Creu de Fumanya

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: C-16

Wysokość: 1710 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1058 metrów

Długość: 13,9 kilometra

Średnie nachylenie: 7,6 %

Maksymalne nachylenie: 12 %

PROFIL

OPIS

Na początku zjazdu rozdzieliśmy się. Darek z Rafałem pojechali w prawo czyli zgodnie z przepisami. Ja chcąc udokumentować na zdjęciach cały podjazd, włącznie z jego ostatnim kilometrem, zignorowałem zakaz i do wspomnianego rozjazdu dotarłem wschodnią nitką drogi. Było to całkowicie bezpieczne przy zerowym ruchu drogowym, zaś w razie konieczności można jeszcze było odbić na skraj szosy przeznaczony na parking. Do samochodu zjechałem jako drugi około 14:35, lecz i tak przyszło nam czekać około 20 minut na Darka. Mieliśmy dużo czasu. Druga wspinaczka miała być krótsza, a poza tym znajdowała się nieopodal. Dlatego nie śpieszyliśmy się z opuszczeniem miasta. Wcześniej chcieliśmy coś zjeść i w tym celu wybraliśmy się na zakupy do pobliskiego marketu sieci Mercadona. Ostatecznie z Bergi wyjechaliśmy około szesnastej. Drugim wzniesieniem w naszym środowym menu był przeszło 13-kilometrowy podjazd pod Creu de Fumanya. Według profilu znalezionego na stronie www.ramacabici.com wspinaczka miała się skończyć na wysokości 1678 metrów n.p.m. Po pokonaniu w pionie 1026 metrów. Podjazd ten zaczyna się przy drodze krajowej C-16 na wysokości północnego krańca sztucznego jeziora Panta de la Baells, którego powstało po spiętrzeniu wód rzeki Llobregat. Dojazd w to miejsce mieliśmy krótki bo niespełna 11-kilometrowy. Można powiedzieć, że przystanek wypadł nam na półmetku drogi powrotnej z Bergi do Bagi. Zaparkowaliśmy w żwirowej zatoczce po prawej stronie krajowej „szesnastki”. Mieliśmy stąd dobry widok na pierwsze kilkaset metrów czekającej nas wspinaczki. Podjazd do Creu de Fumanya (alias Coll de Peguera) w całości przebiega po drodze lokalnej BV-4025. Początkowo w kierunku północnym, zaś od piątego kilometra już prosto na zachód. Koniec podjazdu znajdować się miał kilka kilometrów na północ od Rasos de Peguera. Teoretycznie do owej stacji można było dotrzeć również tym szlakiem. Niejako „kuchennymi drzwiami”. Niemniej raczej tylko na rowerze górskim lub przełajowym jako, że tylko trzy pierwsze kilometry za Creu de Fumanya są szosowe, zaś ostatnie półtora prowadzi po stromej drodze gruntowej.

Rafał ponownie udał się na „przeszpiegi”. Tym razem z zapasem 9 minut. Ja wraz z Darkiem ruszyłem o godzinie 16:32. Przy wzniesieniu o przewyższeniu ponad tysiąca metrów i średnim nachyleniu 7,6 % każdy z nas miał szanse dotrzeć na szczyt jako pierwszy. Szybko okazało się, że za dużo sił rzuciłem na pokonanie Rasos de Peguera. Najwyraźniej nie stać mnie jeszcze było na „przerobienie” dwóch kolejnych wzniesień na wysokich obrotach. Tymczasem Darek ten pierwszy podjazd potraktował jako dobre przetarcie. Stopniowo się na nim rozgrzewał i sporo energii zostawił sobie na drugie ze środowych wyzwań. Od początku to Dario rządził. Już na dwóch pierwszych kilometrach męczyło mnie jego tempo jazdy. W końcu na trzecim mój „system się przegrzał” i musiałem puścić koło swego starszego kolegi. Na wysokości wioski Sant Corneli (3,6 km) traciłem do Darka już 40 sekund. Trzeba powiedzieć, że podjazd ten jest słabo „opracowany” na stravie. Brak rankingu z całego wzniesienia, zaś najdłuższy segment liczy sobie 6,8 kilometra. Obejmuje on środkowy fragment wspinaczki między Sant Corneli a skrętem na Coll de Fumanya (10,7 km). Dario wykręcił tu czas 32:47, ja 35:04, zaś Rafa 39:33. Jechało mi się ciężko do połowy wzniesienia. Potem nieco odpuściło. W każdym razie nie był to podjazd, który wybaczał chwile słabości. Jak widać po profilu od połowy drugiego do końca dziewiątego kilometra trzymał na poziomie powyżej 8 %, zaś momentami stromizna dochodziła nawet do 14-15 %. Jakieś trzy kilometry przed finałem dogoniłem Rafała i postanowiłem się wcielić w rolę „gregario di lusso” czyli dotrzeć do szczytu tempem holowanego kolegi. Na górze czekały nas dwie niespodzianki. Po pierwsze wspinaczka skończyła się na wysokości 1716 metrów n.p.m. Po drugie dotarliśmy tam jako pierwsi, zaś tuż po nas zza ostatniego zakrętu wyskoczył Darek. Okazało się, że tym razem to Dario pomylił trasę, gdy na jedenastym kilometrze odbił w prawo ku Coll de Fumanya. Poza szlakiem przejechał w sumie 1800 metrów co kosztowało go jakieś cztery i pół minuty. Podczas gdy ja cały podjazd o długości 13,9 kilometra pokonałem w czasie 1h 06:05 (avs. 12,9 km/h i VAM 976 m/h) to nasz „Iron-Man” na właściwej drodze spędził tylko 1h 01:37. Czapki z głów. Król był tylko jeden, choć z popsutym kompasem. Niemniej jak wiadomo „błądzić jest rzeczą ludzką”, by wspomnieć tylko mój przypadek z Montserrat. Etap piąty okazał się jak na razie najkrótszym. Przejechałem tylko 63 kilometry, ale za to z rekordowym jak dotąd przewyższeniem 2348 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/595292103

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/595292103

ZDJĘCIA

Fumanya_001

Zdjęcie 1 z 30