DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Salorno
Wysokość: 1320 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1108 metrów
Długość: 11,4 kilometra
Średnie nachylenie: 9,7 %
Maksymalne nachylenie: 15 %
PROFIL
OPIS
Do samochodów zaparkowanych przy tablicy informacyjnej naprzeciw hotelu Wiesenhof dotarliśmy około szesnastej. Ponieważ na swojej przełęczy spędziliśmy kilkadziesiąt minut nie byliśmy pierwsi na dole. Przed wyruszeniem w drogę powrotną musieliśmy jeszcze poczekać na bezpieczny powrót Artura. Wiedzieliśmy już, że przejazd w rejon bazy noclegowej zająć nam może nawet półtorej godziny. Tymczasem naszym drugim podjazdem tego dnia miał być wjazd z poziomu Val d’Adige po drodze SP129 do położonej na wysokości 1320 metrów n.p.m. wioski Cauria (niem. Gfrill). Wspinaczka do niej zaczyna się w Salorno (niem. Salurn) – najdalej na południe położonej miejscowości w całym Południowym Tyrolu. Bliżej stąd do Trento niż Bolzano. Nie dziwi więc, że to jedna z pięciu gmin na terenie Alto-Adige, gdzie większość mieszkańców mówi po włosku, a nie po niemiecku. Podczas samochodowego transferu dowiedzieliśmy się od kolegów z Moto-2 i Moto-3, że oni rezygnują z podjazdu pod Caurię. Jednak nie wszyscy pożegnali się z rowerem do dnia następnego. Adam z Rafałem zrobili sobie jeszcze przeszło 10-kilometrową przejażdżkę z Termeno do Corony. Przy tej okazji zaliczając nasz 6-kilometrowy podjazd do domu, na którym liderem ze stravy jest Moreno Moser. Tym niemniej do Salorno pojechaliśmy tylko we trójkę. Daniel dowiózł nas na miejsce przeznaczenia, lecz wzorem pozostałych kolegów darował sobie ponowne wsiadanie na rower. Miał ku temu dobry powód czyli niemal 30 kilometrów wspinaczki w nogach. Ja i Darek „przerobiliśmy” ich jak na razie tylko 20, stąd dla równego rachunku wypadało nam coś dokręcić. Stanęliśmy więc na starcie kolejnego wyzwania i to nie byle jakiego. Jeśli pominiemy łagodny początek czyli pierwsze 1600 metrów od drogi krajowej SS12 podjazd z Salorno do Caurii liczy sobie 11,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,7 % i max. 15 % przy przewyższeniu 1100 metrów. Dojechawszy do tego miasteczka zaparkowaliśmy na miejscowym rynku. Z miejsca startu mieliśmy widok na kościół i ratusz, za którymi piętrzyły się zalesione góry, w które wkrótce mieliśmy podążyć. W końcu tuż przed wpół do siódmą Darek i ja ruszyliśmy do boju, zaś Daniel poszedł w miasto na zasłużoną obiadokolację. Po chwili delikatnego podjazdu wzdłuż Piazza Municipio zaraz za kościołem skręciliśmy w lewo pokonując płaski kilometr ulicami: Via Loreto i Via Molino.
Prawdziwy podjazd zaczął się po wyjechaniu z miasteczka, tuż za znakiem drogowym straszącym nachyleniem o wartości 14 %. Niemal do końca trzeciego kilometra jechaliśmy po stromej drodze wśród winnic. Pierwsze 2700 metrów tej góry ma średnie nachylenie na poziomie 10,4 %. Darek z wolna się rozgrzewał, więc na pierwszych kilometrach musiałem kilkakrotnie zwalniać byśmy nadal mogli jechać razem. Końcówka trzeciego i cały czwarty kilometr pozwolił mu złapać głębszy oddech na znacznie łatwiejszym dojeździe do Pochi vel Buchholz (4,2 km). W połowie piątego kilometra wjechaliśmy do lasu, gdzie szosa już wkrótce ponownie się wypiętrzyła. Najbardziej strome na tej górze są kilometry szósty i ósmy, na których średnie nachylenie sięga niemal 12 %. Dystans biegł powoli, a mi sił jakby szybciej ubywało. Od połowy wzniesienia to Darek zaczął dyktować tempo, zaś ja spadałem z jego koła. Niemniej mając w pamięci moją koleżeńską taktykę z pierwszych kilometrów tego wzniesienia tym razem to Dario zaczął się oglądać i lekko zwalniać gdy było trzeba. Po doświadczeniach z Passo Pampeago i Prati di Kohl ukuliśmy teorię, że na tego rodzaju stromych podjazdach „prawo ciążenia” dopada mnie po przejechaniu siedmiu kilometrów. Przemęczyłem jakoś te trzy najgorsze dla mnie kilometry, zaś na finałowym zapewne zmobilizowany bliskim końcem tego cierpienia nieco odżyłem. Na ostatnich 800 metrach podjazd prowadził drogą przez łąkę będącą wysepką pośród gęstego górskiego lasu. Na samym końcu asfaltowej drogi znajduje się Cauria (niem. Gfrill). Wioska licząca sobie ledwie 50 mieszkańców i kilkanaście domostw wokół gotyckiego kościółka pod wezwaniem św. Małgorzaty. Przejechaliśmy przez wieś po kostce i zatrzymaliśmy się na jej końcu, tuż przed wjazdem na prowadzący dalej szutrowy dukt. W sumie przejechaliśmy 11,5 kilometra w 1h 06:20 (avs. 10,5 km/h). Gdyby nie wzajemna solidarność zapewne każdy z nas mógłby z tego czasu urwać jakąś minutę. Tym niemniej bardziej sobie cenię ten fajny przykład sportowej współpracy. Na stravie zmierzono nam czas 1h 05:59 na dystansie 11,1 kilometra (avs. 10,1 km/h i VAM 999 m/h). Po przymusowo krótkim pobycie na szczycie pozostało nam tylko bezpiecznie zjechać przed zapadnięciem zmierzchu. Nie było czasu ani warunków to zrobienia dokumentacji zdjęciowej. Dojechałem na rynek około 20:20. Byliśmy zmęczeni i głodni. Dlatego przed powrotem do Haus Belutti podjechaliśmy do restauracji, którą Daniel odkrył podczas swego spaceru po Salorno.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/376584926
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/376584926
ZDJĘCIA

