„Mocne uderzenie na sam koniec”. Tak nazwał ten dzień Piotrek Mrówczyński gdy zimą przedstawiłem mu szczegóły swego planu na lipiec 2009. Wtedy jeszcze myślałem, że tak jak w poprzednich czterech latach będę zwiedzał kolejne górskie przełęcze w jego towarzystwie. Podczas poprzednich wypraw francuskie Alpy poznałem od Bourg-Saint-Maurice na północy po Gap na południu. Rzec by można, iż koncentrując swą uwagę na podjazdach w północnej i środkowej części tych gór działałem w zgodzie ze współczesną polityką organizatorów Tour de France. Jedynym wyjątkiem od tak zakrojonego terenu poznawczego był wypad na Cime de la Bonette w 2005 roku. Podczas tegorocznej wyprawy i tak musiałem zjechać daleko na południe w związku ze startem w L’Etape du Tour. Dlatego będąc na tej szerokości geograficznej postanowiłem poświęcić kilka dni na poznanie przełęczy w zapomnianym przez wielkie wyścigi południowym zakątku Alp. Niestety nie miałem do dyspozycji tyle czasu ile by tylko dusza zapragnęła. Dlatego musiałem sobie odpuścić wypad na najgłębsze południe i poznanie podjazdów pod: Isola 2000, Col Saint-Martin i Col de Turini. Tym bardziej poza naszym zasięgiem były mniejsze, acz słynniejsze wzniesienia nadmorskie: Col d’Eze (Nicea) i Mont Faron (Toulon). Niemniej przy wykrzesaniu z siebie resztek zapału i fantazji można było się pokusić o ustrzelenie hat-tricku „dwutysięczników” w granicach i okolicach Parku Narodowego Mercantour.
Pod względem tak dystansu jak i przewyższenia miał to być najtrudniejszy z prywatnych odcinków tej wyprawy. Wyraźnie krótszy, lecz tylko nieznacznie łatwiejszy od poniedziałkowego wyścigu z metą na Mont Ventoux. Mój śmiały plan na 24 lipca zakładał zdobycie przełęczy: Cayolle, Champs i Allos w ramach około 120-kilometrowej pętli po drogach na południe od rzeki Ubaye. Kosztować nas to miało sześć, zaś z przystankami nawet siedem godzin czasu. Dlatego też piątek był ostatnim dniem, w którym mogliśmy tego dokonać. W sobotnie popołudnie chcieliśmy bowiem, najpierw obejrzeć starcie „Tytanów Szos” z Prowansalskim Olbrzymem, zaś wieczorem rozpocząć odwrót do Polski. Dlatego też 25 lipca w grę wchodziła co najwyżej czterogodzinna trasa. Oczywistą bazą wypadową do piątkowego etapu było miasteczko Barcelonnette. Pozostawało jeszcze tylko wybrać w jakiej kolejności będziemy przemierzać czekające nas trzy wzniesienia. Ponieważ w historii Tour de France najwięcej do powiedzenia miała Allos i to na ogół w swej południowej wersji zdecydowałem, iż pojedziemy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Oznaczało to, że weźmiemy Col de la Cayolle od północy, Col des Champs od wschodu i wspomnianą już Col d’Allos od klasycznej, południowej strony. Na dzień dobry jak zwykle transfer samochodowy i swego rodzaju „dejavu”. To znaczy pojechaliśmy najpierw na zachód „z nurtem” rzeki Durance, potem pokonaliśmy górski odcinek nad brzegami Lac de Serre-Poncon i zaś w końcówce skierowaliśmy się na wschód „pod prąd” rzeki Ubaye.
Zaparkowaliśmy na zatłoczonym parkingu przy jednym z supermarketów. W trakcie szykowania się do drogi spotkała mnie niemiła niespodzianka. Przy bliższej inspekcji sprzętu spostrzegłem, iż moje oponki „Michelin Pro-3” dobiegają kresu swej żywotności. W perspektywie czekających nas trzech długich zjazdów obawiałem się, że mogą one nie przetrwać tego dnia. W dodatku jechać mieliśmy przez odludne tereny, więc na zakup nowej opony po drodze nie mogłem specjalnie liczyć. Cóż, popełniłem błąd zaniedbania i musiałem teraz zdać się na łaskawość losu. Wyruszyliśmy z Barcelonette dokładnie o 10:55 w pełnym słońcu na niebieskim niebie i przy temperaturze 31 stopni! Jednym słowem bez obaw co do załamania pogody, lecz jednocześnie świadomi tego, iż trudy wielogodzinnej trasy potęgować będzie upał. Po pokonaniu niespełna trzech kilometrów rozpoczęliśmy delikatny podjazd pod Col de la Cayolle (2326 m. n.p.m.) na drodze D-902 będącej kontynuacją wychodzącej z miasta Avenue Emile Aubert. W chwili krótkiego postoju minął nas jadący w tym samym kierunku wysoki młodzieniec w fioletowej koszulce. Darek rozpoznał w nim swego wczorajszego pogromcę z podjazdu pod Cime de la Bonette. Ruszyliśmy jego śladem, lecz bez szczególnych intencji pogoni za nim. Minęliśmy wioskę Uvernet Fours i … wjechaliśmy do raju. Wiele pięknych okolic widziałem podczas swych górskich eskapad, lecz chyba niczym jeszcze – nawet we włoskich Dolomitach – nie zachwyciłem się tak jak przełomem rzeczki Bachelard (Gorges du Bachelard). Droga wiła się tu wąziutką pasmem wśród skał i przepaści. Wokół intensywna zieleń roślinności, po obu stronach wysokie skalne ściany, zaś w dole to z lewej, to z prawej strony mały, lecz pełen impetu potok. Początkowo bardzo łagodny podjazd stał się nieco trudniejszy za największym z mostków na Bachelard. Niemniej cały czas jadąc z pewną rezerwą, piąłem się całkiem szybko i nieskrępowany podziwiałem piękno tutejszej natury.
Wyraźnie trudniej zrobiło się dopiero po minięciu Refuge de Bayasse i wkroczeniu na teren wspomnianego Parc National du Mercantour. Dotychczasowe 18,3 kilometra miało średnie nachylenie tylko 3,6 % i max. niespełna 9 %. Tymczasem pozostała część wzniesienia tzn. 8,8 kilometra mimo paru łatwiejszych fragmentów miała solidną stromiznę 5,8 %. Zaraz po wjechaniu do Parku trzeba było nawet pokonać odcinek o stromiźnie 11 %. Najwięcej zdrowia musiałem włożyć jednak w pokonanie ostatnich pięciu kilometrów. Tym bardziej, że przed sobą ujrzałem znajomą fioletową sylwetkę. Postanowiłem pomścić Darka i złapać tego gościa, co sporym nakładem sił udało mi się około dwa kilometry przed szczytem. Nasz rywal okazał się holenderskim studentem z Bredy, startującym w wyścigach kategorii U-23. Jak sam jednak przyznał w życiu postawił na naukę, co nie pozwala mu na poważniejsze treningi i nie daje szans na sportowe sukcesy. Taka też była zapewne tajemnica mojego sukcesu. Dowiozłem go do przełęczy zadowalając się podyktowaniem możliwie silnego, acz równego tempa do samego końca. Całe wzniesienie miało długość 27,19 kilometra i przewyższenie 1188 metrów czyli średnie nachylenie tylko 4,36 %. Jego zdobycie zajęło mi 1 godzinę 25 minut i 48 sekund przy prędkości 19,013 km/h oraz VAM 830 m/h. Na Darka przyszło mi czekać niespełna osiem minut. Mój kolega wspinał się przez 1 godzinę 33 minuty i 38 sekund. Na górze mimo przeszło 2300 metrów n.p.m. było 25 stopni i praktycznie ani jednej chmurki na niebie. Student pomógł nam przy okolicznościowych zdjęciach i przyznał, że również jedzie w tym dniu na Allos, acz od północnej strony. Teoretycznie istniała więc szansa na kolejne spotkanie, lecz wobec długości naszej trasy skromna.
ZDJĘCIA


