Croix, Pillon & Mosses

W czwartek 18 czerwca powtórzyliśmy samochodowy manewr z wtorku tzn. wyruszyliśmy z Les Valettes na północ. Tym razem jednak poprzestaliśmy na dojechaniu do Bex, położonego ledwie 27 kilometrów od naszej bazy. Wybraliśmy to miasteczko, albowiem dawało nam okazję do przeprowadzenia kilkunastominutowej rozgrzewki przed wyruszeniem na „biblijny szlak”. Skąd to nawiązanie do Pisma Świętego? Ot po prostu przezwaliśmy później pokonywane przez nas wzniesienia mianem: Krzyża, Piłata i Mojżesza. Zaczęliśmy od sześciu kilometrów po drodze krajowej nr 9 w kierunku sławnego Aigle. Jazdę po płaskim skończyliśmy nieopodal wioski Saint-Triphon na wysokości około 400 metrów n.p.m. Tu skręciliśmy w prawo by przez spokojną, acz stromą uliczkę Route de Destillerie dotrzeć do centrum Ollon. Na pierwszy rzut wzięliśmy bowiem najtrudniejszy w całym czwartkowym zestawie podjazd pod przełęcz Col de la Croix (1778 m. n.p.m.). Wzniesienie to zapamiętałem z wydarzeń na Tour de France 1997 kiedy to Duńczyk Bjarne Riis podczas etapu z Morzine do Fribourga miał tu kryzys na tyle poważny, iż na mecie stracił ponad sześć minut i wszelkie szanse na generalne podium. Croix to z pewnością jeden z najtrudniejszych podjazdów we frankońskiej części Szwajcarii, choć ze względu na znaczną wysokość bezwzględną nad wyraz rzadko wykorzystywany na trasie kwietniowo-majowego Tour de Romandie.

Znając profil tego podjazdu wiedziałem, iż najtrudniejsza będzie jego pierwsza połowa. Już sam wstęp wybrany przez nas dość przypadkowo nie był łatwy. Następujący po nim blisko 9-kilometrowy odcinek między Ollon a Chesieres wznosił się z kolei na budzącym szacunek poziomie 7,9 %. Do tego jeszcze wspinaczkę zaczęliśmy o godzinie jedenastej, w pełnym słońcu i przy temperaturze zbliżającej się do 30 stopni Celsjusza. Wytchnienia od upału nie mieliśmy, albowiem większa część tego fragmentu trasy prowadziła wśród alpejskich łąk przez co nie mogliśmy liczyć na cień rzucany przez korony drzew. Ulgę przyniósł dopiero kilometrowy odcinek przed samym Villars-sur-Ollon, sporej stacji narciarskiej położonej na wysokości 1260 metrów n.p.m. Na jej uliczkach należało zachować czujność by nie zboczyć z właściwego szlaku ku przełęczy Krzyża. Tuż za Villars trzeba się było natomiast na chwilę sprężyć by pokonać pięćsetmetrowy odcinek o średnim nachyleniu 11 %. Przebywszy tą przeszkodę można się było w końcu nacieszyć 3,5-kilometrowym znacznie szybszym fragmentem trasy, który między trzynastym a piętnastym kilometrem przechodził w teren niemal płaski. Tu nie warto było jednak przesadzać z tempem i twardością obrotu, mając w perspektywie cztery finałowe kilometry o średnim nachyleniu 8,2 %. Udało mi się dotrzeć na szczyt w „dobrej kondycji” pokonawszy całość w godzinę 16 minut i 20 sekund ze średnią prędkością 14,93 km/h i VAM 1083 m/h. Podjazd ten z pewnością należy uznać za bardzo wymagający. Suche dane nie kłamią. Po pierwsze 19 kilometrów długości, po drugie 1378 metrów przewyższenia i w końcu średnie nachylenie 7,25 % pomimo wspomnianych przestrzeni „falsopiano”. Myślę zresztą, że tego rodzaju „arytmia podjazdu” tzn. stromo, płasko i znów stromo stanowi dodatkowe utrudnienie dla każdego amatora dwóch kółek.

ZDJĘCIA

COL DE LA CROIX

Zdjęcie 1 z 5

Na przełęczy nie było zbyt wiele do oglądania. Jedynym zabudowanie to drewniana chatka na górskim szlaku, w której starsze małżeństwo sprzedawało rozmaite napoje chłodzące strudzonym wędrowcom i kolarzom. Spragnieni przycupnęliśmy na tarasie, mogąc się zarazem przyjrzeć rozmaitym rzeźbom wykonanym w drewnie przez właściciela owej restauracyjki. Zjazd z Col de la Croix nie należał do najbezpieczniejszych. Nachylenie stoku przez dłuższy czas utrzymywało się na poziomie 8-9 %, więc łatwo było się rozpędzić, a jednocześnie należało uważać na dziury i pęknięcia w nie najlepiej „zakonserwowanej” nawierzchni. Na samym dole czyli w Les Diablerets ktoś w końcu pomyślał o remoncie, lecz niestety świeżo położoną nawierzchnię na odcinku co najmniej kilkuset metrów przykrył grubą warstwą żwiru. Na marginesie jak tu nie wierzyć w biblijne konotacje tej trasy – wspinamy się na Krzyż, „Piłata” i „Mojżesza”, a tu jeszcze między nimi wita nas diabelska mieścina. Ze zjazdem najlepiej poradził sobie Jarek, który tym samym znikł nam z oczu. Nasza trójka musiała więc na swój sposób znaleźć początek podjazdu pod Col du Pillon (1546 metrów n.p.m.). Ponieważ w centrum natknęliśmy się na roboty drogowe obeszliśmy je na piechotę, wdrapując się po schodkach ku pierwszej serpentynie prowadzącej na przełęcz. Niemniej tym sposobem ominęliśmy też pierwsze, może trzysta metrów wzniesienia. Dlatego też aby zanadto nie ułatwiać sobie zadania postanowiłem zjechać do najbliższego ronda i zacząć „wspinaczkę” z przepisowej wysokości 1160 metrów n.p.m. Andrzej podążył moim śladem.

Pillon był oczywiście najkrótszym i przy tym najmniejszym (licząc w metrach przewyższenia, a nie wysokości bezwzględnej) wzniesieniem ze wszystkich dziewiętnastu premii górskich, które znalazły się w programie tej wyprawy. Podjazd miał tylko 4,7 kilometra długości, lecz przy różnicy wzniesień 386 metrów szacunek budziło przynajmniej jego średnie nachylenie tzn. 8,21 %. Poza tym co tu dużo mówić do konfrontacji z długim i ciężkim wzniesieniem zwykło się podchodzić z należnym respektem, a nawet odrobiną obaw. Natomiast na górce krótszej czy po prostu mniejszej znacznie łatwiej o zbytek, czasami zgubnej fantazji. Dlatego też nie mogę powiedzieć bym Pillon przejechał oszczędnie. Podjazd krótki, ale intensywny. Poza tym im wyżej tym trudniej – jak widać na załączonym obrazku ostatnie półtora kilometra na poziomie blisko 10 %. Uporałem się z nim w 20 minut i 20 sekund czyli ze średnia prędkością 13,86 km/h i VAM 1139 m/h. Niemniej Jarka i tak nie doszedłem, więc tym razem najwięcej punktów do klasyfikacji „King of the Mountains” zebrał zawodnik spod znaku BMC.

ZDJĘCIA

LES DIABLERETS

Zdjęcie 1 z 5