to by godnie przetrwać wyjazd do Karyntii, najeżonej super-stromymi podjazdami. Wyjazd do Austrii odłożyłem sobie na przyszły rok. Pod koniec lata wybrałem się zatem na wycieczkę krótszą, lecz dla mnie przyjemniejszą. Zaproponowałem Iwonie dziesięciodniowy wypad we włoskie Alpy. Do regionu, w którym przed laty spędziliśmy kilka dni w trakcie naszej pierwszej zagranicznej wycieczki. Valle d’Aosta to jedno z najciekawszych miejsc na górskiej mapie Europy. Najmniejszy z dwudziestu włoskich regionów. Jeden z pięciu, który cieszy się pewnym zakresem autonomii. Na tyle mały, iż nie podzielono go nawet na zwyczajowe prowincje. Składa się on po prostu z 74 gmin. Jego stolicą jest Aosta, miasto pamiętające czasy Cesarstwa Rzymskiego, w którym żyje ledwie 34.110 osób. To jest niewiele więcej niż w moim rodzinnym Sopocie. Mimo to jest ona „olbrzymem pośród liliputów” jako, że żadna z pozostałych gmin tego regionu nie ma nawet 5000 mieszkańców. Te maleństwa pogrupowały się zatem oddolnie w osiem związków komunalnych z siedzibami w Quart, Chatillon, Villeneuve, Verres, Pont-Saint-Martin, La Salle, Gignod oraz Issime. W regionie tym na powierzchni 3261 km2 żyje ledwie 125.666 mieszkańców co daje tylko 38,5 „człowieka” na km2. Tymczasem w całej Italii gęstość zaludnienia wynosi 199,8 osób/km2. Funkcjonują tu dwa języki urzędowe tzn. włoski i francuski. Poza tym przeszło połowa miejscowej ludności zna też „patois” czyli valdostański dialekt języka franko-prowansalskiego.

Rozrzedzenie miejscowej populacji łatwo można wytłumaczyć ukształtowaniem aostańskiego terenu. Ponoć tylko 20% powierzchni Valle d’Aosta znajduje się poniżej 1500 metrów n.p.m. czyli na terenie nadającym się do prowadzenia działalności rolniczej. Średnia wysokość tego regionu to 2106 metrów n.p.m. Same lodowce, których jest tu z grubsza dwieście zajmują 4% jego powierzchni. Znajdziemy tu aż 34 górskie szczyty przekraczające pułap 4000 metrów! Nic dziwnego, że region ten żyje przede wszystkim z turystyki. Mimo to należy do najbogatszych we Włoszech. O Dolinie Aosty można powiedzieć to samo co przed dwoma laty napisałem o szwajcarskim kantonie Valais-Wallis. To istny górski raj. Niemniej tu wszystkie cuda stłoczone są na jeszcze mniejszym obszarze niż u sąsiadów. Rajski przydomek znajduje odzwierciedlenie w nazwie tutejszego parku narodowego. Po północnej stronie italo-helweckiej granicy osią życia jest wielki Rodan. Tu jest nią skromna Dora Baltea tj. 168-kilometrowa rzeka będąca dopływem Padu. Powstaje ona z połączenia potoków Dora di Ferret oraz Dora di Veny i przez ponad połowę swej długości płynie przez ów region. Stworzyła główną dolinę tej zjawiskowej krainy. Zewsząd otoczona jest wysokimi górami. Po jej prawej stronie piętrzą się Alpy Graickie z masywami: Grand Paradiso, Grande Sassiere oraz najwyższym w Europie Zachodniej – Monte Bianco, który zamyka całą tą dolinę od zachodu. Natomiast nad lewym jej brzegiem górują Alpy Pennińskie z takimi masywami jak: Grand Combin, Matterhorn czy największy na Starym Kontynencie – Monte Rosa. Z Doliny Aosty wyjechać można tylko pięcioma drogami. Trzy z nich stworzyła głównie natura, zaś dwie są dziełem człowieka.

Najłatwiej jest stąd „uciec” do Piemontu. Wystarczy się przemieszczać zgodnie z nurtem Dory Baltea. Aby wjechać do Francji należy już pokonać Przełęcz Małą św. Bernarda. Natomiast chcąc się dostać do Szwajcarii trzeba sforsować Przełęcz Wielką św. Bernarda. Stuprocentowo ludzkimi pomysłami są zaś dwa tunele. Oba otwarte w połowie lat sześćdziesiątych. Przeszło 11-kilometrowy pod masywem Mont Blanc (wł. Monte Bianco) oraz niespełna 6-kilometrowy pod „Wielkim Bernardem”. Niemniej lepiej pokonać jedną z owych pięciu „bram” w przeciwnym kierunku i zatrzymać się w Dolinie Aosty na tydzień, dwa lub nawet trzy tygodnie. Geografowie na terenie Valle d’Aosta obok głównej doliny wyróżniają jeszcze 11 większych dolin bocznych. Poniżej stołecznej Aosty są to: Gressoney, Ayas i Valtournenche na lewym brzegu rzeki oraz Champorcher po jej prawej stronie. Na wysokości miasta w stronę północną odchodzą dwie doliny mające wspólny początek tzn. Gran San Bernardo i Valpelline. Natomiast powyżej regionalnej stolicy tego rodzaju doliny znajdują się już tylko na prawym brzegu Dory. Są nimi: Cogne, Valsavaranche, Rhemes, Valgrisenche i Piccolo San Bernardo. Trzy pierwsze wchodzą w skład aostańskiej części Parco Nazionale Gran Paradiso, najstarszego z włoskich parków narodowych. Oczywiście na tych kilkunastu dolinach nie kończą się opcje wspinaczkowe dla ambitnych amatorów dwóch kółek. Nie brak tu pomniejszych dolinek zaczynających się w dolinie głównej lub też jedenastu bocznych. W Dolinie Aosty jest bowiem w sumie 25 górskich potoków. Poza tym mamy tu jeszcze dróżki prowadzące do rozmaitych wiosek lub rzadziej do stacji narciarskich.

Moim przewodnikiem po tym pięknym regionie była dwudziesta książka z serii wydawniczej „Passi e Valli in Bicicletta”. W lekturze tej omówiono 57 kolarskich podjazdów, w tym francuski Col du Petit Saint-Bernard oraz szwajcarski Col du Grand Saint-Bernard. Spośród ujętych w niej 55 włoskich wzniesień aż 54 ma przewyższenie przeszło 500 metrów, zaś 30 amplitudę ponad 1000 metrów. Największym jest Colle di Gran San Bernardo, gdzie różnica wzniesień wynosi aż 1882 metrów. Jedynie pięć tutejszych podjazdów kończy się na wysokości powyżej 2000 metrów n.p.m. Niemniej gdy „poprzeczkę” tą obniżymy o 10% to znajdziemy już 20 wzniesień osiągających pułap 1800 metrów. Także na tej liście pierwsze miejsce zajmuje Przełęcz Wielka św. Bernard o wysokości 2469 metrów n.p.m. Poza tym 28 aostańskich wspinaczek ma długość przynajmniej 15 kilometrów, w tym 12 z nich to podjazdy przeszło 20-kilometrowe. W tym zestawieniu „wygrywa” łagodny podjazd przez Valle di Gressoney, który kończy się w stacji Staffal po przejechaniu aż 37,6 kilometra. Co godne podkreślenia Entreves od Pont Saint-Martin czyli miejscowości położone na zachodnim i południowo-wschodnim krańcu tego regionu dzieli mniej niż 100 kilometrów. Dokładnie zaś 89 km jadąc po autostradzie A5 lub 93 km podróżując po drodze krajowej SS26. Mniej więcej w połowie tej odległości znajduje się Aosta. Tym samym wynajmując lokal w stołecznym mieście lub parę kilometrów na wschód od niego dojedziemy wszędzie autem w 40 minut korzystając z autostrady lub w godzinę wybierając „krajówkę”. Ja dla naszych potrzeb wybrałem Casa del Boschetto w miejscowości Grand Pollein.

Giro d’Italia niezbyt często zagląda do tego regionu, leżącego na północno-zachodniej rubieży Włoskiej Republiki. Valle d’Aosta długo czekała na wizytę wielkiego Giro. Pierwszym z tutejszych miast, które dostąpiło tego zaszczytu była nie Aosta, lecz Saint-Vincent w roku 1952. Co ciekawe miejscowość ta w latach 50. aż czterokrotnie gościła uczestników „La Corsa Rosa”, zaś w sezonie 1959 witała zarówno Giro jak i Tour de France. Co więcej w roku 1987 była metą całego wyścigu Dookoła Włoch! Natomiast w Aoście po raz pierwszy finiszowano dopiero w roku 1970. Znacznie wcześniej, bo w sezonie 1949 przystanek w tym mieście zrobiła sobie „Wielka Pętla”. W XXI wieku Giro zajrzało do Doliny Aosty pięć razy. W 2006 roku górski etap tego wyścigu zakończył się w La Thuile. W latach 2012, 2015 i 2018 finiszowano w stacji Breuil-Cervinia, wybudowanej u podnóża słynnego Matterhornu. W końcu zaś w sezonie 2019 Giro po 60 latach wróciło do Courmayeur. Finisz czternastego etapu wytyczono przy dolnej stacji kolei linowej Skyway Monte Bianco. Odcinek ten ustawił „generalkę” wyścigu, po tym jak Ekwadorczyk Richard Carapaz zyskał blisko dwie minuty nad zapatrzonymi w siebie faworytami: Vincenzo Nibalim i Primozem Rogliciem. Region ten ma także własny kilkudniowy wyścig, organizowany od roku 1962 dla kolarzy do lat 26. Giro delle Valle d’Aosta składa się niemal wyłącznie z mniej lub bardziej górskich etapów. Niektóre z nich rozgrywane są na przygranicznych drogach Francji i Szwajcarii. Dawniej imprezę tą wygrywali tacy mistrzowie jak: Gianni Motta (1963), Ivan Gotti (1989-90) czy Gilberto Simoni (1992). Pośród współczesnych asów zawodowego peletonu triumfowali w nim: Thibaut Pinot (2009), Fabio Aru (2011-12) i Paweł Siwakow (2017).

Tegoroczna wycieczka była moją trzecią kolarską wizytą w Valle d’Aosta. Pierwsza miała miejsce w dniach od 8 do 12 lipca 2010 roku. Zamieszkaliśmy wówczas z Iwoną w Nus, miasteczku położonym 13 kilometrów na wschód od Aosty. Podczas czwartkowego transferu z Varese zaliczyłem podjazd przez Valle di Champorcher, który skończyłem w głównej miejscowości tej doliny na wysokości „tylko” 1417 metrów n.p.m. W następnych dniach „kosiłem” już po dwie premie górskie. W piątek były to: Col Saint-Pantaleon i Druges. W sobotę Pila i Valnontey. W niedzielę Saint-Barthelemy i Breuil-Cervinia. Natomiast w poniedziałek Col San Carlo i Colle del Piccolo San Bernardo. Trzy lata później w Dolinie Aosty bawiłem tylko przez dobę. Wpadłem w te strony wraz z czterema kolegami podczas niezapomnianego „Hannibala”. To znaczy w trakcie naszej dubeltowej Route des Grandes Alpes z sezonu 2013. W końcówce jedenastego etapu tej wyprawy pokonaliśmy przełęcz św. Karola od jej łatwiejszej zachodniej strony. Po czym nazajutrz w pierwszej części dwunastego odcinka zdobyliśmy Wielkiego Bernarda, po przeszło 34-kilometrowej wspinaczce. Miałem zatem na swym koncie już 11 aostańskich wzniesień, w tym 10 o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Podczas tegorocznego wyjazdu chciałem ten dorobek podwoić. Plan był prosty. Każdego dnia do południa walczę na solo z wybraną premią górską, zaś ostatniego dnia nawet z dwoma. Natomiast popołudniami we dwoje chodzimy po górskich szlakach oraz zwiedzamy miasteczka Valle d’Aosta jak i sąsiedniego Piemontu. W naszym programie nie mogło też zabraknąć podniebnej przejażdżki kolejką Skyway.

Poniżej przedstawiam listę podjazdów, przejechanych przeze mnie w trakcie sierpniowej wycieczki. Zajrzałem w każdy zakątek tej górskiej krainy. To znaczy zaliczyłem po dwie premie górskie w dolnej i środkowej części Valle d’Aosta, trzy w okolicy stołecznej Aosty oraz cztery w górnej części regionu. W kolejnych tygodniach napiszę o nich więcej i dodam garść swych wrażeń z ich zdobywania.

Mój rozkład jazdy:

21.08 – Valsavarenche (Le Pont)

22.08 – Valgrisenche (Pra de la Teisa)

23.08 – Val di Rhemes (Thumel)

24.08 – Champillon

25.08 – Diga di Place Moulin & Verrogne

26.08 – Vens

27.08 – Plan Coumarial

28.08 – Estoul

29.08 – Colle di Joux & Col Tzecore

Col Tzecore

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Vincent (SR7)

Wysokość: 1623 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1046 metrów

Długość: 14 kilometrów

Średnie nachylenie: 7,5 %

Maksymalne nachylenie: 13,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na sam koniec zostawiłem sobie podjazd na Col Tzecore, która w moim książkowym przewodniku opisana została pod nazwą Col Zuccore. Zachodnie wspinaczka na tą przełęcz zaczyna się na wschodnim krańcu Saint-Vincent i przez blisko 10 kilometrów wiedzie po drodze SR7. Dlatego po zjeździe z Col de Joux musiałem przedostać się na drugą stronę miasteczka. Przeprowadzka była krótka, ale dla własnej wygody postanowiłem skorzystać z samochodu. Przede wszystkim dlatego by po drugiej premii górskiej nie szukać już auta. Przejechawszy przez miasto zaparkowałem nieopodal stacji benzynowej sieci Europam. Miałem przed sobą wzniesienie nieco krótsze od pierwszego, lecz wcale nie łatwiejsze. Potwierdzała to zarówno książkowa ocena czyli „3 z plusem” jak i wycena rodem z cyclingcols.com przyznająca mu 765 punktów. Tzecore może i jest nieco niższe i mniejsze od Joux, lecz owe braki nadrabia większą stromizną. W przeciwieństwie do swej sąsiadki „ma w ofercie” 500-metrowe sektory o stromiźnie powyżej 10%. To znaczy trzy o identycznej wartości 10,4%. Pierwszy pod koniec drugiego kilometra, drugi pod koniec piątego i trzeci na początku jedenastego kilometra wspinaczki. Poza tym jeszcze dziewięć tego rodzaju odcinków o nachyleniu co najmniej 8%. Jednym słowem jakby to wszystko zsumować to okaże się, iż dobre 6 kilometrów z całego podjazdu trzyma tu na poziomie minimum 8%. Tym niemniej podobnie jak w przypadku Joux trudniejsza jest wschodnia droga na tą przełęcz. Wspinaczka rozpoczynająca się w Verres ma długość 16,1 kilometra i średnie nachylenie 7,7%, zaś przewyższenie 1239 metrów. Pierwsze 9,8 kilometra wiedzie przez Vallee d’Ayas. Dolinę tą opuszcza się na wysokości Challand-Saint-Anselme (1029 m. n.p.m.). Na bocznej drodze trzeba przejechać jeszcze 6,3 kilometra o przeciętnym nachyleniu 9,4%, w tym trzy bardzo strome kilometry bezpośrednio za wioską Orbeillaz o średniej aż 11,2%. Środowa wspinaczka do wyżej położonej stacji Estoul odwiodła mnie od tej górskiej ściany. Pozostało mi zaatakować Tzecore od zachodniej flanki.

W przeciwieństwie do swej sąsiadki Col Zuccore przez lata i dekady całe pozostawała nieznana wyścigowi Dookoła Włoch. Żadna z pierwszych stu edycji Giro d’Italia nie zahaczyła o tą przełęcz. Debiut miał miejsce dopiero w 2018 roku na etapie dwudziestym z Susy do Cervinii. Na przedostatnim odcinku ubiegłorocznego Giro wspinano się na Tzecore (vel Col du Mont-Tsęuc) od strony wschodniej. Pierwszy na tej przełęczy pojawił się Giulio Ciccone, który na trasie owej edycji bez powodzenia walczył o niebieską koszulkę „górala”. Klasyfikację górską tej imprezy wygrał niejako przy okazji swego generalnego triumfu Chris Froome, zaś młody Włoch dopiął swego w 2019 roku. Co ciekawe na zjazd z tej premii górskiej zakończył się w zachodniej części Saint-Vincent, co oznacza że wykorzystano spory fragment drogi SR33. Zanim Col Tzecore wypróbowano na wielkim Giro to kilkukrotnie przetestowano ów wschodni podjazd na trasach regionalnego Giro delle Valle d’Aosta. Jeśli chodzi o drugą dekadę XXI wieku to na stronie tego wyścigu znalazłem cztery takie przypadki. Wspinaczka z Verres pojawiła się na trasie piątego etapu z roku 2011, gdy w Torgnon wygrał Amerykanin Joseph Dombrowski. Potem na drugim odcinku w 2013 roku, gdy na mecie w Champorcher triumfował Włoch Davide Villella. W końcu zaś na trzecim etapie z sezonu 2015, gdy w Breuil-Cervinia zwyciężał Rosjanin Matwiej Mamykin. Poza tym na Tzecore od wschodu podjeżdżano też na odcinku trzecim z roku 2018. Jednakże wówczas podjazd ten rozpoczęto z okolic Challand-Saint-Victor, po wcześniejszej 8-kilometrowej wspinaczce na Col d’Arlaz. Etap ten zakończył się w Champoluc (Vallee d’Ayas), gdzie wygrał Włoch Alessandro Fedeli. Zdaje się, że nigdy na tym wyścigu Zuccore nie zdobyto od strony zachodniej. Tym niemniej na trzecim odcinku edycji 2019 wykorzystano środkowy, 8-kilometrowy fragment „mojego” wzniesienia, po czym na wysokości osady Ravet skręcono w kierunku końcówki Col de Joux. Znów działo się to na etapie do Champoluc, gdzie tym razem z cennej wiktorii cieszył się Luksemburczyk Michel Ries.

Na spotkanie z Tzecore ruszyłem o 10:51. To już nie był rześki poranek. Do godziny jedenastej powietrze wokół Saint-Vincent zdążyło się już nagrzać. Na starcie miałem 29 stopni. Na trasie temperatura spadła o 5 oczek. Począwszy od czwartego kilometra wahała się ona już na poziomie od 24 do 26. Przez pierwsze pięć kilometrów jechałem w kierunku bardziej południowym niż wschodnim. Podobnie jak na Col de Joux początek nie był szczególnie wymagający. Pierwsze półtora kilometra z przejazdem przez wioskę Cillian (0,8 km) i osadę Chadel (1,2 km) ma średnie nachylenie na umiarkowanym poziomie czyli 5,1%. Za to końcówka drugiego kilometra należy do najtrudniejszych fragmentów całego wzniesienia. Na samym końcu tego odcinka minąłem zjazd ku Estaod i Champeriou. To znaczy drogę, na której podczas GdVA-2019 na etapie do Champoluc zaczął się podjazd na przełęcz Joux, korzystający ze sporej części szlaku pod Tzecore. Po chwili minąłem tablicę informacyjną złożoną z ośmiu drewnianych znaków. Pokazującą odległości do szeregu miejscowości leżących na tym górskim szlaku. W połowie trzeciego kilometra wjechałem do gminy Emarese, w granicach której miałem pozostać już do końca tego podjazdu. Na czwartym kilometrze szosa pokręciła się na czterech wirażach, po czym znów odbiła na południe. Stromizna była już bardzo poważna tzn. średnio 8,7% na dystansie 3,5 kilometra. Na przełomie piątego i szóstego kilometra przejechałem przez wioskę Emarese (4,6-5,4 km). Za tą miejscowością droga na pewien czas obrała północny kierunek. Na początku siódmego kilometra minąłem kościół parafialny pod wezwaniem św. Pantaleona. Ósmy kilometr na dojeździe do Eresaz (7,6-8,1 km) okazał się znacznie trudniejszy niż zapowiadał to książkowy profil tego wzniesienia. Co ciekawe to właśnie tu na wysokości 1190 metrów n.p.m. znajduje się „municipio” czyli siedziba władz gminy Emarese, a nie w niżej położonej wiosce o takiej właśnie nazwie. Jak wynika ze stravy segment o długości 5,81 kilometra poprzedzający wjazd to tej miejscowości przejechałem w 27:38 (avs. 12,6 km/h z VAM 992 m/h). Tempo nie najwyższe, ale trzymałem poziom z pierwszej czwartkowej góry.

Trzeci sektor wzniesienia (od początku szóstego do końca dziesiątego kilometra) miał przeciętne nachylenie 7,1%. Przy czym dojazd do Eresaz był trudniejszy niż dwa kilometry powyżej tej ślicznej wioski. Pod koniec dziesiątego kilometra musiałem zjechać z drogi SR7. Ta w pobliżu Ravet (9,7 km) skręciła na wschód stając się wspomnianym łącznikiem między podjazdami na Joux i Tzecore. Ja musiałem tu odbić w prawo. Kolejna drewniana tablica informowała, iż do szczytu zostały mi jeszcze cztery kilometry z małym hakiem. To był już początek ostatniego z sektorów wyróżnionych w książce tj. czwartego o średniej stromiźnie 7,4%. Na trudnym początku jedenastego kilometra minąłem zjazd do Chassan (10,1 km). Niemal równie ciężka była druga połowa dwunastego kilometra. Tu i ówdzie otwierał się przede mną widok na dolny odcinek głównej doliny. Natomiast na szosie dostrzegłem separatystyczne napisy o treści „VDA libra”. Główną atrakcją trzynastego kilometra był przejazd przez Sommarese (12,3-12,8 km). Gdy minąłem niewielki parking u kresu tej miejscowości do końca wspinaczki pozostał mi już tylko kilometr. W swej środkowej części dość trudny, bo z nachyleniem 8,4% na odcinku 500 metrów. Jeszcze trochę wysiłku i mogłem zebrać się do finiszu w zacisznej strefie piknikowej Colle Tzecore. W sumie na tej górze przejechałem 13,77 kilometra w czasie 1h 03:18 (avs. 13,1 km/h). Strava znów przesadziła z przewyższeniem pokazując 1110 metrów. Biorąc za podstawę obliczeń oficjalną amplitudę czyli 1046 metrów wychodzi mi, iż pokonałem to wzniesienie z VAM na poziomie 992 m/h. Na przełęczy pojawiłem się o 11:54. Przed południem miałem dwie solidne wspinaczki na swym koncie. Na czerwcowej wyprawie po francuskich Alpach o tej porze dnia nierzadko dopiero zabieraliśmy się do pierwszego podjazdu. Na Tzecore vel Zuccore zakończyłem swój siedemnasty sezon na górskim szlaku. Tym razem zaliczyłem „tylko” 40 nowych wzniesień. To jest najmniej po roku 2013. Jednak sam finał owej zabawy miałem mocny. Jakby nie patrzeć w ciągu doby „uzbierałem” przeszło 3600 metrów przewyższenia. Niemniej nie był to klasyczny hat-trick, skoro między popołudniowym Estoul i porannym Joux mogłem się dobrze wyspać 😉

Na zjeździe z Tzecore zakończyłem tylko kolarską część tej wyprawy. Czwartkowe popołudnie spędziłem w zupełnie innym zakątku Valle d’Aosta i oczywiście w towarzystwie Iwony. Po obiedzie pojechaliśmy do Pre-Saint-Didier. To jest uzdrowiskowej miejscowości, którą poznaliśmy już w lipcu 2010 roku. Wówczas odwiedziliśmy ją jednak przy okazji mojej wspinaczki na Colle del Piccolo San Bernardo. Teraz cel wspinaczkowy mieliśmy pieszy, a zatem wspólny. Już w trakcie naszego pobytu w Grand Pollein dowiedzieliśmy się bowiem o nowej atrakcji w pobliżu tego miasteczka. Jego największym skarbem pozostaje termalne Spa, po raz pierwszy otwarte już w 1834 roku. Tym niemniej przed pięciu laty zyskało ono też podniebną konstrukcje, która skutecznie wabi zastępy żądnych wrażeń turystów. Miejscowa „passarella panoramica” została wybudowana na wysokości 1209 metrów n.p.m. kosztem 400.000 Euro. Jest to „ścieżka panoramiczna” wytyczona dokładnie 160 metrów ponad dnem wąwozu wyrzeźbionego przez potok Dora di Verney. Z miasteczka można do niej podejść nieszczególnie trudną leśną ścieżką o przewyższeniu 180 metrów, w czasie około 40 minut. Wejście do lasu poprzedza przejście przez Termy, zaś piesza wspinaczka zaczyna się nieco dalej w sąsiedztwie kamiennego mostu nad wspomnianą rzeczką. Trasa ta w paru miejscach niemal ociera się o szosę krajową SS26 prowadzącą ku granicy francuskiej na Przełęczy Małej św. Bernarda. Przechadzka po wspomnianej konstrukcji jest rodzajem bezpiecznego spaceru nad przepaścią. Dodatkową zaletą jest możliwość podziwiania okolicznych szczytów. Najlepiej widoczna jest pobliska Mont Cormet (2475 m. n.p.m.). Tym niemniej spoglądając na zachód ujrzeć można liczne wierzchołki z masywu Mont Blanc, choć akurat nie ten najwyższy. Nazajutrz, w dniu naszego wyjazdu z Italii, poranek był słoneczny. Korzystając z przychylnej nam aury postanowiliśmy pożegnać się z Doliną Aosty w możliwie najlepszy sposób czyli wjazdem na Przełęcz Wielką św. Bernarda. Gdy już na nią wjechaliśmy szkoda było od razu zjeżdżać. Zrobiliśmy sobie 15-minutową przerwę w podróży. Dwie dłuższe chwile dla „filmowców i fotoreporterów” zarówno po włoskiej jak i szwajcarskiej stronie granicy.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2668553653

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2668553653

ZDJĘCIA

FILM

Colle di Joux

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Vincent (SR33)

Wysokość: 1640 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1091 metrów

Długość: 16,4 kilometra

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 10,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Etap dziewiąty od samego początku miał być dwuczęściowy. Na ostatni dzień zaplanowałem sobie bowiem poranny wypad do Saint-Vincent. W czwartkowe przedpołudnie miałem pokonać dwa wzniesienia wznoszące się ponad tą uzdrowiskową i zarazem rozrywkową miejscowością. Moimi celami były: Col de Joux i Col Zuccore (Tzecore). Na obie przełęcze można też wjechać z Verres czyli od strony Vallee d’Ayas. Niemniej na tą dolinę miałem ambitniejszy pomysł, który to udało mi się zrealizować w środowe popołudnie. Wybrałem zachodnie wspinaczki na Joux i Tzecore, gdyż są one od siebie całkowicie niezależne. Owszem zaczynają się w tym samym mieście, lecz w różnych miejscach i po drodze się z sobą nie stykają. Tymczasem wschodnie podjazdy ku obu tym górskim przeprawom mają wspólny i to niemal 10-kilometrowy, odcinek na dojeździe do Challand-Saint-Anselme. Miasteczko św. Wincentego powstało na lewym brzegu Dory Baltea. W miejscu, gdzie rzeka ta zmienia kierunek ze wschodniego na południowy. W sensie geograficznym leży ono na wschodnim krańcu subregionu określanego jako La Media Valle d’Aosta. Świadectwem bogatych dziejów tego miejsca jest rzymski most nad potokiem Cillian, który niegdyś był elementem drogi konsularnej Via delle Gallie, wybudowanej za czasów pierwszego cesarza czyli Oktawiana Augusta. Współczesna historia tego miasta wiąże się zaś z odkryciem w roku 1770 właściwości terapeutycznych tutejszych wód termalnych (Fons Salutis). Wedle ostatniego spisu z czerwca 2018 roku w gminie Saint-Vincent mieszka tylko 4584 osób. Niemniej w życiu regionu czy nawet całej Italii miasto to odgrywa ważniejszą rolę niż sugerowałaby jego wielkość. Słynie ono ze swego Casino de la Vallee czyli jednego z zaledwie trzech legalnych kasyn działających na terenie Republiki Włoskiej. Dwa pozostałe funkcjonują w Wenecji oraz San Remo. Zresztą za sprawą łagodnego klimatu Saint-Vincent zyskało sobie przydomek „Riviera delle Alpi”, poniekąd upodabniający go do obu słynnych w całym świecie miast.

Saint-Vincent zapisało też piękną kartę w kronikach Giro d’Italia. Bez porównania bogatszą niż regionalna stolica Aosta. Jest ono z pewnością najmniejszą ze wszystkich miejscowości, w których kiedykolwiek zakończył się cały wyścig Dookoła Włoch. Miało to miejsce w sezonie 1987, kiedy to w „La Corsa Rosa” triumfował Irlandczyk Stephen Roche. Owszem pamiętam, iż edycja z roku 1975 skończyło się wjazdem na Passo dello Stelvio, niemniej najwyższa z włoskich przełęczy drogowych to ostatecznie nie miasto 😉 Po raz pierwszy na ulicach Saint-Vincent finiszowano w sezonie 1952, gdy zakończył się tu odcinek osiemnasty rozpoczęty w Cuneo. Triumfował na nim Pasquale Fornara. Była to zresztą pierwsza wizyta Giro w regionie Valle d’Aosta. Pod koniec lat pięćdziesiątych ze zwycięstw etapowych w GdI cieszyli się tu: Mario Baroni (1957), Alfredo Sabbadin (1959) oraz Hiszpan Salvador Botella. Z kolei podczas edycji z roku 1962 w St. Vincent skończyły się aż dwa etapy. Płaski-dziewiętnasty oraz górski-dwudziesty. Ten pierwszy wygrał Giuseppe Sartore, zaś drugi Alberto Assirelli. Rok później jedną ze swych pięciu etapowych wiktorii odniósł tu Vito Taccone. Kolejnym Włochem, któremu pobłogosławił św. Wincenty był zaś w roku 1968 słynny Gianni Motta. Potem Giro zapomniało o tym mieście na całą dekadę. Po czym w sezonie 1979 triumfował tu wybitny belgijski klasykowiec Roger De Vlaeminck. W roku 1985 w jego ślady poszedł inny specjalista od Paris-Roubaix czyli Francesco Moser. Ostatni etapowy finisz, ten anno domini 1987, był zarazem generalnym finałem. Na zakończenie 70. Giro d’Italia rozegrano 32-kilometrową czasówkę na trasie z Aosty do Saint-Vincent. Ten „etap prawdy” (podobnie jak i cały wyścig) wygrał Roche, który o setne części sekundy wyprzedził Niemca Didi Thurau’a oraz o 45 sekund Słowaka Milana Jurco. Bardzo dobrze pojechali nasi specjaliści od samotnej walki z czasem. Lech Piasecki wykręcił czwarty wynik (+ 0:59), zaś Czesław Lang był szósty (+ 1:16). Tym razem St. Vincent nie było szczęśliwe dla Włochów, bowiem zabrakło ich w top-10 etapu, zaś w „generalce” najlepszy z nich (Flavio Giupponi) był ledwie piąty.

Jak z tego wynika etapy Giro 11-krotnie kończyły się na „Alpejskiej Riwierze”. Trzeba przy tym dodać, iż jeszcze częściej, bo aż 17 razy  zaczynano je w Saint-Vincent. Sprzyjało temu bogate zaplecze hotelowe tego miasteczka. Dlatego niekiedy organizatorzy wyścigu Dookoła Włoch wyznaczali tu start etapu, choć poprzedniego dnia finiszowano gdzie indziej. By nie być gołosłownym wspomnę tylko ostatnie przykłady takich decyzji czyli etap do Sestriere z GdI 2015 czy ten do Courmayeur z roku 2019. Miasto św. Wincentego gościło zresztą nie tylko Giro d’Italia, lecz również Tour de France. Podczas zdominowanej przez Fausto Coppiego i Gono Bartalego edycji 1949 rozpoczął się w nim 265-kilometrowy etap do szwajcarskiej Lozanny. Dziesięć lat później w Saint-Vincent zakończył się osiemnasty odcinek „Wielkiej Pętli” ze startem na Col du Lautaret, który prowadził przez przełęcze: Galibier, Iseran i Petit Saint-Bernard. Najszybciej z 6-osobowej grupki finiszował tu superczasowiec i zarazem ówczesny mistrz świata Włoch Ercole Baldini. Lider Hiszpan Federico Bahamontes odparł zaś ataki skłóconych ze sobą francuskich asów. Nazajutrz peleton TdF ruszył stąd na 251-kilometrową trasę kolejnego górskiego etapu, który przez Szwajcarię wiódł do mety we francuskim Annecy. Jeśli chodzi o wyścig Giro delle Valle d’Aosta to w ostatnich dwóch dekadach tylko raz odwiedził on „Alpejskie Monako”. W sezonie 2007 zakończył się tu szósty i zarazem ostatni etap tej imprezy. Kluczowym fragmentem tego górskiego odcinka był zachodni podjazd na Col de Joux. Ten sam, z którym miałem się właśnie zmierzyć. To na nim skuteczny atak przeprowadził Alex Norberto Cano Ardila. Kolumbijczyk wygrał w Saint-Vincent z przewagą aż 2:31 nad Włochem Vincenzo Ianniello, któremu odebrał koszulkę lidera. Kolarz z Andów trzy dni wcześniej triumfował też na mecie w Gressoney-la-Trinite. Tym niemniej choć latem 2007 roku zawojował Dolinę Aosty, to w przeciwieństwie do wielu swych rodaków nie zrobił później kariery w peletonie zawodowym. O ironio lepiej od niego dał się w nim poznać ostatni w „generalce” tamtej GdVA Belg Jurgen Roelandts.

Col de Joux na łamach „Passi e Valli in Bicicletta – 20” reklamowano jako jeden z najpiękniejszych podjazdów w Dolinie Aosty. Zielony i dobrze nasłoneczniony. Prowadzący przez lasy i ukwiecone łąki. Z widokami na zachód sięgającymi aż po Monte Bianco. „Obraz szczęścia i harmonii”, że zacytuję autora. Wymiary zachodniego podjazdu podałem już na wstępie. Jeśli chodzi o skalę trudności to w książce otrzymał on notę „3”, zaś od cyclingcols 732 punkty. Jak dla mnie to klasyczne wzniesienie pierwszej kategorii. Budzące szacunek, acz nie trwogę. Wschodni podjazd na Joux jest nieco bardziej wymagający. Ma długość 22,5 kilometrów ze średnim nachyleniem 5,6% oraz przewyższenie 1256 metrów. Pierwsze 16,6 kilometra prowadzi przez Valle d’Ayas. Po wyjeździe z niej pierwsze 400 metrów to kontynuacja łagodnego zjazdu z Brusson, zaś ostatnie 5,5 kilometra od mostu nad potokiem Evançon to umiarkowany podjazd o średniej 6,6%. Ta wspinaczka została oceniona na „4 z minusem” oraz 828 punktów. Col de Joux w obu postaciach jak na razie 7 razy pojawiła się na trasach Giro d’Italia. Biorąc pod uwagę skąd-dokąd prowadziły poszczególne etapy z jej udziałem można zakładać, że większą popularnością cieszył się na Giro podjazd wschodni. Wykorzystano go najprawdopodobniej pięć razy. Z pewnością od tej strony podjeżdżano przy ostatniej okazji czyli w 2012 roku. Na etapie czternastym prowadzącym z Cherasco do stacji Breuil-Cervinia, kiedy na Joux pierwszy zameldował się Czech Jan Barta. Przełęcz ta zadebiutowała na GdI równo pół wieku wcześniej. Na dwudziestym (przedostatnim) odcinku z roku 1962. Start i metę tego etapu wyznaczono w Saint-Vincent, zaś na przełęcz Joux wjeżdżano dwukrotnie tj. zaraz po starcie i tuż przed metą. Za pierwszym razem zdobył ją Hiszpan Angelino Soler, a za drugim Alberto Assirelli. W sezonie 1964 na etapie do Bielli jako pierwszy wjechał na nią Arnaldo Pambianco. W 1968 znakomity Hiszpan Julio Jimenez. W 1970 na etapie do Aosty Italo Zilioli. Natomiast w trakcie edycji z roku 1987, na dzień przed kończącą cały wyścig czasówką do Saint-Vincent, jechano tędy do stacji Pila nad Aostą. Premię górską wygrał tu wówczas Massimo Ghirotto.

Miałem wystartować z zachodniej części miasta, w okolicy Grand Hotel Billia. Okazałego gmachu z czasów „Belle Epoque”, wybudowanego w 1908 roku. Tym niemniej samochód „porzuciłem” nie na Viale Piemonte, lecz w wyżej położonej dzielnicy Les Moulins. Dlatego na linię startu musiałem się cofnąć 800 metrów. Wystartowałem o godzinie 8:20 przy umiarkowanej temperaturze 17 stopni. Na trasie wahała się ona na poziomie od 15 do 18, zaś na przełęczy osiągnęła 16. Półkilometrowy początek był dość sztywny, lecz kolejne 300 metrów na dojeździe do „mojego” parkingu już łagodniejsze. Następnie po 300-metrowym zjeździe wjechałem na Viale IV Novembre. Jadąc tą aleją dojechałem do wirażu, na którym minąłem bramę wjazdową do Terme di Saint-Vincent (1,9 km). Z centrum Saint-Vincent do owych łaźni dojechać można nie tylko szosą SR33, lecz także funikularem czyli kolejką linowo-terenową oddaną do użytku już w 1900 roku. Do połowy trzeciego kilometra nachylenie podjazdu było umiarkowane. Ogółem pierwsze 2,5 kilometra tego wzniesienia ma średnie nachylenie tylko 4,8%. Kolejne segmenty były już trudniejsze, acz bez szczególnie stromych odcinków. Jeśli chodzi o stromiznę 500-metrowych sektorów to miałem do pokonania dwa o nachyleniu ponad 9% i pięć o wartości co najmniej 8%. Chwilowy „maks” sięgnąć miał 11%. Pod koniec trzeciego kilometra w końcu wyjechałem z Saint-Vincent. Kolejną miejscowością na tym szlaku była Moron (4,1 km). Na jedenastym zakręcie minąłem zjazd ku wiosce Perriere (5,4 km). Natomiast pod koniec siódmego kilometra przejechałem przez Grun (6,7 km), gdzie znajduje się Sanktuarium Niepokalanej. Za tą wioską droga skręciła na południe i doprowadziła mnie do Salirod (8,1 km). W połowie dziewiątego kilometra minąłem anteny państwowej stacji RAI. Według stravy segment o długości 6,43 kilometra „Terme – Salirod” przejechałem w 26:28 (avs. 14,6 km z VAM 1052 m/h). Moim zdaniem to akurat przesadny optymizm tego programu. Był to raczej dystans 6,1 kilometra z przewyższeniem 439 metrów, który pokonałem ze średnią prędkością 13,8 km/h oraz VAM 995 m/h.

Starałem się jechać w dobrym tempie, lecz zachowując umiar. Wszak musiałem zachować nieco energii na sprawne pokonanie drugiego podjazdu. Tym razem, inaczej niż w niedzielę, nie mogłem liczyć na sjestę pomiędzy dwiema górami. Dokładnie po 9 kilometrach zmieniłem kierunek jazdy na północny i po kolejnych 300 metrach dojechałem do miejsca, w którym miałem ostatnią okazję na ewentualną zmianę planu. Na prawo odchodziła stąd droga SR7 di Eresaz, która na wysokości osady Ravet łączy się z zachodnim podjazdem na Col Tzecore. Pojechałem jednak dalej drogą nr 33 i niebawem pokonałem najtrudniejszy na całym wzniesieniu półkilometrowy sektor o wartości 9,4%. Na początku dwunastego kilometra przejechałem przez dwie części wsi Rhun czyli Petit i Grand. Na kilometrze trzynastym było więcej cienia z uwagi na osłonę lasu. Niemniej o tej porze dnia słońce nie dokazywało jeszcze na tyle, by miało to zbawcze znaczenie. Pod koniec czternastego kilometra przejechałem przez wieś Amay (13,7 km). Natomiast kilkaset metrów dalej minąłem kościółek o dość oryginalnym kształcie czyli Santuario Caduti per la Liberta (14,3 km). Stąd miałem już niespełna dwa kilometry do końca wspinaczki. Okazała się ona nieco krótsza niż w książkowej teorii. Na ostatnim kilometrze najpierw minąłem osiedle wypoczynkowe Les Pleiades (15,3 km). Natomiast w samej końcówce boczną dróżkę do Pallu (15,9 km), gdzie znajduje się niewielki ośrodek narciarski z dwoma wyciągami na północnym zboczu góry Testa Comagna (2105 m. n.p.m.). Zatrzymałem się po przejechaniu 16,18 kilometra w czasie 1h 06:40 (avs. 14,6 km/h). Najdłuższy z oficjalnych segmentów stravy czyli „Cronoscalata Col de Joux” o długości 14,5 kilometra, zaczynający się na wysokości stacji termalnej, pokonałem w 1h 00:19 (avs. 14,4 km/h). Według moich danych wykręciłem tu VAM 1001 m/h. Drewniane tablice na przełęczy już witały mnie w gminie Brusson. Natomiast na lewo od głównej szosy odchodziła dróżka do nieco wyżej położonej restauracji Brean. Na Col de Joux zabawiłem niespełna 10 minut. Przed południem miałem, bowiem jeszcze jedno bojowe zadanie do wykonania.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2668551517

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2668551517

ZDJĘCIA

FILM