Cortals d’Encamp

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Encamp

Wysokość: 2087 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 752 metry

Długość: 8,8 kilometra

Średnie nachylenie: 8,5 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL

OPIS

Wspinaczka pod Cortals d’Encamp (2087 m. n.p.m.) nie ma tak długich związków z kolarskimi wyścigami jak podjazdy do stacji narciarskich Arcalis czy Pal. Niemniej z pewnością jest od nich trudniejsza. Na dystansie 8,8 kilometra trzeba tu pokonać w pionie 752 metry co daje średnie nachylenie 8,5 %, zaś maksymalna stromizna sięga tu 15 %. Szczególnie wymagająca jest pierwsza połówka tego wzniesienia. Odcinek od startu do połowy piątego kilometra ma średnio 9,8 %. Tu stromizna trzyma na poziomie między 8,5 a 11,5 %. Na Vuelta a Espana ten podjazd pojawił się tylko raz i to dopiero przed rokiem. Był jednak godnym zwieńczeniem królewskiego etapu VaE 2015. Na tym niespełna 140-kilometrowym odcinku kolarze musieli pokonać aż sześć premii górskich. Niemal wszystkie kategorii pierwszej lub specjalnej. Zaraz po starcie wschodni Beixalis (kat. 1). Potem zachodnie Ordino (1) oraz południowe wersje Rabassy (1) i Galliny (S). Tuż przed finałem skromną w tym gronie Alto de Comella (2) i na dobicie właśnie Els Cortals (S). Ten jeden z najtrudniejszych górskich odcinków XXI wieku wygrał Bask Mikel Landa, który okazał się zdecydowanie najsilniejszy w gronie uciekinierów. Odjechał swym kompanom już na Gallinie. Pośród faworytów wyścigu najlepiej spisał się kolega Landy z ekipy Astana czyli Włoch Fabio Aru. Późniejszy zwycięzca tej Vuelty stracił do Baska 1:22. Jako trzeci ze stratą 1:40 finiszował drugi z harcowników Amerykanin Ian Boswell z Team Sky. Nasz Rafał Majka przyjechał szósty, tracąc do zwycięzcy 2:10, zaś do Aru 48 sekund. Wyprzedził go jeszcze duet z Katiuszy Daniel Moreno i Joaquin Rodriguez. Ówczesny lider wyścigu Tom Dumoulin był dziewiąty. Holender po raz pierwszy stracił czerwoną koszulkę na rzecz Aru, ale pozostał w grze o najwyższą stawkę. Wypadł z niej natomiast wielki Chris Froome, który po upadku na skutek kontuzji stracił tego dnia do najgroźniejszych rywali sześć-siedem minut. Zanim dotarła tu wielka Vuelta na przełomie drugiego i trzeciego tysiąclecia Cortals aż czterokrotnie wypróbowano na trasie Volta a Catalunya. Pierwszym zdobywcą tej góry w roku 1999 został Hiszpan Roberto Heras, który minimalnie wyprzedził Jose-Marię Jimeneza, Josebę Belokiego i Manuela Beltrana. Ten czwarty wygrał całą imprezę.

Rok później nie było mocnych na „Chabę” Jimeneza. Wygrał ten odcinek z przewagą blisko minuty nad Oscarem Sevillą. W generalce była ta sama kolejność. W sezonie 2001 wygrał tu Włoch Daniele De Paoli wyprzedzając o 1:20 Fernando Escartina i Belokiego. Trzeci tego dnia Bask wygrał ten wyścig. W końcu w roku 2003 triumfował tu inny Bask Aitor Kintana z przewagą 2 minut nad Duńczykiem Michaelem Rasmussenem. Trzeci był Hiszpan Juan-Antonio Pecharroman, który wygrał cały wyścig. Kolarz ten zaskoczył wszystkich w czerwcu 2003 roku. Tu pokonał Herasa, zaś dwa tygodnie wcześniej ograł Belokiego na Euskal Bizikleta. Niemniej ta gwiazda spaliła się szybko niczym meteor. Z kolei w naszym Encamp zakończył się etap Semana Catalana z roku 1982. Wygrał go Silvano Contini, który tamtej wiosny był w życiowej formie. Włoch kilka tygodni później triumfował w Liege-Bastogne-Liege, zaś w maju walczył o zwycięstwo w Giro d’Italia z samym Bernardem Hinault. Wygrał trzy etapy Giro, lecz w generalce musiał się zadowolić trzecim miejscem. Pakiet w postaci bardzo długiego, lecz ogólnie łagodnego podjazdu oraz stromej wspinaczki na dokładkę bywa podstępną kombinacją. Przekonałem się o tym choćby przed rokiem w Piemoncie, gdy po Colle della Maddalena dodałem sobie podjazd do San Bernolfo. Na pierwszym wzniesieniu jedzie się stosunkowo szybko i na dość twardym przełożeniu. To daje złudne poczucie mocy i dobrej formy. Tym niemniej długi podjazd zawsze kosztuje. Cierpliwie wysysa z nas siły. Tymczasem na dobicie trzeba się zmierzyć ze wniesieniem stromym, które od początku stawia ciężkie warunki. Kręci się na nim w zupełnie innym rytmie niż na pierwszej górze, z oczywistych względów wybierając bardziej miękkie przełożenie. Po dotarciu do ronda znów zatrzymałem się by zrobić kilka zdjęć. Rafał ruszył o 13:48, zaś ja dwie minuty później. Dość szybko wyprzedziłem kolegę, lecz nie byłem pewien czy uda mi się pokonać ten podjazd w wysokim rytmie. Pomyślałem sobie, że muszę wytrzymać pierwsze 4,5 kilometra, a potem jakoś już to będzie. Nie było łatwo. W nogach czułem Envalirę, zaś w plecy mocno przypiekało słońce. Podczas całej wspinaczki temperatura oscylowała w granicach 28-30 stopni Celsjusza. Na podjazdach to nie są moje wymarzone klimaty. Gdybym mógł sobie zamówić pogodę to wybrałbym zawsze 15-20 z lekkim zachmurzeniem na podjeździe i słoneczne 25 na zjeździe. Cóż każdemu wolno marzyć, lecz żyć trzeba z tym co Matka Natura zaproponuje.

Els Cortals od samego początku zmusza do dużego wysiłku. Na pierwszym i drugim kilometrze droga snuje się jeszcze pośród miejskich zabudowań. Momentami po lewej ręce otwiera się ładny widok na Encamp i czający się za tym miasteczkiem podjazd na Collada de Beixalis. Początek trzeciego kilometra to najtrudniejszy kawałek wzniesienia. Trzeba go było przejechać z pewną rezerwą, bowiem do półmetka brakowało jeszcze dwóch kilometrów. Na siódmym wirażu minąłem boczną ścieżkę do jeziora Engolasters (3,0 km). Trzysta metrów dalej wyjechałem na długą prostą, z której miałem piękny widok na najbliższe serpentyny. Na poboczu drogi pasterz doglądał stada swych owieczek. Pasterskie psy nie były mną zainteresowane i całe szczęście, gdyż pod tą górę nie byłbym w stanie znacząco przyśpieszyć. Stromizna puściła zgodnie z planem czyli w połowie piątego kilometra, za jedenastym zakrętem. Tuż za dwunastym przejechałem obok romańskiego Eglesia de Sant Jaume (5,2 km). W drugiej połowie wzniesienia 10 % odcinki pojawiały się na krótko. Najpierw dwa razy po dwieście metrów w połowie szóstego i pod koniec siódmego kilometra. Potem jeszcze cała pierwsza połowa kilometra dziewiątego. Okolica ta jest dobrze zagospodarowana turystycznie. Wzdłuż drogi stoją pojedyncze domy. Jest tu też strefa piknikowa, zaś w oddali widać zabudowania osady Bordes de Rigoder. Ruch drogowy był niewielki, acz na bezdrożach młodzież próbowała swych sił w motocrossie. Pod koniec ostatniej stromizny (8,4 km) minąłem plac zabaw dla dzieci i sporej wielkości skałę dla amatorów klasycznej wspinaczki. Prawdziwy podjazd skończył się tuż za finałowym wirażem w lewo. Dokładnie po przejechaniu 8,8 kilometra od startu. Przejechałem potem jeszcze 250 metrów do końca asfaltu przy stacji wspomnianej kolei linowej. Zresztą nie ostatniej, bo wiedzie ona dalej na wschód, niemal na sam szczyt Cortals (2502 m. n.p.m.). Zatrzymałem się po przejechaniu 9 kilometrów w czasie 46:14 ze średnią 11,7 km/h. Na stravie najdłuższy segment ma 8,4 kilometra. Pokonałem go w czasie 44:53 (avs. 11,3 km/h i VAM 956 m/h). Czekałem na Rafała chłonąc sielską atmosferę tej okolicy. Ludzi można było policzyć na palcach jednej dłoni. Więcej tu było pół-dzikich koni. Rafał na wspomnianym segmencie wykręcił czas 59:52 (avs. 8,5 km/h i VAM 717 m/h). Mój wynik daleki był od ideału. Korespondencyjny pojedynek z Darkiem przegrałem o blisko dwie minuty. Dario wystartował dopiero o 16:21 i uzyskał tu czas 42:59 (avs. 11,8 km/h i VAM 999 m/h). Czując trudy obu wspinaczek zrezygnowałem z wycieczki na Beixalis. Tego dnia poprzestałem więc na przebyciu 78 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2311 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/599729258

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/599729258

ZDJĘCIA

FILM