DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: San Joan de les Abadesses
Wysokość: 1637 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 865 metrów
Długość: 14,1 kilometra
Średnie nachylenie: 6,1 %
Maksymalne nachylenie: 16 %
PROFIL
OPIS
Po dotarciu do auta czekał nas 13-kilometrowy transfer do San Joan de les Abbadesses. Już na rowerach przejechaliśmy całe to miasteczko ze wschodu na zachód jadąc po krajówce N-260. Następnie tuż przed rozpoczęciem drugiej wspinaczki „sforsowaliśmy” most nad rzeką Ter. Wschodni podjazd po Coll de Jou zaczyna się na drodze GIV-5211. W teorii miał liczyć 14 kilometrów o przewyższeniu netto 865 metrów. Całość tego wzniesienia podzielić można na dwie łatwe i dwie trudne kwarty. Zdecydowanie najtrudniejszy miał być odcinek pomiędzy 4 a 7 kilometrem od startu. Wystartowaliśmy o 17:10 przy niepokojąco ciemnym niebie. Tym razem Darek ruszył bardzo żwawo. Udało mi się utrzymać jego tempo tylko na pierwszych czterech kilometrach. Za Ogassą zrobiło się dla mnie zbyt stromo. Po raz pierwszy zgubiłem jego tylne koło na stromej ściance tuż za tą wioską. Jednak po przejechaniu 4,7 kilometra Dario wybrał zły skręt w prawo, ja pojechałem w ciemno za nim i tak razem nadrobiliśmy 1200 metrów. Zanim wróciliśmy na właściwy szlak chwilowo na pozycję lidera wyszedł Rafał. Gdy po kilkuset łatwiejszych metrach znów zrobiło się stromo dałem za wygraną. Darek jako pierwszy przegonił Rafała, ja wkrótce wróciłem na drugą pozycję. Stromizny sięgające 15% na razie jeszcze były ponad moje siły. Na domiar złego po przejechaniu 7,2 kilometra (tzn. 6000 metrów o ile byśmy się wcześniej nie pogubili) skończył się asfalt. Po zakręcie w lewo wjechaliśmy na Cami d’Ogassa betonową drogę kiepskiej jakości, na której maksymalne nachylenie sięgało 17-18%! To już mnie dobiło. Dwa razy zszedłem z roweru i przespacerowałem się do miejsca, w którym mógłbym się wpiąć ponownie w pedały. Już do końca jechało mi się ciężko. Byłem zagotowany i nie mogłem złapać swego rytmu. Ciężko było wyczuć, w którym miejscu kończy się ten podjazd. Przełęcz minąłem po przejechaniu 15,4 kilometra. Niemniej droga nadal lekko się wznosiła, więc przejechałem jeszcze 500 metrów do spotkania z zawracającym Darkiem. Sam dojazd na przełęcz zabrał mi w 1h 04:02, z czego około 1h 00:30 spędziłem na właściwym szlaku. Według stravy finałowe 8 kilometrów o średniej 6,7% przejechałem w czasie 39:46 ze średnią prędkością 12,2 km/h i VAM ledwie 805 m/h. Dla porównania Darek był tu o blisko trzy i pół minuty szybszy. Z kolei Rafał na pokonanie tego odcinka potrzebował niemal 51 minut.
Tym niemniej na ciężkiej wspinaczce nie skończyła się nasza pierwsza potyczka z katalońskimi górami. Na zjeździe dopadła nas górska burza. Stosunkowo najmniej odczuł ją Rafał, który nie przejmował się robieniem zdjęć z trasy i najszybciej dotarł do miasta. Ja wraz z Darkiem utknąłem w górnej części wzniesienia próbując przeczekać okresy najgwałtowniejszych opadów w cieniu drzew. Gdy deszcz lekko odpuszczał próbowaliśmy pokonać możliwie najdłuższy odcinek zjazdu. W tych trudnych warunkach Dario mając pewne problemy z hamulcami na jednym z wiraży pojechał na wprost i ledwo się wybronił z podbramkowej sytuacji. Potem już bez większych przygód zjechaliśmy do San Joan de les Abbadesses. Gdy dotarliśmy do samochodu Rafał poinformował nas, iż gdzieś na tym burzliwym zjeździe zgubił swe drogocenne okulary firmy Oakley. Postanowiliśmy je odnaleźć przed rychłym zachodem słońca. Rafa miał swoje podejrzenia co do tego gdzie mógł się z nimi rozstać. Bez wielkiej wiary w powodzenie akcji poszukiwawczej raz jeszcze ruszyliśmy więc pod górę, choć tym razem samochodem. O dziwo znaleźliśmy ową zgubę na jednym z zakrętów powyżej Ogassy. Gdy ponownie zjechaliśmy do miasta była już prawie 20:30. Dlatego zamiast na głodnego jechać do bazy w Navacie postanowiliśmy zjeść naszą obiadokolację w San Joan. Weszliśmy do baru El Poste gdzie jednak nie dane nam było porozmawiać w spokoju. Lokal był przepełniony. Dla miejscowych znakomitą okazją do weekendowego spotkania stała się relacja z finału footballowej Ligi Mistrzów. Tym bardziej, że w finale tych rozgrywek doszło do derbów Madrytu pomiędzy Realem a Atletico. Załapaliśmy się na gola dla królewskich w 15-tej minucie meczu, lecz z wyjściem nie czekaliśmy nawet do końca pierwszej połowy. Mimo tego do bazy noclegowej wróciliśmy już po zmroku. Pierwszy dzień naszej Volty nie należał do łatwych. Na „dzień dobry” alias „bon dia” przejechałem 82 kilometry o łącznym przewyższeniu 2202 metrów.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/592430547
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/592430547
ZDJĘCIA

