Collada de la Gallina

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Aixovall

Wysokość: 1910 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 975 metrów

Długość: 11,8 kilometra

Średnie nachylenie: 8,3 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL

OPIS

Środowy upał miał jednak pewną zaletę. Nie trzeba było się cieplej ubierać na zjazd. W końcówce szusowania do Sant Julia de Loria na niespełna 10 minut zatrzymałem się przy samochodzie. Musiałem napełnić bidon aby jakoś przetrwać kolejne dwie godziny w tym afrykańskim klimacie. Po dotarciu do skrzyżowania Carretera de Rabassa z Avinguda Verge de Cannolich mogłem się ostatni raz zastanowić, który z podjazdów pod Collada de la Gallina (1910 m. n.p.m.) zaatakować. Do podnóża południowej Galliny na początku drogi CS-140 przy moście nad rzeką La Valira miałem ledwie 850 metrów. Z kolei do podnóża północnego podjazdu na drodze CG-6 przy rondzie w Aixovall tylko 1300 metrów. Każdy wybór miał swe plusy. Geografia przemawiała za wspinaczką południową. Jest ona nieco większa gdyż ma 1048 metrów przewyższenia, podczas gdy północna „tylko” 988. Wydaje się też być nieco trudniejsza. Według „cyclingcols” ma długość 12,1 kilometra o średniej 8,4 % i max. 14,5 % liczonym na odcinku 100 metrów. Z kolei północna to 11,8 kilometra o średniej 8,3 % i max. 13 %. Krótsze stromizny na obu tych wzniesieniach sięgają nawet 18 %. Natomiast historia była po stronie północnego wzniesienia. Uczestnicy Vuelta a Espana zmagali się z nim dwukrotnie walcząc tu o etapowe zwycięstwa. Był to podjazd finałowy, acz pokonywany w swym niepełnym wymiarze. Etapy z lat 2012 i 2013 kończyły się bowiem przy Santuari de Canolich na wysokości 1530 metrów n.p.m. Za pierwszym razem byliśmy tu świadkami zaciętej walki wielkiej czwórki tego wyścigu. Wygrał Alejandro Valverde przed Joaquinem Rodriguezem i Alberto Contadorem, zaś 15 sekund za nimi przyjechał Chris Froome. Bardzo dobrze spisali się dwaj Polacy. Przemysław Niemiec finiszował dziesiąty ze stratą 42 sekund, zaś Tomasz Marczyński był szesnasty z bagażem 1:24. Rok później samotnie do mety przy barokowym sanktuarium dotarł Włoch Daniele Ratto o blisko cztery minuty wyprzedziwszy grupę faworytów. Drugi był jego rodak Vincenzo Nibali (+ 3:53), zaś trzeci amerykański weteran Chris Horner (+ 3:55). Tym razem nie mieliśmy powodów do zadowolenia. Najlepszy z naszych rodaków Bartosz Huzarski był 39. Co gorsza na zimnym i deszczowym etapie przemarzł Rafał Majka. Góral z Zegartowic stracił tego dnia blisko 20 minut do Nibalego i spółki przez co w „generalce” zleciał z 9 na 26 miejsce. W owym czasie nie można było jeszcze puścić wyścigu przez przełęcz, bowiem końcówka południowego podjazdu była szutrowa.

Brakujący kawałek asfaltu wylano pod koniec 2014 roku i już w następnym sezonie organizatorzy VaE do spółki ze świetnie znającym miejscowe drogi „Purito” Rodriguezem wpletli tą wspinaczką w hardcorowy profil jedenastego etapu swej imprezy. Była to czwarta z sześciu górskich premii na ledwie 138-kilometrowej trasie. Wygrał ją Hiszpan Omar Fraile, który na tym wyścigu skutecznie walczył o zwycięstwo w klasyfikacji górskiej. Wcześniejszego pomysłu nie zmieniłem i ostatecznie wybrałem podjazd północny. Południowego jeszcze nie skreśliłem. Czasu do wieczora miałem wciąż sporo, acz upał gasił mój entuzjazm do dłuższej jazdy. Kilka minut po czternastej na starcie w Aixovall było aż 36 stopni! Cóż było robić? Jechać swoje, ale z umiarem. W takich warunkach zbytnia fantazja mogła bowiem bardzo drogo kosztować. Pierwsza tercja tego wzniesienia prowadzi po CG-6 czyli jednej z głównych dróg Księstwa. Mimo tego nie brak tu stromizn. Cały drugi kilometr ma średnie nachylenie aż 9,8 % przy max. 13 %. Średnią całego dojazdu do Bixessarri (3,6 km przy 7 %) zaniża łatwy początek jak i krótki zjazd na początku trzeciego kilometra. Ten odcinek pokonałem w czasie 13:59 (avs. 15,5 km/h i VAM 1068 m/h). We wiosce trzeba było zjechać z głównej drogi. To znaczy skręcić w lewo i przez mostek nad potokiem Os de Civis wjechać na wąziutką szosę CS-111. Odtąd niemal każdy kilometr trzymał na poziomie od 9 do 10,5 %. Owszem było stromo, ale za to bardzo kręto co zawsze odrobinę pomaga w walce z grawitacją. Na liczącym 4100 metrów dojeździe do Santuari de Canolich było aż 18 wiraży. Do tego cały podjazd jak każdy inny w Andorze świetnie oznakowany za pomocą charakterystycznych tablic. Dzięki temu z góry wiedziałem co czeka mnie na kolejnym kilometrze. Przeszło 4-kilometrowy sektor od Bixessarri do Canolich ze średnią 9 % przejechałem w 22 minuty (avs. 11,4 km/h i VAM 1034 m/h). Lider tego odcinka. Nie byle kto bo David de la Cruz wykręcił tu czas 15:04 (avs. 16,6 km/h). Tuż za kościołem minąłem bar, który w swej ofercie sprzedażowej miał lody. Pomyślałem, że na zjeździe zrobię tu sobie obowiązkowy przystanek. Tymczasem chciałem mieć tą gorącą wspinaczkę jak najszybciej za sobą. Dwa kolejne kilometry były nieco łatwiejsze od reszty. Za to dwa ostatnie wręcz przeciwnie, zatem walczyć trzeba było do samego końca. Udało mi się pokonać Gallinę w czasie poniżej godziny. Podjazd o długości 11,5 kilometra i przewyższeniu 939 metrów przejechałem w 57:15 (avs. 12,4 km/h), zaś 8-kilometrowy odcinek na drodze CS-111 w 42:39 (avs. 11,5 km/h).

Na przełęczy spotkałem Darka szykującego się już do zjazdu na północną stronę. Dowiedziałem się od niego, że ma w nogach obie strony tego wzniesienia, bowiem właśnie pokonał je od południowej strony. Do zrobienia pozostała mu jeszcze Rabassa. Ja miałem już dość jazdy. Pokonały mnie nie tyle góry co klimat. Zrobiłem kilka zdjęć, nakręciłem filmik i przeszedłem się po drewnianej ścieżce na punkt widokowy. Przyjrzałem się jeszcze blaszanej instalacji wystawionej ku czci lokalnego bohatera „Purito” Rodrigueza. Po niespełna kwadransie pogodzony z losem rozpocząłem spokojny zjazd do San Julia. Ciekaw byłem czy Rafał wytrwa w naszym porannym postanowieniu zaliczenia wszystkich trzech podjazdów. Odpowiedź poznałem niecały kilometr przed Bixessarri. Gdy stanąłem na jednym z wiraży z naprzeciwka nadjechał niestrudzony Rafa. W tym momencie do szczytu brakowało mu jeszcze siedem kilometrów, ale wiedziałem że nie odpuści. Swój skrócony występ zakończyłem o 16:12 przejechawszy 61,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2097 metrów. Plan minimum zrobiłem. Musiałem dłużej poczekać na prawdziwych bohaterów tego morderczego etapu. Przebrałem się przy aucie i schowałem przed słońcem w cieniu dużego drzewa. Pobliska restauracja była niestety zamknięta. Rafał dotarł do samochodu o 17:27. Przejechał w sumie 85 kilometrów o amplitudzie 3176 metrów. Wspinaczki kosztowały go zapewne jeszcze więcej niż mnie czy Darka, ale nie dał za wygraną. Nie będąc optymalnie przygotowany do tej wyprawy pokonał tego dnia trzy strome góry, bezlitosne słońce jak i własne słabości. Rabassę zdobył w 100 minut, zaś Gallinę odpowiednio w 84 i 95. Dario przebił jednak nas obu. Wyruszył z Encamp o 11:45 i wrócił do hostelu o 19:01. Całą drogę pokonał na swym Simplonie. Przejechał w sumie 117 kilometrów o przewyższeniu 3592 metrów. Po drodze nieco pobłądził. Na zjeździe z drugiej Galliny rozerwał szytkę w tylnym kole. Cudem uratował się przed upadkiem. Zjechawszy do miasta wpadł na przymusowe zakupy w Jorma-bike. Po tym wszystkim już na rezerwowej gumie wjechał na Rabassę. Oprócz trzech głównych wzniesień na koniec dnia pokonał jeszcze 13-kilometrowy odcinek lekko pod górę z San Julia do Encamp. Poza tym jeszcze w ramach swej pierwszej wspinaczki przeoczył zakręt w Bixessarri i niemal dotarł do hiszpańskiej granicy. Przez to dodał sobie przypadkiem dwa kilometry wspinaczki w kierunku Os de Civis.  Czasy poszczególnych odcinków naszego andorskiego „Króla Gór” to kolejno: 47:51 (avs. 10,2 km/h) na drodze CS-111 z północnej Galliny, 1h 04:26 (avs. 11,3 km/h) na południowej Gallinie oraz 1h 20:39 (avs. 12,9 km/h) na Rabassie. Wielki szacun MIS DOS AMIGOS.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/603083450

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/603083450

ZDJĘCIA