DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: C-16
Wysokość: 1732 metry n.p.m.
Przewyższenie: 1028 metrów
Długość: 15,3 kilometra
Średnie nachylenie: 6,7 %
Maksymalne nachylenie: 19 %
PROFIL
OPIS
Przy aucie spotkaliśmy się o wpół do trzeciej. Mogliśmy teraz od razu podjechać do podnóża Coll de Pradell bądź też wrócić do naszego apartamentu na sjestę. Wybraliśmy to drugie, nie da się ukryć, bardziej leniwe rozwiązanie. Następnie po dwugodzinnej przerwie obiadowej opuściliśmy swą bazę około siedemnastej. Dojazd był króciutki, bo ledwie 5-kilometrowy. Bodaj więcej czasu niż na drodze C-16 spędziliśmy na stacji benzynowej Cepsa tankując paliwo na kilka kolejnych dni wyprawy. Dojechawszy na miejsce zatrzymaliśmy w zatoczce naprzeciwko restauracji Collet. Do podnóża podjazdu czyli początku lokalnej szosy B-400 wystarczyło zjechać 200 metrów. Przed sobą mieliśmy wzniesienie o podwójnej naturze. Składające się jakby z dwóch odrębnych podjazdów przedzielonych siodełkiem. Najpierw 7,5-kilometrowy odcinek o umiarkowanym nachyleniu 5,4 %. Następnie blisko kilometrowy zjazd i podobnej długość dojazd lekko pod górę do wioski Vallcebre. Potem zaś hardcorowa końcówka czyli 5,5 kilometra o średniej stromiźnie 11 %, na której pokonać mieliśmy ścianki z prawdziwego zdarzenia. Teoretycznie na takie przeszkody terenowe byliśmy dobrze przygotowani. Przynajmniej od strony technicznej. Każdy z nas miał w swym rowerze kompakt z przodu oraz 10- lub 11-rzędową kasetę o zasięgu do 28 lub nawet 29 ząbków. Tradycyjnie Rafa jako pierwszy usłyszał wystrzał startera i pożegnał nas o 17:20. Ja tym razem wystartowałem razem z Darkiem jakieś 6 minut po naszym młodszym koledze. Na stosunkowo łatwych pierwszych kilometrach ruszyłem szybciej od swego kompana. Tym razem niespecjalnie oglądałem się za siebie. Zakładałem, że zyskam nad nim nieco czasu do półmetka wzniesienia, by mieć później z czego tracić na stromej końcówce. Zważywszy, że na wadze dzieli nas dobre kilkanaście kilogramów nasze role w tym spektaklu były z góry rozpisane. Wiem, że zaprzeczyć prawu ciążenia na kilkunastoprocentowej stromiźnie mogę jedynie będąc w szczytowej formie. Tak stało się choćby na Rifugio Barbara Lowrie we wrześniu 2015 roku. Niemniej w pierwszym tygodniu naszych wojaży po Katalonii nie czułem się jeszcze do tego powołany.
Przez pierwsze dwa kilometry z hakiem szosa wiodła niemal równolegle do rzeczki Riu de Saldes. W połowie czwartego kilometra minąłem Camping El Bergueda znajdujący się na wysokości Carretera del Jou. Po przejechaniu 4,4 kilometra pokonałem most nad Torrent de Bossoms, który to potok w okolicznych skałach wyrzeźbił sobie elegancki kanion. Od tego miejsca droga skręciła na północ. Jadąc w tym kierunku pod koniec szóstego kilometra ujrzałem po swej prawej stronie kościółek Sant Julia de Freixens (5,8 km). Po przejechaniu kolejnego kilometra musiałem zjechać z wiodącej dalej na zachód drogi B-400. Odbiłem w lewo na prowadzącą do Vallcebre szosę B-401, która początkowo okazała się dość stroma. To na tym odcinku wyprzedziłem Rafała. Jednak już po 800 metrach na nowym szlaku zaczął się zjazd. Następne dwa kilometry to była przysłowiowa cisza przed burzą, która zacząć się miała na wylocie z Vallcebre (9,5 km). Tu szosa od razu poszybowała. Zaczęło się od sektora o długości 1800 metrów ze stromiznami sięgającymi 16 %. Potem krótki odpoczynek na złapanie głębszego oddechu czyli płaskie 400 metrów na płaskowyżu w pobliżu gospody Cal Barni. Ten fragment skończył się na wysokości bocznej drogi biegnącej na południe w kierunku Coll de Fumanya. Do szczytu pozostawało stąd jeszcze 3,5 kilometra w poziomie i przeszło 370 metrów w pionie. Najpierw 1100 metrów na dojeździe do Llac de Tumi (12,9 km), gdzie maksymalne nachylenie dochodziło do 15 %. Zbliżając się do tego jeziorka co raz wyraźniej na lewo od niego widziałem niemożliwie stromą „rampę”, która wkrótce miała przetestować moje nogi, płuca, serce i Bóg wie co jeszcze. Z pewnością także głowę, bowiem w trudnych chwilach psychika również ogrywa niebagatelną rolę. Zwątpiłem czy będę to w stanie przejechać. Stromizna zaczęła się na asfalcie, ale wkrótce przeniosła się na nawierzchnię gorszej jakości. Jakiś drogowy „malarz” zasugerował, że trzeba tu mieć przełożenie 34×30. Nie bez powodu, gdyż betonowy odcinek o długości blisko 350 metrów miał średnio 19 % przy max. 23 %! Nie dałem rady. Postawiłem nogę na ziemi. Szczęśliwie akurat na wysokości zatoczki, która wkrótce ułatwiła mi ponowny start w poprzek drogi. Postanowiłem chwilkę odpocząć i poczekać na dojazd ścigającego mnie Darka. Ten nie dał się pokonać stromej ścianie. Tym samym pozwolił mi tylko na 40 sekund postoju.
Zabrałem się razem z nim. Po chwili wróciliśmy na asfalt. Po kolejnych 200 metrach dotarliśmy do dwóch ciasnych zakrętów przy torach dawnej kolejki górniczej. Tu nachylenie sięgało „tylko” 16 %. Stromizna odpuściła jednak dopiero po przejechaniu 14,2 kilometra. Tym niemniej na ostatnim kilometrze czekała nas jeszcze jedna stroma niespodzianka. To znaczy 300-metrowy odcinek z maxem na poziomie 20 %. Na gładkim asfalcie nie stanowił dużego problemu. Natomiast sama końcówka to już była łatwizna. Mój licznik pokazał na mecie 15,3 kilometra dystansu i 1030 metrów przewyższenia, zaś na stravie najdłuższy tutejszy segment ma 14,9 kilometra oraz amplitudę 1019 metrów. Dario przejechał go w czasie 1h 09:26 (avs. 12,9 km/h i VAM 881 m/h), choć mógł jakieś 50 sekund szybciej gdyby nie pogubił się u zbiegu dróg B-400 i B-401. Ja uzyskałem czas brutto 1h 09:27, z czego samej jazdy miałem 1h 08:45. Czekając na przyjazd Rafała zastanawialiśmy się czy zachowa olimpijski spokój przepychając swoje 34×28 na betonowym poligonie. Ostatecznie Rafa wykręcił wynik brutto 1h 27:04 (avs. 10,3 km/h i VAM 702 m/h). Netto wyszło mu zaś 1h 23:27, bowiem musiał dłuższą chwilkę odsapnąć na piekielnym sektorze zwanym „Taxuela cemento Pradell”. Zgodnie z oczekiwaniami do mnie należała pierwsza połowa góry, zaś do Darka druga. Na dolnym segmencie o długości 6,4 kilometra uzyskałem czas 23:59 (avs. 16,2 km/h i VAM 857 m.h). Dario miał tu 26:02, zaś Rafa 30:25. Z kolei górny sektor zdecydowanie najszybciej pokonał Darek na swym ultralekkim Simplonie. Uwinął się tu w czasie 34:27 (avs. 9,9 km/h i VAM 1075 m/h). Ja na przejechanie owych 5,6 kilometra potrzebowałem 37:24, zaś Rafał 47:42. Rafał zjechał do auta bez zbędnych ceregieli. Natomiast ja i Darek igraliśmy z losem. Często zatrzymywaliśmy się na foto-przystanki. Niebiosa były coraz bardziej granatowe. Mimo to przez chmury przebijały się promienie zachodzącego słońca co dawało niesamowite światło do zdjęć. Szykowała się niezła pompa. Ostatecznie na sam dół dotarliśmy kilka minut przed dwudziestą. Mieliśmy przy tym sporo szczęścia. Ledwie wsadziliśmy rowery na dach i wsiedliśmy do samochodu rozpętała się wichura, zaś z nieba lunęło jak z cebra. Takimi oto fajerwerkami zakończył się siódmy etap, na którym przejechaliśmy 74 kilometry o łącznym przewyższeniu 2238 metrów.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/597377744
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/597377744
ZDJĘCIA

