DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Sondrio
Wysokość: 1623 metry n.p.m.
Przewyższenie: 1362 metry
Długość: 27 kilometrów
Średnie nachylenie: 5 %
Maksymalne nachylenie: 11 %
PROFIL
OPIS
Na piątym etapie naszego Giro della Valtellina zaplanowałem nam zwiedzanie okolic Valmalenco. Ta dolina znajduje się w zachodnich Alpach Retyckich i biegnie z południa na północ wzdłuż potoku Mallero. Odchodzi od Valtelliny na wysokości Sondrio i kieruje się w stronę wysokiego na cztery tysiące metrów masywu Bernina. Do pokonania mieliśmy w niej dwa przeszło 20-kilometrowe wzniesienia tzn. Chiareggio (1623 m. n.p.m.) na jej zachodnim krańcu oraz Diga di Campo Moro (2013 m. n.p.m.) po wschodniej stronie. Oba mają wspólny początek. Niemniej jak długi to już zależy od wybranej przez cyklistę opcji, albowiem oba podjazdy rozjeżdżają się w kilku miejscach. Po raz pierwszy na wysokości 722 metrów n.p.m. jakiś kilometr przed wioską Torre Santa Maria. Po raz czwarty i ostatni ponad sześć kilometrów dalej już za miejscowością Chiesa in Valmalenco na wysokości 998 metrów n.p.m. Podobnie jak w przypadku niedzielnej wyprawy do Bagni di Masino i na Preda Rossa musiałem dokonać wyboru, które ze wzniesień pokonać od samego dołu, a które jedynie od rozjazdu. Ponownie podzieliłem sobie wspinaczki na dwa mniej więcej równe pod względem przewyższenia kawałki. To znaczy postanowiłem najpierw dojechać do niższego Chiareggio, zaś później już z wyższego pułapu zaatakować „dwutysięcznik” mający finał pomiędzy sztucznymi jeziorami Campo Moro i Alpe Gera. Jakkolwiek nie chciałem powtarzać ani kilometra podjazdu, to zdecydowałem się utrudnić sobie zadanie numer dwa poprzez rozpoczęcie wspinaczki pod Campomoro z możliwie najniższego poziomu. Niezależnie od tego rodzaju taktycznych detali miałem mieć do przejechania około 100 kilometrów. Tym samym od samego początku mało realne wydawało się dodanie do tego zestawu podjazdu pod Alpe Campelli. Dario również pozostał wierny swym przekonaniom. Podobnie jak dwa dni wcześniej na dzień dobry wybrał podjazd o możliwie największym przewyższeniu czyli pojechał z Sondrio prosto na Campo Moro. Adam z Tomkiem „poszli na maksa” nie bawiąc się w tego rodzaju niuanse i pokonali oba wzniesienia w pełnym wymiarze. Natomiast Daniel wybrał się „tylko” do Chiareggio. Po drodze złapał Borysa, który na trasę wyruszył jako pierwszy i zmotywował naszego „sprintera” do przezwyciężenia własnych słabości.
Przed południem pogoda znów nieco nam pokrzyżowała plany. Wyjechaliśmy z Bianzone dopiero po wpół do dwunastej. Niespełna 30-kilometrowy dojazd do Sondrio był nam już dobrze znany. Po raz pierwszy jednak mieliśmy okazję zatrzymać się w tym mieście. Można by rzec lokalnej metropolii, choć mieszkańców tu nieco mniej niż w naszej Kościerzynie. Jak na warunki włoskie jest to „młode” miasteczko, albowiem swą historią nie sięga starożytności. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą „dopiero” z wczesnego średniowiecza. To jest z czasów gdy Italią rządziło germańskie plemię Longobardów. Sondrio jak dotąd trzykrotnie gościło Giro d’Italia w roli etapowej mety. Po raz pierwszy już w roku 1939 na etapie szesnastym ze startem w Trento i przejazdem przez przełęcze Tonale i Aprica. Wyłonił on zwycięzcę całego wyścigu, po tym jak Giovanni Valetti wyprzedził wszystkich rywali o co najmniej kilka minut, w tym grupkę z liderem Gino Bartalim aż o 6:48. Podobny efekt miał kolejny finisz Giro w tym mieście, na który trzeba było czekać do sezonu 1980. Przed etapem dwudziestym z Cles do Sondrio w wyścigu prowadził 35-letni włoski góral Wladimiro Panizza. Na trasie kolarze mieli co prawda do przejechania Passo dello Stelvio i to od trudniejszej północnej strony, lecz z tej słynnej przełęczy do mety było aż 85 kilometrów. Potem szybki zjazd do Bormio, po czym bardzo długi odcinek w dół Valtelliny. Słynny Francuz Bernard Hinault miał do odrobienia przeszło minutę. Najpierw wysłał do przodu trzech swoich robotników, po czym urwał z koła wszystkich rywali, w tym jako ostatniego Panizzę. Następnie dojechał do swego najmocniejszego pomocnika Jean-Rene Bernaudeau (obecnego menadżera ekipy Europcar) i wraz z nim urządził sobie czasówkę parami niczym na słynnym Trofeo Baracchi. Dwaj Francuzi do mety tego etapu dojechali z przewagą 4:24 nad 6-osobową grupką lidera, z której najszybciej finiszował Mario Beccia. Etap wygrał Bernaudeau, zaś Hinault zagwarantował sobie pierwsze ze swych trzech generalnych zwycięstw w Giro. Trzecia wizyta wyścigu Dookoła Włoch miała miejsce w roku 1992 o czym wspomniałem już w poprzednim odcinku swej opowieści. Tym razem na trasie niewiele się działo, bowiem góry były ledwie średniej wielkości. Etap piętnasty wygrał „harcownik” Marco Saligari, zaś za jego plecami sytuację spokojnie kontrolował lider Miguel Indurain. Po raz czwarty Giro miało się tu zatrzymać w sezonie 2011, ale ostatecznie metę siedemnastego etapu przeniesiono do Tirano.
Po dojechaniu do Sondrio zatrzymaliśmy się na parkingu przy Via Don Lucchinetti. Podjazd pod Valmalenco zaczynał się na pobliskiej Via Visconti Venosta czyli SP 15. Wystartowałem o godzinie 12:26 przy temperaturze 31 stopni. Jako, że na pierwszy rzut wybrałem podjazd pod Chiareggio miałem do pokonania 27 kilometrów o przewyższeniu 1333 metrów przy średnim nachyleniu 5 % i max. 11 %. Uwzględniając „odzyski” wysokości utraconej na dwóch drobnych zjazdach łącznie do pokonania w pionie było tu 1362 metry. Na kilku pierwszych kilometrach droga była szeroka i głośna czyli nawiedzana przez liczne samochody. Po pokonaniu trzech wiraży m/w w połowie trzeciego kilometra minąłem łącznik z drogą SP14 czyli zjazdem z Triangii. Wraz z początkiem czwartego kilometra wjechałem do Aschieri (3,1 km od startu), zaś pod koniec szóstego kilometra byłem już w Cagnoletti (5,9 km). Pod koniec siódmego kilometra trafił się pierwszy z krótkich zjazdów. Chwilę wcześniej dogoniłem Borysa i teraz na sprzyjającym dla siebie terenie mój kolega przypuścił krótkotrwały kontratak. W połowie ósmego kilometra minąłem zjazd w prawo ku miejscowości Spriana (7,4 km) będącej jednym z pięciu ośrodków gminnych na terenie Valmalenco. Jakiś kilometr dalej po minięciu osady Tornadu wziąłem ostry zakręt w lewo by zachodnim szlakiem dojechać do wspomnianego Chiareggio. To właśnie do tego miejsca miałem następnie zjechać aby rozpocząć swój podjazd na Diga di Campo Moro. Przejechane właśnie 8,5 kilometra miało średnie nachylenie 5,1 %. Na wirażu tym rozstałem się z drogą SP15, która idzie stąd prosto aż do ronda przed Lanzadą. Na początku jedenastego kilometra dotarłem do centrum Torre Santa Maria (10,1 km). Trzy kilometry dalej można się było lekko odprężyć na drugim ze wspomnianych mini-zjazdów. Po chwili byłem już w największej miejscowości tej doliny czyli Chiesa di Valmalenco (14,5 km). Co ciekawe podobnie jak Sondrio gościła ona uczestników wyścigu Dookoła Włoch. Kończył się tu bowiem etap trzynasty Giro z roku 1988. Odcinek ten zaczynał się w Bergamo i wiódł do Valtelliny najkrótszą trasą czyli przez Passo San Marco. Etap po solowym rajdzie wygrał Szwajcar Toni Rominger z przewagą ponad czterech minut nad Włochami: Stefano Giulianim i Maurizio Vandellim. Liderzy z Franco Chiocciolim na czele tego dnia jechali spokojnie. Dzień później wielu kolarzy przegrało z zimową pogodą na słynnym etapie przez Gavię do Bormio.
Druga kwarta wspinaczki czyli odcinek 6,2 kilometra między pierwszym a czwartym zjazdem na Lanzadę miał średnio tylko 4,6 %. Byłem już na wysokości około 1000 metrów n.p.m. czyli lekko za półmetkiem wzniesienia. Niespodziewanie pod koniec szesnastego kilometra krajobraz zmienił się na zgoła industrialny, a to za sprawą miejscowych kamieniołomów. Ten fragment wzniesienia okazał się przy tym najtrudniejszy. Parę kilkusetmetrowych odcinków miało tu średnie nachylenie w okolicy 9 %, zaś maksymalna stromizna sięgała 11 %. Jednak największe wrażenie robiły gęsto plecione wiraże. Na osiemnastym kilometrze było ich w sumie dziewięć czyli jakby nie patrzeć jeden sto metrów od następnego. Do tego cztery kolejne nieco dalej, na odcinku pomiędzy osadami Valrosera (18,3 km) i Vallascia (19,5 km). Ten trudny tzn. 5,8 km przy średniej 7,6 %, acz wielce efektowny odcinek drogi zakończył się wjazdem do wioski San Giuseppe (20,5 km). Stąd do końca podjazdu pozostawało mi jeszcze 6,5 kilometra, lecz de facto do pokonania było już tylko 186 metrów przewyższenia. Finałowa kwarta miała średnie nachylenie 2,8 % przy czym była na tyle nierówna, iż nie sprzyjała złapaniu dobrego rytmu jazdy. Najpierw trzeba było minąć skręt na Prati Pedrana (20,9 km), zaś następnie przejechać przez Carotte (22,7 km). Dopiero za tą osadą na dwa kilometry (23,5 – 25,5 km) z lekka przypomniał się podjazd, gdyż nachylenie skoczyło tu do średniej 4,8 %. Ostatnie półtora kilometrów to znów „falsopiano”, zaś w samej końcówce już na przejeździe przez Chiareggio (26,2 km – 1612 m. n.p.m.) ciągłe falowanie czyli krótkie hopki przeplatane mini-zjazdami. Najwyższą partią tej górskiej miejscowości okazało się być Pian de Lupo (27 km – 1623 m. n.p.m.). Po minięciu ostatnich zabudowań zjechałem jeszcze do samego końca asfaltu, skąd zaczyna się pieszy szlak do schroniska M. Del Grande & R. Camerini wybudowanego na wysokości 2600 m. n.p.m. Tym samym mój podjazd do kresu tutejszej szosy liczył sobie 27,1 kilometra. Pokonałem ten dystans w czasie 1h 32:03 (avs. 17,7 km/h). Jak się wkrótce okazało tylko Stelvio i Gavia zabrały mi na tym wyjeździe o parę minut więcej.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/182312464
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/182312464
ZDJĘCIA

